Pokój dla artystyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Duchy przeszłości bywają straszniejsze od... duchów

Co ma wspólnego pierwszomajowy pochód sprzed ponad czterdziestu lat z drogocenną figurką z epoki Han, kurzącą się wśród innych klamotów w domu Ewy, scenarzystki Mrocznej serii, czy z pamiętnikiem starego pisarza, rezydenta założonego przez Martę i Jaszę Domu Pracy Twórczej?

Czy śmierć kolejnych gości to nieszczęśliwy zbieg okoliczności czy zaplanowane z zimną krwią zbrodnie? A może nad starym domem w Nałęczowie – którym wszyscy są zafascynowani – ciąży jakieś fatum?

Co wciąga w lekturę Pokoju dla artysty? Sięgająca lat siedemdziesiątych zagadka kryminalna czy intrygi snute przez gości Domu Pracy Twórczej, niewolnych od „dobrze skrywanej zawiści”? Galeria barwnych postaci wynajmujących pokoje dla artystów śmieszy i przeraża. Maria Ulatowska i Jacek Skowroński z poczuciem humoru (czasem nawet czarnym!), szczyptą ironii, odrobiną sarkazmu, ale i sympatią, portretują współczesnych artystów – kto zechce, może szukać pierwowzorów.

Duet Ulatowska–Skowroński w znakomitej formie! Tajemnica goni tajemnicę... A rozwiązanie – zaskakuje aż do bólu. A może i do łez?

Nie dajmy się jednak zwieść pozorom; obok znakomitych wątków kryminalnych Autorzy proponują nam świetną – na miarę ich Autorki – powieść obyczajową. Skłaniają do zastanowienia się nad rolą przypadku w naszym życiu, nad grą pozorów, siłą uczuć i ceną, jaką przychodzi czasem płacić za marzenia (tak, tak! warto marzyć... ale ostrożnie!).

Dorota Koman


Copyright © Maria Ulatowska, Jacek Skowroński, 2015

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcie na okładce

© Lorado/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8069-822-2

Warszawa 2015

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Nigdy do dzisiaj, o wieczny spokoju,

O ciszo śmiertelna,

Nie przeczułam tak tęsknie

Waszej wspaniałości.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Chwila depresji

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Proszę mi mówić Ernest

Odkąd Ernest Szramowski pamiętał, dzień Święta Pracy zawsze fundował piękną pogodę. Ponieważ nauczono go, aby odbierać rzeczy takimi, jakie są, nigdy szczególnie się nad tym nie zastanawiał, po prostu wiedział, przyjmował jako coś zupełnie oczywistego, że na pochód nie trzeba zabierać parasola. Gdyby po wyjściu z domu poczuł na twarzy krople deszczu, najpierw wróciłby do mieszkania, żeby włączyć radio i upewnić się, czy aby coś mu się nie pokręciło z datami. Jeśli byłby typem człowieka skłonnego do refleksji, zapewne zastanowiłby się nad przedziwnym zrządzeniem losu wyświadczającego taką przysługę partii, która na pewno nie miała żadnych względów u Opatrzności. Ale nigdy nie zaprzątał sobie tym głowy. Zwłaszcza że ostatni raz był w kościele przy okazji własnych chrzcin, na co z oczywistych względów nie miał wpływu. Jednak odkąd mógł samodzielnie decydować o sobie, ani razu nie przyjął komunii, nie ukląkł przed konfesjonałem, nie rzucił grosza na tacę. Od wielu lat nie przekroczył progu świątyni. Może tak było lepiej – nie tylko dla niego – gdyż po wysłuchaniu jego wyznań niejeden kapłan miałby ogromne problemy nie tylko z wyznaczeniem odpowiedniej pokuty, lecz i z dochowaniem tajemnicy spowiedzi. Sumienie posiada tę zaskakującą właściwość, że jednemu dostarcza alibi dla dowolnego czynu, uzasadniając wszystko z nadzwyczajną łatwością, innemu zaś nie da zasnąć, gdy odwrócił wzrok, napotkawszy żebrzącego o przygarnięcie psiaka. Szramowski nigdy nie cierpiał na bezsenność.

Tamtego dnia świeciło słońce, lekki wiatr poruszał rozwieszonymi gdzie tylko się dało flagami oraz transparentami, pełnymi wzniosłych sloganów o jedności w budowaniu socjalistycznej ojczyzny i umacnianiu przewodniej roli partii.

Ernest Szramowski włożył białą koszulę, do niej krawat i najlepszą marynarkę z setki. W końcu nie codziennie jest Pierwszy Maja, a on nawet normalnie nie znosił prezentować się jak pierwszy lepszy łapserdak. W tramwaju uśmiechnął się do eleganckiej kobiety, która skasowała bilet, choć tego dnia nie było takiej konieczności, gdyż w Święto Pracy kontrolerzy również mieli wolne. Mimo całej wyniosłości jedynej słusznej władzy ona też dbała o wizerunek wśród obywateli, toteż zatroszczyła się, by niepotrzebnymi szykanami nie zepsuć podniosłego nastroju. Ktoś pragnący wziąć udział w manifestacji poparcia nie powinien myśleć o sprawach tak przyziemnych jak kupno biletu, gdy kioski Ruchu były przeważnie zamknięte. Wprawdzie zdecydowana większość na pierwszomajowym pochodzie nie manifestowała niczego więcej poza pragnieniem chwilowej ucieczki od szarej rzeczywistości, jednak władza konsekwentnie ignorowała ów fakt. Z perspektywy trybuny honorowej radość tłumu musiała wyglądać niezwykle budująco. Następnego dnia władza zamknie się w gabinetach, by jedynie od czasu do czasu pojawić się w Dzienniku Telewizyjnym lub na zdjęciu w „Trybunie Ludu”. A za rok znów zafunduje obywatelom darmowe chorągiewki, krzepiące uśmiechy i wzniosłe przemówienia dla pokrzepienia serc. Mogło zabraknąć funduszy na sznurek do snopowiązałek, ale na igrzyska nie zabrakło nigdy.

Tramwaj wjechał na most Śląsko-Dąbrowski. Szramowski przyglądał się z okna dzikiemu brzegowi Wisły, na którym nieliczni jeszcze mieszkańcy Warszawy urządzali sobie majówkę. Można i tak spędzić świąteczny dzień, lecz on czuł pewien rodzaj pogardy dla motłochu z jego przyziemnymi uciechami. Nie po to się ustanawia święta państwowe, żeby ludzie moczyli nogi w wodzie, a potem na kocyku zajadali przyniesioną z domów wałówkę. Ernest odbierał to niemal jako osobistą zniewagę. Po drugiej stronie rzeki powoli rosły mury odbudowywanego Zamku Królewskiego. Budowlańcy dobrze się spisywali, widać już było kształt gmachu, puste tego dnia rusztowania przypominały, ile wysiłku i potu kosztowało owo przedsięwzięcie. Mieszkańcy stolicy mają z czego być dumni. Tylko motłoch na brzegu rzeki tego nie rozumie…

– Przepraszam, może pan wie, która jest godzina?

Tramwaj zdążył ruszyć z przystanku przy placu Zamkowym i zagłębił się w tunel Trasy W-Z, nim Szramowski się zorientował, że to jemu zadano pytanie. Zerknął na kobietę, której chciało się w takim dniu kasować bilet, odsunął palcem mankiet koszuli i dłuższą chwilę spoglądał na tarczę radzieckiego poljota.

– Co mu jest… – Potrząsnął dłonią, uniósł zegarek do ucha i zmarszczył brwi. Tę markę utworzono na cześć pierwszego lotu człowieka w kosmos i czasomierz nigdy go dotąd nie zawiódł. – Przykro mi, ale nie chodzi. Musiałem zapomnieć wieczorem nakręcić. Czasem jestem roztargniony, ale zaraz spytamy kogoś…

– Nic nie szkodzi, to nie takie ważne. Boję się tylko, czy nie jestem spóźniona. Wie pan, mój zakład pracy ma zbiórkę o dziesiątej trzydzieści, jeśli nie zdążę, nikt nie będzie specjalnie na mnie czekał.

Nieznajoma mogła liczyć sobie ze trzydzieści pięć lat albo trochę więcej, bo staranny makijaż oraz trwała ondulacja, która zapewne zdołałaby się oprzeć początkowej fazie sztormu, utrudniały dokładną ocenę wieku. Granatowa garsonka z jasną bluzką wyglądała szykownie, umieszczając jej właścicielkę dosyć wysoko w ocenie Szramowskiego.

– Kobieta zawsze ma prawo odrobinę się spóźnić. Niektórzy powiedzieliby nawet, że to obowiązek.

– Wszystko zależy od okoliczności… – Wyraz jej twarzy świadczył, że doceniła szarmanckie zachowanie towarzysza przejażdżki. – Ale ja naprawdę nie znoszę się spóźniać! Wolę przyjść za wcześnie niż za późno.

– Rozumiem – odpowiedział poważnie. – To tak jak ja. Na szczęście nikt na mnie nie czeka.

Nieznajoma musnęła szybkim spojrzeniem jego prawą rękę, natychmiast odwracając wzrok. Ach, te kobiety, pomyślał Ernest, udając, że niczego nie zauważył. Cóż, sam przecież sprowokował jej reakcję, bo ostatnia uwaga zabrzmiała nieco dwuznacznie. Brak obrączki nie musiał w końcu niczego oznaczać. Ale mógł. A już na pewno nie mówił niczego o posiadaniu lub braku dzieci. Ernest miał syna, Macieja, lecz stosunki między nimi były dość… niespójne, powiedzmy. Sam nie wiedział, dlaczego teraz o nim pomyślał. Może powodem było wnikliwe spojrzenie tej obcej kobiety, która patrzyła nań, jakby chciała – musiała? – wiedzieć o nim wszystko, natychmiast.

W pojeździe panował umiarkowany tłok, przez porozsuwane okna dolatywała muzyka, będąca pierwszym sygnałem panującej na trasie pochodu atmosfery festynu. Z porozmieszczanych wzdłuż Marszałkowskiej megafonów co rusz rozlegał się głos spikera. Żadnemu z dwójki przygodnych znajomych nie przyszło do głowy spytać innego pasażera o godzinę.

– Pan nie z Warszawy?

– Skąd pani to przyszło do głowy?

– Znikąd – rzuciła lekkim tonem. – Zauważyłam tylko, że uważnie się pan wszystkiemu przygląda.

– Lubię to miasto – nie odpowiedział wprost. Ale przyznał w duchu, że zainteresowanie kobiety sprawia mu przyjemność.

Kiedy tramwaj dojechał do przystanku i drzwi otworzyły się z chrzęstem, większość pasażerów ruszyła do wyjścia. Szramowski również zamierzał włączyć się do pochodu przy placu Dzierżyńskiego. Kiedy wysiedli, nieznajoma spojrzała na drugą stronę ulicy i roześmiała się swobodnie. Wędrując za jej wzrokiem, Ernest zobaczył doskonale znaną warszawiakom fasadę baru mlecznego o wdzięcznej nazwie „Gruba Kaśka”.

 

– Chyba już wiem, jak pani na imię… – Po twarzy mężczyzny błąkał się domyślny uśmiech.

– Przyłapał mnie pan. Mam jedynie nadzieję, że ta nazwa nie okaże się prorocza…

Szramowski dyskretnie ocenił figurę nowej znajomej. W jego opinii nic nie wskazywało, by ta kobieta kiedykolwiek miała się przemienić w tęgą matronę. Przynajmniej długo nie, jeśli nawet w przyszłości. Stali przed przejściem dla pieszych, czekając na zielone światło. Dama w garsonce pomachała komuś ze stojącej obok baru grupki ludzi.

– Jednak się nie spóźniłam.

Przeszli po pasach; po drugiej stronie kobieta zwolniła kroku, obracając lekko głowę w kierunku swojego towarzysza.

– W takim razie, skoro już wiem, jak pani na imię… – Szarmanckim gestem ujął jej dłoń i złożył pocałunek. – Proszę mi mówić Ernest.

Nie lubił swego imienia, lecz nie na tyle, by się z nim kryć. Zresztą o ile był w stanie to ocenić, podobało się kobietom, które dotąd poznawał.

– Ernest Szramowski – dodał jeszcze nazwisko. Z nazwiska był dumny, jego zdaniem brzmiało świetnie.

– Miło mi było pana spotkać.

– Mogę więc liczyć, że jeszcze się zobaczymy?

– Być może… – Użycie w odpowiedzi nazwy popularnych perfum na pewno nie było zamierzone. W przeciwieństwie do obietnicy kryjącej się w odpowiedzi.

Na moment spojrzała mu w oczy, po czym znów roześmiała się swobodnie.

– Z czego się pani śmieje, ze mnie?

Pokręciła prędko głową i powiedziała, zniżając konspiracyjnie głos:

– Koleżanki z biura bacznie nas obserwują…

– Niepokoiły się pewnie pani nieobecnością – zauważył niefrasobliwie Ernest.

– Na pewno… A teraz aż umierają z ciekawości. – Jeszcze bardziej zwolniła kroku. – Strach pomyśleć, ile jutro będzie w biurze gadania!

Nie zauważył w jej głosie szczególnej obawy. Już prędzej satysfakcję. Coś mu szeptało, że ta przypadkowo nawiązana znajomość nie musi się zakończyć tu i teraz.

– Czyli naraziłem panią na plotki? – Szramowski przybrał skruszoną minę, jednak kąciki ust drgały mu wesoło. – Wypadałoby jakoś odkupić winę.

– Co pan proponuje?

– Plotki żyją tak długo, aż staną się faktem. Bo potem temat przestaje już być tak ciekawy.

– Nie wiem, czy dobrze pana rozumiem… – Ale jej ton świadczył, że rozumiała doskonale. Kobiety rzadko czegoś nie rozumieją, choć nie zawsze pragną się do tego przyznać. Mężczyzna nie pojmie takich niuansów.

– Koło południa będę w Łazienkach. Pokręcę się trochę w okolicach pomnika Chopina. Moglibyśmy pójść potem na kawę albo na lody. Lubi pani czekoladowe?

– Widzę, że swobodnie dysponuje pan swoim czasem.

– A pani?

W odpowiedzi posłała mu spojrzenie, z którego nie potrafił wyczytać tyle, ile by chciał, i po chwili wmieszała się w tłumek witających ją wylewnie koleżanek. Szramowskiemu nie umknęły zaintrygowane spojrzenia, które dyskretnie go oceniały. A Katarzyna, jeśli naprawdę tak miała na imię, zdawała się już zupełnie o nim nie pamiętać. Może tak to właśnie miało wyglądać, jeśli zważyć na dyskretne aluzje przeplatające się w ich wcześniejszej rozmowie. A może tylko wykorzystała okazję do przerwania czegoś, co jeszcze nawet nie zasługiwało na miano flirtu? Wiele kobiet lubi się przejrzeć w męskich oczach, nawet pomarzyć sobie o czymś więcej, zostawiając sprawy otwarte. Wolą powiedzieć: „być może” niż „na pewno”… Wszystko wyjaśni się za dwie godziny w Łazienkach. Ciekawe, czy w ogóle przyjdzie.

Oraz czy będzie sama.

Ernest Szramowski wolnym krokiem oddalił się w stronę placu Dzierżyńskiego. Obejrzał się raz i drugi, lecz nie potrafił już dostrzec nowej znajomej pod Grubą Kaśką. Napływające ze wszystkich stron ludzkie strumyki zlewały się w okolicach pomnika, skąd zwartym tłumem ciągnęły Marszałkowską w stronę placu Defilad. Szramowski zawsze przychodził sam, powodowany jedynie wewnętrzną potrzebą, toteż nawet nie był pewien, gdzie zaczyna się pochód. Może zresztą nie było takiego ściśle określonego miejsca? Pracownicy fabryk i biur zbierali się w umówionych miejscach, wraz z rodzinami i przyjaciółmi, a kto zamierzał spontanicznie przyłączyć się do manifestacji, mógł to uczynić w dowolnym miejscu.

Orkiestra dęta grała marszowe rytmy przez megafony, spiker z entuzjazmem informował, jakiego zakładu pracy delegacja przechodzi akurat przed trybuną honorową. Początkowo pochód ruszył nierównym tempem, zatrzymując się co kilkanaście metrów, aż nabrał płynności, uczestnicy wyrównali krok, dając się ponieść wspólnej fali. Odświętnie umundurowani milicjanci i funkcjonariusze ORMO, rozstawieni wzdłuż trasy przemarszu, pilnowali porządku, choć w istocie nie byli potrzebni. Tłum rządził się swoimi prawami, sam pilnował ładu, niesiony wspólnym entuzjazmem, najbardziej ciesząc się z bycia razem, z pięknej pogody, muzyki i dnia wolnego od pracy. Bo dla wszystkich zgromadzonych tu ludzi było to prawdziwe święto. Podszyte wszechobecną ideologią, co nie miało jednak znaczenia. Skocznych melodii nie nuci się dla jakiegoś wyższego przesłania, tylko dlatego, że są radosne!

Pochód przeciął Świętokrzyską i było już widać zarys trybuny z dostojnikami państwowymi. Szturmówki, spoczywające dotąd na ramionach, zaczęły unosić się wyżej, powiewając radośnie na wietrze; muzyka, gwar i zachrypły, lecz wciąż pełen zapału głos spikera zlewały się w jeden koncert, rozpisany na tak wiele instrumentów i tonów, że nawet fałszywe nuty nie drażniły uszu.

– To idzie młodzież, młodzież! – skandował spiker. – A teraz przed nami wspaniali robotnicy z Huty Warszawa… – brzmiało w głośnikach, choć chyba nikt tego nie słuchał.

Szramowski był wysokim mężczyzną, jego głowa górowała nad innymi, gdy wraz z tłumem zbliżał się do trybuny. Pierwszy sekretarz, a obok niego członkowie Biura Politycznego unosili ręce w geście braterskiego pozdrowienia, uśmiechnięci, dumni z narodu, któremu przewodzą.

Ernest pomachał dłonią w stronę dygnitarzy, wydawało mu się nawet, że pochwycił przelotne spojrzenie najwyższego dostojnika, i w tym samym momencie przeszyło mu plecy ostre ukłucie bólu. Zrobił jeszcze kilka chwiejnych kroków, potrącił kogoś, wpadając jednocześnie na jakąś kobietę, obraz ludzkiej ciżby zafalował mu przed oczyma, gdy padał na ziemię. Przeraźliwy ból rozlewał się po klatce piersiowej, jakby przyciśniętej do serca dłoni wyrosły nagle szpony. Ostatnim wysiłkiem obrócił głowę, pragnąc zrozumieć, gdzie jest i co się stało. To chyba zawał, dlatego tak trudno mu oddychać… Słyszał muzykę i tupot nóg, ból minął tak nagle, jak się pojawił. Sekundę później ogarnęła go ciemność.

Ktoś krzyknął, parę osób zatrzymało się nad leżącym mężczyzną, ale pochód szedł dalej, orkiestra dęta grała, powiewały flagi. Stojący na chodniku milicjant dostrzegł dziwne zamieszanie i zaczął się przeciskać w stronę miejsca wypadku. Bo to musiał być wypadek, co roku zdarzało się wiele omdleń z upału albo emocji, to zupełnie naturalne podczas tak wielkiego zgromadzenia. Sierżant Brzuszczak wiedział, co robić, musiał jedynie sprawdzić, czy wystarczy ocucić delikwenta i odprowadzić na bok, czy jednak trzeba będzie wezwać karetkę pogotowia. Należy interweniować szybko i skutecznie, ponieważ wypadek zdarzył się w wyjątkowo niefortunnym miejscu, przed samą trybuną honorową. Nic nie miało prawa zakłócić uroczystości! Kiedy sierżant rozsunął stojących najbliżej miejsca zdarzenia gapiów, poczuł, jak uginają się pod nim nogi.

Z pleców leżącego na asfalcie mężczyzny sterczała rękojeść noża.

Drżącą dłonią sięgnął po krótkofalówkę i złożył meldunek. Musiał dwukrotnie powtórzyć komunikat, gdyż dyżurnemu w komendzie w głowie się nie mieściło, że do czegoś takiego mogło dojść na pochodzie pierwszomajowym. Zadał jeszcze parę pytań, by się upewnić, że nie zaszła pomyłka, sierżant nie jest pijany i żaden krótkofalowiec amator nie robi sobie dowcipów, podłączywszy się pod milicyjną częstotliwość. Wreszcie uwierzył, otrząsnął się i natychmiast ogłosił alarm, mobilizując rozmieszczonych w pobliżu placu Defilad funkcjonariuszy. Po kilku zaledwie minutach do sierżanta Brzuszczaka dołączyło paru milicjantów po cywilnemu, dwóch znał z widzenia, pozostali nawet nie musieli wyciągać legitymacji. Swój zawsze pozna swego. Otoczyli ciasno zwłoki mężczyzny, a po chwili pojawili się sanitariusze z noszami. Kiedy zabierano zabitego, jeden z milicjantów narzucił mu na plecy własną marynarkę, zakrywając sterczącą rękojeść noża. Inni prowadzili na bok gapiów, którym ciekawość kazała zatrzymać się obok miejsca zbrodni. Czekały ich potem długie przesłuchania na komendzie, dokładne prześwietlanie życiorysów oraz znajomości, choć mało prawdopodobne było, by wśród nich znajdował się świadek lub sprawca morderstwa. Ale milicja nie mogła pozwolić sobie na żadne zaniedbanie, wiadome było, że właśnie to śledztwo wzbudzi zainteresowanie najwyższych czynników władzy. Dla dokonania zabójstwa istniało przecież mnóstwo znacznie lepszych miejsc od pochodu pierwszomajowego. I to przed główną trybuną! Mieli do czynienia z prowokacją.

Kwadrans później do pozdrawiającego tłum pierwszego sekretarza zbliżył się niepozorny mężczyzna w szarej marynarce. Nikt go nie zatrzymywał, nikogo nie zdziwiło jego pojawienie się na trybunie. Pierwszy sekretarz, nie zmieniając pogodnego wyrazu twarzy, wysłuchał krótkiej informacji. Następnie zamienił parę słów z otaczającymi go dostojnikami, ostatni raz pozdrowił tłum i opuścił trybunę.

Zbliżało się południe. W parku Łazienkowskim pod pomnikiem Chopina jak zawsze kręciło się wielu spacerowiczów. Tego dnia nawet więcej niż zwykle, gdyż warszawiacy po przejściu trasy pierwszomajowej manifestacji lubili zajrzeć do parku, by zjeść lody w Pałacyku na Wodzie albo pokarmić kulkami chleba ogromne karpie pływające w parkowym stawie.

Katarzyna Fajna od dłuższego czasu kręciła się obok pomnika Chopina, żałując, że akurat tego dnia zapomniała zegarka. Spytała kogoś o godzinę i usiadła na ławce. Nie miała zwyczaju czekać na mężczyzn, zwłaszcza przy pierwszej randce – bo chyba mężczyzna poznany w tramwaju właśnie to jej zaproponował – jednak ładna pogoda i dobry nastrój sprawiły, że postanowiła odrobinę nagiąć narzucone sobie zasady. Tym bardziej że Ernest był w typie mężczyzny, jaki zawsze jej się podobał. Wysoki i szczupły, o śmiałym, choć nie aroganckim spojrzeniu, roztaczał aurę pewności siebie, lecz nie narzucał się jak inni, tokujący od początku wyłącznie o sobie. Właściwie, poza imieniem, niczego o sobie nie powiedział. Zaproponował jedynie spotkanie, pozostawiając decyzję całkowicie w jej rękach. Tak, zdecydowanie był w jej typie.

Czemu go jeszcze nie ma, coś go zatrzymało czy…? Nie jest zbyt późno, sam przecież powiedział: koło południa…

Katarzyna wstała, przespacerowała się wolno wokół pomnika, a potem odeszła kawałek alejką, ale nie tak daleko, by stracić z oczu miejsce umówionej randki. No nie, nie przesadzajmy z nadawaniem znaczenia zwykłym sytuacjom. To będzie po prostu spotkanie, rozmowa i nic więcej. Miała nadzieję, że zobaczy go pierwsza, idącego śpiesznym krokiem i rozglądającego się niespokojnie, z wypisanym na twarzy poczuciem winy. Zerwała z krzewu gałązkę z ledwie rozwiniętymi listkami i zaczęła obrywać je po kolei. Przyjdzie, nie przyjdzie, przyjdzie, nie… Przyjdzie!

Ernest, rzadko spotykane imię, brzmi trochę szorstko, ale ładnie. I męsko.

Ernest nie przyszedł.