I tak nie przestanę Cię kochaćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Że un dimond… żanpier… il ma apelie… emi tisu – podsłuchiwali ją wszyscy pracownicy. I potem jeszcze: – …trua, de, un… mersi boku.

Emilia rozłączyła się i podziękowawszy z szerokim uśmiechem, spytała, ile płaci. Do domu prawie biegła, bo przecież Jean-Pierre miał zaraz zadzwonić. Owszem, zadzwonił, po dwóch dniach. Gdy wyjaśniła, czemu zatelefonowała, usłyszała w jego głosie radość. Jean-Pierre zapewnił ją, że udzieli wszelkiej pomocy.

– Venir en France! – zaśmiał się.

Podyktował jej swój prywatny numer i poprosił o pełnomocnictwa do różnych działań. Oczywiście udzieliła ich, nie pytając o szczegóły.

Zatrudniła odpowiednią firmę, wskazała, co trzeba spakować, udzieliła instrukcji Urszuli i, szczęśliwa jak nigdy w życiu, wyjechała. Miała trzydzieści sześć lat, świat był jej.

Jechała z przeświadczeniem, że osiągnie sukces. I tak też się stało. Udało jej się znowu zamieszkać na paryskim strychu w dzielnicy Montmartre, a Jean-Pierre zamieszkał razem z nią i było tak, jakby nigdy się nie rozstawali. Zorganizowana przez marszanda wielka wystawa prac Emilii, przywiezionych dwoma tirami z Polski, okazała się przebojem, kariera artystyczna Emi Tissu rozkwitła ponownie. Ale wystawy, wernisaże, galerie to jedno, Emilia wszakże ciągle najbardziej lubiła sprzedawać swoje wyroby na Place du Tertre. Zawoziła je, jak dawniej, na wózku, tyle że ten był nowy i o wiele lżejszy.

Albert, stary gardien, którego kiedyś dokarmiała bagietkami, nie żył już od dawna, lecz jego obowiązki przejął Claude, rudy jak marchewka i jak marchewka długi i chudy. Wiecznie głodny, z wdzięcznością przyjmował darmowe poczęstunki. I jak Albert przed laty, teraz on dbał o Emilię. Strzegł jej miejsca przy bazylice i zawsze udawało mu się gdzieś tam wcisnąć wózek. A potem zjadał bagietkę.

Ten okres prosperity trwał długie pięć lat. Pewnego dnia jednak Jean-Pierre zginął w wypadku samochodowym, właściciel pracowni podniósł czynsz prawie dwukrotnie, choć strych popadał w coraz większą ruinę. Claude nagle zniknął z Place du Tertre. Emilia, przygnębiona tymi wszystkimi wydarzeniami, przekazała swoje oszczędności do banku w Polsce, spakowała dobytek w dwa kufry i, z licznymi przesiadkami, dotarła do Olsztyna. Wracała do Biskupca, nie wiedziała bowiem, co ze sobą zrobić. Była zniechęcona, obrażona na Paryż, a w zasadzie na cały świat. Nie chciało jej się już go podbijać od początku. Pierwszy raz w życiu została naprawdę sama, w obcym kraju, wśród milionów mieszkańców Paryża i setek tysięcy turystów. Znała tylko Jean-Pierre’a i nikogo więcej. Jak się od niego dowiedziała, Claire, Yvonne, Victor i Toni, czyli jej kompania z poprzedniego paryskiego życia, opuścili tę stolicę świata już dawno i wyjechali do Cannes, przekonani, że na Lazurowym Wybrzeżu doskonale im się powiedzie. Pewnie tak było, bo dotychczas nie wrócili.

Emilia ledwo przekroczyła magiczną granicę czterdziestu lat, lecz uznała, że teraz to szybko z górki. Nikt jej już nie pokocha, nikt jej nie zechce. Ale przecież ma dom na Warmii, a swoje wyroby może też sprzedawać na rynku w Biskupcu. Wróciła więc do Polski i ponownie objęła w posiadanie piękny dom nad jeziorem Kraksy, do którego można było szybko przejść z jej posesji, pod warunkiem że nie zginęły klucze od małej furtki, prowadzącej wprost na brzeg. Klucze były, ale jezioro specjalnie nie pociągało Emilii. Rozmyślała wprawdzie, czyby się nie nauczyć łowienia ryb, ale wiązało się z tym tyle trudności. Założenie przynęty na haczyk, wyłowienie ryby, zdjęcie jej z haczyka i nie wiadomo, co jeszcze… Na dodatek nie wiedziała, czy Urszula chciałaby te ryby zabijać, oprawiać i smażyć. I jeść, bo ona, Emilia, w zasadzie za rybami nie przepadała. Co innego homary, krewetki, langusty i inne owoce morza. Oczywiście sprawione i podane w restauracji. Zwykłe ryby nie.

Tak więc wędkowanie jej nie nęciło, natomiast posiedzieć sobie nad jeziorem, szczególnie o zachodzie słońca, lubiła. Tyle że samotne siedzenie było nudne. Umilała więc sobie czas dzierganiem na drutach, a odstawione na najwyższe piętro krosna pokrywały się kurzem. Nie chciało się jej już być artystką. Powoli stawała się miejscowym dziwadłem, wróżyła z ręki, przepowiadała przyszłość, śpiewała na weselach, malowała portreciki dzieci, koni i domowych zwierzaków. Sprzedawała na biskupieckim rynku wydziergane na drutach płaszcze z grubej wełny, szaliki, fikuśne czapeczki. Właściwie nie żyła, lecz wegetowała.

Tkwiła więc w swoim domiszczu nad jeziorem, lata przeciekały jej między palcami, a ona krążyła tam i z powrotem – rynek w Biskupcu, ławka nad jeziorem, rynek w Biskupcu, ławka nad…

Myślała, że oszaleje.

Aż pewnego dnia zobaczyła ogłoszenie, w którym napisano, że ośrodek dla sierot, prowadzony w poblis­kim Szczepankowie, poszukuje odpowiedzialnej osoby na stanowisko opiekunki. A wtedy Emilia, choć tak bardzo nie lubiła dzieci i może najmniej ze wszystkich kobiet na świecie nadawała się do opieki nad małymi sierotami, zgłosiła się tam i została przyjęta. Najprawdopodobniej zadecydował fakt, że znała parę zwrotów po chińsku, a w szczepankowskim ośrodku mieszkało kilka chińskich dziewczynek. A może po prostu nikt więcej się nie zgłosił, natomiast ośrodek rozpaczliwie poszukiwał pracowników.

Miała już przeszło siedemdziesiąt lat, ale w ogóle nie czuła swojego wieku. Zdrowie jej dopisywało, wśród dzieci, o dziwo, czuła się dobrze. Była zadowolona z tego, co robiła, i z niej też wszyscy byli zadowoleni. Szczególną opieką otoczyła małą Sonię, która właściwie mieszkała w Szczepankowie tylko sporadycznie, miała bowiem ojca. Jej matka zginęła w nieszczęśliwym wypadku za granicą. Po niedługim czasie ojciec dziewczynki zaproponował Emilii etat „babci” swojej córeczki, a ta propozycję przyjęła i znowu przeniosła się do Biskupca, gdzie mieszkał jej nowy pracodawca4.

Urszula Raczyńska umarła w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat. Do końca życia pozostała sprawna na ciele i umyśle, ku niekłamanemu zadowoleniu Emilii, która nie musiała się opiekować staruszką. Choć prawdę mówiąc, gdyby nawet zaistniała taka potrzeba, zapewne znalazłaby inne rozwiązanie. Ale o tym nikt nie musiał wiedzieć.

3 Paryskie i nieco późniejsze losy Emilii opisano w trzecim tomie Cyklu Szczepankowskiego, Dziewczyna ze Szczepankowa Marii Ulatowskiej i Jacka Skowrońskiego, wyd. Prószyński i S-ka, marzec 2019.

4 Bardziej szczegółowo cała ta historia została opisana w książce Dziewczyna ze Szczepankowa.

CZĘŚĆ II

JAGNA

Rozdział VII

DZIECIŃSTWO I MŁODOŚĆ

Pierwszym świadomym wspomnieniem Jagi było właśnie jej imię. Wymawiane łagodnym, pełnym miłości głosem, w różnych odmianach, od „Jagusi” do „Jagienki”. Że w istocie jej imię brzmi „Jagna”, dziewczynka zorientowała się, a raczej przyjęła ów fakt do wiadomości, dużo później, mniej więcej wtedy, kiedy nauczyła się czytać. A ów kojący i pełen ciepła głos nie należał do mamy, jak to być powinno, tylko do cioci Elwiry. Dla trzyletniej mniej więcej Jagi nie miało to jednak żadnego znaczenia. Był ktoś, kto prawdziwie ją kochał, brał na ręce, tulił w ramionach i śpiewał prześliczne kołysanki o dwóch kotkach, po prostu dawał poczucie bliskości i bezpieczeństwa. Każde małe stworzenie potrzebuje matczynej troski, czułości i opieki. Ona dostawała to wszystko od Elwiry, siostry prawdziwej matki. Reszta się nie liczyła, pytania pojawiły się dużo później. Odpowiedzi już niekoniecznie…

Gdy zamieszkała w domu nad Kraksami, wydawało jej się, że trafiła do raju. Mogła biegać po dużym ogrodzie, czasami chodziła z ciocią Urszulą na rynek, a niekiedy matka otwierała dużym kluczem tajemniczą furtkę i obydwie szły nad jezioro. Wchodziły wtedy razem do wody i mamusia uczyła Jagę pływać. Tak, w takich przypadkach matka stawała się mamusią. Ale rzadko. Częściej była matką, a bardzo często po prostu jakąś obcą, daleką istotą. Nieznaną, niepoznawalną, odległą, oschłą i nieprzyjemną.

– Nie ruszaj tego. Nie dotykaj. Co ty tu w ogóle robisz? Wynoś się stąd. Nie wiesz, że na górę w ogóle nie wolno ci wchodzić? Co za utrapiony dzieciak, że też ja muszę coś takiego znosić – narzekała owa nieznajoma kobieta.

„Coś takiego” wciskało się wtedy do swojego kącika pod schodami i chlipało żałośnie, dopóki nie pojawiła się ciocia Urszula, by utulić biedactwo w ramionach. Zabierała wtedy Jagnę do kuchni i robiła jej kogel-mogel.

Szkoła podstawowa minęła śpiewająco, ale to, co nastąpiło potem, zapisało się w pamięci dziewczynki jako pasmo nieustającej nudy i udręki. Emilia, postawiona przed koniecznością wyboru „drogi naukowej” córki, miała dylemat. Nie zamierzała zawracać sobie głowy szukaniem jakiejś dobrej szkoły w Olsztynie. Musiałaby wtedy załatwiać ciągnące się w nieskończoność formalności, wyjeżdżać i rozmawiać o duperelach z jakimś ciałem pedagogicznym, no i ponosić koszty. Opłaty za internat, utrzymanie dziewczynki i różne inne rzeczy. Alimenty przekazywane przez Tadeusza były bardzo skromne, lecz Emilia nie chciała wszczynać rozmowy o ich podwyższeniu w obawie, że ów „tatuś” wreszcie się zorientuje i w ogóle przestanie cokolwiek przysyłać. Żadnej stałej pracy nie podjęła, pieniądze z dopłaty po zamianie mieszkania matki rozeszły się w Paryżu, a niewielka kwota, jaką uzyskała ze sprzedaży pokoju z kuchnią na parterze, gdzie wcześniej mieszkała Elwira z Jagną, wystarczyła jedynie na kupno porządnych materiałów do pracy. Emilia zrobiła sobie wtedy duży zapas dobrej wełny, ale już śladu po nim nie zostało. Oczywiście dała także pewną sumę Urszuli na prowadzenie ich wspólnego gospodarstwa. To i te grosze od Tadeusza oraz pieniądze ze sprzedaży wyrobów Emilii na biskupieckim rynku, a także drobne sumy uzyskane z jej innych zajęć, takich jak śpiewanie na weselach, wróżenie i malowanie portrecików, pozwalały utrzymać dom nad Kraksami oraz wyżywić jego mieszkanki. Trochę pieniędzy przywiozła z Paryża, ale ową kwotę trzymała na czarną godzinę i dzielnie jej nie naruszała. Tak więc nie zamierzała płacić za naukę córki w Olsztynie, bo i po co? Jagna poszła zatem do liceum ogólnokształcącego w Biskupcu. Co będzie dalej, to się zobaczy, Emilia nie martwiła się o przyszłość córki; dziewczyna jak dorośnie i okrzepnie, sama zadecyduje o swoim losie. Jagna doskonale zdawała sobie z tego sprawę, czuła, że jest dla matki niewidzialna, a tak w ogóle to właściwie niepotrzebna. Poza „ciocią” Urszulą nie miała na świecie nikogo, nawet w liceum nie nawiązała trwałych przyjaźni. Nikt nie nauczył jej miłości, otrzymywała ją tylko we wczesnym dzieciństwie i nie od matki, tylko od ciotki Elwiry, toteż nie potrafiła nikogo pokochać. Chłopcy ciekawili ją, owszem, ale tylko jako odrębne istoty ludzkie, których nie sposób zrozumieć. Żaden indywidualny przedstawiciel owego gatunku nie wzbudził w niej większego zainteresowania. Życie było nudne i nie umiała znaleźć niczego, co mogłoby ową sytuację zmienić. Ale miała nadzieję, że kiedyś jej się to uda. Próbowała szukać w książkach, ktoś jej powiedział, że czytanie wzbogaca. Postanowiła więc, że się wzbogaci, jednak nie udało jej się, niestety. Albo księgozbiór wujka Ewarysta był niezbyt dopasowany do gustów kilkunastoletniej dziewczyny, albo książki po prostu jej nie wciągnęły. Zaciekawiły ją jedynie opowieści podróżnicze Arkadego Fiedlera, których kilka znalazła na półkach. Pochłaniała opisy egzotycznych miejsc, fascynowały ją przygody bohaterów. Tak, takie życie mogłoby jej się spodobać.

 

– Mamo, co trzeba zrobić, żeby móc podróżować po świecie? – spytała kiedyś przy kolacji.

Matka spojrzała na nią nieprzytomnym wzrokiem. O co chodzi tej dziewczynie? Jagna patrzyła pytająco i najwidoczniej oczekiwała odpowiedzi.

– Mieć dużo pieniędzy, dziecko – odparła Emilia.

– Dobrze się uczyć, skończyć odpowiednie studia, poznać jakiś język obcy. I mieć właściwe znajomości – włączył się do rozmowy Ewaryst.

Żadna z tych odpowiedzi nie usatysfakcjonowała Jagny. Pieniędzy nie miała, uczyć się nie lubiła, znajomości żadnych nie zawarła. A ponadto wydawało jej się, że po prostu nikt z osób siedzących przy stole nie zna odpowiedzi na jej pytanie. Na pewno jest jakiś sposób. Mnóstwo sposobów. Szkoda, że nie może o tym porozmawiać z panem Fiedlerem.

Ale może uda jej się nawiązać jakieś pożyteczne znajomości. Tyle że raczej nie w Biskupcu. Zresztą Biskupiec w ogóle wydawał jej się najnudniejszym miejscem na świecie. Wiedziała, co zrobi. Dobrze to sobie przemyślała. Czekała tylko na tę jedną jedyną okazję, która na pewno się trafi. Tylko nie można jej przegapić.

Zawieranie znajomości ćwiczyła w lecie. W okolicach Biskupca znajdowało się sporo ciekawych miejsc, do których chętnie przyjeżdżali turyści. W mieście można ich było spotkać na rynku albo w pobliżu sklepów z artykułami wędkarskimi. A zresztą wystarczyło pójść nad jezioro, gdzie zjawiało się wielu amatorów wędkowania. Wprawdzie nie byli zbyt rozmowni, ale Jagnie zawsze udawało się nawiązać z nimi kontakt.

Dopóki nie była pełnoletnia i dopóki nie skończyła liceum, musiały jej wystarczyć takie wyprawy nad jezioro. Czasami nawet nie wracała do domu na noc. Czy też na dwie noce. Zależy, co ciekawego jej się trafiło. Kiedyś nawet przenocowała w harcerskim namiocie, wraz z dużą grupą młodzieży. Do późnej nocy siedzieli razem przy ognisku, śpiewając różne piosenki, których Jagna szybko się uczyła. Raz trafiła nie najlepiej, spotkała samotnego wędkarza, który uznał ją za łatwą zdobycz. Widocznie ryby nie brały, więc on postanowił wziąć małą, głupiutką syrenkę. Na szczęście zdołała mu uciec, ale ledwo, ledwo. Nikt nigdy dotąd nie ostrzegł jej przed takimi i podobnymi sytuacjami. Zrozumiała, co mogło się stać, dopiero gdy dotarła do domu. Rozdygotała się wtedy, przepłakała pół nocy i już nigdy więcej nie wszczynała rozmów z samotnymi mężczyznami.

Każdy rok szkolny był dla Jagny koszmarem. Radziła sobie, jak mogła. Uciekała z lekcji, wymyślając na szybko jakiś pretekst, albo i bez niego, kiedy tylko się dało. Najgorzej było w zimie. Nie przyjeżdżali żadni turyści, a mieszkańcy miasta przemykali ulicami od sklepu do sklepu. I zaraz wracali do swoich wypucowanych nudnych domków. Nikt nie siedział w parku, nikt nie chodził nad Kraksy, nikt nie odwiedzał sklepów wędkarskich. Jagna nie miała pieniędzy, tylko czasami dostawała od matki parę złotych: „Masz, dziecko, zjedz drugie śniadanie w szkole”. Na ogół wystarczało na paczkę giewontów albo klubowych. Ale palenie na mrozie nie było fajne. Lepiej się paliło w szkolnej ubikacji.

– Pal sobie w domu, jak musisz, dziecko.

Matka bardzo rzadko mówiła do niej po imieniu. Formy „dziecko” Jagna nie znosiła, lecz tylko raz spróbowała poprosić matkę, aby zrozumiała, że jej córka już nie jest dzieckiem.

– Nie znoszę chodzić do tej twojej szkoły – kontynuowała rodzicielka. – Co ty masz za wychowawczynię? Żeby przez głupiego papierosa w ubikacji wzywać matkę? No, doprawdy, powiedziałam tej twojej pani, że z takich powodów przychodzić nie będę. Więc już mi nawet nie przekazuj takich wezwań, jeśli jeszcze kiedyś się zdarzą.

Więc nie przekazywała. Po prostu starała się, żeby ich nie było. Od palenia w szkole zdołała się powstrzymać, zadania domowe odrabiała, tak na odczepnego, po łebkach, ale zawsze tę jakąś trójkę z minusem dostała. Do żadnego ze szkolnych kółek nie chciała się przyłączyć, sport jej nie interesował, nie chodziła na żadne zajęcia pozalekcyjne. Dla świętego spokoju zapisała się do szkolnej biblioteki i co pewien czas wypożyczała jakieś dwie książki, które po kilku dniach oddawała nieprzeczytane i w ogóle nawet nieotwierane. Zaglądała tylko do lektur, przelatywała tekst oczami w kilku miejscach i to wystarczało, aby zapytana, mogła powiedzieć parę zdań na temat ich treści.

– Jak ci się podobała Chata za wsią? – zapytała bibliotekarka, widząc, co Jagna oddaje. – Prawie nikt już tego nie wypożycza. – Była bardzo zdziwiona.

– Lubię czytać to, czego inni nie czytają. – Jaga ucieszyła się, że udało jej się tak sprytnie wybrnąć z sytuacji. Żadnej Chaty za wsią oczywiście nie czytała, wzięła coś na chybił trafił z półki.

Z utęsknieniem czekała na lato…

I na pełnoletność, czekała na nią jak na nowe życie.

Taką miała nadzieję. Gdy rozpoczął się maj, uznała, że nadchodzi Nowy Początek. Za chwilę skończy osiemnaście lat i zacznie żyć naprawdę. Czeka ją drugie życie, to prawdziwe. Wszystko do tej pory to była konieczność, obowiązek, teraz nastanie nowa era. Zda tę bzdurną maturę, żeby nie przypięto jej łatki głupiej gęsi, ale nikt jej nie zmusi do dalszej nauki. Więcej dowie się o życiu, po prostu żyjąc. Oczywiście nie w Biskupcu. Od roku odkładała każdy grosz, nie kupowała nawet papierosów, paliła tylko wtedy, jak ją ktoś poczęstował albo gdy matka zostawiła swoje fajki na stole. W szkole nie kupowała sobie żadnych posiłków, wychudła i zmizerniała, aż Urszula zaczęła jej wkładać do plecaka kanapki, podejrzewając, że to dziecko za mało je. Pewnie jakieś zawiedzione uczucie, o co nietrudno w jej wieku…

Czasami widziała, że matka daje Jagnie parę groszy, sądziła jednak, że nastolatka zbiera sobie pieniądze na nowe spodnie czy bluzkę. Nigdy nie wpadłoby jej do głowy, że dziewczyna zbiera na… nowe życie. Dopiero gdy „to dziecko” – tak mówiła o niej matka i tak przyzwyczaiła się myśleć przyszywana ciotka – zniknęło zza stołu w domu nad Kraksami, Urszula zrozumiała cel tak rygorystycznego oszczędzania każdego grosza. Szkoda tylko, że dziewczyna nic nie powiedziała, bo ona, Urszula, mogłaby jej udzielić paru pożytecznych rad na przyszłość. A może o to właśnie chodziło, Jaga nie chciała słuchać żadnych dobrych rad? Cóż, sparzy się i zmądrzeje, to wróci…

Już w maju, jak co roku, do Biskupca zaczynali zjeżdżać turyści. Nawet bez względu na pogodę, bo ci, którzy kochali wędkować, w maju rozpoczynali sezon na szczupaka. Okres ochronny tej ryby kończył się trzydziestego kwietnia, szczupak był wygłodzony i pazerny, najlepszy czas na połów. Wędkarze wyruszali więc nad jeziora.

W drugiej połowie maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego roku pogoda zrobiła się świetna, i choć ryby wolą burze, wichry i opady, szczupakom było wszystko jedno. W Kraksach czaiło się sporo tych drapieżników, toteż jezioro było oblegane i przez miejscowych amatorów szczupaczego mięsa, i przez turystów. Jagna dość często przychodziła kibicować wędkującym między kolejnymi egzaminami maturalnymi, które zdawała dość łatwo. Nie musiała się zbytnio uczyć, pamięć miała bardzo dobrą, a w ostatnim roku nauki były przecież same powtórki. No, większość. Na stopniach jej nie zależało, wszak nie zamierzała iść na żadne studia, chciała tylko zaliczyć, co trzeba, żeby już dano jej święty spokój. Nauczycielom nawet podobało się takie podejście, opinię o niej mieli wyrobioną od dawna, uważali, że jest uczennicą przeciętną, ale przynajmniej nie sprawiała poważniejszych kłopotów. Matka chyba nawet nie wiedziała, że jej córka zdaje maturę. Urszula wiedziała, ale się nie dopytywała. Zdawała sobie sprawę, że na nic nie ma wpływu. Ufała, że „to dziecko” da sobie radę.

Pomna swojej niebezpiecznej przygody Jagna nie przysiadała się już do samotnych wędkarzy, choć była ich większość. Wędkarz nie jest typem towarzyskiego gaduły, ryby lubią ciszę, więc i on lubi. Chyba że ktoś traktuje wędkowanie jedynie jako pretekst do siedzenia nad wodą. Tacy też są. I właśnie takich wypatrywała Jaga, spragniona opowieści o innych światach, a przynajmniej o innych miejscach niż Biskupiec. Przecież nigdy w życiu nigdzie nie była, pominąwszy jednorazowe wypady do Warszawy i do Olsztyna po jakieś zakupy. Gdy matka miała zakupowy nastrój, co zdarzyło się chyba dwa razy w życiu Jagny. Pierwszego pobytu w Warszawie, czyli tamtych lat, kiedy mieszkała z ciocią Elwirą, po prostu nie pamiętała. Coś jej się tam majaczyło, ale jak przez mgłę. Teraz istniał tylko Biskupiec, stare domiszcze i Kraksy.

– A co ja ci mam jeszcze opowiadać, dziewczyno? – spytał Edward, jeden z pięciorga turystów obozujących nad jeziorem niedaleko domu Ewarysta. Grupa składała się z trzech chłopaków i dwóch dziewczyn, wszyscy byli o parę lat starsi od Jagny. Każde z nich zostało już wymaglowane przez dziewczynkę. Mieli dosyć jej pytań. – Mało się nasłuchałaś?

Młodzi ludzie byli spokojni, nie śmiecili ani nie urządzali wieczornych libacji. Edward przyszedł nawet do domu Raczyńskich, by zapewnić, że nie będą przeszkadzali, i zapytać, czy mogliby czasem nabrać sobie wody ze studni. Urszuli akurat nie było, matka siedziała u siebie na górze, toteż natknął się właśnie na Jagnę. Wyjaś­niła, że ze starej studni już od dawna nie korzystają, przecież jest wodociąg. Oczywiście wody nikt im nie będzie żałował. Tak się poznali i dziewczyna od razu pokazała im najlepsze miejsce na ognisko. A potem przychodziła do nich regularnie każdego wieczoru. Młodzi mężczyźni nie próbowali jej podrywać, co nawet ją nieco dziwiło, bo lubili pożartować i okazali się całkiem towarzyscy. Obie dziewczyny traktowali po koleżeńsku, nic więcej. Zresztą obozowiczki łaziły w męskich dresach, rąbały drewno i paliły papierosy bez filtra, gdyż te były najtańsze. Obserwując ich wszystkich z daleka, można byłoby sądzić, że są tam sami faceci.

Jagna odliczała dni do pełnoletności i chciwie słuchała opowieści o wielkim świecie, którego przedsionkiem była dla niej stolica. I wciąż miała kolejne pytania, aż kiedyś Edward chyba się zniecierpliwił:

– Po prostu przyjedź i sama wszystko obejrzysz.

– Jak to, przyjedź? – nie dowierzała. Zbywa ją, i tyle. Ale potem zapytała ostrożnie, pomna wcześniejszych doświadczeń: – Sam mieszkasz czy jak…?

– Mieszkam z Piotrkiem, to mój chłopak. O, tam siedzi. – Skinął brodą w lewą stronę.

Jego chłopak? Oczywiście słyszała o homoseksualistach, lecz nigdy dotąd żadnego nie spotkała. A jeśli nawet spotkała, to nic o tym nie wiedziała. W szkole była kiedyś taka lekcja wychowawcza, różnie na ten temat się wypowiadano, ale Jagny to po prostu nie obchodziło. Niech sobie każdy żyje, jak chce. I z kim chce. Nie jej sprawa.

A teraz jeden z tej grupy zaprasza ją do siebie do domu…

– Ale jak to: przyjedź? – powtórzyła pytanie. – A co na to Piotrek?

– Możemy go zapytać – odrzekł z uśmiechem Eddi, tak go nazywano, choć jej się przedstawił jako Edward. – Odpowiedz tylko na jedno pytanie… – urwał i zaczął uważnie w nią się wpatrywać. – Umiesz gotować?

Umiała. Urszula kiedyś ją nauczyła, widząc, jak Jaga nudzi się w domu, a dziewczynka nawet polubiła kuchenne zajęcia. Przecież nie miała nic do roboty.

 

Młody mężczyzna wyciągnął z plecaka kalendarz, wydarł z niego kartkę i coś na niej napisał.

– Tu jest mój adres i telefon do pracy. Naprawdę możesz przyjechać, mam duże mieszkanie po dziadkach. Będziesz miała swój własny kąt do dyspozycji za gotowanie i trochę sprzątania. Nawet fajnie się złożyło, że cię spotkaliśmy, bo już od jakiegoś czasu szukamy chętnej do pomocy współlokatorki. Ale każda dziewczyna nas się boi czy co, w każdym razie do tej pory nie znalazła się żadna.

Pewnie tak bardzo pilnie nie szukaliście, pomyślała Jaga, biorąc kartkę z adresem. Albo one chciały czegoś więcej niż towarzystwa facetów zapatrzonych wyłącznie w siebie…

– Kiedy mogłabym przyjechać? – zapytała. – Czy jedenasty czerwca to dobry termin?

Dziesiątego czerwca kończyła osiemnaście lat. Stawała się dorosła i mogła zniknąć. Z tego miasta, znad tego jeziora, z oczu mamuśki.

– Bardzo dobry – odparł Eddi. – Będziemy na ciebie czekać.

Alea iacta est – Jagna łaciny się nie uczyła, ale podstawowe powiedzonka kursowały w szkole, a to pasowało doskonale.