I tak nie przestanę Cię kochaćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dokumenty nie pozostawiają cienia wątpliwości.

– Wiem – potwierdził z rozpaczą. – Ale może w tym szpitalu coś pokręcili? To były inne czasy, inna epoka, ogólny bałagan i urzędnicza spychologia. Kto tam dbał o ewidencję, skoro matka zrzekła się praw do dziecka. Pewnie było tych dzieci więcej, oddawali je do placówek opiekuńczych jak leci…

– Wiem, co masz na myśli. – Olga westchnęła, bo jej zdaniem podobieństwo Zojki do Jagny, które wychwyciła kobiecym okiem, wykluczało pomyłkę. Niemal wykluczało, ponieważ bywają ludzie podobni do siebie, a kompletnie niespokrewnieni. – I co, chcesz im grzebać w archiwach?

– Nie. – Spojrzał na Zojkę i Krzyśka. – Powinniście zrobić testy genetyczne. Wtedy będziemy mieli pewność. Co wy na to?

Tamci dwoje popatrzyli sobie w oczy i dostrzegli oczywistą dla nich odpowiedź. Brzmiała: Cokolwiek wykazałyby jakieś tam durne testy, między nimi nic się nie zmieni.

– Nie chcę, nie zależy mi – oznajmiła dziewczyna.

– Mnie też – oświadczył Krzysztof.

Olga poczuła, że coś ściska jej gardło, miała wrażenie, że cała sala zaczęła wirować. To wszystko nie mogło dziać się naprawdę. Jednak po chwili wzięła się w garść i zapytała szczerze, nie bacząc na brutalność swoich słów:

– Dobrze, powiedzmy, że wyjedziecie na koniec świata albo zignorujecie wszystko i będziecie ze sobą bez ślubu. A wasze dzieci? Pomyśleliście o nich?

Krzysiek nie umiał na poczekaniu dać na to jakiejś w miarę rozsądnej odpowiedzi. Ni z tego, ni z owego pomyślał o spoczywających w jego kieszeni obrączkach. Popatrzył bezradnie na Zojkę.

Dziewczyna puściła jego rękę. Dzieci… Dotąd o nich nie myślała, nie planowała, to miało przyjść samo, kiedy będą małżeństwem i już troszkę nacieszą się sobą.

Lecz nagle stanęła jej przed oczyma Jagna, twierdząca, że widać po matce odziedziczyła te jakieś cygańskie geny. Potem przypomniała sobie ucieczki z domów dziecka, życie na ulicy, sypianie w brudnych komórkach.

Pomyślała, że chyba nie byłaby dobrą matką…

*

Minęło kilka dni. Wrócili do Warszawy i niby wszystko było po staremu, ale Zojka żyła w poczuciu jakiejś nierealności. Nadal mieszkali z Krzyśkiem u babci Krystyny. Dla świętego spokoju wykonali zaproponowane przez Adama testy genetyczne, wyniki miały być znane za parę tygodni.

Tyle że Zojka nie zamierzała czekać na nie jak na wyrok…

2 Patrz Dziewczyna ze Szczepankowa Marii Ulatowskiej i Jacka Skowrońskiego, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

CZĘŚĆ I

EMILIA

Rozdział I

MAŁO CIEKAWY POCZĄTEK ŻYCIA

Emilka z rozpaczą patrzyła na matkę. Miała tylko siedem lat i nie potrafiła zrozumieć, dlaczego już nigdy nie zobaczy tatusia.

– Jak to: umarł? Na zawsze?

– Na zawsze, kwiatuszku, na zawsze. Teraz jesteśmy same na świecie.

– My i jeszcze Elwira, prawda? – spytała dziewczynka.

– Tak, i Elwira – uspokoiła ją matka.

Była to chyba ostatnia „normalna” rozmowa Edyty z córką. Po śmierci ojca Elwiry i Emilii ich matka, zadowolona, że starsza z dziewczynek opiekuje się młodszą, zaczęła przesiadywać po knajpkach, w nieciekawym towarzystwie, i coraz bardziej wpadała w szpony alkoholu. Na który szła większość pieniędzy. Malowanie, jej hobby i źródło zarobków, przestało się liczyć. Dziewczynki często nie miały żadnego obiadu, a śniadania i kolacje były bardzo ubogie. Lub nie dostawały ich w ogóle.

– Mama nas nie kocha. A ja jej nienawidzę – łkała Emilka, gdy matka po powrocie z zakupów chrapała na tapczanie w swoim pokoju i okazało się, że znowu nie przyniosła do domu żadnej siatki z wiktuałami.

Dookoła śmierdziało ledwo przetrawionym alkoholem, z ust śpiącej ciekła strużka śliny, a rozkopana pościel odsłaniała pogniecioną, rozchełstaną bluzkę z pourywanymi guzikami, podwiniętą, wymiętoszoną spódnicę, i ­– o zgrozo – czarne, zasznurowane trzewiki. Emilka usiłowała zdjąć matce buty, ale ta tylko wierzg­nęła nogą i wsunęła ją z powrotem pod kołdrę.

– Zostaw ją – powiedziała Elwira z całą mocą swojego autorytetu, wzmocnionego siedmioma latami starszeństwa. – Chodź na kolację, mamy pęczek rzodkiewek i wczorajszy chleb. Do tego jest zsiadłe mleko.

Iście królewska uczta. Rzodkiewki dostały od sąsiadki, właścicielki działki pracowniczej na Białołęce. Pani Bożena nie tylko często przynosiła dziewczynkom wyhodowane warzywa czy owoce, ale od czasu do czasu zabierała obie do swojego ogródka, które to wyprawy siostry bardzo lubiły. Nie tylko dlatego, że zawsze przynosiły stamtąd do domu jakieś pyszności: rzodkiewki, sałatę, cukinie albo kabaczki; najbardziej dlatego, że prosto z działki można było pójść do lasu, który obydwie uwielbiały. Czasami nawet chodziły na grzyby, bo pani Bożena znała miejsca, w których rosły.

Pani Bożena w ogóle była dla nich darem niebios. Bardzo często podrzucała im coś do jedzenia i nie były to tylko plony z działki. Niekiedy dostawały pierogi, czasami jakieś paszteciki, a zdarzała się też zupa w garnuszku. Sąsiadce bardzo żal było dziewczynek, nawet raz spróbowała porozmawiać z ich matką, ale… nie trafiła na dobry dzień.

Kiedyś przyniosła im zawinięte w gazetę śledzie.

– Zrobicie sobie same? – spytała. – Ja, niestety, muszę lecieć na nocny dyżur (była pielęgniarką). Trzeba wkroić cebulę, o, tu wam też ją daję, i zalać olejem. Proszę, oto butelka.

Nie przyszło jej do głowy, aby powiedzieć, że te śledzie najpierw trzeba wymoczyć w wodzie przez kilka godzin. Dziewczynki, bardzo przejęte swoim zadaniem, starannie pokroiły śledzie w zgrabne prostokąciki, cebulę w plasterki, polały wszystko olejem i zaprosiły matkę do stołu. Niestety, ich duma trwała zaledwie chwilę, dopóki Edyta nie spróbowała smakowicie wyglądającej potrawy.

– Niezdarne smarkule! – rozkrzyczała się matka. – Nawet głupich śledzi nie potraficie zrobić!

Cóż, nie przyszło jej do głowy, że nie było komu udzielić tej lekcji jej córkom.

Emilka bardzo tęskniła za ojcem, tym bardziej, im częściej matka przestawała być matką. Dziewczynka pielęgnowała w pamięci obraz jedynych wspólnych wakacji rodzinnych. Przyjaciel ojca miał siostrę, mieszkającą w Orłowie, dzielnicy Gdyni. Ten przyjaciel, pan Jerzy, był po trudnym rozwodzie, żona odeszła i zabrała ze sobą obie córeczki. Siostra pana Jerzego miała spory dom, mieszkała sama i zapraszała do siebie brata, żeby nie był sam. Jerzy zaproponował takie wakacje, za zgodą siostry, całej rodzinie Kociołków, mając nadzieję, że obecność dwóch dziewczynek złagodzi jego tęsknotę za własnymi córkami. Tak się, niestety, nie stało, ale dla Emilii był to wyjazd życia. Nie dosyć, że po raz pierwszy zobaczyła morze, to jeszcze przeżyła coś, o czym nigdy nawet nie marzyła. Otóż w pobliskich Kolibkach znajdowała się szkółka jazdy konnej i Jerzy, chcąc uatrakcyjnić dziewczynkom wakacje, zawiózł je tam któregoś dnia. Elwira za nic nie chciała wsiąść na konia, matka wróciła więc ze starszą córką do Orłowa i poszły na plażę. Ojciec z Jerzym patrzyli z uciechą na rozradowaną Emilkę, która wyglądała, jakby urodziła się na grzbiecie kucyka.

Następnego dnia ojciec znowu zabrał młodszą córkę do Kolibek i sprawiał jej tę przyjemność codziennie, aż do końca pobytu nad morzem. Lekcje nie były drogie, a mieszkanie mieli przecież za darmo, jedzenie właściwie też, bo siostra Jerzego prowadziła coś w rodzaju prywatnego pensjonatu, wynajmowała pokoje i gotowała swoim gościom. Od Kociołków nie chciała brać pieniędzy, po prostu cieszyła się ich obecnością i tym, że jej brat nie czuje się samotny. Edyta chodziła więc z Elwirą na plażę, a ojciec i Emilka jeździli konno. To były zaledwie dwa tygodnie, ale dziewczynka zapamiętała te chwile na zawsze. Czuła się wtedy wolna, niezależna jak ptak, choć była za mała, aby samodzielnie odbywać przejażdżki, i choć mogła jeździć tylko na kucyku. Upajała się ruchem, wiatrem we włosach i grą mięśni jej wierzchowca.

– Tatusiu, przyjedziemy tu jeszcze? – Patrzyła wyczekująco na ojca, a ten odpowiadał, że oczywiście.

Nie udało im się jednak, bo w następnym roku ojciec dziewczynek już nie żył.

Emilka dobrze pamiętała wakacje w Kolibkach, nigdzie i nigdy nie była taka szczęśliwa. Nikt nigdy później nie dał jej tyle miłości jak ojciec podczas tych przejażdżek, gdy na końskich grzbietach pokonywali kolejne trasy, nic to, że niewielkie. W ciągu tych wakacji dziewczynka pokochała przyrodę; gdy nie jeździła na kucyku, spacerowała z ojcem po nadmorskich wzgórzach, poroś­niętych lasami, lub szli plażą aż do Gdyni lub Sopotu, zbierając po drodze muszelki i ładne kamyczki.

– Czy nie moglibyśmy zawsze tu mieszkać? – pytała.

– Może kiedyś… – odpowiadał ojciec. Niestety, to „kiedyś” nigdy nie nastąpiło.

Ale miłość do przyrody została w Emilce. Często prosiła matkę, żeby poszła z nią do parku albo nieodległego Lasu Bielańskiego, ta jednak preferowała inne rozrywki.

Starsza siostra owych „zachcianek” nie rozumiała i z całej przyrody tolerowała, a nawet lubiła, jedynie działkę sąsiadki. Emilka zaczęła więc sama wymykać się z domu, co nie sprawiało trudności, bo matki albo nie było, albo jeśli nawet była, to nie kontaktowała. Dziewczynka łapała więc w garść jakąś bułkę, o ile znalazła ją w kuchni, albo w ogóle coś do jedzenia, i biegła na Bielany. Tam, w Lesie Bielańskim, chodziła znanymi już sobie ścieżkami aż nad Wisłę, gdzie często znajdowała jakiś kawałek piasku, na którym zasypiała, mając pod powiekami obrazy innej wody, nieco większej. Wody, do której można było dotrzeć na kucyku, mając u boku ukochanego tatusia.

– Ty włóczęgo! – krzyczała zdenerwowana Elwira, gdy siostra wróciła już do domu. – Czemu nie możesz usiedzieć spokojnie w miejscu? Dlaczego łazisz gdzieś jak Cyganka?

 

Emilka chciała być Cyganką. Wiedziała już, jakie życie wiodą Cyganie, i podobała jej się wizja mieszkania w namiotach i wozach konnych, jedzenie przy ognis­kach, tańce i wspólne wieczorne śpiewy. Niestety, nie znała żadnej grupy, która chciałaby ją przygarnąć, musiała chodzić do szkoły i być pod opieką matki. A dokładniej mówiąc, pod opieką starszej siostry. W czasie swoich wędrówek po pobliskim lesie nie spotkała żadnego taboru, bo gdyby spotkała… postarałaby się zostać z Cyganami. Co zresztą najprawdopodobniej by jej się nie udało.

Szkołę podstawową skończyła z wyróżnieniem i bez kłopotu dostała się do liceum ogólnokształcącego. W dziewiątej klasie zakochała się w Januszu, czarnowłosym i czarnookim chłopcu, wyglądającym jak Cygan i z takim właśnie charakterem. Po trosze poeta, po trosze malarz, po prostu artysta. Włosy zawsze miał za długie i nieuczesane, sweter często włożony na lewą stronę, spodnie zawsze przykrótkie i postrzępione na dole. Był nieprzeciętnie zdolny i nieprzeciętnie leniwy, jednak obdarzony fenomenalną pamięcią, która pozwalała mu otrzymywać dobre stopnie bez konieczności wkuwania i odrabiania prac domowych. Zresztą z ich braku zawsze potrafił się jakoś wytłumaczyć. Emilii szalenie imponował, a jeszcze bardziej imponowało jej to, że właś­nie na nią zwrócił uwagę, chociaż wzdychały do niego prawie wszystkie dziewczyny w klasie. Chodzili razem na filmy, wyświetlane w starym kinie, na seanse organizowane przez Dyskusyjny Klub Filmowy, do którego Emilka zapisała się natychmiast, gdy się dowiedziała, że Janusz jest jego członkiem. Kiedy siedziała obok niego (a nie zawsze się tak zdarzało, niestety), nie bardzo wiedziała, co się działo na ekranie. Czuła tylko ciepło jego ramienia, bo przysuwała się tak blisko, jak tylko mogła, i przeżywała wyimaginowane sytuacje, spacery, rozmowy, po prostu była z nim, wszędzie, gdziekolwiek, byle razem. Czasami nawet trzymali się za ręce.

– Szkoda, że tak się skończyło – komentował Janusz obejrzany przed chwilą film. – Teraz właśnie zaczęłoby się dziać to najciekawsze – ciągnął, a Emilka mu przytakiwała, nie mając w ogóle pojęcia, o co chodzi. Jeśli twierdził, że coś byłoby najciekawsze, na pewno miał rację, bez względu na to, co by to mogło być.

Nadeszły wakacje, zawsze wyczekiwane z niecierpliwością, ale nie w tym roku. Emilia po prostu nie potrafiła sobie wyobrazić dwóch miesięcy bez Janusza. Pytała oczywiście, jak on spędzi wolny czas, ale nie uzyskała odpowiedzi. A właściwie uzyskała, lecz niesatysfakcjonującą.

– Mama pewnie zaciągnie mnie na wieś, do babci. Właściwie to nawet się cieszę, bo choć zawsze niechętnie tam jadę, to potem jeszcze mniej chętnie stamtąd wracam. Ale nie wiem, jak będzie, bo do tej pory mama nie mówiła o wyjeździe.

– Ja raczej nigdzie nie pojadę – ogłosiła smętnie Emilia. – Ale nie martwię się, bo może i ty nie wyjedziesz, to spędzalibyśmy razem wakacje, prawda? Nad Wisłą, w Łazienkach, na Starym Mieście. Codziennie będę na ciebie czekała, przyjdź, gdy tylko będziesz mógł.

Czasami, kiedy już miała pewność, że Janusz nie przyjdzie, bo robiło się popołudnie, wychodziła z domu i sama jeździła po Warszawie. Tramwajami, na gapę, żaden kontroler jakoś nigdy jej nie złapał. Najczęściej wypuszczała się na Stare Miasto, bo tam było najprzyjemniej. Nieprzebrane tłumy turystów i niezliczone rzesze artystów, usiłujących sprzedać swoje prace. Często udawało jej się zjeść darmowy posiłek.

– Może pobiegnę po jakąś bułkę dla pana? – proponowała malarzowi, siedzącemu przy swoich obrazkach. – Pan pewnie głodny, a przecież nie zostawi pan tu swoich rzeczy, bo zaraz by rozkradli.

Często nagabywani artyści godzili się na pomoc miłej dziewczynki.

– Ale sobie też coś kup – mówili, wręczając jej kilka złotych.

Niedługo miała już stałych „klientów”. Pośród nich czuła się wolna i swobodna. A do tego – potrzebna.

Czekanie na Janusza przedłużało się, Emilka uznała, że jednak wyjechał z matką na wieś. Ale mimo wszystko miała nadzieję…

Niestety, nie doczekała się na swojego ukochanego. Mama bowiem nagle ogłosiła, że wyjeżdżają… Do Paryża.

– Elwira nareszcie się wyprowadziła, myślałam, że ten jej Kacper nigdy się nie zdecyduje. Teraz już tylko ciebie mam na głowie. Nie zamierzam dłużej tu siedzieć. Taka druga okazja już mi się nie trafi.

Ową okazją było zaproszenie na ślub szkolnej przyjaciółki, która od kilku lat mieszkała w Paryżu i z którą Edyta przez cały czas utrzymywała listowny kontakt. Lis­ty były coraz rzadsze, aż wreszcie przyszło zaproszenie. Na ślub, wesele i dwutygodniowy pobyt. O dziwo, matce udało się jakoś pozałatwiać niezbędne formalności i oto Paryż stanął dla nich otworem. Dziewczynka była przerażona. Nie chciała nigdzie wyjeżdżać. Był Janusz, Wisła, Łazienki… i tak dalej.

A Elwira? Co z tego, że wyszła za Kacpra i się wyprowadziła? Przecież co tydzień zaglądała do młodszej siostry. A czasami nawet dwa razy w tygodniu. Zawsze sprawdzała, co jest w lodówce, jeśli zapasów było niewiele, to coś dokupowała. I szły na ciastka do kawiarni, a czasem także na obiad do pobliskiego baru mlecznego. Czy w Paryżu są bary mleczne? A nawet jeśli są, wyjazd bez siostry nie wydawał się atrakcyjny. Emilka pocieszała się jednak, że dwa tygodnie szybko zlecą.

Nie wiedziała, że owe „dwa tygodnie” nieco się rozciągną… A ona będzie miała sporo okazji, żeby sprawdzić, czy przez te dwa lata, gdy miała w szkole francuski, nauczyła się go choć trochę. Pamiętała, że początkowo chciała znaleźć się w klasie, w której obowiązkowym językiem obcym był niemiecki. Ale zrezygnowała w chwili, kiedy się okazało, że jest to klasa wyłącznie żeńska. Emilka nie lubiła dziewczynek, zdecydowanie wolała uczyć się razem z chłopcami.

No i kto by przypuszczał, że tak szybko się okaże, iż podjęła właściwą decyzję.

Rozdział II

PIERWSZY POBYT W PARYŻU

Kończyły się wakacje. Matka na pytanie Emilki, kiedy wracają do domu, odpowiadała wymijająco.

– Nie nudź, dziecko. Jesteś w najpiękniejszym mieście świata, korzystaj z tego, póki możesz. Masz tu kilka franków, idź na lody albo na co tam chcesz, tylko mi nie przeszkadzaj.

Kilka franków na ogół nie wystarczało na „co tam chcesz”, więc dziewczynka po prostu włóczyła się po Paryżu i poznawała okolice miejsca, w którym mieszkały z matką. Była to kamienica w osiemnastej dzielnicy Paryża, znajdująca się w bardzo atrakcyjnym punkcie, niedaleko wzgórza Montmartre, bazyliki Sacré-Coeur i Place du Tertre. Emilka biegała tam piechotą, czasami zaś, gdy udało jej się zaoszczędzić parę franków, jeździła metrem ze stacji Abbesses. Edyta podczas krótkiego pobytu u szkolnej przyjaciółki, pozbawiona alkoholu i innych rozrywek, z nudów znowu zaczęła malować i nawet nieźle jej to wychodziło. Do tego stopnia nieźle, że gdy zaniosła swoje obrazki na Place du Tertre, sprzedała wszystkie od ręki. Nie było ich wiele, bo nie miała pieniędzy na płótna i farby, ale po pierwszej wyprawie na ów targ artystów miała już za co zrobić zakupy. Udało jej się też, do spółki z dwiema malarkami, Cygankami, Claire i Yvonne, wynająć pracownię na ósmym piętrze starej kamienicy, dosłownie obok domu, w którym do tej pory mieszkała z córką.

Emilia nie była z tego zadowolona. Współlokatorki nie potrafiły utrzymać porządku, matka również, i wszystkie trzy oczekiwały, że to ona zajmie się sprzątaniem.

– Nie masz żadnych obowiązków – mówiły – więc chociaż tu pozamiataj.

Jasne. I powycieraj kurze, umyj pędzle, powyrzucaj nieprzydatne, porozrzucane po całej podłodze szmatki, służące do wycierania brudnych pędzli. I jeszcze idź do sklepu. A potem ugotuj coś do jedzenia. Emilia umiała już przyrządzić kilka najprostszych potraw, ale najlepiej wychodziło jej komponowanie kanapek z bagietki, sera i pomidora. Albo ogórka.

– Mamo, kiedy pojedziemy do domu? – dopytywała się z uporem. – Przecież ja muszę wrócić do szkoły. – I do Janusza, dodawała w myślach, nieszczęśliwa.

– Szkoła ci nie ucieknie, dziecko. Nie przeszkadzaj nam tu teraz – mówiła matka albo któraś z malarek. A potem, wyciągnąwszy kilka franków, nakazywała dziewczynce iść do sklepu i przynieść wino. Emilia kupowała je w pobliskiej trattorii, której właściciele przymykali oko na młody wiek klientki.

Raz na tydzień, na ogół w środy, bo tak się utarło, matka wyciągała z szafy jakąś czystą sukienkę dla siebie oraz bluzkę dla Emilki i szły na obiad do Joanny, zamężnej przyjaciółki Edyty.

– Mieszkacie tak blisko – mówiła za każdym razem Joanna – a przychodzicie raz w tygodniu. Nudzę się tu sama, nie możecie wpadać częściej?

Jej mąż był szacownym bankierem, bardzo dobrze zarabiał i nie pozwalał żonie pracować. Prawie nigdzie nie bywali, przyjaciół nie mieli, Cyryl nie miał czasu na spotkania towarzyskie, a przecież Joanna sama nie mogła chodzić do nikogo z wizytą. Zwiedziła już chyba wszystkie muzea paryskie, poznała wszystkie turystyczne zakątki, była w kilku słynnych kawiarniach. I nudziła się, nudziła, nudziła…

– Tobie to dobrze, przynajmniej masz córkę – mówiła do Edyty. – Masz z kim pogadać, masz z kim iść na spacer albo na lody.

– Mam nawet dwie córki – odpowiadała tamta. – Ale dzieci to koszmar. Tylko kłopot, utrapienie i ból głowy. Nawet nie wiesz, jaka jesteś szczęśliwa, że ci to zostało oszczędzone.

Kiedyś Emilka usłyszała jej słowa. Widzisz?, zwróciła się w myślach do siostry, mówiłam ci, że mama nas nie kocha.

Nigdy nie będę mieć dzieci, postanowiła. Zaoszczędzę sobie kłopotu, utrapienia i bólu głowy.

I coraz staranniej schodziła mamie z drogi. Dawała sobie radę sama, w sumie potrzebowała tylko paru franków dziennie: na metro, gorącą kawę i bagietkę. To od matki dostawała, codziennie rano na szafce obok łóżka leżała niewielka kwota. Dziewczyna brała te pieniądze, bo na razie nie miała innego wyjścia. Chociaż… raz udało jej się coś zarobić. Od dziecka, od momentu, kiedy zdołała utrzymać w małej łapce szydełko, umiała nim się posługiwać. Robiła najróżniejsze cudeńka, ubranka dla lalek, szaliki dla całej rodziny, czapeczki, kamizelki. A więc i w Paryżu, gdy tylko wpadła jej w ręce jakaś włóczka, a choćby jej kawałki, dziergała szaliki, czapeczki, kamizelki. Dla matki i obu współlokatorek. Sobie zrobiła bardzo barwny, utkany z różnych nitek, długaśny szal, w który owijała się starannie, gdy przyszły chłodniejsze dni.

– Hej, kochanie – zaczepiła ją któregoś dnia na ­Place­ du Tertre wysoka koścista kobieta, paląca cienkiego ­papierosa w długiej cygarniczce – może sprzedasz mi swój szal? Bardzo mi się podoba, a poza tym wygląda na cieplutki, a ja dziś wyjątkowo marznę.

Emilia spojrzała na nią ze zdziwieniem. Dlaczego ta kobieta nie pomyślała, że jeśli sprzedam jej szal, to mnie będzie zimno?

– Dam ci sto franków – usłyszała.

Ta kwota była dla niej ogromna, dla takich pieniędzy może i warto trochę zmarznąć. Tak daleko do domu nie miała. Ale cygańskie nauki współlokatorek matki, którym często towarzyszyła, gdy sprzedawały swoje obrazy na placu, nie poszły w las.

– Sprzedam za dwieście franków.

Kobieta bez dyskusji wyciągnęła z torebki fikuśną portmonetkę i wyjęła kilka banknotów. Emilka liczyła je w locie. Było tam dwieście franków jak obszył. Zdjęła szal z szyi, złożyła go starannie i podała nabywczyni. Żałowała teraz, że nie powiedziała: „trzysta”. A może i pięćset, fantazjowała. W drodze do domu weszła do pobliskiej pasmanterii i kupiła kilka motków różnokolorowej włóczki. Już wiedziała, czym będzie się zajmować przez kilka najbliższych dni. Następnego dnia znowu pobiegła do tej pasmanterii i kupiła parę drutów. Poprosiła też sprzedawczynię, żeby ta pokazała jej podstawowe ściegi. Kobieta chętnie urządziła pokazową lekcję, a widząc, jak dziewczyna w lot wszystko pojmuje, poradziła jej, żeby zajrzała do pobliskiego antykwariatu i poprosiła o książkę o robieniu na drutach. Emilka posłuchała rady i na kilka dni przepadła dla świata. To zajęcie wciągnęło ją na całego, a gdy po tygodniu pracy poszła na Place du Tertre, miała w plastikowej torbie trzy szaliki, trzy czapeczki i jedną kamizelkę z frędzlami. Udało jej się sprzedać wszystko za siedemset pięćdziesiąt franków i choć potem uznała, że to trochę za mało, była zadowolona. Znalazła źródło zarobków i poczuła się bardzo z siebie dumna. A przy tym świetnie się bawiła. Okazało się, że zarówno sama praca, jak i sprzedawanie jej efektów są fascynujące i sprawiają mnóstwo radości.

Bardzo szybko przekonała się, że jej robótki to nie tylko zabawa. Któregoś dnia matka Emilki nagle złapała się za pierś i upadła na podłogę. Jedna ze współlokatorek pobiegła zadzwonić po karetkę pogotowia, Edytę zabrano do szpitala. Gdy Emilia przyszła tam wieczorem, z zawiniętą w lnianą serwetkę kanapką, okazało się, że matka nic już nie zje. Zmarła przed godziną, na rozległy zawał serca. Od tej pory dziewczyna była zdana tylko na siebie i swoje druty. Oraz szydełko.

 

Claire i Yvonne zorganizowały skromny pogrzeb i urządziły stypę na ich ósmym piętrze.

– Możesz tu zostać, jeśli chcesz. – U boku Emilki pojawiła się Claire.

– Pod warunkiem, że będziesz się dokładała do czynszu – wtrąciła Yvonne, stojąca tuż za koleżanką. – I przeniesiesz się na kozetkę, o, tam, w kąt, za parawanem. Będą teraz mieszkali z nami Jean-Pierre i Victor.

– Możemy się zgodzić na symboliczną kwotę, będziesz nam płacić dwieście franków. Ale za to musisz utrzymywać pracownię w czystości (jako takiej, pomyślała Emilka) i robić zakupy.

– Ale nie będę wam wszystkim gotować i dostanę swój klucz – zażądała dziewczyna, akceptując, bo co miała zrobić, postawione jej warunki.

Jean-Pierre był marszandem. Sprawnym i obrotnym. Udawało mu się organizować spektakularne wernisaże, na które zawsze ściągał sporo gości. Kupujących, nie tylko oglądających. Aktualnie związał się z Yvonne, zagospodarowali sobie jeden z kątów pracowni. Było im tam dość ciasno, bo większą część powierzchni zajmowały krosna. Yvonne tkała artystyczne kilimy. Emilia bardzo często siadała obok młodej kobiety, wpatrując się w jej zręczne palce. W głowie miała mnóstwo ­wizji i pomysłów na własne dzieła tego rodzaju, chowała je jednak gdzieś w zakamarkach pamięci na bliżej nieokreś­­­lone „później”.

Jean-Pierre dość szybko został zastąpiony przez Toniego, węgierskiego Cygana, zwykłego malarza, jak sam o sobie mówił. Jego „zwykłość” polegała na tym, że malował wyłącznie pejzaże. Żadnych ludzi, zwierząt czy martwej natury. Widoczki, nic więcej. Ale te jego widoczki już nie były „zwykłe”. Składały się z barwnych plam, rozrzuconych po całym płótnie – malował oleje – układających się w las, morze, góry… O dziwo, te obrazy miały duże wzięcie. Jean-Pierre, choć zniknął z mieszkania tej cygańskiej grupki (sam nie był Romem), nie przestał jednak opiekować się nimi zawodowo, organizował Toniemu sporo wystaw, a ten zazwyczaj sprzedawał na nich wszystkie swoje dzieła.

W drugim kącie urządzili się Claire i Victor, romski imigrant, rzeźbiarz małych form, pracujący w drewnie. Trzeci należał do Emilii; miała tam, oprócz kozetki, wygodny fotel i niewielką szafkę. W czwartym zaś była kuchenka i wejście do łazienki. Środek pracowni zajmowały sztalugi i stojaki na obrazy. Stał tam też stół i kilka krzeseł. Było im ciasno, mimo to jakoś się pomieścili. Nie przeszkadzali sobie, każdy umiał się wewnętrznie wyciszyć i zająć swoimi sprawami. Ale wieczorami nie było cicho. Toni wyciągał gitarę i grał, grał, grał, Victor dołączał się ze swoimi skrzypcami i wszyscy śpiewali. Albo tańczyli. Emilka dostała od Claire długą kwiecistą spódnicę z mnóstwem falbanek, idealną na te taneczne wieczory. Pięknie układała się wokół jej szczupłej postaci. Dziewczyna wirowała do utraty tchu, otrzymując zasłużone brawa. Była ich małą Cyganeczką i uwielbiała to. Traktowano ją jak młodszą siostrę. Nikomu nie wchodziła w drogę, a gdy nie tańczyła, nie sprzątała ani nie robiła zakupów, siedziała w swoim fotelu i dziergała na drutach lub szydełkiem. Fascynowały ją prace Yvonne i jej marzeniem były krosna, by także mogła tkać kilimy, ale realizację tego pragnienia musiała odłożyć na później. Potrzebowała na to i więcej miejsca, i więcej pieniędzy. Na razie więc tworzyła cudeńka za pomocą tego, co było dostępne. Umiała zrobić sweter z doskonałym wzorem, szal o cudownym połączeniu kolorów, czapkę z zabawnymi elementami dekoracyjnymi. Ostatnio, ponieważ stać ją już było na kupno większej ilości włóczki, zaczęła też robić szerokie, zapinane swetry, długie jak płaszcze. Każda rzecz była niepowtarzalna i przyciągała uwagę. Wszystkie wyroby sprzedawały się na pniu. Jean-Pierre, który bardzo często bywał na strychu, przeglądając prace całej grupki, dostrzegł niezwykłą umiejętność operowania kolorami przez Emilię i znając marzenia dziewczyny o krosnach, przepowiadał jej wielką karierę.

– Tylko zacznij tkać, a zrobię z ciebie gwiazdę – mówił. – Jak chcesz, poproszę Yvonne, żeby pozwoliła ci używać swoich krosien.

Ale Emilia nie mogła tkać. Wiedziała, że jak zacznie, nie zdoła już przestać. W głowie wirowały jej projekty kilimów, ciągle jednak miała za mało pieniędzy. Nie stać jej było na wełnę. Kilim to nie szalik i nie sweter. Nawet nie długi płaszcz.

Udawało jej się zarobić na czynsz, trochę włóczki i co nieco zostawało jeszcze na jedzenie. To na razie musiało wystarczyć. O szkole – i o Januszu – szybko zapomniała. Rozpoczynał się rok tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty dziewiąty, Emilka wchodziła w siedemnasty rok życia. Delikatna, drobna, z ciemnoniebieskimi oczami i brązowymi włosami, lśniącymi jak łupina orzecha, zaczynała przyciągać męskie spojrzenia, lecz nic sobie z tego nie robiła. Toni i Victor byli dla niej starszymi braćmi, a inni mężczyźni istnieli jedynie jako potencjalni nabywcy jej wyrobów. Ktoś taki jak Janusz po prostu teraz nie zaistniał w jej życiu, bo niby skąd by się wziął? Nie udzielała się towarzysko, nie zawierała żadnych znajomości, nie miała ochoty na przypadkowe kontakty. Pracowała. I to jej wystarczało, choć czasami… Ale wszelkie romantyczne porywy, niekiedy pojawiające się w jej głowie, szybko znikały, zastąpione rozmyślaniem o tym, jakie wzory swetrów i szalików najbardziej spodobają się nabywcom. Ciułane z mozołem oszczędności, przechowywane w kasetce po cygarach Victora, powoli, lecz stale, rosły, jednak ciągle miała za mało pieniędzy, by móc zacząć tworzyć to, o czym marzyła.

Wieczorami, gdy tylko była ładna pogoda, Emilia biegła nad Sekwanę. Dotarcie w okolice Luwru zabierało jej około pół godziny, miała zdrowe i mocne nogi. Włóczyła się wzdłuż brzegu rzeki, tam i z powrotem, obserwując ludzi, którzy siedzieli na jakichś kocykach lub wprost na ziemi i jedli zwykłe bagietki czy też bardziej wykwintne tartinki. Zachwycało ją, że pili wino z kieliszków, najpewniej przyniesionych z domu, nie z żadnych tam plastikowych kubeczków. Gdzieniegdzie popisywały się muzykujące grupki albo pojedynczy grajkowie. Bez żadnych kapeluszy na pieniądze, grali dla siebie i ku radości tych, co słuchali, a nie dla datków. Wykwintne paryżanki spacerowały ze swoimi ulubieńcami, pieskami czy też kotkami. Raz zauważyła starszą damę, która ciągnęła obok siebie walizkę na kółkach. Wyglądała tak samo jak kobiety wiodące na smyczy ukochane zwierzaki. Czasami przysiadała na jakiejś wolnej ławce i po prostu rozglądała się dookoła. Niekiedy szkicowała to, co widziała; nie rozstawała się z notesem i ołówkiem. Często widziała przebiegające między krzakami szczury, całe gromady. Nic sobie nie robiły z przechodzących obok ludzi, a ci zachowywali się tak, jakby ich nie widzieli. A może po prostu przywyk­li. Przeganianie szczurów znad Sekwany nie wchodziło w zakres obowiązków turystów. Stałym mieszkańcom Paryża widocznie też nie bardzo przeszkadzały. Służby miejskie zaś… Pewnie miały co innego do roboty.

Czasami całe towarzystwo ze strychu wybierało się nad Sekwanę. Toni brał gitarę, Victor skrzypce, dziewczyny, oczywiście Emilka również, wkładały swoje długie falbaniaste spódnice i malownicza cygańska grupka urządzała nad rzeką piękne koncerty z tańcami, do których chętnie się przyłączali zachwyceni turyści.

Te wieczory były takimi wisienkami na torcie, wszak przede wszystkim Emilia pracowała. Zbierała grosz do grosza i z rozpaczą liczyła pieniądze ukryte w pudełku po cygarach. Tak dużo jej jeszcze brakowało; czasami aż opadała z sił. Dni mijały jej na dzierganiu szalików i swetrów, aż kiedyś zdarzyło się coś, co w efekcie odmieniło jej życie.