NieulękłyTekst

Z serii: Zaginiona flota #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

R.1

R.2

R.3

R.4

R.5

R.6

R.7

R.8

R.9

R.10

R.11

Podziękowania

Karta redakcyjna

Okładka


Christine i Larry’emu Maguire.

Dobrym ludziom i jeszcze lepszym przyjaciołom, którzy samą obecnością sprawiają, że warto żyć.

Dla S., jak zawsze.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


R.1

W chłodzie powietrza buchającego z przewodów wentylacyjnych wciąż dało się wyczuć woń przegrzanego metalu i swąd spalonego wyposażenia. To były ostatnie, jakże odległe echa niedawnej eksplozji, jakie dotarły do jego kajuty. Dawno już ucichły okrzyki przerażenia, jak i dobiegający zza włazu tupot stóp. Geary nie drgnął nawet, wiedział, że gdyby wróg zdecydował się przypuścić szturm, usłyszałby setki dzwonków alarmowych i z pewnością nie skończyłoby się na jednym wybuchu. Zresztą to, czy zostali zaatakowani, czy też nie, miało w tej chwili drugorzędne znaczenie. Nie otrzymał rozkazu włączenia się do akcji, zatem nie musiał opuszczać tego miejsca.

Siedział w niewielkiej kajucie z rękami skrzyżowanymi na piersi i dłońmi wciśniętymi pod pachy. Chciał w ten sposób pozbyć się uczucia wyziębienia, towarzyszącego mu od momentu przebudzenia. Zza grodzi dobiegały głuche odgłosy pracujących mechanizmów i stłumione okrzyki marynarzy. Dopóki właz pozostawał zamknięty, Geary mógł sobie wmawiać, że nadal przebywa na pokładzie własnej jednostki, a za ścianą są ci sami ludzie, z którymi kiedyś służył.

Ale tamte okręty i tamci chłopcy odeszli już na zawsze, a on powinien odejść wraz z nimi.

Poruszył się nieznacznie i mocniej przycisnął ręce do torsu, chcąc wreszcie zwalczyć wypełniające ciało uczucie chłodu. Przypadkiem uderzył kolanem o stolik, który stanowił jedyny element wyposażenia niewielkiej kajuty. Przyjrzał się uważnie poszarpanej krawędzi mebla. Zawsze sądził, że przyszłość będzie pozbawiona kantów i śladów zniszczeń, tak charakterystycznych dla dawnych czasów. Wszyscy tak myśleli. Niestety, docierało do niego coraz wyraźniej, że wojna wcale nie odeszła do lamusa, a fakt, że wciąż trwała, musiał raz na zawsze pozbawić ludzkość marzenia o przyszłości jasnej i świetlanej. Tutaj i teraz także liczyła się tylko wydajność.

– Kapitanie Geary, proszę natychmiast stawić się w dokach wahadłowców.

Chwilę trwało, zanim treść komunikatu dotarła do jego świadomości. Dlaczego wzywali go w takie miejsce? Ale rozkaz to rozkaz. Nie chciał odmówić jego wykonania, bo gdyby złamał własną wewnętrzną dyscyplinę, mogłoby się okazać, że oprócz niej nic mu już nie zostało. Westchnął ciężko i wstał. Prawie nie czuł nóg, zdrętwiałych od panującego w kabinie chłodu. Za nic nie chciał spotkać się twarzą w twarz z ludźmi przebywającymi po drugiej stronie włazu, ale nie mógł tego uniknąć. Zebrał się w sobie i otworzył go jednym szarpnięciem.

Maszerując wolnym krokiem korytarzami krążownika Sojuszu o butnej nazwie „Nieulękły”, mijał grupy marynarzy, wśród których dało się zauważyć kilku oficerów. Ludzie schodzili mu z drogi, tworząc odrobinę wolnej przestrzeni, która zdawała się otwierać tuż przed nim i zamykać zaraz za jego plecami, jakby za sprawą magii. Patrzył cały czas przed siebie, nie skupiając wzroku na twarzach. Wiedział, co może z nich wyczytać. Nadzieję i szacunek, których nie rozumiał ani nie pragnął. Dzisiaj zdawał sobie sprawę, że takiemu szacunkowi mogą towarzyszyć wyłącznie cierpienie i rozpacz, a to sprawiało, że miał jeszcze mniejszą ochotę spoglądać żołnierzom w oczy. Podświadomie czuł, że ich zawiódł, choć nigdy niczego im nie obiecywał. Ani też nie twierdził, że jest kimś więcej, niż w rzeczywistości był.

Niespodziewanie drogę zatarasowała mu grupa ludzi i musiał się zatrzymać. Dziewczyna w podoficerskim mundurze odwróciła się i rozpoznała go natychmiast.

– Kapitan Geary! – wykrzyknęła, a jej oblicze rozjaśniło poczucie irracjonalnej nadziei.

Policzek dziewczyny był umorusany płynem hydraulicznym, a obok śladów osmalenia na rękawie munduru dało się zauważyć świeży opatrunek.

Geary wiedział, że powinien jakoś zareagować, ale nie potrafił znaleźć właściwych słów.

– Doki wahadłowców – rzucił w końcu.

– Nie dotrze pan do nich od tej strony, kapitanie – odpowiedziała nadzwyczaj ochoczo. Zmęczenie nagle ustąpiło z jej twarzy, najwidoczniej nie zwróciła uwagi na chłodną reakcję przełożonego. Przez ten entuzjazm sprawiała wrażenie jeszcze młodszej, a Geary poczuł się naprawdę staro. – Odcięto ten sektor na czas napraw. Czuł pan ten ostatni wstrząs, prawda? Musieliśmy wyrzucić za burtę sporo ogniw paliwowych, zanim eksplodowały. Ale niedługo wrócimy do sprawności bojowej. Jeszcze nas nie załatwili. Nie mogą nas pokonać.

– Doki wahadłowców – powtórzył Geary, tym razem bardzo wolno.

Dziewczyna zmrużyła oczy.

– Doki wahadłowców, tak... Proszę zejść dwa pokłady niżej, a potem iść w tym samym kierunku, co teraz. Tam już nie ma blokady. Cieszę się, że pana spotkałam, sir – głos jej się załamał, gdy wypowiadała ostatnie zdanie.

Cieszy się, że mnie spotkała? – pomyślał Geary, czując nagły przypływ gorąca, gdy żar gniewu zmierzył się z chłodem jego ciała. Dlaczego?

Nie okazał tych emocji. Zdawkowo skinął głową i powiedział beznamiętnie:

– Dziękuję.

Zszedł dwa pokłady niżej i ruszył przed siebie, samotny w tłumie, który nadal się przed nim rozstępował i zamykał tuż za jego plecami. Mimo że starał się nie zwracać uwagi na mijane twarze, nie zdołał całkowicie uniknąć ich widoku. Oprócz śladów cierpienia dostrzegał radość i niepoprawny wręcz optymizm, kiedy marynarze orientowali się, że spojrzenie kapitana spoczęło na chwilę na nich.

Admirał Bloch czekał przy grodzi prowadzącej do doków. Towarzyszyli mu szef sztabu i kilku innych wyższych rangą oficerów. Wyszedł Geary’emu naprzeciw i odprowadził go na bok. W odróżnieniu od pozostałych członków załogi admirał sprawiał wrażenie bardziej zaskoczonego niż przestraszonego efektami niedawnego starcia, jakby jeszcze nie do końca zrozumiał, co tak naprawdę zaszło.

– Dowódcy floty Syndykatu zgodzili się na negocjacje. Nalegają, bym wziął w nich udział wspólnie z pozostałymi admirałami. Nie możemy im, niestety, odmówić. – Ton głosu i przygaszone oczy Blocha zupełnie nie pasowały do hurraoptymizmu wypowiedzi, które Geary słyszał niemal na każdym kroku. – Tak się składa, że będzie pan najstarszym stopniem oficerem floty podczas naszej nieobecności.

Geary zmarszczył brwi. Nie brał tego wcześniej pod uwagę. Jego starszeństwo wynikało z daty promocji na stopień kapitana, co miało miejsce naprawdę dawno temu. Ale razem z dowodzeniem przyjdą również obowiązki.

– Ja nie mogę...

– Może pan... – Admirał westchnął ciężko. – Proszę, kapitanie. Flota pana potrzebuje.

– Sir, z całym szacunkiem...

– Kapitanie Geary, nie zabraniam panu myśleć, że byłoby najlepiej, gdybyśmy pana nigdy nie odnaleźli. Ale zarówno dla mnie, jak i dla wielu moich ludzi to znak, dobry znak. „Black Jack” Geary powrócił z martwych, by poprowadzić flotę Sojuszu do jej największego zwycięstwa. – Bloch przymknął na moment oczy. – Przynajmniej mogę pozostawić flotę w rękach człowieka godnego zaufania.

Geary skrzywił się. Chciał zaprotestować, rzucić admirałowi prosto w twarz, że Black Jack nigdy nie istniał, że człowiek, który przed nim stoi, to ktoś zupełnie inny. Ale oczy Blocha były nie tylko przygaszone. Teraz Geary widział to doskonale – były martwe. I dlatego skinął wolno głową.

– Aye, aye, sir.

– Znaleźliśmy się w potrzasku – kontynuował admirał. – Ta flota to ostatnia nadzieja Sojuszu. Zresztą kto jak kto, ale pan musi to rozumieć. Jeśli coś nam się stanie... Proszę uczynić wszystko, co w pana mocy. Proszę mi to obiecać.

Geary po raz kolejny zdusił w sobie pragnienie zaprotestowania krzykiem. Niestety, skruszenie lodów, wciąż wypełniających ciało, stanowiło zadanie ponad siły, a nieprzeparte poczucie obowiązku sprawiło, że nie potrafił odmówić.

 

– Obiecuję – odparł.

– „Nieulękły”... Proszę mnie wysłuchać, kapitanie. – Bloch pochylił się, mówiąc jeszcze ciszej: – „Nieulękły” ma na pokładzie klucz. Rozumie pan? Proszę się skontaktować z kapitan Desjani. Ona wie, o co chodzi, i wszystko panu wyjaśni. Ten okręt musi dotrzeć do naszych sektorów. Cokolwiek się stanie. Klucz hipernetowy musi trafić w ręce Sojuszu. Jeśli tego dokonamy, będziemy mieli jeszcze szansę, dowiedziemy, że nie straciliśmy nadaremnie tylu okrętów i ludzi. Proszę mi to obiecać, kapitanie.

Geary wyraźnie słyszał błagalny ton w słowach Blocha, nawet pomimo wciąż przytępionych zmysłów. Patrzył na niego zszokowany, nic nie rozumiejąc. Przecież negocjacje z Syndykatem wkrótce się zakończą i admirał powróci na stanowisko. Z jakiego powodu powiedział mu o przechowywanym na pokładzie „Nieulękłego” kluczu? Ten przedmiot miał związek z nową metodą podróżowania. Umożliwiał o wiele szybsze przedostawanie się między systemami gwiezdnymi od stosowanych w czasach Geary’ego skoków z prędkością nadświetlną.

– Obiecuję, sir – odpowiedział.

– Znakomicie. Dziękuję. Dziękuję, kapitanie. Wiem, że gdybym miał wskazać w tej flocie jedną osobę godną zaufania, byłby nią właśnie pan. – Nawet jeśli Bloch wyczytał z twarzy Geary’ego zwątpienie, nie dał tego po sobie poznać. – Uczynię wszystko, co w mojej mocy, ale jeśli stanie się najgorsze... – na moment zamilkł. – Musi pan uratować to, co pozostało z floty. – Ruszając w stronę pozostałych oficerów, zakomunikował już normalnym głosem: – Kapitan Geary będzie dowodził flotą podczas naszej nieobecności.

Wszystkie spojrzenia zwróciły się na Geary’ego. Zaskoczenie i radość widniały na twarzach młodszych oficerów. Ich starsi koledzy emanowali raczej sceptycyzmem, mrucząc niezrozumiale pod nosem w odpowiedzi na rozkaz admirała.

Geary zasalutował. Dla niego ten gest stanowił rutynę, a w tej flocie najwyraźniej był nieznany. Nie miał pojęcia, kiedy obyczaj salutowania znikł z regulaminu, ale prędzej strzeliłby sobie w łeb, niż pomachał przełożonemu na pożegnanie. Bloch odpowiedział niezdarnym uniesieniem ręki, a potem odwrócił się i szybko wszedł na pokład wahadłowca. Reszta najstarszych stopniem oficerów ruszyła jego śladem.

Geary obserwował start promu w zupełnym bezruchu. Wciąż się zastanawiał, co powinien teraz czuć. Został głównodowodzącym floty, a w każdym razie jej ocalałych resztek – szczyt marzeń każdego oficera. Choć tylko na chwilę, co nie ulegało wątpliwości. Żeby nie wiadomo jak źle się działo, nie pozostawią go przecież na tym stanowisku. Admirał Bloch uczynił po prostu skromny gest wobec legendarnego kapitana „Black Jacka” Geary’ego, oddając mu tym samym symboliczne honory. Niedługo wróci, musi tylko doprowadzić do zawarcia porozumienia. Geary miał kiedyś do czynienia z przedstawicielami Światów Syndykatu i chociaż ich nie znosił, nie wątpił, że raczej spróbują się dogadać, niż walczyć. Nawet uwięziona w potrzasku flota Sojuszu nadal była w stanie zadawać przeciwnikowi straty.

Nagle zdał sobie sprawę, że jest obserwowany. Na twarzach oficerów zniecierpliwienie zdecydowanie górowało nad pozostałymi uczuciami. Geary skinął głową w ich stronę.

– Rozejść się – rozkazał.

Tylko dwie osoby nie ruszyły natychmiast z miejsca. W odpowiedzi na wydaną komendę próbowały niezdarnie naśladować gest salutu. Geary odpowiedział mechanicznie, zastanawiając się przy tym, co sprawiło, że zapomniano o tak zasadniczym elemencie regulaminu.

Został sam i nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić. Gdzie powinien się udać, skoro odgrywa rolę admirała? Może na mostek. Tam gdzie wszyscy będą go obserwować i gdzie nie ma nic do roboty.

Co za różnica, gdzie teraz pójdę? Mogę wydawać rozkazy nawet z własnej kajuty, jeśli zajdzie taka potrzeba, choć wiem, że nic podobnego się nie wydarzy. Komu miałbym rozkazywać? Wszystko, o czym wiem, wszyscy, których znałem, należą do zamierzchłej przeszłości. I jestem zmęczony. Spędziłem niemal stulecie zahibernowany w kapsule ratunkowej, przespałem życie i śmierć wszystkich bliskich i wciąż jestem zmęczony.

Niech to diabli!

Wrócił do kabiny, usiadł i wpatrzył się w blat stolika, próbując o niczym nie myśleć. Ale nie potrafił, miał przecież zadanie do wykonania. Zaledwie kilka minut zdołał się opierać przyzwyczajeniom wyniesionym z lat służby. Pochylił się nad konsolą komunikatora, aby mieć pewność, że naciska odpowiedni klawisz.

– Mostek, tutaj kapitan Geary, aktualny głównodowodzący floty. Proszę mnie poinformować, kiedy wahadłowce dotrą na okręt flagowy Syndykatu.

– Tak jest, sir! – Na monitorze przepełniony dumą marynarz skinął głową. – Przewidywany czas dotarcia do celu wynosi około piętnastu minut.

– Dziękuję. – Geary szybko przerwał połączenie. Zirytowało go uwielbienie dla bohatera widoczne na twarzy rozmówcy. Usiłował ponownie się wyciszyć, ale poczucie obowiązku wciąż nie dawało mu spokoju. Niemalże czuł, jak niewidzialny palec dźga go w plecy, zmuszając do działania. W końcu uległ i po raz kolejny sięgnął do przycisków. System informacyjny krążownika początkowo odmawiał mu dostępu do aktualnych danych o stanie floty, ale w końcu i do niego musiała dotrzeć wiadomość o przekazaniu dowodzenia w ręce Johna Geary’ego. Choć z oporami, zezwolił na wgląd w bazę danych.

Geary przeglądał listę okrętów wolno i metodycznie. Odczuwał przy tym niemal fizyczny ból, wyraźny znak, że przepełniająca go do niedawna obojętność jest już tylko iluzją. Tak wiele okrętów zostało zniszczonych. Z tych, które przetrwały, tak wiele uszkodzono. Nic dziwnego, że Bloch musiał pertraktować z Syndykatem.

– Kapitanie Geary, nasze wahadłowce dotarły właśnie do statku flagowego Syndykatu.

– Dziękuję. – Sytuacja admirała zagonionego na okręt wroga nie była godna pozazdroszczenia. Bloch mógł co najwyżej błagać albo blefować w nadziei, że uda mu się wynegocjować jakiekolwiek ustępstwa. Geary doskonale wiedział, jak Syndycy traktują własnych ludzi, nie mówiąc już o przeciwnikach. Miał jednak nadzieję, że tym razem dadzą się przekonać.

– K-k-kapitanie Geary, t-t-tuu wachta k-k-kooomunikacyjna.

Widoczny na ekranie oficer wydawał się o wiele bardziej roztrzęsiony od któregokolwiek ze spotkanych dzisiaj załogantów.

– O co chodzi?

– W-w-wiaaadomość... z ok-k-krętu flagowego Syndyków. K-k-kaaapitanie, oooni ją nadają do wszystkich naszych jed-d-dnooostek.

– Pokażcie.

Twarz oficera zniknęła. Zastąpił ją przekaz, na którym admirał Bloch i pozostali dowódcy floty Sojuszu stali w rzędzie pod grodzią we wnętrzu flagowca wroga. Po chwili kamera cofnęła się, ukazując szerszą panoramę hangaru. Notabl Syndykatu patrzył prosto w obiektyw z arogancją, która mogła cechować wyłącznie Dyrektora Organizacji Naczelnej. Na nienagannie skrojonym mundurze błyszczały liczne dystynkcje.

– Floto Sojuszu, wasz admirał przybył do nas, aby „negocjować” warunki kapitulacji. – DON wykonał znaczący gest.

Geary poczuł, że zasycha mu w ustach. Żołnierze służb specjalnych wystąpili przed szereg, po jednym na każdego z pojmanych, i zaczęli strzelać. Bloch oraz kilku innych admirałów stało podczas egzekucji w pozycji zasadniczej, ale padali kolejno, kiedy krew rosiła ich mundury. Kilka chwil później wszyscy dowódcy Sojuszu leżeli na ziemi, bez wątpienia martwi. DON Syndykatu skinął niedbale ręką, wskazując na ciała.

– Nie mieliśmy czego „negocjować”. A każdy, kto zechce prowadzić dalsze „negocjacje”, skończy jak ci głupcy. Te okręty i ich załogi, które poddadzą się bezwarunkowo, zostaną oszczędzone. Nie czujemy wrogości wobec żołnierzy zmuszonych do walki przez bezmyślnych dowódców. – Pomimo głębokiego szoku Geary pomyślał, że DON musi doskonale zdawać sobie sprawę, jak nieprzekonująco wypadła ta część przemowy. – Ale ci, którzy nadal zechcą z nami „negocjować”, zostaną zabici, choć na pewno nie tak szybko jak wasi admirałowie. Macie godzinę na kapitulację. Po upływie tego czasu zaatakujemy i zdławimy każdą formę oporu.

Transmisję zastąpił widok oficera łączności, z którego oczu można było teraz wyczytać przerażenie. Geary jednak wciąż gapił się w osłupieniu na ekran. Wiedział, że Syndycy nie należą do ludzi łagodnych, ale nie mieściło mu się w głowie, że są zdolni do tak wielkiego okrucieństwa. Powoli zdawał sobie sprawę, że, jak wiele innych rzeczy, z którymi miał do tej pory styczność, ulegli podczas tej wojny przemianie. Z pewnością nie na lepsze.

Minęła długa chwila, zanim zrozumiał, że prawdopodobnie będzie stał na czele floty dłużej, niż początkowo zakładał. Floty zdziesiątkowanej i otoczonej przez przeważające siły nieprzyjaciela. Mając godzinę na kapitulację. Widział przed sobą twarz oficera łączności, ale zdawał sobie sprawę, że za nim stoi rzesza innych marynarzy. Wszyscy modlili się w nadziei, że on, kapitan Geary, zdoła ich ocalić.

Zaczerpnął głęboko tchu. Liczył, że wewnętrzny chłód, towarzyszący mu od momentu przebudzenia z hibernacji, pomoże ukryć niepokój.

– Połączcie mnie z kapitan... – Jakie nazwisko wymienił admirał Bloch? – Desjani? Tak, z kapitan Desjani. Natychmiast.

– Tak jest! Melduję, że pani kapitan przebywa na mostku, sir!

Na mostku. Geary przypomniał sobie, że Desjani to jeden z oficerów dowodzących „Nieulękłego”. Czy już się spotkali? Nie pamiętał.

Po chwili na ekranie pojawiła się kobieta w średnim wieku. Z twarzy noszącej znamiona upływu czasu przebijało doświadczenie minionych bitew. Geary nie chciał zgadywać, jak kapitan mogłaby wyglądać, gdyby żyła w czasach pokoju i dobrobytu.

– Poinformowano mnie, że chce pan ze mną rozmawiać.

– Czy widziała pani przekaz z okrętu Syndyków?

Przełknęła ślinę, zanim odpowiedziała.

– Tak, wysłano go do wszystkich jednostek, więc każdy dowódca musiał widzieć egzekucję.

– Wie pani, dlaczego Syndycy zabili admirała Blocha?

– Dlatego że są bezdusznymi skurwysynami? – Desjani wykrzywiła usta w pogardliwym grymasie, gdy wypowiedziała ostatnie słowo.

Geary poczuł nagły przypływ złości.

– Nie to było powodem egzekucji, kapitanie!

Patrzyła na niego przez moment, nic nie mówiąc.

– Dlaczego zabili admirałów? Widocznie flota Syndykatu nie potrafi walczyć bez dowódców i uznano, że z nami będzie podobnie. Chcieli pozbawić nas morale, transmitując tę masakrę. Wymordowali wszystkich wyższych rangą oficerów, aby zyskać pewność, że w razie podjęcia walki nie będziemy w stanie zorganizować solidnej obrony.

Geary z początku nie potrafił wyartykułować myśli. W milczeniu patrzył na ekran.

– Kapitanie, ta flota nie została pozbawiona dowództwa – powiedział w końcu.

Szeroko otwarte oczy Desjani dobitnie świadczyły o jej zaskoczeniu.

– Pan został głównodowodzącym?

– Zgodnie z rozkazem admirała Blocha. Wydawało mi się, że została pani o tym powiadomiona.

– Otrzymałam taką informację, ale... Zastanawiałam się, jak pan zareaguje. Mam rozumieć, że przejmuje pan dowodzenie? Na żywe światło gwiazd, muszę poinformować o tym pozostałych kapitanów. Obserwowałam właśnie ich dyskusję, kiedy otrzymałam pańskie wezwanie. Próbowaliśmy podjąć decyzję w sprawie dalszych działań.

Geary zapomniał, co chciał powiedzieć, gdy dotarło do niego znaczenie tych słów.

– Dyskusję? O czym niby kapitanowie pozostałych jednostek dyskutują?

– Co mają robić, sir. Zastanawiają się, jak postąpić w obliczu śmierci admirała Blocha i pozostałych oficerów dowodzących.

– Co robią? – Chłód wypełniający ciało Geary’ego zaczął gwałtownie ustępować. – Czy nie poinformowano ich, że zająłem stanowisko admirała Blocha?

– Powiadomiono... sir.

– Czy którykolwiek z nich skontaktował się z okrętem flagowym w sprawie dalszych instrukcji?

Nadzieję malującą się do niedawna na twarzy Desjani zastąpiło zupełnie inne uczucie. Teraz kapitan patrzyła nieufnie, jak doświadczony oficer, który wie, że poczynania przełożonego mogą zaprowadzić podwładnych jedynie pod najbliższy mur.

– No... nie, sir. Nie zarejestrowałam prób komunikacji z okrętem flagowym.

– Dywagują, co robić, a nawet nie podjęli próby nawiązania kontaktu z dowództwem? – Geary nie potrafił tego pojąć. Mógł przymknąć oczy na takie drobiazgi, jak zarzucenie salutowania, ale żeby jawnie ignorować przełożonego? Co się stało z flotą Sojuszu, którą kiedyś znał?

 

Kapitan Desjani zerkała na niego, spodziewając się wybuchu złości. Zamiast tego przemówił wyjątkowo spokojnie. Słowa same wypłynęły z ust, brzmiąc jak stare, odtwarzane po raz setny nagranie:

– Kapitanie, proszę natychmiast skontaktować się ze wszystkimi dowódcami okrętów. Zwołuję odprawę na pokładzie „Nieulękłego”.

– Pozostała niespełna godzina do terminu wyznaczonego przez Syndykat – wtrąciła Desjani.

– Wiem o tym, kapitanie – odpowiedział.

Wiem też, że jeśli nie pokażę tym ludziom, kto jest ich przełożonym, flota przestanie istnieć znacznie wcześniej. Muszę ich poznać choćby powierzchownie, zanim podejmę pierwszą złą decyzję. Wiem tak cholernie mało, pomyślał, a na głos dodał:

– Admirał Bloch pokazał mi salę konferencyjną. Mówił, że można w niej organizować wirtualne odprawy z udziałem wszystkich dowódców.

– Tak jest. Umożliwiający to system łączności nadal funkcjonuje.

– Znakomicie. Zatem daję oficerom dziesięć minut na przygotowanie się do odprawy i pięć na potwierdzenie otrzymania rozkazu. Jeśli ktokolwiek będzie miał wątpliwości, proszę przekazać, że obecność jest obowiązkowa.

– Tak jest!

Geary od początku rozmowy miał świadomość, że w dość obcesowy sposób traktuje osobę, która de facto dowodzi jednostką. Zawsze irytowało go podobne zachowanie, zwłaszcza jeśli sam cierpiał z jego powodu. Nie powinien o tym zapominać.

– Dziękuję, kapitanie. Spotkamy się przed salą konferencyjną, powiedzmy, za... osiem minut.

Jeśli się nie mylił, sala była oddalona od jego kajuty o pięć minut marszu. Nadwyżkę czasu spożytkował na ponowne sprawdzenie stanu floty. Tym razem starał się zapamiętać formację, w jakiej ustawiono okręty, i stopień ich uszkodzenia. To, co w normalnej sytuacji uznałby za zwykłe ćwiczenie pamięci, teraz stało się bolesnym obowiązkiem, na którego wykonanie miał niespełna trzy minuty. Zauważył, że czegoś brakuje na wyświetlanym obrazie, czegoś, co powinno się na nim znaleźć. Dodał ten element i znów wpatrywał się w ekran, tym razem nieco dłużej, zastanawiając się, dlaczego całość tej układanki nie ma dla niego sensu.

W końcu wyszedł z kajuty i po raz kolejny ruszył korytarzami „Nieulękłego”, unikając pytających spojrzeń żołnierzy. Doskonale pamiętał o obietnicy złożonej admirałowi Blochowi i starał się sprawiać wrażenie osoby, która wie, co robi. Będąc niegdyś podoficerem, opanował tę sztukę do perfekcji. W obecnej sytuacji żadne inne doświadczenie wyniesione z lat służby we flocie nie mogło się bardziej przydać.

Komandos trzymający straż przed drzwiami sali konferencyjnej zasalutował przepisowo na widok przełożonego. Początkowo zaskoczony, Geary dopiero po chwili zrozumiał, że jeśli stare żołnierskie zwyczaje miały szansę gdziekolwiek przetrwać, to tylko w korpusie piechoty.

– Kapitanie, wszyscy dowódcy okrętów są obecni – zameldowała stojąca obok wejścia Desjani.

Zerknął w stronę sali. Z tego miejsca wyglądała na zupełnie pustą.

– Wszyscy?

– Tak jest, sir! Większość z nich wydaje się zachwycona faktem, że pod panem służą – dodała pospiesznie Desjani.

– Zachwycona? – Oczywiście, że tak. Nie mają pojęcia, co robić. A teraz jest na kogo zrzucić ciężar odpowiedzialności. Od momentu, w którym oświadczył, że przejmuje dowodzenie, Desjani ubyło jakieś dziesięć lat. Czekają na bohatera, który ich ocali, pomyślał gorzko. Nie, to niesprawiedliwa ocena po tym wszystkim, przez co przeszli...

Zastanawiał się, co sam teraz czuje. Jego duszę wypełniała pustka i powoli zaczynał zdawać sobie sprawę, co mogli myśleć ci ludzie w chwili, gdy znany im świat nagle legł w gruzach. Spojrzał badawczo na kapitan „Nieulękłego”, próbując dostrzec jakiekolwiek emocje za zasłoną niepokoju.

– W jakim są stanie? – zapytał.

Desjani uniosła brwi, jakby nie do końca zrozumiała pytanie.

– Wszyscy złożyli już raporty dotyczące uszkodzeń jednostek, sir. Ma pan dostęp do tych danych przez...

– Już je przejrzałem. Nie chodziło mi o okręty. Rozmawiała pani z tymi ludźmi. Zakładam, że doskonale ich pani zna. W jakim są stanie?

Zawahała się.

– Wszyscy widzieli transmisję z okrętu Syndykatu.

– Powtarza się pani. Proszę mi szczerze powiedzieć, co pani sądzi o tych oficerach. Czy zostali już pokonani?

– Nikt nas jeszcze nie pokonał, sir! – krzyknęła, ale ton jej głosu nie przekonywał. Ani wbity w podłogę wzrok. – Są po prostu... zmęczeni. Wszyscy jesteśmy. Sądziliśmy, że atak na główny system Syndykatu pozwoli odbudować równowagę, doprowadzić do zakończenia wojny. Walczymy od tak dawna. I straciliśmy już nadzieję na... na...

– Zwycięstwo – przerwał jej Geary. Nie zamierzał po raz kolejny wysłuchiwać mowy na temat szczegółów całego planu. Admirał Bloch powtarzał to wielokrotnie. Zdecydowane uderzenie, możliwe dzięki czemuś, co nazywano hipernetem i co nie istniało w czasach Geary’ego, i dzięki zdrajcy Syndykatu. Domniemanemu zdrajcy, jak się okazało.

– Rozumiem, że okręty, z którymi się starliśmy, stanowią większą część sił Syndykatu.

– Tak jest. Można powiedzieć, że to niemal cała ich flota. – Desjani wyraźnie walczyła o zachowanie kontroli nad drżącym głosem. – Czekali na nas. Przednie formacje floty Sojuszu nie miały najmniejszych szans.

– Ale trzon ocalał i zdołał się przebić.

– Tak. Ale za jaką cenę. Nawet Black... proszę o wybaczenie, nie to miałam na myśli. Nie zdołamy pokonać Syndykatu tymi siłami, które nam pozostały.

Geary zmarszczył brwi. Przestał zwracać uwagę na to, jak mówiła Desjani. O wiele ważniejsze było to, co mówiła. Nie ma nadziei... Zgodnie ze starożytną legendą na dnie puszki Pandory wraz ze wszelkimi nieszczęściami i chorobami umieszczono właśnie nadzieję. To ona miała podtrzymywać ludzi na duchu, gdy wszystko inne zawiedzie. Ale jeśli ci ludzie już ją utracili... Myśląc o tym, spojrzał na kapitan i zobaczył coś, czego się nie spodziewał. Nadzieja nadal tliła się w jej oczach, wpatrzonych teraz w niego.

– Sir! – Desjani przemówiła dziwnie podniosłym tonem. – Za pozwoleniem, sir. Potrzebujemy pana. Oni... My wszyscy potrzebujemy kogoś, w kogo możemy uwierzyć. Kogoś, kto nas z tego wyciągnie.

– Nie jestem tym, za kogo mnie pani uważa. Nie jestem legendą, kapitanie – wreszcie wyrzucił to z siebie. – Jestem tylko człowiekiem. Nie potrafię dokonywać cudów.

– Jest pan „Black Jackiem” Gearym, sir! Walczył pan w jednej z pierwszych bitew tej wojny z przeważającymi siłami wroga.

– I przegrałem, kapitanie.

– Nie, sir!

Zmarszczył czoło, zaskoczony tak gwałtowną reakcją.

– Związał pan wroga walką, zapewniając drogę ucieczki każdemu ze statków konwoju! A potem pozostał pan na polu bitwy, by jednostki eskorty mogły wykonać skok. Wydał pan marynarzom rozkaz ewakuacji w kapsułach ratunkowych, podczas gdy pan w pojedynkę powstrzymywał wroga, dopóki nie zniszczono pańskiego okrętu. Uczyłam się o tym na lekcjach historii, jak chyba każde dziecko w Sojuszu!

Geary patrzył na kapitan z przerażeniem. To zupełnie nie tak, pomyślał, choć pragnął powiedzieć to głośno. Walczyłem, bo musiałem. Walczyłem, bo zobowiązywała mnie przysięga. A zostałem, ponieważ mój okręt, zbyt poważnie uszkodzony, tak czy inaczej nie przetrwałby skoku. Fakt, nakazałem załodze ewakuację, ale to nie był akt heroizmu, tylko zasrany obowiązek. Ktoś musiał prowadzić ogień zaporowy, podczas gdy kapsuły opuszczały pokład jednostki. A to również należało do moich obowiązków. Nie chciałem umierać. Gdy wszystkie systemy bojowe okrętu odmówiły współpracy, zainicjowałem opóźnione samozniszczenie reaktora. Usiłowałem uciec, wykorzystując ostatnią kapsułę ratunkową. Uszkodzoną kapsułę, która dodatkowo oberwała, kiedy statek eksplodował. Nie miałem działającej boi sygnałowej. Zostałem uwięziony w kawałku złomu dryfującym w przestrzeni wypełnionej wrakami. Nikt mnie nie szukał. Dopiero wasza potężna flota po niemal stu latach dotarła do tamtego zapomnianego systemu i przypadkiem się na mnie natknęła. A kiedy zostałem obudzony, powiedzieliście mi, że Sojusz zmienił mnie w kogoś, kim nigdy nie byłem. Nadano mi pośmiertnie stopień kapitana za zasługi na polu walki, uczyniono pierwszym bohaterem tej wojny. Ale jak ktoś, kto jeszcze żyje, może być legendą?

Nie powiedział ani słowa. Patrzył na Desjani i wiedział, że i tak mu nie uwierzy. Poza tym bał się wraz z własną legendą zniszczyć widoczne w oczach kapitan resztki nadziei.

Dałem admirałowi słowo, że uczynię wszystko, co w mojej mocy, by ocalić tę flotę, pomyślał. Tylko jak to zrobić? Jak ten bohater, któremu tak bezgranicznie ufają, zdoła tego dokonać?

– To było dawno temu, kapitanie – odparł w końcu najłagodniej jak potrafił. – Ale dam z siebie wszystko. – A w myślach dodał: i módlcie się, żeby to wystarczyło. – Zanim zaczniemy odprawę, proszę mi powiedzieć, dlaczego ten „klucz” jest taki ważny?

Desjani rozejrzała się po korytarzu, a potem zaczęła mówić tak cicho, że ledwie ją rozumiał.

– To klucz hipernetowy Syndyków. Mamy go na pokładzie „Nieulękłego”.

– Ale co to, u licha, znaczy?

Spojrzała na niego zdziwiona.

– Proszę wybaczyć, zapomniałam, że pan nie zna koncepcji hipernetu.

– Wiem tylko tyle, że hipernet pozwala na znacznie szybsze przemieszczanie się między systemami niż tradycyjne skoki.