NieustraszonyTekst

Z serii: Zaginiona flota #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

R.1

R.2

R.3

R.4

R.5

R.6

R.7

R.8

R.9

R.10

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka


Stanleyowi Schmidtowi,

znakomitemu redaktorowi i nie mniej dobremu pisarzowi, ale nade wszystko zacnemu człowiekowi.

Dzięki niemu wielu twórców, w tym i ja, zdołało stworzyć lepsze dzieła.

Nie wątpię jednak, że pomimo tej dedykacji Stan będzie nadal odrzucał wszystkie moje teksty, które nie spełnią jego oczekiwań.

Dla S., jak zawsze.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


R.1

Okręty pojawiły się na tle bezdennej czerni kosmosu. Jako pierwsze w oślepiającym błysku zmaterializowały się eskadry niszczycieli i towarzyszące im formacje lekkich krążowników. Chwilę później z nadprzestrzeni wyłoniły się zgrupowania cięższych jednostek i dywizjony pancerników – jednostek zdolnych przenosić najpotężniejszą broń, jaką kiedykolwiek stworzyła rasa ludzka. Samotna gwiazda, której człowiek nadał nazwę Sutra, znajdowała się tak daleko od tego miejsca, że mieszkańcy systemu jeszcze przez pięć długich godzin nie mieli zauważyć znaków towarzyszących pojawieniu się floty Sojuszu.

Ogromna armada, która właśnie opuściła nadprzestrzeń, zdawała się dysponować niezwyciężoną siłą. Można było odnieść wrażenie, że tak potężna flota nie lęka się niczego i nikogo. Ale prawda wyglądała zupełnie inaczej. Okręty Sojuszu wciąż uciekały, walcząc o przetrwanie, a system Sutra, leżący w głębi syndyckiego terytorium, był jedynie przymusowym przystankiem na drodze do ocalenia.

– Mamy odczyty dotyczące kilku lekkich jednostek Światów Syndykatu w odległości dziesięciu minut świetlnych, kierunek dziesięć stopni w dół na sterburtę.

Komodor John „Black Jack” Geary siedział w fotelu głównodowodzącego floty na mostku „Nieulękłego”. Czuł, jak napięcie powoli opuszcza jego mięśnie. Wiedział już, że po raz kolejny udało mu się odgadnąć zamiary przeciwnika. Choć równie prawdopodobne było, że syndyccy dowódcy nie zdołali przewidzieć jego ruchów. Jakkolwiek przedstawiała się sytuacja, najważniejsze, że jednostki Sojuszu nie natrafiły na pola minowe, a okręty wykryte w najbliższym otoczeniu floty nie stanowiły dla niej zagrożenia.

Największe zagrożenie dla floty czaiło się bowiem w niej samej.

Geary skupił wzrok na trójwymiarowych wyświetlaczach umieszczonych przed jego stanowiskiem. Chciał przekonać się naocznie, czy i tym razem żądza krwi pokona dyscyplinę i idealny szyk floty zostanie przełamany, gdy kapitanowie ruszą do chaotycznego wyścigu, aby zniszczyć napotkane jednostki wroga.

– Kapitanie Desjani – zwrócił się do kobiety dowodzącej „Nieulękłym”. – proszę przekazać jednostkom Syndykatu wezwanie do natychmiastowej kapitulacji.

– Tak jest, sir! – Tania Desjani nauczyła się maskować reakcję na staromodne i zważywszy na ducha tych czasów, zbyt łagodne traktowanie wroga, dopuszczające szansę dla niego na poddanie się bez walki nawet wtedy, gdy flota mogła go zmiażdżyć bez większego wysiłku.

Geary zaczynał pojmować, dlaczego ona, jak i większość jej rówieśników, rozumuje w ten właśnie sposób. Światy Syndykatu nigdy nie były znane z zamiłowania do wolności czy swobód obywatelskich, którym od dawna hołdowano w Sojuszu. Niczym niesprowokowane ataki, od których zaczęła się ta wojna, pozostawiły ogromny niesmak, odczuwany nawet dzisiaj, po całym stuleciu walki, zwłaszcza że Syndycy osiągnęli bezwzględne prowadzenie w wyścigu do zwycięstwa za wszelką cenę, co oznaczało kompletny upadek dobrych obyczajów. Geary przeżył prawdziwy szok, gdy odkrył, że siły Sojuszu odpowiadają na te przejawy okrucieństwa w myśl zasady „wet za wet”, i chociaż zrozumiał w końcu powody takiego postępowania, nie zamierzał ich tolerować. Nalegał, by powrócono do starych, znanych mu od dawna zasad, tych samych, które pozwalały okiełznać szał bitewny i powstrzymywały żołnierzy Sojuszu od przeistoczenia się w bestie takie jak ich wróg.

Chociaż znał je już niemal na pamięć, sprawdził odczyty po raz dziesiąty od czasu, gdy zasiadł w fotelu. Punkt wyjścia, którego użyli, znajdował się w odległości niemal pięciu godzin świetlnych od Sutry. Dwie planety były zamieszkane, ale nawet ta bliższa im krążyła po orbicie odległej o dziewięć minut świetlnych od gwiazdy sytemu. Nikt z jej mieszkańców nie dowie się o przybyciu floty Sojuszu jeszcze przez ponad cztery i pół godziny. Drugą z zamieszkanych planet dzieliło od Sutry zaledwie siedem i pół minuty świetlnej. Prawdę mówiąc, flota Sojuszu nie musiała zbliżać się do żadnej z nich w czasie przelotu do punktu wyjścia, z którego mogła dokonać skoku do następnego systemu gwiezdnego.

Wokół symboli oznaczających aktualną pozycję jednostek Sojuszu Geary widział powoli rozrastającą się sferę oznaczoną jaśniejszym kolorem. Jej granice wyznaczały obszar, z którego mogli odbierać informacje w czasie zbliżonym do rzeczywistego. W chwili obecnej obserwowali widok zamieszkanych planet sprzed czterech i pół godziny. Nie było to zbyt wielkie przesunięcie, ale i tak zdolne sprawić, że musieli spodziewać się każdego możliwego zagrożenia. Sama Sutra mogła eksplodować już cztery godziny temu, a oni jeszcze przez pięćdziesiąt minut nie będą o tym nawet wiedzieli.

– Przesunięcie widma jednostek Syndykatu w stronę czerwieni – zameldował wachtowy, nie potrafiąc ukryć zawodu w głosie.

– Uciekają – dodała zupełnie niepotrzebnie Desjani.

Geary skinął głową, milcząc. Przypomniał sobie, że w systemie Corvus w obliczu przeważających sił wroga syndyccy dowódcy podjęli walkę – tylko jeden z czterech okrętów poddał się na jego wezwanie.

Ocalały dowódca, pomyślał Geary, zacytował mi nawet paragrafy regulaminu syndyckiej floty, które nakazywały to samobójcze posunięcie. Dlaczego Syndycy w tym systemie mieliby zachowywać się inaczej?

– Dlaczego? – zapytał na głos, powtarzając ostatnią myśl.

– Bo są tchórzami – odparła Desjani, nie kryjąc zdziwienia.

Geary z trudem powstrzymał się od ciętej riposty. Tania, podobnie jak wszyscy oficerowie i marynarze tej floty, karmiona była propagandą od tak dawna, że wierzyła ślepo we wszystko, co jej wmawiano, nawet jeśli nie miało to najmniejszego sensu.

– Na Corvusie trzy z czterech okrętów podjęły walkę z nami. Dlaczego tutaj jest inaczej?

Desjani zmarszczyła brwi, szukając odpowiedzi.

– Syndycy zawsze wykonują wydane im rozkazy – wydukała w końcu.

To była niezwykle prosta, ale i dokładna ocena sytuacji, odzwierciedlająca wszystkie obserwacje, jakie Geary zdołał poczynić po przebudzeniu.

– Zatem nakazano im odwrót... – powiedział.

– Zapewne celem przekazania informacji o naszym przybyciu do systemu – dokończyła za niego Desjani. – Ale co zamierzali osiągnąć, rozmieszczając lekkie jednostki w pobliżu punktów skoku? Raporty i tak dotrą do centrum systemu z prędkością światła, a drogę do najbliższego punktu skoku blokuje im nasza flota, więc nie zdołają wejść w nadprzestrzeń.

Geary nie odpowiedział od razu, wciąż przyglądał się obrazom widocznym na wyświetlaczach.

– Niby racja – odezwał się wreszcie. – Ale co z tego wynika? – Raz jeszcze spojrzał na wzorowe formacje jednostek Sojuszu, zanosząc modły dziękczynne do żywego światła gwiazd, że posłuchano jego rozkazów. – Chwileczkę...

W granicach systemu planetarnego wszelkie współrzędne podawano względem gwiazdy, nie jednostki, aby wszystkie okręty rozumiały identycznie wydawane rozkazy. Wszystko powyżej płaszczyzny ekliptyki systemu było nazywane górą, a to, co znajdowało się pod nią – dołem. Wektor skierowany w stronę gwiazdy określano mianem prawego bądź – w starym marynarskim żargonie – sterburtą (niektórzy manierycznie zmieniali tę nazwę na starburtę). Ruch w stronę przeciwną był zwany lewym bądź bakburtą. Zgodnie z tym systemem jednostki Syndykatu znajdowały się poniżej pozycji floty i uciekały w górę, nieco na lewo. Dlaczego wybrały drogę ucieczki, która zbliży je do wroga? To mogłoby mieć sens tylko w wypadku...

 

Geary wykreślił kurs na przejęcie jednostek Syndykatu. Krzywa biegła przez środek sektora, który niszczyciele wroga ominęły.

– Dajcie mi dokładne powiększenie tego obszaru. Ale już!

Desjani spojrzała na niego podejrzliwie, natychmiast jednak zabrała się do wykonywania rozkazu.

Geary nadal czekał na wyniki, gdy zauważył, że z formacji wyłamał się jeden ciężki krążownik i towarzyszące mu trzy niszczyciele. Okręty zaczęły gwałtownie przyspieszać, idąc wprost na przechwycenie jednostek wroga.

Durnie, co wy robicie! – pomyślał Geary i natychmiast sięgnął do klawiatury komunikatora.

– Wszystkie jednostki, kurs trzy zero stopnia w górę. Powtarzam, kurs trzy zero stopnia w górę. Wykonać natychmiast. Na kursie floty znajdują się pola minowe.

Zidentyfikowanie jednostek, które wyszły z szyku, zajęło mu tylko chwilę.

– „Anelace”, „Baselard”, „Maczuga”, „Zbroja”! Wracajcie natychmiast na swoje miejsca w formacji! Kurs góra trzy zero stopnia. Wchodzicie na pole minowe.

Od tej chwili Geary mógł jedynie obserwować bieg wydarzeń na wyświetlaczu.

Flota Sojuszu zajmowała obszar o promieniu kilku minut świetlnych. Najdalej wysunięte okręty nie odbiorą rozkazu jeszcze przez dwie minuty, a znajdujące się w największym niebezpieczeństwie niszczyciele i „Zbroja” usłyszą go dopiero za kilkadziesiąt sekund. Przy ich aktualnym przyspieszeniu oznaczało to ogromny dystans, jaki przebędą w tym czasie.

Wachtowy z mostka „Nieulękłego” w końcu zaczął przedstawiać raport. Mówił podniesionym głosem.

– Wykryto wiele anomalii wzdłuż wyznaczonego kursu. Szacujemy, że prawdopodobieństwo rozmieszczenia w tym sektorze niewykrywalnych min wynosi osiemdziesiąt procent. Rekomendujemy zmianę kursu.

Desjani uniosła dłoń, dając marynarzowi znak, że przyjęła do wiadomości jego raport, i spojrzała na Geary’ego z prawdziwym uwielbieniem. Komodor zauważył, że również z oczu pozostałych członków załogi zebranych na mostku da się wyczytać podobny zachwyt. Ten sam, który już od tylu miesięcy towarzyszy mu na każdym kroku.

– Skąd pan o tym wiedział, kapitanie? – zapytała Desjani.

– Przecież to oczywiste – wyjaśnił szybko, czując się naprawdę niezręcznie pod tyloma palącymi spojrzeniami swoich ludzi. – Okręty umieszczono na tyle daleko od punktu wyjścia, aby nie dostały się w zasięg nadlatującego wroga, ale i na tyle blisko, by zdołały ostrzec własne albo zaprzyjaźnione jednostki. A gdy rozpoczęły odwrót, zauważyłem, że robią to w taki sposób, jakby zamierzały wciągnąć pościg do określonego sektora... – przerwał w tym miejscu, by opuścić ten fragment wyjaśnień, z którego wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę. Gdyby flota w dalszym ciągu reagowała tak jak na Corvusie, nie tylko cztery lżejsze jednostki, ale większość okrętów gnałaby teraz wprost na pole minowe.

Rozciągnięte szyki floty Sojuszu rozpoczynały już wykonywanie zwrotu, poczynając od środka formacji, gdzie rozkaz Geary’ego dotarł najprędzej. Z czasem reagowały kolejne, bardziej oddalone dywizjony i eskadry. Geary pomyślał, że flota przypomina ogromną płaszczkę, tułów już wyprężał się ku górze, a „skrzydła” wciąż zagięte były w dół.

Czekał, obserwując kurs lekkiego krążownika i towarzyszących mu myśliwców, które zachowywały się tak, jakby nie istniało nic prócz potrzeby pościgu. Sprawdził po raz kolejny czas. Minęło już pięć minut. Z tego jedna potrzebna była na odebranie rozkazu, po drugiej powinien zobaczyć, że zmieniają kurs. Dla pozostałych trzech, które wystawiły te jednostki na ogromne zagrożenie, nie miał wytłumaczenia.

– „Anelace”, „Baselard”, „Maczuga” i „Zbroja”! Natychmiast zmieńcie kurs. Maksymalny zwrot w górę! Wykryliśmy pola minowe na waszym wektorze przejścia. Potwierdźcie odebranie rozkazu i natychmiast wykonajcie zwrot!

Kolejna minuta stała się przeszłością.

– Jaka odległość dzieli ich od krawędzi anomalii? – zapytał Geary, starając się nie podnosić głosu.

– Jeśli utrzymają aktualny kurs... – palce Desjani przebiegły po klawiaturze – wejdą na pole w ciągu trzydziestu sekund.

Odpowiedziała niezwykle zdyscyplinowanym głosem. Podczas niezbyt długiej kariery widziała śmierć wielu marynarzy Sojuszu, na jej oczach uległa zagładzie istna masa okrętów. Geary wciąż poznawał członków swojej załogi, wiedział jednak doskonale, że to doświadczenie nakazuje Tani zachowanie spokoju w obliczu nieuniknionych wydarzeń.

Trzydzieści sekund. Za późno na wydanie jakichkolwiek rozkazów. Geary był świadom, że w jego flocie wielu oficerów dowodzi jednostkami, choć nie zasługuje na ten przywilej. Sporo z nich uważało, że szarża na ślepo jest najbardziej chwalebnym rodzajem ataku. Czuł, że jeszcze wiele czasu upłynie, zanim zdoła zrobić z nich wojowników równie rozważnych jak walecznych. Ale nawet ta świadomość nie pomogła w wytłumaczeniu, dlaczego ci czterej dowódcy zlekceważyli jego rozkazy, a co gorsza, informacje o polu minowym. Wydawało się, że nie myśleli o niczym innym, tylko o zbliżających się celach i wejściu w zasięg strzału.

Może uda im się przetrwać na polu minowym na tyle długo, by odebrali kolejne ostrzeżenie. Geary wywołał cztery jednostki ponownie, wkładając wszystkie siły w zapanowanie nad własnym głosem.

– „Anelace”, „Baselard”, „Maczuga” i „Zbroja”, mówi głównodowodzący. Wchodzicie w potwierdzone pole minowe. Natychmiast zmieńcie kurs. Maksymalny zwrot w górę.

W momencie gdy wypowiadał te słowa, okręty wchodziły już na zaminowany teren. Światło potrzebowało niemal półtorej minuty na pokonanie przestrzeni dzielącej cztery dumne jednostki od reszty floty. Po prawdzie, gdy kończył mówić, mogły już nie istnieć. W tej sytuacji pozostawało mu jedynie spoglądanie na wyświetlacze i oczekiwanie nieuniknionego. Wiedział, że tylko cud jest w stanie ocalić załogi tych okrętów. I bezgłośnie modlił się o niego.

Na próżno. Dokładnie w minutę i siedem sekund po informacji od Desjani Geary zauważył liczne eksplozje na kadłubach myśliwców lecących prosto na najgęstsze pole minowe. Lekkie, relatywnie słabo opancerzone jednostki zostały unicestwione potężnymi uderzeniami ładunków wybuchowych. Ich szczątki zmieszane z fragmentami ciał kobiet i mężczyzn mknęły dalej, nie wywołując jednak eksplozji kolejnych inteligentnych pocisków.

Kilka sekund później Geary zobaczył, że „Zbroja” usiłuje wykonać ciasny zwrot. Było jednak za późno, trajektoria zwrotu skierowała krążownik prosto na miny. Pierwsza wyrwała spory krater na śródokręciu, druga pozbawiła okręt kawałka rufy, a chwilę później wrak zniknął sensorom „Nieulękłego” z pola widzenia. Wszedł w gęstą chmurę szczątków pozostałych myśliwców i nie zobaczyli ostatniego aktu zagłady „Zbroi”.

Geary oblizał spierzchnięte wargi, myśląc o ludziach, którzy zginęli przed chwilą zupełnie nadaremnie. Zablokował wszelkie emocje, zanim podjął decyzję o kolejnym ruchu.

– Druga eskadra myśliwska, wykonajcie rekonesans na granicy pola minowego celem podjęcia ewentualnych rozbitków. Nie wchodźcie w obręb pola bez wyraźnego rozkazu.

Nie wierzył w to, by znaleźli choć jednego rozbitka. Wszystkie okręty zostały unicestwione w tak krótkim czasie, że z pewnością nikt nie zdołałby dotrzeć do kapsuł ratunkowych. Ale musiał się upewnić, że nie zostawią za sobą nikogo, kto mógłby trafić pod czułą opiekę w syndyckim obozie pracy.

Minęła kolejna długa minuta.

– Druga eskadra niszczycieli potwierdza przyjęcie rozkazu. Ruszamy na poszukiwanie rozbitków. – Głos meldującego wydawał się przygaszony.

Geary raz jeszcze przyjrzał się swoim formacjom, wszystkie zespoły weszły na nowy kurs, wznoszący je ponad płaszczyznę ekliptyki systemu Sutra, omijając tym sposobem zaminowane sektory, które teraz oznaczono na hologramie symbolami zagrożenia.

– Wszystkie jednostki wykonają zwrot dwa zero stopni w dół czas jeden pięć.

Marynarze zgromadzeni na mostku spoglądali na niego, jakby spodziewali się, że wygłosi przemowę na cześć bohaterskich załóg zniszczonych przed chwilą czterech okrętów. Geary wstał, zacisnął mocno usta i pokręcił zdecydowanie głową, wciąż nie ufając własnemu głosowi. Nie należy mówić źle o zmarłych. Nie chciał też pastwić się publicznie nad dowódcami, których ambicja zaślepiała tak dalece, że bez wahania wysłali swoje załogi na pewną śmierć.

Nie powiedział ani słowa, choć prawda należała się i jednym, i drugim.


Victoria Rione, współprezydent Republiki Callas i członkini senatu Sojuszu, czekała na niego przy włazie admiralskiej kajuty. Geary ukłonił się jej zdawkowym ruchem głowy i wszedł do wnętrza, nie czyniąc nic, co mogłaby potraktować jako zaproszenie. Ale mimo to przekroczyła wysoki próg niemal równocześnie z nim. Stała, milcząc, przy wejściu, podczas gdy on wpatrywał się w gwiaździsty pejzaż wiszący na oddalonej grodzi. Nie miała żadnej władzy nad komodorem floty, ale jako członek senatu była wystarczająco wysoko postawionym przedstawicielem rządu, żeby nie mógł jej ot, tak sobie wyprosić. Na dodatek okręty oddelegowane do korpusu ekspedycyjnego Sojuszu przez Republikę Callas, jak i Federację Szczeliny znajdowały się pod jej nadzorem i gdyby Rione zdecydowała się opuścić flotę, z pewnością wykonałyby wszystkie jej rozkazy. Musiał potraktować tę kobietę z należytą ostrożnością, choć jedyne, czego teraz pragnął, to znaleźć kogoś, na kim mógłby się wyżyć.

Wreszcie zdecydował się spojrzeć na gościa.

– Czego pani współprezydent sobie życzy?

– Pragnę usłyszeć, jak daje pan upust gniewowi, który pana w tej chwili przepełnia – odparła spokojnie.

Zapadł się w sobie na moment, a potem z całej siły uderzył pięścią w gwiazdy wiszące na grodzi. Zamigotały gwałtownie, ale obraz bardzo szybko znów znieruchomiał.

– Dlaczego? Dlaczego ci ludzie są aż tak głupi?!

– Widziałam tę samą flotę na Corvusie, kapitanie Geary. Tam taktyka syndycka mogłaby zadziałać w pełni, ale pan zdołał nauczyć większość swoich podwładnych, czym jest dyscyplina podczas walki.

– Sądzi pani, że te słowa poprawią mi samopoczucie? – zapytał z wyraźnym rozgoryczeniem.

– Powinny.

Geary przejechał po twarzy lewą dłonią.

– Tak... – przyznał w końcu z niechęcią. – Powinny. Ale nawet gdyby to był jeden okręt... A my straciliśmy aż cztery.

Rione spojrzała na niego badawczo.

– Z drugiej strony reszta floty dostała znakomitą lekcję poglądową na temat wykonywania rozkazów.

Zmierzył ją wzrokiem. Nie sądził, aby naprawdę tak myślała.

– To trochę zbyt zimnokrwiste podejście, jak na mnie, pani współprezydent.

– Musi pan patrzeć na to realnie, kapitanie Geary... – Wzruszyła ramionami. – Istnieją ludzie, którzy odmawiają nauki aż do momentu, gdy własna niewiedza sprawi im naprawdę poważny ból, w fizycznym tego słowa rozumieniu. – Zniżyła głos i przymknęła oczy. – Niestety, z takim momentem mieliśmy właśnie do czynienia.

Zatem i ona jest czuła na punkcie strat, pomyślał Geary i poczuł nagły przypływ ulgi. Chociaż była cywilem i nie podlegała jego rozkazom, tylko z nią jedną w całej flocie potrafił rozmawiać naprawdę otwarcie. Ze zdziwieniem zauważył, że zaczyna lubić tę kobietę, co było zdumiewające, zważywszy na fakt, że został oderwany od życia na niemal całe stulecie, a gdy zakończyło się jego odosobnienie, znalazł się nagle wśród ludzi, których życie i zachowania diametralnie różniły się od tego, co znał.

– Dlaczego, kapitanie Geary? – Rione podniosła wzrok. – Nie jestem ekspertem od spraw militarnych i nawet nie próbuję kogoś takiego udawać, ale ci dowódcy doskonale wiedzieli, że sposób, w jaki pan dowodzi, jest skuteczny. Przekonali się, jak walczyła flota za pańskich czasów. Na ich oczach ogromna flota syndycka została starta w proch. Zniszczona do ostatniej jednostki. Czy mimo to mogli nadal wierzyć, że taka szarża na wroga jest rozsądnym rozwiązaniem?

Geary pokręcił głową, nie patrząc nawet w jej stronę.

– Może postąpili tak tylko dlatego, że cała historia ludzkości usiana jest opowieściami o dowódcach, którzy powtarzali swoje błędy raz za razem, aż stracili wszystkich żołnierzy. Nie będę udawał, że rozumiem motywy postępowania ludzi w podobnych sytuacjach, ale smutna prawda jest taka: dowódcy, którzy nie uczą się na swoich błędach i wciąż posyłają swoich ludzi na śmierć, w końcu zmieniają losy wojen.

 

– Z pewnością nie wszyscy dowódcy są tacy.

– Nie, oczywiście, że nie. Ale wydaje mi się, że tych, którzy przyczynili się do powstania największych strat, awansuje się na najwyższe stanowiska – powiedział Geary i w końcu spojrzał na Rione. – Wielu spośród dowódców w tej flocie to odważni i szlachetni ludzie, ale przez całe życie wmawiano im, że istnieje tylko jeden sposób walki. Sporo czasu upłynie, zanim zdołam ich wszystkich przekonać, że zmiany w taktyce nie są wcale takie złe. Przemiany w wojsku nigdy nie przychodziły łatwo, nawet jeśli oznaczały jedynie powrót do starej, sprawdzonej taktyki. Z bardzo prostego powodu. Coś, co ludzie doskonale znali i do czego byli przyzwyczajeni i wyszkoleni, musiało ulec zmianie.

Rione skinęła głową na znak, że zgadza się z tym twierdzeniem.

– Zauważyłam, że w armii kultywowano wiele starych tradycji i zastanawiałam się nawet, czy aby wojsko nie przyciąga do siebie głównie ludzi niechętnych wszelkim zmianom.

Geary wzruszył ramionami.

– Może coś w tym jest, ale proszę pamiętać, że wiele z tych tradycji stanowi o sile armii. Jakiś czas temu mówiła mi pani, że ta flota jest krucha, że może pęknąć, gdy zbyt mocno się ją uderzy. Jeśli udaje mi się ją nieco zmiękczyć i wzmocnić, to tylko dlatego, że wracamy do takich właśnie starych tradycji.

Wysłuchała tej opinii z tak obojętnym wyrazem twarzy, że nie wiedział, czy uwierzyła choć w jedno jego słowo.

– Posiadam pewne informacje, które być może pozwolą panu lepiej zrozumieć, dlaczego ci czterej dowódcy postąpili tak, a nie inaczej. Od momentu, w którym wyszliśmy z nadprzestrzeni i przywrócono łączność pomiędzy jednostkami, moi agenci przekazali mi kilka ciekawych informacji na temat pogłosek krążących we flocie. Mówi się, że stracił pan ducha bojowego i prędzej pozwoli pan jednostkom Syndykatu uciec, byle odwlec starcie, niż zmierzyć się z nimi w otwartej walce.

Geary roześmiał się na głos, nie mogąc uwierzyć w tak bezsensowne posądzenie.

– Jak ktoś może wierzyć w coś takiego po bitwie na Kalibanie? Zniszczyliśmy tam całą flotę Syndykatu. Żaden z okrętów wroga nie przetrwał.

– Ludzie wierzą w to, w co chcą wierzyć – zauważyła przytomnie Rione.

– Na przykład w mitologicznego „Black Jacka” Geary’ego? – zapytał z przekąsem. – Przez pół dnia wielbią mnie, wojownika przeszłości przysłanego im przez żywe światło gwiazd, by w końcu wygrali tę stuletnią wojnę, a przez resztę czasu rozpowszechniają pogłoski, że jestem niekompetentny i się boję. – Geary usiadł w końcu, wskazując Rione sąsiedni fotel. – Co jeszcze opowiedzieli pani szpiedzy?

– Szpiedzy? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, siadając. W jej głosie dało się wyczuć zaskoczenie. – To takie negatywne określenie.

– To prawda, lecz tylko wtedy, gdy szpiedzy pracują na rzecz wroga. – Geary podparł brodę na pięści i spojrzał uważnie na swoją rozmówczynię. – Czy pani jest moim wrogiem?

– Nie ufam panu, o czym pan doskonale wie – odparła Rione. – Na początku moja nieufność brała się stąd, że będąc legendarnym bohaterem, mógł pan stanowić nie mniejsze zagrożenie dla tej floty niż Syndykat. Teraz doszedł jeszcze jeden powód. Jest pan niesłychanie zdolnym człowiekiem. A taka kombinacja stanowi jeszcze większe niebezpieczeństwo.

– Ale dopóki działam zgodnie z interesem Sojuszu, jesteśmy sojusznikami? – zapytał Geary, pozwalając sobie na odrobinę sarkazmu. – W aktualnej sytuacji martwiłbym się bardziej o to, co pole minowe mówi o naszych wrogach, pani współprezydent.

Spojrzała na niego, robiąc marsową minę.

– A czegóż takiego dowiedział się pan o Syndykach przy okazji tej pułapki, czego by pan wcześniej nie wiedział?

– Mamy dowód na to, że myślą. Wiemy też, że potrafią być sprytni. Zdołali wciągnąć flotę na swoje terytorium, oferując Sojuszowi klucz do hipernetu, i zastawili w swoim centralnym systemie pułapkę, która mogła zmienić losy tej wojny.

– Tego ostatniego szczęśliwie uniknęliśmy dzięki nieoczekiwanemu pojawieniu się legendarnego bohatera Sojuszu sprzed stu lat, kapitana Johna „Black Jacka” Geary’ego – wtrąciła dość kpiącym tonem. – Odnaleziony w kapsule ratunkowej, znajdujący się na krawędzi śmierci, powstał, by jak starożytny, cudem zmartwychwstały król ocalić swój lud przed zagładą w czas największej trwogi.

Skrzywił się, słysząc te słowa.

– Panią to być może bawi, lecz ja na co dzień muszę radzić sobie z tymi, którzy wierzą, że jestem takim człowiekiem...

– Nie sądziłam, że to kiedyś powtórzę: pan jest tym człowiekiem. I nie, wcale mnie ta sytuacja nie bawi.

Geary chciałby zrozumieć lepiej tę kobietę. Przebywając wśród wojskowych od czasu, gdy go odmrożono, co rusz był zaskakiwany przez ogrom zmian, jakie zaszły w mentalności ludzi za sprawą stulecia okrutnej wojny. Ale Victoria Rione była jeszcze większą zagadką. Jego jedynym kontaktem z normalnym, cywilnym życiem Sojuszu okazała się osoba niezwykle skryta i pełna tajemnic. Nie zdołał z niej wyciągnąć, jak bardzo zmieniło się normalne życie przez te sto lat, choć naprawdę tego pragnął.

Rione nie pomoże mi zrozumieć zmian, jakie zaszły w społeczeństwie Sojuszu, dopóki będzie uważała, że mogę tę wiedzę wykorzystać przeciw rządowi, pomyślał. Może któregoś dnia zdołam ją przekonać do zmiany stanowiska.

Geary pochylił się, aby wprowadzić kilka komend na panelu, który znajdował się pomiędzy nimi. Chociaż używał go już od kilku miesięcy, wciąż miał problemy z opanowaniem wszystkich funkcji. Wreszcie nad stolikiem pojawił się hologram Sutry, a obok niego nieco większy, obrazujący pobliskie systemy gwiezdne.

– Przelecimy przez ten system z niewielką prędkością. Jak się domyślam, Syndycy rozmieścili podobne pola minowe na wektorach podejścia do pozostałych punktów skoku, ale teraz, kiedy wiemy już, czego szukać, powinniśmy je bez trudu ominąć.

– Dwie bazy wojskowe Syndykatu? – Rione wskazała na symbole widoczne w głębi obrazu. – Czy nie będą stanowiły zagrożenia?

– Z tego, co do tej pory zaobserwowaliśmy, nie powinny. Są mocno przestarzałe. Jak wszystko w syndyckich systemach niepodpiętych do hipernetu. – Jego wzrok zatrzymał się na wizerunkach obu baz; obserwując je, pomyślał, że tak wiele zmieniło się od jego czasów, najwięcej chyba za sprawą wynalezienia hipernetu. Metoda podróży o wiele szybsza od klasycznych skoków nadprzestrzennych pozwalających przekroczyć prędkość światła, znosząca przy tym limity odległości pomiędzy wrotami hipernetowymi, musiała zrewolucjonizować ideę podróży międzygwiezdnych, wyrzucając poza nawias cywilizacji wszystkie te systemy, których nie uznano za na tyle ważne, by posiadały własne wrota.

Geary wcisnął klawisz odświeżania i na wyświetlaczu pojawiły się najświeższe dane dotyczące systemu Sutra. Jedyną zmianą godną odnotowania była pozycja lekkich jednostek syndyckich, które niedawno wciągnęły cztery jego jednostki w pułapkę pola minowego. Syndycy wciąż uciekali przed jego flotą, rozwijając już niemal 0,2 świetlnej. Przyspieszali tak bardzo, że ich kompensatory nie mogły wyrobić. Przeciążenie musiało wręcz wbijać członków załóg w fotele. Ściganie tych okręcików nie miało sensu. Mogły uciekać w nieskończoność, podczas gdy flota musiała prędzej czy później dostać się w pobliże punktu wyjścia i dokonać kolejnego skoku. Geary wciąż czuł w sobie wiele gniewu, gdy widział symbole tych jednostek, ale miał na tyle rozsądku, by uznać, że zemsta tym razem nie wchodzi w grę.

Wszakże pułapka zastawiona przez Syndyków martwiła go również z innych powodów. Nawet Rione zdawała się nie dostrzegać wszystkich implikacji. Przetrwanie floty Sojuszu zależało głównie od tego, czy Geary zdoła podjąć słuszne decyzje, podczas gdy dowodzący flotami Syndykatu będą się mylili. Jeśli Syndycy utracą zbytnią pewność siebie i zaczną planować kolejne posunięcia, nawet spryt Geary’ego i jego szczęście mogą nie wystarczyć, aby flota Sojuszu zawsze wyprzedzała najpotężniejsze siły wroga co najmniej o jeden ruch. Siły, które bez trudu mogą ją zniszczyć w bezpośrednim starciu.

Ale nawet przypadkowe potyczki mogą okazać się decydujące. Zniszczenie czterech okrętów spośród setek, jakie liczyła cała flota, nie wydawało się specjalnie dotkliwe, ale już straty z dziesiątek pozornie nieznaczących bitew, do jakich może dojść w kolejnych systemach gwiezdnych – zanim powrócą do domu – zdołałyby poważnie nadwerężyć kondycję floty.

Geary obserwował hologram Sutry, marząc skrycie, aby system ten był o wiele bliższy sektorom Sojuszu. Albo żeby jakimś cudem zainstalowano tutaj wrota hipernetowe. Do diabła, skoro nachodzą go tak głupie myśli, może powinien pomarzyć także o tym, że zginął wtedy, przed stu laty, na pokładzie swojego okrętu, co uwolniłoby go od ciężaru dowodzenia tą flotą, jak również od odpowiedzialności za tysiące istnień ludzkich?

Daj spokój, stary, pomyślał. Mogłeś czuć depresję wtedy, gdy cię odmrażali, ale teraz to już przecież odległa przeszłość.

Ostry brzęczyk komunikatora przywrócił go do rzeczywistości.

– Kapitanie, wydaje mi się, że natrafiliśmy na coś ważnego. – W głosie Desjani pojawiła się nuta, której nie potrafił zidentyfikować.

– Coś ważnego? – Gdyby chodziło o zagrożenie, nie wahałaby się o tym mówić wprost.