I tak nie przestanę Cię kochaćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dostała list od siostry.

Rozdział III

I CO TU ZROBIĆ Z TAKIM SPADKIEM?

Jeśli chciałabyś zostać już na stałe i podjąć naukę, mogłabyś tu zamieszkać. Nie sprzedawałybyśmy mieszkania, najwyżej wynajęłybyśmy jeden pokój. Byłoby na czynsz i inne opłaty, a nawet parę groszy dla ciebie, na jedzenie, książki czy jakieś ciuchy – powiedziała Elwira.

Odziedziczyły po matce mieszkanie; nie wiedziały nawet, że było jej własnością. Myślały, że to kwaterunkowe. Elwira, robiąc porządek w rzeczach Edyty, zobaczyła grubą kopertę, zaadresowaną do siebie. Znalazła tam akt własności mieszkania, opieczętowany w kilku miejscach, i list matki, w którym ta wyjaśniła, że jej ojciec, od samego początku aktywny członek PZPR, „załatwił” sobie to mieszkanie. Po jego śmierci Edyta zdołała przepisać lokal na siebie, jeszcze przed zawarciem małżeństwa i narodzinami dzieci.

„…Zostawiam to mieszkanie wam, moje córki, o ile nie sprzedam go przed śmiercią. Nic innego ode mnie nie dostaniecie, bo nic innego nie mam. A nawet jeślibym miała, uważam, że w życiu najlepiej dojść do czegoś samemu…”.

Załatwiły, co trzeba, u notariusza i teraz obydwie stały się bogate. Początkowo Emilka optowała za sprzedażą mieszkania. Chciała wrócić do Paryża, a za uzyskane pieniądze kupiłaby sobie krosna. W głowie miała już projekty makatek i innych prac, gdyż za wszelką cenę chciała zostać artystką. Musiałaby tylko wynająć sobie jakieś samodzielne mieszkanie, gdyż w pracowni, w której dotychczas mieszkała, było po prostu za mało miejsca.

Nie wiedziała jednak, jak wyrobić sobie paszport. Poprzednio była wpisana do paszportu matki, przyjechała do Polski, bo w paszporcie znajdowała się opcja powrotu, ale teraz? Nawet jeszcze nie była pełnoletnia.

Może więc dokończyć naukę w liceum? Są kursy wieczorowe, nawet można w ten sposób zrobić maturę. Pomysł z wynajęciem jednego pokoju jej się spodobał. Cały czas miała przed oczami swój wytyczony cel – musi zaoszczędzić tyle pieniędzy, żeby wystarczyło na kros­na i materiały. Jak już zacznie tkać kilimy i makatki, da sobie radę, była tego pewna. Zresztą Jean-Pierre jej ­pomoże. O przyszłości myślała z całą beztroską nastolatki, wiedziała jednak, że musi zdobyć kapitał. Na razie zostanie więc w Warszawie, poczeka, aż uzyska pełnoletność, a do tego czasu postara się zarobić trochę pieniędzy. Mieszkanie sprzedadzą, kiedy już będzie mogła ubiegać się o paszport i w jakiś sposób zorganizuje sobie wyjazd do Paryża. Jak to zrobi, jeszcze nie wiedziała, miała tylko pewność, że jej się uda.

Wraz z siostrą zdecydowały więc, że wynajmą jeden pokój. Wykaligrafowały parę egzemplarzy identycznego ogłoszenia i porozwieszały kartki na tablicach informacyjnych kilku wyższych uczelni. O zamieszczeniu ogłoszenia w gazecie jakoś nie pomyślały. Zresztą to kosztowało, a obie – szczególnie zaś Emilię – ogarnęła mania oszczędzania. Niestety, nikt się nie zgłosił i były zrozpaczone. Do momentu, gdy sobie uświadomiły, że przecież jest sierpień, a rok akademicki rozpoczyna się w październiku.

– Studenci nie planują z wyprzedzeniem. Oni raczej żyją dniem bieżącym – stwierdziła Elwira. – Zaczną szukać pokojów pod koniec września, zobaczysz.

– Przecież to jeszcze miesiąc z kawałkiem. A nawet prawie dwa miesiące – zmartwiła się Emilka. – Przepadnie nam parę złotych czynszu. Potrzebuję sporo pieniędzy.

Dopiero teraz przedstawiła siostrze swój życiowy plan. Sprzedać mieszkanie, wrócić do Paryża, zorganizować warsztat pracy, realizować marzenia. Co wieczór wirowały jej przed zaśnięciem w głowie wzory kilimów i makatek. A potem wystawy, wernisaże, tłumy kupujących… Wiedziała, że wszystko to osiągnie, oby tylko dotrwać do pełnoletności. Jeszcze trochę… Ale przez cały ten czas musi gromadzić kapitał. Rozmaitymi sposobami.

– …że możesz spróbować.

Dotarło do niej, że starsza siostra coś mówi.

A mówiła właśnie, że Kacper załatwił Emilce pracę. Mąż Elwiry był szefem kelnerów w Trojce, szykownej restauracji w Pałacu Kultury i Nauki.

– Z początku na próbę. Jeśli dasz radę, zatrudnią cię na etat. Wiesz, byłoby świetnie, tam nieźle płacą.

Oczywiście Emilka nie miała być kelnerką, tylko pomagać w nakrywaniu stołów, sprzątaniu sali, wymianie naczyń i w czym tam jeszcze będzie trzeba. Za pierwszym razem trafiło się duże wyzwanie. Salę wynajął jakiś dygnitarz czy ktoś ważny. Szycha z Komitetu Warszawskiego PZPR. Na jakieś rocznicowe zebranie z uroczystym obiadem. Zmobilizowani zostali wszyscy pracownicy. Emilia, w firmowym, granatowo-żółtym uniformie, miała krążyć pomiędzy gośćmi i uważnie obserwować, czy czasem coś się gdzieś nie rozlało, czy komuś nie upadł widelec lub nie zdarzyło się inne tego typu nieszczęście. Bardzo przejęta i straszliwie stremowana, obchodziła wszystkie stoliki, patrząc uważnie, co się wokół dzieje. Raptem poczuła, że ktoś na nią z tyłu wpadł. Odwróciła się i zaczęła gorliwie przepraszać, choć to nie ona spowodowała kolizję. Ręce, które obejmowały ją wpół, chyba dla ochrony przed upadkiem, cofnęły się i usłyszała wesoły głos, zapewniający, że za całą katastrofę odpowiada tylko ów ktoś. A poza tym nic się przecież nie stało. Emilka rozejrzała się szybko, sprawdzając, czy aby któryś z jej zwierzchników nie stoi w pobliżu, marszcząc groźnie czoło, ale na szczęście był to zaledwie drobny incydent, toteż nie zwrócił niczyjej uwagi.

Zaledwie incydent, jednak nie dla Emilki. Po zakończeniu przyjęcia, gdy miała już iść do domu, zauważyła ze zdumieniem, że przed tylnym wyjściem z restauracji stoi ów ktoś, kto zakłócił jej pierwszy dzień pracy. Swobodnie oparty o mur, nonszalancko palił papierosa, a sądząc po ilości niedopałków, leżących dookoła, nie pierwszego. A może po prostu stanął w ulubionym miejscu palaczy…

– Czekam na ciebie, mała – usłyszała dziewczyna. – Dlaczego tak się guzdrałaś?

– Na mnie? – zdziwiła się. – Nie guzdrałam się, tylko musiałam skończyć pracę. Ale czemu pan czekał na mnie? Mogę w czymś pomóc?

Nie wiedziała, jak się zachować. Jej rozmówca był dorosły i zapewne bardzo ważny. Czegóż mógł chcieć? Okazało się, że tego, czego mogłoby chcieć od niej wielu dorosłych i bardzo ważnych mężczyzn. Tych mniej ważnych zapewne też. Zaprosił ją na wieczorną lampkę wina. „Z przeprosinami za zakłócenie pracy”, wyjaśnił. Zapytał Emilkę, gdzie mieszka, i podjechali do kawiarni w pobliżu mieszkania dziewczyny. Tak, prowadził samochód, mimo że w Trojce pił alkohol, widziała przecież. W tej kawiarni też. Ale chciałaby zobaczyć milicjanta, który wlepia mu mandat…

– Jutro też pracujesz? – Zgasił papierosa i skinął na kelnera. Zapłacił rachunek i czekał na odpowiedź Emilki.

Nie odpowiedziała od razu, bo namyślała się, co odpowiedzieć. Zrozumiała, że Felicjan – takim imieniem się przedstawił, wymienił też nazwisko, Felicjan Kostroń – chciałby kontynuować znajomość. Nie była jednak pewna, czy ona tego chce. Na serdecznym palcu prawej ręki mężczyzny błyszczała szeroka obrączka, nie wyglądał jednak na kogoś, kto przejmowałby się swoim stanem cywilnym. Jej też właściwie to nie przeszkadzało; gdyby nawet zdecydowała się na kontynuowanie znajomości, to na pewno nie dlatego, że widziałaby w tym mężczyźnie ewentualnego kandydata na męża. Tylko po co jej taka znajomość? Trzeba go jakoś zniechęcić, byle dyplomatycznie, bo to nie pierwszy lepszy chłopaczek.

I wtedy pomyślała, że taka znajomość jednak może jej się przydać. Uprzytomniła sobie, że będzie musiała uzyskać paszport, zdobyć trochę francuskiej waluty i kto wie, co jeszcze.

Szycha z Komitetu Warszawskiego PZPR z całą pewnością może jej dopomóc w realizacji zamierzeń.

– Jutro mam wolny wieczór – odpowiedziała. – Pracuję do szóstej.

Na którymś z kolejnych spotkań usłyszała, że Felicjan chciałby spróbować własnoręcznie przez nią przyrządzonej kawy.

– U ciebie w mieszkaniu – oznajmił.

Wiedział, że na razie mieszka sama, że szuka lokatora, wiedział o Elwirze, a także o Paryżu i marzeniach dziewczyny. Dużo o niej wiedział, właściwie wszystko. O czymś musieli przecież rozmawiać, siedząc w kawiarni, a on prawie nic o sobie nie mówił. To, czego się o nim dowiedziała, absolutnie jej wystarczyło. Któregoś dnia napomknął, że jest posłem na sejm. Jakby KW PZPR to było za mało…

Na samej kawie oczywiście się nie skończyło. Emilia przypuszczała, że tak będzie. I w sumie była tego bardzo ciekawa. Dotąd jeszcze nie znała mężczyzny. Była dużym dzieckiem. Mieszkała z czwórką Cyganów, w zasadzie pod ich ochroną. Toni i Victor traktowali ją jak młodszą siostrę i odganiali od niej wszystkich swoich krewnych i znajomych.

Zresztą Emilia nie miała czasu na rozrywki, gdyż każdą wolną chwilę przeznaczała na pracę. Jak wiadomo, uporczywie ciułała grosz do grosza. W dodatku matka skutecznie ją ostrzegła przed posiadaniem dzieci. Oczywiście nie bezpośrednio, tylko w podsłuchanej przez Emilię rozmowie. Jak to było? Dzieci to koszmar. Kłopot, utrapienie i ból głowy. Kto chciałby więc mieć dziecko? Ona, Emilka, z całą pewnością nie. Nie znała jednak żadnych sposobów zapobiegania ciąży, nie było przecież nikogo, z kim mogłaby na ten temat porozmawiać. Z matką już nie porozmawia, nawet choćby się odważyła, a nie potrafiłaby spytać o te sprawy Claire lub Yvonne, w ogóle wydawało jej się to niemożliwe. Wiedziała tylko, że mężczyzna może się zabezpieczyć, ale oczywiście nie miała pojęcia, jak to wygląda. Na wszelki wypadek nie dopuszczała więc mężczyzn do siebie w ogóle, nawet jeśli któryś przedostał się przez ochronne sito jej paryskich opiekunów.

Teraz postanowiła zaufać Felicjanowi; uznała, że jest na tyle dorosły, iż z całą pewnością będzie wiedział wszystko, co trzeba.

Jemu natomiast w ogóle nie przyszło do głowy, by się zabezpieczyć, uznał, że skoro dziewczyna zaprasza go do siebie (nieważne, że sam się wprosił), to wie, co robi, więc nie ma sprawy. Z wielkim zdziwieniem przyjął dziewictwo Emilii, ale wszystko potoczyło się szybko i w zasadzie bezproblemowo, więc poza oczywistym stwierdzeniem faktu długo o tej kwestii nie dyskutowali.

 

– Idź do jakiegoś lekarza – powiedział na pożegnanie pan poseł, a dziewczyna skinęła głową, zastanawiając się, po co, bo przecież nie jest chora, więc o co chodzi?

Takich spotkań było kilka, niezbyt dużo, bo Felicjan poczuł wielkie rozczarowanie młodą kochanką. Okazała się nie tak ekscytująca, jak się spodziewał, więc w zasadzie po co mu ona?

Emilka prawie nie zauważyła, że pan poseł gdzieś zniknął. Raz do niego zadzwoniła, ale właściwie tylko tak „dla porządku”, a jego pokrętne opowiadanie o chronicznym braku czasu przyjęła ze zrozumieniem. Całkowitym. W dalszym ciągu pracowała w Trojce, wprawdzie zarobki miała tam mizerne, ale właściwie przecież nic nie potrafiła, a pracownik bez kwalifikacji wszędzie zarobiłby mniej więcej tyle samo. Czyli niewiele.

We wrześniu ponownie wypisały z Elwirą ogłoszenia o pokoju do wynajęcia i porozwieszały je na tablicach warszawskich uczelni. A kilka dni później przyszedł pierwszy kandydat na lokatora. Nazywał się Tadeusz Biernacki, miał dwadzieścia jeden lat i był studentem trzeciego roku prawa Uniwersytetu Warszawskiego. To znaczy, miał zacząć trzeci rok w październiku. Pokój obejrzał, zaakceptował, ustalili cenę i warunki wynajmu, i Emilka zyskała lokatora. Obydwie siostry były bardzo zadowolone, wyprawiły dla nowego mieszkańca powitalną kolację i podały między innymi śledzie, opowiadając mu z rozbawieniem o tamtych, które kiedyś przygotowały wspólnie, pierwszy raz w życiu. Dla matki. Z tym że reakcji matki już nie wspomniały.

Emilce i Tadeuszowi bardzo miło i zgodnie się mieszkało. Nie jadali razem posiłków, choć czasami jedno z nich robiło kilka kanapek więcej i wtedy celebrowali wspólną kolację. Nie zaprzyjaźnili się jakoś szczególnie. Opowiedziała mu o życiu w Paryżu i o tym, że zamierza tam wrócić. Musi jeszcze tylko odczekać niespełna rok, bo we wrześniu tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego osiągnie pełnoletność.

– Rozumiesz, teraz miałabym pewne problemy z uzyskaniem paszportu, wizy i tak dalej.

– A za rok nie będziesz miała? – Tadeusz był sceptyczny, nie wierzył, że aby otrzymać paszport, wystarczy ukończyć osiemnaście lat.

– Tak, za rok nie będę miała.

Była tego w stu procentach pewna, wszak istniał Felicjan, choć odkąd w wynajętym pokoju zamieszkał Tadeusz, pan poseł przestał przychodzić do mieszkania na Bielanach. On i Emilia spotkali się jeszcze dwa razy w podmiejskiej daczy Kostronia, potem ich relacje ustały. Emilia szczególnie tego nie żałowała. Miała numer telefonu Felicjana, a nawet gdyby go zmienił, nie wątpiła, że umiałaby szybko odnaleźć swojego kochanka. Jeśli byłby potrzebny.

Tadeusz powiedział jej, że urodził się w małym miasteczku niedaleko Torunia, że jest jedynakiem, a jego rodzice mieszkają teraz w Łodzi i pracują w tamtejszej administracji. Nic ciekawego, nic szczególnego i nic, co należałoby rozwijać. Nie wydawał się zbyt interesujący i nie prowadził ekscytującego życia. Miał wielu kolegów, jak to w gronie studenckim, jednak nie znalazł bliskich przyjaciół ani dziewczyny. Może dlatego, że nie był zbyt atrakcyjny, ot po prostu bardzo przeciętny chłopak. Nie, nie chłopak, dwadzieścia jeden lat to już mężczyzna. Wyglądał jednak jak chłopak. Niezbyt wysoki, bardzo szczupły, miał zwyczajne brązowe włosy i zwykłe niebieskie oczy. Może z tego właśnie powodu, a może dlatego, że codziennie się widywali, choć czasami nie zamienili ani jednego słowa poza zdawkowym „cześć”, a może dlatego, że Emilia odznaczała się niepospolitą urodą, dziewczyna niepostrzeżenie wkradła się do jego serca. Starał się coraz częściej robić „za dużo” kanapek na kolację. I to coraz wykwintniejszych kanapek, które właścicielka mieszkania zjadała z wyraźną przyjemnością. Owe wspólne kolacyjki trwały coraz dłużej, a pewnego sobotniego wieczoru…

– Emi! Chodź na kolację – rozległo się z kuchni.

– Och, wino, czerwone! Skąd wiedziałeś, że takie lubię? I czy to jakaś specjalna okazja? Wiem, masz urodziny, tak? I nic nie powiedziałeś! – Emilka zarzucała go wykrzyknikami i znakami zapytania, sadowiąc się przy kuchennym stole.

– No, tak, mam urodziny. – Tadeusz postanowił trochę przesunąć datę swojego przyjścia na świat. Urodził się w sierpniu, a teraz był październik, ale cóż znaczą te dwa miesiące… – Dwudzieste pierwsze, jakby niebanalne, pomyślałem więc, że może warto je uczcić.

– Ale powinieneś był mi powiedzieć. Nic dla ciebie nie mam, chociaż, poczekaj. – Zsunęła się z krzesła i pobiegła do swojego pokoju. Po chwili zjawiła się, trzymając w ręku malutkiego misia, wydzierganego szydełkiem. Robiła takie wełniane zwierzątka, gdy zostało jej trochę niepotrzebnej włóczki. – Wiem, że w sumie to nic, ale może przyda ci się taki amulecik. Popatrz, tu jest przywieszka, misia można wykorzystać choćby jako breloczek do kluczy. Daj buziaka.

Dał, i to nader chętnie.

A gdy wypili tę butelkę, Emilia przyniosła z pokoju następne wino. Też czerwone. Dostała je kiedyś od Felicjana i z jakichś powodów, już nie pamiętała z jakich, wtedy nie wypili go razem. Teraz bardzo się przydało, choć gdy się obudziła następnego dnia, z bolącą głową i rozmazanym makijażem (co dostrzegła dopiero w lustrze w łazience, gdy poszła zrobić siusiu), w dodatku mając u boku pochrapującego Tadeusza, przeklęła pana posła i jego prezent. Jedna butelka wina wystarczyłaby z całą pewnością. Ta druga to była już po prostu dekadencja. No i ból głowy.

Rozdział IV

OJCIEC

Od tego wieczoru ich kolacje we dwoje stały się zwyczajem, wspólne łóżko także. Tadeusz był zakochany, Emilka może mniej, ale specjalnie nie protestowała, gdy dopytywał się, czy ona też.

Z tego wszystkiego nawet nie zauważyła, że jakoś opóźnia jej się okres. Gdy któregoś dnia zaczęła wymiotować, sprawdziła daty w kalendarzyku i okazało się, że opóźnienie trwa już dwa miesiące. Kiedy powiedziała o tym Elwirze, siostra dokładnie wypytała ją o szczegóły, dotyczące nie tylko samopoczucia, ale i życia intymnego. O Felicjanie wiedziała, o Tadeuszu jeszcze nie.

Na myśl o ewentualnej ciąży Emilka prawie zemdlała.

– Ale przecież… – zakrztusiła się – co ja teraz zrobię?

– Przede wszystkim idź do lekarza – nakazała siostra. – Może to tylko jakieś zaburzenie. Chociaż – urwała na chwilę – od zaburzeń raczej się nie wymiotuje. To znaczy, czasami się wymiotuje, ale po prostu musisz sprawdzić, co się dzieje. Pan doktor musi. Albo pani – zaplątała się nieco.

Emilka tak natychmiast do lekarza nie poszła. Uznała, że jeśli coś miało się stać, to i tak już się stało, więc teraz ona musi wymyślić sposób, jak się z tego wszystkiego wyplątać.

Dzieci to koszmar. Kłopot, utrapienie i ból głowy – przypomniała sobie. To oczywiste, że żadnego dziecka nigdy nie chciała i teraz też nie chce. Nie miała jednak najmniejszego pojęcia, co zrobić, aby owego dziecka – o ile rzeczywiście jest w ciąży, a podświadomie miała co do tego pewność – nie było. Po prostu nie było i już.

Niestety, okazało się, że to nie takie proste. Emilka postanowiła, że za nic nie pójdzie do ginekologa mężczyzny, a ponieważ lekarka miała urlop, czekanie na wizytę, a w zasadzie na jej rezultat, przeciągnęło się o dalsze dwa tygodnie.

– Początek czwartego miesiąca – orzekła pani doktor, ściągając cienkie gumowe rękawiczki. – Dosyć długo czekałaś… pani czekała – poprawiła się, bo skoro pacjentka jest w ciąży, to trzeba ją traktować jak dorosłą kobietę, nie jak dziecko.

– Ja tu byłam wcześniej, tylko pani doktor nie było – bąknęła cicho Emilia, a lekarka wymamrotała pod nosem, że zaraz się okaże, że ta ciąża to też jej wina. Była zmęczona i zła, a widok takiego dziecka (kobiety!) w ciąży dodatkowo źle ją nastrajał.

– Pani doktor… – Emilka zsunęła się z fotela ginekologicznego i skuliła przed krzesłem ze swoim ubraniem. – Czy… czy ja już mogę się ubrać? – Nie to zamierzała powiedzieć, chciała poprosić, żeby pani doktor sprawiła, iż ten jej kłopot i utrapienie znikną. Natychmiast, ot tak, od jednego pstryknięcia palcami. Ale gdy ujrzała zmarszczone czoło lekarki, nic takiego nie powiedziała. Bała się, i tyle.

Jednak pani doktor miała za sobą trzydzieści lat doświadczenia. Wiedziała – a przynajmniej sądziła i dałaby sobie rękę uciąć, że jej przypuszczenie jest słuszne – iż jej pacjentka chce zapytać o coś, co, owszem, według prawa nie było zakazane. Ale z jej punktu widzenia, jako lekarki, kobiety i osoby wierzącej, to coś wydawało się absolutnie nie do przyjęcia.

– Chcę podkreślić, że to już czwarty miesiąc. Proszę, żeby PANI – głośno podkreśliła swój stosunek do dziewczyny, kulącej się przy krześle – żeby pani – powtórzyła – miała świadomość, iż na wszelkie niemądre pomysły, o ile jakiś przyszedł pani do głowy, jest już za późno.

Oczywiście nie była to prawda, pani doktor znała wielu lekarzy, a także, niestety, lekarek, usuwających ciążę i w piątym miesiącu, a przynajmniej na jego początku.

– Ja nie mam żadnych niemądrych pomysłów – odparła Emilka, świetnie odgrywając oburzenie.

Pomyślała, że poradzi się Elwiry, bo na pewno jest jakiś sposób, żeby tego dziecka nie było, ale z pewnością nie zamierzała prosić o pomoc właśnie tej pani doktor.

Elwira jednak nie miała żadnego pomysłu, ani mąd­rego, ani mniej mądrego. Po kilkugodzinnej naradzie, siedząc przy stole z sałatką jarzynową i kilkoma plastrami żółtego sera, wymyśliły tylko, że może Felicjan coś poradzi. Bo z całą pewnością to jego dziecko. Tadeusz zaistniał w łóżku Emilii dopiero na początku listopada, a skoro pani doktor ustaliła, że to czwarty miesiąc, poczęcie musiało nastąpić we wrześniu. Czyli za kadencji pana posła, co sobie bez trudu uświadomiły.

Otworzyły butelkę wina, któraś z sióstr bowiem, już wszystko jedno która, słyszała kiedyś, że trzeba wypić sporo alkoholu, a potem wejść do gorącej kąpieli. I może to podziała. W tym przypadku jednak nie podziałało. Może dlatego, że już przy drugim kieliszku Emilce zrobiło się niedobrze i po prostu nie mogła się zmusić do wypicia większej ilości wina. Kiepskiego i słabej mocy zresztą.

– Co opijacie, dziewczyny? – Do kuchni zajrzał Tadeusz, który właśnie wrócił z uczelni. – Emi, czy są bodaj ze dwa kartofle? Jestem tak potwornie głodny, że zaraz zemdleję. – Uśmiechnął się czarująco. Emilka podniosła się i zajrzała pod zlewozmywak, gdzie zawsze stał koszyk z ziemniakami.

– Są. Trzy – oznajmiła, pozostawiając bez odpowiedzi pierwsze pytanie. – Mogę je obrać i ugotować. I usmażę ci dwa jajka sadzone. Zostało też jeszcze trochę sałatki i dwa plasterki żółtego sera. Nie najesz się zbytnio, ale na pewno już nie zemdlejesz.

Podczas gdy siostra zajmowała się nakarmieniem ich lokatora, Elwira wykonywała skomplikowane operacje umysłowe. Wyszło jej, że niewątpliwie będzie miała siostrzeńca. Czy też siostrzenicę, co by wolała. Wydedukowała także, bez większego kłopotu, że pan Felicjan nie zechce ogłosić się tatusiem. Miała więc kandydata na drugiego tatusia. Siedział właśnie przy stole, wbijając wzrok w patelnię.

– Nie wysmaż zbytnio tych jajek – poprosił. – Lubię takie lekko ścięte.

– Przecież wiem – odparła Emilka, co Elwirę bardzo ucieszyło.

Oznaczało bowiem zażyłość. Serdeczność. Przyjazne stosunki. Może więc ten kandydat na tatusia „połknie” swoje ojcostwo. Wprawdzie ma przed sobą jeszcze kilka lat nauki, więc myśl o założeniu rodziny może go wprawić w panikę, ale przecież skądś bierze pieniądze na wynajem pokoju i jakieś jedzenie (od rodziców?), więc może owego fundatora (fundatorów) nie przestraszy przychówek przyszłego pana mecenasa.

A przyszły pan prawnik zajadał sadzone jajka z ziemniakami (trzema), rozmyślając o przyjaźni, jaką – miał nadzieję – zadzierzgnął kilka dni temu z Moniką, koleżanką z roku. Rudą koleżanką, której do tej pory nie dostrzegł. Nie przyszło mu do głowy, że widywał ją od początku roku akademickiego, siedziała w rzędzie za nim. Tylko że dopiero kilka dni temu „zrudziała”, przedtem miała szare mysie włosy, więc nie zwracał na nią uwagi. Teraz przyjrzał się Emilii. Włosy miała brązowe, nawet niebrzydkie, ale nie rude. Nie rude, niestety! I gdy tak na nią patrzył, dotarło do niego, że właściwie jest nudna. Jakaś kelnerka, nie, nawet nie kelnerka, pomoc kelnerska czy coś takiego. Z Moniką mógł porozmawiać choćby o pełnomocnictwie procesowym czy postępowaniu adhezyjnym. Rozumiała, co znaczy a contrario, preasumptio iuris czy ceteris paribus. A Emilia? No, proszę… Matka od początku kręciła nosem na to jego mieszkanie z samotną dziewczyną. Deklarowała wyższe kieszonkowe, jeśli zmieni pokój. Niestety, z rodzicami mieszkać nie mógł, choć do Łodzi nie było tak daleko. Ale przecież za daleko, by codziennie dojeżdżać na zajęcia. Ojciec, popychany przez matkę, uruchomił swoje warszawskie znajomości i nie dalej jak wczoraj przyjechał do Warszawy. Czekał na syna przed uniwerkiem.

 

– Masz tu dwa adresy. – Wcisnął Tadeuszowi w rękę skrawek papieru. – Komorne pokrywamy, załatw to szybko, żeby ci ktoś nie sprzątnął pokoju sprzed nosa. Ten u pani Konstancji jest atrakcyjniejszy, bo ona ma telefon. Gdyby tam, gdzie teraz mieszkasz, był telefon, nie musiałbym tłuc się z Łodzi do Warszawy i z powrotem. Drugi pokój, u pani Łucji, jest prawie przy twojej uczelni, ale może to raczej wada niż zaleta, bo już w ogóle nie będziesz spacerował, już ja cię znam. No i pani Łucja nie ma telefonu. Choć muszę uczciwie przyznać, że w pobliżu kamienicy są dwie budki telefoniczne.

Rodzice Tadeusza mieli w Łodzi telefon. Dla nich życie bez telefonu było nie do przyjęcia. Podobnie jak utrudniony kontakt z synem, który nie miał dostępu do tego najznakomitszego wynalazku ludzkości.

– Aha, i nie przejmuj się opłatami, jakich zażąda od ciebie pani Konstancja. Sam będę regulował wszelkie należności. Twoja gospodyni mogłaby nawet przygotowywać ci posiłki.

A, tak, pomyślał Tadeusz, i meldować wam, o której zjadłem kolację lub kiedy w ogóle jej nie zjadłem.

– Dziękuję, tato. Obejrzę te pokoje i dam wam znać, który wybrałem.

Było to trzy dni temu. Dzisiaj poszedł w obydwa miejsca i zdecydował się zamieszkać u pani Łucji. Brak telefonu uznał za plus, matka nie będzie mogła codziennie dzwonić i sprawdzać, czy synek już w domu. A budki telefoniczne nieopodal świetnie rozwiązywały kwes­tię kontaktów z rodzicami. Niezbędnych kontaktów. Teraz zastanawiał się nad dwiema kwestiami. Po pierwsze – jak uzasadnić swój wybór rodzicom, po drugie – jak powiedzieć Emilce, że rezygnuje z wynajmowania u niej pokoju. Obie sprawy były trudne. Najchętniej poradziłby się… Emilii, co, niestety, było niemożliwe. W końcu wykoncypował, że rodzicom powie, iż sąsiad pani Konstancji gra na flecie. A on nie zniesie dźwięku instrumentów dmuchanych i w ogóle nie mógłby się uczyć. Tak, to dobry pretekst, bo przecież nauka najważniejsza. A Emilce powie, że ojciec zmienił pracę, mniej teraz zarabia i rodzice obcięli mu fundusze, więc musiał sobie znaleźć dużo tańsze mieszkanie. U pani Łucji wynegocjował śniadania w cenie pokoju i bardzo był z siebie dumny. Czy zjadł śniadanie, o której i czy w ogóle, matka i tak nie sprawdzi, bo u pani Łucji szczęś­liwie nie ma telefonu.

Korzystając z okazji, że w domu była również druga siostra, jak wiedział, współwłaścicielka mieszkania, przeprowadził z nimi rozmowę zaraz po zjedzeniu tych trzech kartofli z sadzonymi jajkami. Rozstanie z Emilką nie było łzawe (czego trochę się obawiał), gdyż zaraz na wstępie obiecał dziewczynie, że często będzie ją odwiedzał. Jeśli mi się nie powiedzie z Moniką, zastrzegł się w myślach. A Emilia miała teraz dużo poważniejsze zmartwienie na głowie niż utrata lokatora. Choć zmartwiła ją perspektywa obniżenia poziomu życia, brak tych dodatkowych pieniędzy stanowił bowiem dość poważny uszczerbek w jej finansach, ale powiedziała sobie, że skoro tak łatwo zdołała wynająć pokój po raz pierwszy, uda się to zrobić ponownie. Tadeusz obiecał, że pomoże w znalezieniu nowego lokatora. Lub lokatorki. Niestety, czas na szukanie był nie najlepszy, koniec listopada, za pasem święta, sylwester i wszystkie uciechy związane z końcem roku. Emilia bardzo lubiła ów świąteczny okres, ale nie teraz, nie teraz. Obecnie musiała poradzić sobie z największym kłopotem, jaki jej się przytrafił.

– Nie mamy zapasów finansowych, co? – Popatrzyła na siostrę.

Siedziały obydwie w swoim ulubionym barze mlecznym i jadły leniwe pierogi, popijając je kompotem z wiś­ni. Emilka od niedawna przestała walczyć z torsjami, mogła więc częściej wychodzić z domu. Na razie pracą się nie martwiła, miała zwolnienie lekarskie do końca roku. Pani doktor powiedziała, że potem się zobaczy. Potem… czyli co? Czyli kłopot nie zniknie? Wyglądało na to, że nie. Sam nie chciał, a sprawić, by zniknął, Emilka nie umiała.

– Niestety nie. I wiesz… – Siostra nagle zaczęła płakać.

– Co jeszcze się stało? – przeraziła się Emilka. – Albo nie, nic nie mów. Przestań wylewać łzy i chodźmy do domu.

Po drodze kupiły cztery pączki, bo gdy tylko minął czas torsji, zaczęła mieć niepohamowany apetyt na wszelkie słodkości. Nie mogła się powstrzymać, choć wpadło jej do głowy, że jak będzie głodzić „tego dzieciaka”, to on się obrazi i „pójdzie sobie”. Tak się jednak nie stało, a zachcianki przyszłej mamy były nie do odparcia.

I przy tych pączkach Elwira jej opowiedziała, że Kacper poprosił o rozwód. Zakochał się, jak twierdzi, na śmierć i życie, i żyć bez swojej nowej ukochanej nie może. Już dwa tygodnie temu wyprowadził się z domu, ale tylko dlatego, żeby dać Elwirze czas, by spokojnie się spakowała. Mieszkanie jest jego, bo to własność przedmałżeńska, i nie ma o co kruszyć kopii, a żona może sobie zabrać wszystko, co wspólnie nabyli, łaskawie jej to zostawia. Jego nowa ukochana ma całe wyposażenie domu, i to w lepszym stanie.

– Będę więc musiała przenieść się z powrotem na Bielany. Czyli właściwie dobrze się złożyło, że Tadeusz zrezygnował – stwierdziła Elwira.

– To właściwie fatalnie – odpowiedziała zgnębiona dziewczyna. – Wszystko jest do kitu – dodała po chwili i ugryzła się w język, bo starsza siostra bardzo nie lubiła, gdy Emilka się wyrażała.

*

– Posłuchaj, musisz najpierw… – Elwira zaczęła coś mówić, jednak umilkła, gdyż zbyt gwałtownie się wyprostowała, zapewne pragnąc lepiej zaakcentować to, co zamierzała powiedzieć, i niechcący pchnęła stół, przewracając szklankę z herbatą.

Gdy już usunęły skutki tej sytuacji, starsza siostra wróciła do przerwanej wypowiedzi. Emilia usłyszała, że musi skontaktować się z Felicjanem i powiadomić go, że zostanie ojcem.

– On już jest ojcem. Ma dwunastoletniego syna. Ja mam pewność, że dziecko, o którym mówisz, na pewno jest jego, ale to tylko moje słowa. On, po pierwsze, mi nie uwierzy, po drugie, nawet jeśli uwierzy, w ogóle go to nie obejdzie. Kazał mi kiedyś iść do jakiegoś lekarza, a ja dopiero teraz rozumiem, o co mu chodziło. Jak potem mnie zapytał, powiedziałam, że byłam, i nigdy nie powrócił do rozmowy o ewentualnej ciąży czy jakimkolwiek dziecku.

– Tak mniej więcej przypuszczałam. – Elwira zjadła drugiego pączka i poszła do kuchni. Po chwili wróciła z dwiema szklankami świeżo zaparzonej, parującej herbaty, ustawiła je ostrożnie na stole i kontynuowała swoją przemowę. – Ten stół się chwieje – rzuciła jeszcze. – A powracając do Felicjana, obydwie wiemy, że wypnie się na dziecko. Ale nie mamy pieniędzy, nasz lokator się wyprowadził, zarabiamy nędzne grosze. Więc musimy jakoś sobie poradzić. Powiedz Felicjanowi, że nie wymagasz od niego uznania dziecka, choć masz absolutną pewność, iż jest jego. Chciałabyś tylko grzecznie poprosić o pewne wsparcie, przez stary sentyment. I jesteś na tyle zdeterminowana, że możesz przyjść i poprosić go o to wsparcie osobiście. Tylko poczekasz jeszcze ze dwa miesiące, żeby brzuch było lepiej widać.

Cóż, rada nie była najgorsza, więc młodsza siostra skorzystała z niej. Numer telefonu do towarzysza Kostronia miała i jakoś ją połączono.

– Muszę się z tobą spotkać, bo tej nowiny na pewno nie chciałbyś usłyszeć przez telefon, który każdy może PODSŁUCHAĆ. – Właśnie tak wymówiła to słowo, wielkimi literami.