I tak nie przestanę Cię kochaćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I zapewne to spowodowało, że Felicjan umówił się z nią w małej kawiarence obok bloku, w którym mieszkała Emilka, na Bielanach. Miał nadzieję, że tam nikt znajomy nie zajrzy. Gdy wyjawiła mu przyczynę spotkania, nawet nie był zaskoczony. Czegoś takiego się spodziewał, gdy zatelefonowała. Uwierzył nie tylko w ciążę Emilii, ale również w jej groźbę, iż może przyjść, by osobiście prosić go o wsparcie. A wizja ciężarnej kochanki, sterczącej przed pewnym gmachem przy Fryderyka Chopina, sprawiła, iż panu posłowi ścierpła skóra. Bo w dalszym ciągu owej wizji dziewczyna machała do niego ręką, krzycząc: „Tu jesteśmy! Ja i twoje dziecko”, a jej brzuch wyglądał tak, jakby miała urodzić co najmniej dwojaczki.

– Posłuchaj – powiedział, zapalając chyba szóstego papierosa. – Nic mnie nie obchodzi twoje dziecko i nie chcę o nim słuchać. Twoje groźby też mnie nie obchodzą, myślę, że jesteś na tyle mądra, by wiedzieć, że mogę ci baaardzo uprzykrzyć życie, jeśli zechcę. Musisz gdzieś pracować, prawda? Twoja siostra też. No to wyobraź sobie, iż zdarzy się nagle, że nie będziesz mogła. Bo nikt cię do pracy nie przyjmie. Albo przyjmie i zaraz zwolni. Spotkałem się z tobą, bo nie lubię rozmawiać o sprawach prywatnych przez telefon. Ale to, co powiedziałem teraz, mam nadzieję, wystarczy. Nigdy więcej nie próbuj mnie szantażować. Za mała dla mnie jesteś, rozumiesz? A tak w ogóle to było bardzo miło. Aż szkoda, że się skończyło. Prawda?

Spojrzał na nią. Nie płakała, a obawiał się jej łez i szlochów. Tylko wystąpiły jej na twarz mocne rumieńce, wargi miała zaciśnięte, a z oczu strzelały iskry. Nawet ładnie wyglądała i przez chwilę zastanawiał się, dlaczego w ogóle wypuścił ją z rąk. Mógł przecież poużywać sobie jeszcze przynajmniej ze trzy miesiące.

– Nie myślisz chyba, że sądziłam, iż się ze mną ożenisz. – Dziewczyna zaśmiała się krótko. – Znam przecież twoją sytuację rodzinną. Poza tym nie jesteś aż tak atrakcyjny. Owszem, było miło, ale nie żałuję, że się skończyło. Myślałam tylko, że przez stary sentyment nie odmówisz mi jednorazowej pomocy, bo dziecko to jednak spore wydatki. Cóż, widocznie nie lubisz dzieci. A wiesz co? Ja też ich nie lubię. I nigdy nie chciałam mieć dziecka. Los jednak zadrwił sobie ze mnie, i tyle. Chciałam się z tobą spotkać, bo pomyślałam, że jako ojciec masz prawo wiedzieć o dziecku. Może to będzie śliczna mała dziewczynka, podobna do ciebie, i chciałbyś ją do siebie zabrać.

– Niedoczekanie – burknął Felicjan, ale Emilia mówiła dalej:

– Urodzę to dziecko, z wielu powodów, których nie muszę i nie będę ci wyjaśniać.

Powód był jeden, za późno się zorientowała, była bezradna i zagubiona, nie miała pojęcia o niczym, a głównie o tym, że i w tej sprawie są jakieś ograniczenia czasowe. Tak więc teraz już pogodziła się z tym najważniejszym, jak dotychczas, wydarzeniem w jej życiu. Musi urodzić, dobrze, urodzi. A co będzie dalej, niech się martwi „siła wyższa”.

– Niczym cię nie będę szantażować, nigdy nie miałam takiego zamiaru. – Nagięła trochę rzeczywistość, ale telefon do Felicjana to był pomysł Elwiry, nie jej. – Jeśli będziesz chciał zobaczyć dziecko, wiesz, gdzie mnie szukać. Na razie nigdzie nie wyjeżdżam. Spokojnie poczekam, aż osiągnę pełnoletność.

Wstała i wyszła, powiedziawszy z uśmiechem, że dziękuje za kawę. Ten uśmiech wyszedł jej trochę krzywo, ale przynajmniej się nie popłakała.

Kostroń posiedział jeszcze chwilę, skończył kolejnego papierosa, uregulował rachunek i też wyszedł. Bez uśmiechu, w sumie jednak zadowolony, że właściwie niczym mu nie groziła. Niepełnoletnia, o cholera! Nawet do głowy mu nie przyszło, że jego kochanka nie ma jeszcze osiemnastu lat. Wyglądała na więcej. W zasadzie, gdyby nie oddaliła się tak szybko, może i dałby jej jakieś pieniądze. Był na to przygotowany. Ale przecież nie będzie za nią biegał. Może kiedyś nadarzy się okazja, żeby jakoś pomóc tej małej. Przecież on zawsze, chętnie, wszak jest ogromnie życzliwy.

Nie wiedział, że owszem, będzie miał okazję do przysługi. Tylko nie tak prędko.

*

Elwira nie była zadowolona, gdy siostra powtórzyła jej treść rozmowy z Felicjanem. Wiedziała, że o uznaniu dziecka nie mogło być mowy, ale jakaś jednorazowa pomoc? Cóż to dla pana posła?

– Ech, straszny gamoń z ciebie. Na pewno źle poprowadziłaś całą sprawę. Założę się, że miał kieszeń wypchaną pieniędzmi. – No cóż, nie pomyliła się, ale teraz było już za późno na wszelkie gorzkie żale. Czas na realizację planu B.

Chciała już go rozwijać, lecz Emilka wyszła do kuchni. Zapaliła gaz, postawiła na palniku garnek i spokojnie podgrzewała rosół. Nie była taką pesymistką jak siostra. Skoro dała sobie radę do tej pory, będzie sobie radzić dalej. A właściwie będą sobie radzić we dwie, bo przecież Elwira miała z nią zamieszkać. Będzie jak dawniej, nawet się z tego cieszyła. Przecież urodzi dziecko – już się przyzwyczaiła do tej myśli. Samej trudno byłoby się nim zajmować. Wniosła do pokoju dwa talerze parującego rosołu, obydwie lubiły go najbardziej. Z warzyw potem robiły sałatkę jarzynową, a mięso siekały na drobniutkie kawałki, do niewielkiej ilości rosołu dodawały żelatynę i miały galaretkę na kolację. Jedna zupa, a tyle jedzenia.

– To teraz musisz… – zaczęła Elwira.

– Zjedzmy rosół. Bo wiesz, co muszę? Muszę się rozgrzać. Jakoś przeżyłam to spotkanie i jestem z siebie dumna. Nie zniżyłam się do błagania o łaskę. Dam sobie… damy sobie radę bez niego. Ale w środku mam lodowatą bryłę, więc muszę zjeść ten rosół. Przez chwilę nic do mnie nie mów. Jedz.

Zjadły. Lecz zaraz po umyciu talerzy Elwira wyłuszczyła siostrze swój kolejny wielki plan.

– To się musi udać – orzekła. – Bo wiesz, z tym samodzielnym radzeniem sobie to trochę przesadzasz. Niedługo już nie będziesz mogła pracować.

– Za kilka miesięcy – przerwała jej Emilka.

– Czyli niedługo. I daj mi powiedzieć, co wymyśliłam. Uważam, że to lepszy plan niż ten z Felicjanem.

Powiedziała i następnego dnia rano przed ósmą Emilia stanęła przy Bramie Głównej Uniwersytetu Warszawskiego.

– Tadeusz uwierzył – opowiadała wieczorem siostrze. – Ale jakoś mi głupio. Taki poczciwy, porządny chłopak z niego, a ja…

– Co ty? No co? Chyba że chcesz oddać tego dzieciaka do sierocińca. Te parę groszy Biernackiego nie zuboży. Powiedz mu zresztą, że może się z tobą ożenić i u nas mieszkać. Odpadnie mu opłata za czynsz, więc nawet jakby zaoszczędzi co nieco.

– Nie ożeni się ze mną, bo za dwa miesiące żeni się z jakąś Moniką. I chyba tylko dlatego zgodził się łożyć na moje dziecko. Żebym mu nie zburzyła szczęścia małżeńskiego. Jutro idziemy do notariusza spisać umowę. Tadeusz uznaje dziecko i zobowiązuje się wypłacać mi takie umowne alimenty przez osiemnaście lat. Do pełnoletności potomka. Pod warunkiem, że nie będzie niepokojony ani przeze mnie, ani przez to dziecko. Nie wiem, na ile taka umowa jest ważna i co miałabym ewentualnie zrobić, gdyby jej nie dotrzymał. Cóż, przecież to on studiuje prawo i jeśli coś takiego wymyślił, to chyba tak można. Ja w te osiemnaście lat nie wierzę, ale w naszej sytuacji każda złotówka się przyda, czyż nie?

Tadeusz jednak nie ożenił się z Moniką, o czym Emilia dowiedziała się przypadkiem od ich wspólnego kolegi, gdy ten z grupą przyjaciół oblewał udaną sesję w Trojce. Podobno tamta wybrała innego, przystojniejszego i mającego bogatszego tatusia. Który już na tabliczce informującej o kancelarii dopisał: „…i Syn”.

Ożenił się dopiero prawie sześć lat później, w sylwestra tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku. Z poznaną rok wcześniej Krystyną Komerską. Żonie nigdy nie powiedział, że ma nieślubną córkę. Jakoś się nie złożyło. Mieli syna jedynaka, Adama. Ślubnego. Łożyć na pierwsze dziecko jednak nie zaprzestał. Ta miesięczna danina była dlań drobną kwotą, a w końcu dał słowo. Nawet na piśmie. Poza wszystkim był honorowy. Córkę widział dwa razy w życiu. Pierwszy raz wkrótce po jej urodzeniu, kiedy odebrał matkę z dzieckiem ze szpitala. Drugi raz zupełnie przypadkiem, już po ślubie z Krystyną, gdy niespodziewanie spotkał na Marszałkowskiej Emilię z dziewczynką, na oko siedmioletnią. Wiedział, że nie mieszkają w Warszawie, wysyłał teraz pieniądze na adres w jakimś Biskupcu, nie miał pojęcia, gdzie to jest. Było mu to zresztą obojętne. Emilia wyjaśniła wówczas, że przyjechały do Warszawy na zakupy, bo córka idzie do szkoły, a w Biskupcu nic nie można dostać. Dziewczynka była ładna i grzeczna, lecz Tadeusz nic do niej nie poczuł. Bał się tylko, żeby Emilii nie wpadło do głowy, by powiedzieć do małej: „To twój tatuś”. Nic jednak nie powiedziała, a dziecko najwyraźniej nie było nim zainteresowane. I wzajemnie.

Rozdział V

CÓRKA

Dziesiątego czerwca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku urodziła się Jagna. Poród był lekki i przebiegł tak szybko, że lekarze i położna aż się dziwili, a inne pacjentki, oczekujące na swoją kolej, zazdrościły Emilce.

Tadeusz odebrał ją ze szpitala, obiecał, że to zrobi, gdy powiadomiła go, że jest już w szpitalu. Mieszkał teraz u pani Konstancji, bo pani Łucja w wieku pięćdziesięciu lat wyszła za mąż. Jednak docenił telefon na miejscu, a matka nie dzwoniła aż tak często. Jeśli zadzwoniła, a jego nie było, nawet późnym wieczorem, nie pytała o nic przy następnym telefonie.

To był ów pierwszy raz, kiedy zobaczył swoją córkę. Popatrzył na nią w szpitalu i wydała mu się okropnie brzydka. Gdy jednak wyniósł ją z taksówki i przyjrzał się uważniej dziewczynce, już trochę w jego oczach zyskała na urodzie. Bądź co bądź to jego córka – jak myślał – więc brzydka być nie może. Pomógł Emilii dotrzeć do mieszkania, tam zaś czekała już jej siostra, która natychmiast odebrała mu małą, zaczęła do niej cmokać i idiotycznie gruchać. Tadeusz przekazał młodej mamie pierwszą ratę alimentów i zniknął z jej życia, a także z życia „córki” prawie na siedem lat. A potem nie widział jej już do końca własnego życia. Comiesięczne wpłaty wysyłał przekazem pocztowym. Nad datą urodzin córki ani przez chwilę się nie zastanowił. Emilia wprawdzie, gdy telefonowała z prośbą o odebranie jej ze szpitala, opowiadała coś, że na porodówce znalazła się „całkiem niespodziewanie”, bo właściwie to powinna rodzić za miesiąc, ale „tata” nie przywiązywał wagi do owej informacji, bo i tak nie znał się na tych wszystkich niuansach. Poza tym nigdy nie przyszło mu do głowy, że dziecko może nie być jego. Przecież w istocie w czynnościach prokreacyjnych uczestniczył. I mieszkał z matką dziewczynki.

 

Emilka na podstawie karty ciążowej odebrała wyprawkę dla niemowlęcia, a mianowicie: kocyk z bai, dziesięć pieluch tetrowych, pięć flanelowych, cztery kaf­taniki z płótna wiązane z boku na tasiemki, trzy pary śpiochów zapinanych na guziki oraz wanienkę z blachy cynkowej i wagę do ważenia dziecka przed karmieniem i po karmieniu. Na wszelki wypadek kupiła też niebieskie mleko w proszku. Karmiła piersią zaledwie przez trzy miesiące, i to tylko dlatego, że nie znosiła odciągania pokarmu. Wreszcie do tego przywykła, zresztą później stało się to łatwiejsze, pokarmu było coraz mniej i w końcu zanikł. Mała Jagusia spokojnie dała się przestawić na butelkę.

Dziewczynka rozwijała się prawidłowo, rzadko chorowała i nie marudziła. Emilia jednak była trochę inna niż większość matek. Po prostu nie kochała swojego dziecka. Miłość dziewczynka otrzymywała od ciotki. Od pierwszej chwili zawojowała Elwirę, która zupełnie nie mogła zrozumieć takiego braku uczuć u siostry. Ale Emilka nie miała czasu na uczucia. Całkiem niespodziewanie znalazła pracę. Któregoś dnia pani Bożena, ich przemiła sąsiadka, przyszła z dobrą wiadomością. W szpitalu, w którym pracowała, na chirurgii leżała pacjentka po usunięciu nerki. Trochę ze sobą rozmawiały, czasami na nocnym dyżurze pani Bożeny trafiały się wolne chwile, a ta pacjentka miała kłopoty ze snem. I tak sąsiadka dowiedziała się, że w spółdzielni pracy, w której pracuje ta pacjentka, jest sekcja chałupnicza i teraz poszukują kogoś, kto dobrze sobie radzi z robótkami na drutach.

Spółdzielnia nawiązała kontakt z Cepelią i zobowiązała się dostarczać skarpety z owczej wełny, z motywami góralskimi. Emilia z ochotą podjęła się tego zadania i z wielką radością dziergała codziennie te wszystkie giewonty i gubałówki. Przedpołudnia miała trochę zajęte, bo przecież Elwira chodziła do pracy, ale już od jakiejś czwartej, po obiedzie, znikała w dawnym pokoju Tadeusza, z drutami i owczą wełną, by produkować skarpety, które mnożyły się wokół niej. Włączała sobie mały telewizorek, bo już tworzyła swoje dzieła z pamięci, nie musiała patrzeć na wyrabiane rządki ani bez przerwy liczyć oczek. Po jakimś czasie znudziły jej się te skarpety i zaproponowała spółdzielni, że może robić swetry, niekoniecznie góralskie. Różne, z wzorami i gładkie, z wełny owczej i każdej innej, a nawet ze zwyk­łej włóczki. Spółdzielnia zaryzykowała i wtedy Emilia już w ogóle nie miała czasu na nic innego. Udało jej się umieścić córkę w żłobku, na mocy uchwały z roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego drugiego, na koszt zakładu pracy. Spółdzielnia chętnie na to przystała, bo wyroby Emilii sprzedawały się bardzo dobrze i kierownictwu zależało, aby ich było jak najwięcej.

We wrześniu Emilia skończyła osiemnaście lat, stała się dumną posiadaczką dowodu osobistego i zaczęła rozmyślać o powrocie do Paryża. Tylko że to głupie dziecko miało dopiero trzy miesiące, a było do tego dowodu wpisane, więc mogłaby nie dostać zgody na wyjazd. Zresztą właśnie rozpoczęła swoją karierę zawodową, a pamiętamy, że ciułała grosz do grosza, by uzbierać niezbędny kapitał. Sprzedaż mieszkania stała się chwilowo niemożliwa, bo siostra nie miała gdzie się podziać, więc to, co Emilka zarobiła pracą chałupniczą, było nie do pogardzenia. Pieniądze od Tadeusza uczciwie oddawała siostrze, która zajmowała się prowadzeniem gospodarstwa domowego, dokładając również swoje parę groszy. I jakoś sobie radziły, a zasoby finansowe Emilki stale się powiększały. Nie jakoś ogromnie, ale systematycznie. Wciąż jednak nie było tego tyle, żeby wystarczyło na wyjazd i paryskie plany.

Po umieszczeniu córki w żłobku młoda mama miała więcej czasu, tak więc mogła robić więcej swetrów i tę nadwyżkę, której nie brała spółdzielnia, Emilka sprzedawała na bazarze Różyckiego. Tak z ręki: „Swetry, piękne i ciepłe, artystycznie robione. Swetry, dla mamy i taty, siostry i brata” – zachwalała swoje wyroby, a te sprzedawały się jak ciepłe bułeczki.

W planach wyjazdowych Emilki nie było miejsca dla Jagny. Cóż by poczęła z dzieckiem w Paryżu? Na szczęście dało się rozwiązać ten problem, gdyż Elwira z miejsca oświadczyła, że z wielką przyjemnością zajmie się malutką. I absolutnie nie pozwoliłaby zabrać Emilce dziewczynki, nawet gdyby taki pomysł przyszedł siostrze do głowy. Na szczęście nie przyszedł. Malutka miała już prawie dwa latka, była coraz rozkoszniejsza, ale do jej matki jakoś to nie docierało. Zresztą pierwszy raz „mama” dziewczynka powiedziała do Elwiry, która rzeczywiście tą mamą dla niej była. Tyle że jej nie urodziła – lecz na tym rola prawdziwej mamy się skończyła. Właściwie nawet nie „prawdziwej”, a po prostu biologicznej, nic więcej.

– Dzień dobry, mówi Emilia Kociołek. Czy zastałam pana Tadeusza? Jeśli jest, chciałabym z nim porozmawiać.

Miły kobiecy głos odparł, że owszem, pan Tadeusz jest i zaraz podejdzie do telefonu.

– Tu Emilia, dzień dobry. Mam do ciebie sprawę na pięć minut, ale nie da się jej załatwić przez telefon. Kiedy mógłbyś się ze mną spotkać? Może w tej kawiarni obok uniwerku? Albo gdzie chcesz.

Głos Tadeusza brzmiał, jakby rozmówca był bardzo niezadowolony z jej telefonu. Przypuszczała, że miał na końcu języka coś na temat jej przyrzeczenia, że nie będzie zawracała mu głowy, tylko zapewne powstrzymuje go obecność właścicielki mieszkania, która słyszy każde słowo. A ona musiała po prostu zdobyć jego podpis pod oświadczeniem, że wyraża zgodę na wyjazd za granicę matki nieletniego dziecka, którego on jest ojcem.

– Kto ci wcisnął taką bzdurę? – Tadeusz był rozśmieszony i rozeźlony zarazem. – Zgoda ojca byłaby potrzebna, gdybyś chciała wyjechać z dzieckiem. A z twoich wyjaśnień zrozumiałem, że chcesz jechać sama, tak?

A tak, możliwe, że coś źle zrozumiała. Albo Elwira coś pokręciła.

– Jesteś pewny? – spytała na wszelki wypadek, choć sama wiedziała, że tak, przecież studiował prawo, więc musiał znać przepisy.

– Studiuję prawo, zapomniałaś? Dobrej zabawy w Paryżu ci życzę. Mam nadzieję, że dostaniesz paszport i wizę – powiedział sarkastycznym tonem, bo tak naprawdę nie wierzył, że jej się to uda. Nie jechała na żadną potwierdzoną wycieczkę i nie dostała od nikogo zaproszenia. Nie wiedział jednak, że Emilia miała tajną broń. Felicjana Kostronia.

A ona nie zamierzała mu o tym mówić.

Niepotrzebnie wyrwała się z tą prośbą o zgodę na wyjazd, przecież mogła najpierw dokładnie sprawdzić, co mówią przepisy, a nie wierzyć w wyssane z palca informacje Elwiry. Ale po prostu chciała już mieć wszystkie dokumenty, gdy pójdzie prosić Felicjana o pomoc w uzyskaniu paszportu i wizy.

Pan poseł oczywiście załatwił wszystko, co tylko było potrzebne. Wystarczył jeden telefon. Drugi sprawił, że towarzyszce Emilii Kociołek przyznano odpowiednią kwotę waluty francuskiej. Tego, czy istotnie była towarzyszką, nikt przecież nie sprawdzał. A zresztą nikogo to nie obchodziło. Nieważne, kim jest towarzyszka/nietowarzyszka Kociołek. Ważne, kto dzwonił w jej sprawie.

Gdy miała już bilet na samolot, ponownie zatelefonowała do Tadeusza.

– Ostatnio dzwonisz do mnie częściej niż moja matka – zażartował. Dostał w pracy podwyżkę i był w bardzo dobrym humorze.

– Chciałam ci tylko powiedzieć, że udało mi się załatwić wszystkie formalności i wyjeżdżam do Paryża. Wylatuję znaczy. Pojutrze. Nie wiem, kiedy wrócę, powiadomię cię. Chcę cię prosić, żebyś pieniądze dla Jagny przekazywał teraz na nazwisko Elwiry. Elwira Białołęcka, adres bielański. Moja siostra rozwiodła się, ale nazwisko zatrzymała, sam rozumiesz, że „Kociołek” nie brzmi zbyt ładnie. Ja też chętnie bym je zmieniła.

– Może uda ci się w Paryżu – wyzłośliwił się Tadeusz. Nie miał pojęcia, że w dobrą godzinę wypowiedział to milutkie życzenie…

„Formalności” załatwiła, no, no. Paszport, wiza, pewnie i franki. Ciekawe jak… A zresztą co mnie to obchodzi, pomyślał.

Rozdział VI

PARYŻ – WYJAZDY, POWROTY…

Przed wyjazdem Emilii do Paryża siostry zdecydowały się sprzedać bielańskie mieszkanie. Właściwie nie tyle je sprzedały, ile zawarły korzystną transakcję. Otóż pani Bożena, ich nieoceniona sąsiadka, która ciągle w czymś im pomagała, pomogła i tym razem. Na parterze mieszkała starsza pani, mająca dwóch synów. Jeden skończył Państwową Szkołę Morską w Gdyni i pływał na statkach handlowych pod różnymi banderami. Drugi skończył tylko zwykłe liceum ogólnokształcące, ale był bardzo obrotny i dorobił się trzech budek na bazarze Różyckiego. Z ciuchami, butami i z wyrobami galanteryjnymi. Większość sprzedawanych tam towarów dostarczał starszy brat, marynarz. Obydwaj bardzo dbali o matkę i niczego jej nie brakowało.

Bardzo kochała obu, ale tego młodszego jakby bardziej. Bo poza sferą ekonomiczną nie wiodło mu się w życiu zbyt szczęśliwie. Ożenił się z dziewczyną, która od pierwszego wejrzenia nie spodobała się mamusi, i okazało się, że mama, jak to zwykle mamy, miała rację. Małżeństwo bowiem nie przetrwało nawet roku i obecnie toczył się rozwód. Brzydki, nieprzyjemny, męczący, jak na ogół wszystkie rozwody. Małżonka chciała połowy majątku, a małżonek nie był skłonny podzielić się swoją krwawicą. W końcu doszło do ugody, w myśl której pazerna żona została w dużym, pięknym mieszkaniu.

Syn, zachwycony odzyskaną wolnością, wprowadził się do mamusi, mieszkającej w pokoju z kuchnią. Oraz łazienką. Pokój był dość spory, udało się nawet jakoś wydzielić osobną część, gdzie mieściło się łóżko, małe biurko i fotel. A nawet stojąca lampa. Ale było to rozwiązanie chwilowe, gdyż syn był już przyzwyczajony do większego komfortu i znacznej przestrzeni życiowej. Mamie zmniejszenie przestrzeni życiowej nie bardzo przeszkadzało, natomiast bardzo przeszkadzało jej chrapanie syna, którego nie wygłuszał prowizoryczny podział pokoju na dwie części.

Pani Bożena czasami wypijała kawkę ze znajomą z parteru, jako że była osobą bardzo towarzyską i utrzymywała dobre stosunki z sąsiadami. Wiedziała o planach wyjazdowych Emilii i wiedziała, że dziewczyna potrzebuje pieniędzy na realizację swoich zamierzeń. Emilia i Elwira miały trzy pokoje. Pani Bożena wpadła więc na pomysł, by siostry zamieniły swoje duże mieszkanie na małe sąsiadki z parteru, oczywiście za sporą dopłatą od starszej pani i jej syna. Była to transakcja korzystna dla obydwu stron i bardzo szybko udało się ją przeprowadzić.

Emilia miała więc środki zarówno na wyjazd, jak i na paryski start. A Elwira z Jagusią bardzo dobrze pomieściły się na parterze.

Szczęśliwym zrządzeniem losu strych, na którym mieszkała kilka lat temu3, stał pusty i Emilii udało się go wynająć. Nie utrzymywała kontaktu ani z Yvonne, ani z Claire, nie miała więc pojęcia, gdzie się podziało jej poprzednie towarzystwo. Najpierw była tym bardzo zmartwiona, ale szybko doceniła przestrzeń i swobodę. Choć ów strych nie był idealnym mieszkaniem, jednak za tę cenę nie znalazłaby nic lepszego. Nie martwił jej dziurawy dach, nie przeszkadzały hulające wiatry. Miała samodzielne lokum, w bardzo dobrym miejscu, i była tym zachwycona.

Urządzanie się zaczęła od kupna wygodnego łóżka, stołu, dwóch krzeseł i naczyń potrzebnych w kuchni, czyli kilku garnków, paru talerzy i czterech kubków. Nabyła też sztućce i pojemniczki na przyprawy. Następnie kupiła pościel, ręczniki, ściereczki i dwa obrusy oraz mnóstwo folii, którą miała zamiar ochraniać swoje prace przed deszczem kapiącym z dachu. Reszta niezbędnych do życia przedmiotów musiała poczekać. Najważniejszym zakupem były jednak krosna i duże ilości różnych włóczek. Gdy już je miała, mogła rozpocząć paryskie życie. Ponownie.

I tak się stało. Znowu sprzedawała swoje udziergane wyroby na Place du Tertre i dobrze jej to szło. Jednocześnie uczyła się tkactwa i mozolnie tworzyła wymarzone makatki. Minął rok, miała już spory zapas makat i kilimów, których jednak nikt nie widział, nie chciała bowiem sprzedawać ich ot tak, z wózka. Teraz czekała na coś, bliżej nie precyzując, co miałoby to być. Liczyła, że może odnajdzie kogoś ze swojego poprzedniego paryskiego życia. Claire? Yvonne? Jean-Pierre’a? Najbardziej chciałaby spotkać tego ostatniego, wszak to właśnie on obiecywał, że zrobi z niej artystkę, gdy tylko Emilia zajmie się na poważnie tkactwem. I, no cóż, cuda się zdarzają, któregoś dnia Jean-Pierre zawędrował pod Sacré-Coeur, gdyż niedaleko miał swoją galerię, i ujrzeli się niespodziewanie. Później wszystko potoczyło się błyskawicznie, marszand zorganizował Emilii jedną wystawę, potem następną i następną. Nie minęło dużo czasu, a zostali kochankami i zamieszkali razem na strychu Emilii. Po jakimś czasie wyjechali do Chin, Jean-Pierre miał tam bowiem klienta, chińskiego artys­tę, malującego pędzelkiem na jedwabiu. Przez pół roku mieszkali w Szanghaju, a gdy wreszcie wrócili do Paryża, podopieczny marszanda zrobił tam furorę. Oczywiście przy wydatnej pomocy Jean-Pierre’a. Cheng-ho chciał jak najlepiej mówić po francusku, toteż Emilia pomagała mu w nauce języka, a sama uczyła się od niego chińskiego. Opanowała wtedy podstawowe zwroty, kilka formułek grzecznościowych i parę elementarnych określeń najprostszych czynności. Okazało to się bardzo przydatne w późniejszym życiu.

 

Sielanka trwała przeszło trzy lata. Aż któregoś dnia Jean-Pierre po prostu się wyprowadził, gdyż znalazł sobie nową ekscytującą podopieczną. Emilia nie przeżyła tego szczególnie boleśnie, miała już wyrobioną markę, galerie same zwracały się do niej z prośbą o prace i zawsze ktoś się zajął zorganizowaniem wernisażu. A na początku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku, na jednym z licznych przyjęć organizowanych przez brać artystyczną, spotykającą się obok bazyliki Sacré-Coeur, poznała Ewarysta Raczyńskiego. Co tam robił, Emilia nie wiedziała i tak naprawdę mało ją to interesowało. Z całą pewnością nie był artystą, mecenasem sztuki raczej też nie. W każdym razie przyszedł na przyjęcie, dostrzegł Emilię, a ona jego i po pół roku ni z tego, ni z owego poprosił ją o rękę. Oczywiście przyjęła jego propozycję, o lepszej nie mogłaby marzyć. Poza wszystkim „Emilia Raczyńska” dobrze brzmiało. Lepiej niż Emilia Kociołek, zdecydowanie lepiej. Choć tego „Kociołek”, miała nadzieję, nikt nie pamiętał. Jej pseudonimem artystycznym było „Emi Tissu”. Taki podpis haftowała w prawym dolnym rogu każdej pracy, jako swój autograf. Emila Tissu. Wyglądało ładnie i ładnie brzmiało. Ici Emi Tissu – zapowiadano ją na otwarciu wystawy jej prac, wernisażu, w galerii i na wszystkich innych imprezach.

Niedługo po ślubie Ewaryst oświadczył, że wraca do Polski. Cóż, żona powinna jechać wraz z mężem, Emilia zlikwidowała więc swoje sprawy w Paryżu. Zabrała tylko pokaźny pakiet wspomnień. Ewaryst spodziewał się, że jego żona będzie chciała zabrać do nowego domu, jego domu, pardon!, ich domu, swoją córkę, o której istnieniu wiedział, zadbał więc, by poczyniono niezbędne przygotowania.

W ich obecnym wspólnym domu mieszkała i rządziła pani Urszula Raczyńska, dziesiąta woda po kisielu ze strony starego Ewarysta (bo był też i młodszy, teraźniejszy właściciel posiadłości), a może jego pierwszej żony, nikt tego nie sprawdzał; siłą rzeczy od wielu lat rezydentka. Ewaryst polecił jej więc przygotować dom na przyjęcie małej dziewczynki, około sześcioletniej (dokładnie nie wiedział, ale takie „około” wystarczyło). I oczywiście jego małżonki, matki owej dziewczynki. Około dwudziestopięcioletniej. Emilia miała dwadzieścia cztery lata, ale w tym wieku nie kruszy się kopii o rok czy dwa.

Pani Raczyńska zażyczyła sobie wracać przez Warszawę, przedstawiła Elwirze męża i oznajmiła, iż zabierają ze sobą Jagnę. Zaprosiła oczywiście siostrę do Biskupca, tam bowiem mieszkał jej małżonek, który serdecznie potwierdził zaproszenie. Córeczką Emilii przez wszystkie lata nieobecności jej matki opiekowała się właśnie Elwira, która chyba z tęsknoty po odebraniu jej dziecka w dwa miesiące po powrocie Emilii zmarła. Biskupca odwiedzić nie zdążyła.

Tak więc Emilia rozpoczęła nowe życie w Polsce, z mężem i prawie nową córką. I prawie natychmiast zaczęła się nudzić. Całe dnie spędzała na wspomnieniach i, traktując to jako wprawki, siedziała nad swoimi „robótkami”. Na razie niemal zupełnie zrezygnowała z dużych form na rzecz cudeniek szydełkowych i dzierganych na drutach. Oczywiście zabrała ze sobą krosna, ale bardzo zmniejszyła liczbę tkanych dzieł. Duże prace wykonywała powoli. Każda z nich była piękna, jednak nie znalazł się już żaden Jean-Pierre, który dostrzegłby owo piękno, zachwycił się i zorganizował przynajmniej wernisaż. Gromadziła więc te swoje skarby na strychu domu nad Kraksami, gdzie nie było nigdzie żadnych dziur w dachu, nie uderzały pioruny ani nie świszczały wiatry. A także marzyła, rozmyślała i… nudziła się jak mops. No cóż, ona i mąż żyli tak jakby obok siebie. Każdy miał swój kawałek podłogi i na ogół po nim się poruszał. Jagna nie naruszała spokoju matki, przyzwyczajona do jej nieobecności, a teraz otoczona opieką i miłością cioci Urszuli. Ewarysta też prawie nikt w domu nie dostrzegał i gdy raptem zmarł cichutko we śnie, w swoim pokoju, dopiero po jakimś czasie znalazła go Urszula, zaniepokojona, że nie przyszedł na śniadanie.

Niedługo potem z domu w Biskupcu zniknęła Jagna; jej matka nawet nie zauważyła, że córka niedawno stała się pełnoletnia. Urszula, indagowana o tę dorosłą osobę, nie wyjaśniła niczego. Nie wiedziała lub postanowiła, że nic nie powie. Nie ma dziewczyny, to pewnie wyjechała. Skończyła osiemnaście lat, mogła więc zrobić, co chciała, i tyle.

W następnym miesiącu nie przyszły już pieniądze od Tadeusza. Po śmierci Elwiry Emilia miała trochę kłopotu z dotarciem do niego z wiadomością o swoim nowym adresie, na który teraz ma przekazywać pieniądze. Na szczęście pani Konstancja, u której kiedyś mieszkał, uwierzyła, że szuka go mieszkająca we Francji przyjaciółka, która przyjechała na pogrzeb.

– To pogrzeb naszej wspólnej szkolnej koleżanki. Kiedyś byliśmy wszyscy bardzo zżyci, ale wie pani, jak to jest, każdy poszedł swoją drogą. Bardzo mi zależy, żeby o śmierci i pogrzebie Róży powiadomić możliwie najwięcej dawnych znajomych – tłumaczyła kobiecie.

Opowieść brzmiała wiarygodnie, pani Konstancja podała więc wtedy Emilii numer telefonu do kancelarii, w której pracował Tadeusz, Emilia przekazała mu swój nowy adres, i wysyłał jej pieniądze do Biskupca. Ale po dziesiątym czerwca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego roku owe dobrowolne alimenty urwały się nag­le, zgodnie z zawartą osiemnaście lat temu gentlemen’s agreement. Zapewne Tadeusz dobrze zapamiętał datę urodzin „córki”.

Po śmierci Ewarysta i ucieczce Jagny Emilia po pros­tu przyjęła do wiadomości, że jej rodzina liczy teraz dwie osoby. Po prostu ona i jedna pseudokuzynka. Dwa kłopoty odpadły. Niestety, poczucie nudy wzmogło się w czwórnasób.

I wtedy w głowie Emi Tissu zaświtała nowa wspaniała myśl. Teraz już nic jej tu nie trzyma. Wyjedzie znowu do Paryża. Ma przecież mnóstwo dzieł, którymi zdoła zapełnić niejedną galerię.

Udało jej się nawiązać kontakt z Jean-Pierre’em, na szczęście rozstali się spokojnie, pozostając w przyjaznych stosunkach. Nie miała numeru jego telefonu, pamiętała jednak, że galeria, której był właścicielem, zlokalizowana była przy Place Saint Pierre, tuż obok Le Ronsard Café. Zapamiętała tę kawiarnię, był z niej bowiem najpiękniejszy w całym Paryżu widok na bazylikę Sacré-Coeur. Często, właśnie dla tego widoku, pili tam kawę z Jean-Pierre’em. Na poczcie w Biskupcu awanturowała się tak długo, aż w końcu kierowniczka zatelefonowała do informacji telefonicznej i zdobyła numer Le Ronsard w Paryżu. Ewaryst był „z tych ważnych”, więc oczywiście miał telefon w swoim biskupieckim domu. Emilia chciała jednak, żeby całe miasto wiedziało, że ona mówi po francusku (znajomość języków obcych była wówczas powodem do dumy), i zamówiła z poczty rozmowę z Paryżem.