Dziewczyna ze SzczepankowaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Maria Ulatowska, Jacek Skowroński, 2019

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcie na okładce

© martinhosmart/iStockphoto.com

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-615-9

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

…Gdy ci się kiedyś przyśni

na przykład gałązka wiśni,

to wiedz,

że to znaczy szczęście –

bo wiśnia we śnie znaczy,

że koniec twej rozpaczy

i że będziesz szczęśliwy

coraz częściej…

Konstanty Ildefons Gałczyński

Gałązka wiśni, 1935, Teatrzyk Zielona Gęś

Pamięci Piotra M.

WSTĘP

Macie przed sobą, Drodzy Czytelnicy, powieść pod tytułem Dziewczyna ze Szczepankowa. Jesteśmy pewni, iż domyślacie się, że jak zawsze w naszych książkach bohaterów będzie kilkoro. Tytułowa dziewczyna to oczywiście Zojka, teraz już na progu dorosłości. Towarzyszą jej osoby znane z poprzednich tomów Cyklu Szczepankowskiego i kilka zupełnie nowych. Mamy nadzieję, że te nowe postacie też polubicie.

Akcja książki toczy się w latach, które tak naprawdę są dopiero przed nami. Po prostu nasi młodzi bohaterowie szybko dorośli. Jednak w naszej książce i w tych trochę przyszłych czasach, o których piszemy, w dalszym ciągu trzeba się uczyć, miłość istnieje nadal, a ludzkie reakcje, emocje i odczucia też w dalszym ciągu są takie same.

Mamy nadzieję, że przyjmiecie z sympatią naszą Dziewczynę.

Maria Ulatowska i Jacek Skowroński

Rozdział I

KRZYSZTOF

Rok maturalny spadł na Krzyśka tak jakoś znienacka, przytłaczając go wieloma konsekwencjami, o których nie myślał dotąd za wiele. Oczywiście i w szkole, i w domu słyszał już wcześniej o nadchodzącej wielkimi krokami „dorosłości”, konieczności wyboru kierunku dalszej nauki i tym podobnych sprawach, sprowadzających się w istocie do podjęcia znacznie większej odpowiedzialności za własne decyzje i dalsze życie. Tyle że dotąd była to czysta abstrakcja, rzeczy odległe w czasie i mówiło się o nich, jakby dotyczyły kogoś innego. Aż tu raptem wraz z rozpoczęciem roku szkolnego wszystko uległo zmianie. Podczas wakacji Krzysiek był jeszcze zwykłym nastolatkiem, któremu pobłażliwie pozwala się bujać w obłokach i nie wymaga przesadnej odpowiedzialności, a teraz nagle zaczęto go traktować jak dojrzałego człowieka. Z wszelkimi tego konsekwencjami.

On sam, jak każdy młody chłopak, z utęsknieniem wyglądał momentu, gdy stanie się dojrzały, samodzielny i przestaną obowiązywać go zwyczajowe nakazy, a zwłaszcza zakazy… Chciał zakosztować szeroko rozumianej wolności. Nie znaczyło to bynajmniej, że dotąd rodzice patrzyli mu na ręce i zamęczali bzdurnymi zabiegami wychowawczymi, niemniej jednak był od nich w pełni zależny, zarówno w prozaicznej kwestii kieszonkowego, jak i co do układania sobie wolnego czasu w ferie lub wakacje. A wiek dojrzewania ma przecież swoje prawa, budzą się hormony, ciekawość życia i świata domaga się zaspokojenia, nawet gdyby wiązało się to z popełnianiem drobnych błędów i ponoszeniem pierwszych życiowych porażek. Rodzice, oczywiście, usiłują chronić przed nimi swoje pociechy. Jakby zapomnieli, że sami mieli kiedyś po kilkanaście lat. I z jaką nostalgią wspominają pierwsze prywatki, pierwsze samodzielne wyjazdy, pierwsze nieśmiałe pocałunki…

Od pierwszych dni w klasie maturalnej Krzysiek poczuł, że coś się jednak zmieniło. Byli inaczej traktowani przez nauczycieli, rosły wymagania, zarazem oczekiwano, że młodzi ludzie podejmą dojrzałe decyzje co do wyboru przyszłych studiów. Również w domu rodzice nie wtrącali się już tak bardzo w jego czas wolny, wystarczało, jak uprzedził, że wróci później lub nawet zostanie na noc u kolegi, z którym powtarzają materiał z fizyki. Co najczęściej było prawdą, choć nie zawsze… Po cóż jednak niepokoić starszych nadmierną szczerością, skoro i tak nie robił niczego złego? Owszem, wiedział już, jak smakuje papieros czy kieliszek alkoholu, ale było to wyłącznie zaspokojenie naturalnej ciekawości zakończone stwierdzeniem, że owe używki to nie jego bajka i zupełnie go nie interesują. Istniały rzeczy o niebo ciekawsze.

Krzysztof uwielbiał sport, a zwłaszcza pływanie i piłkę nożną. Często chodzili z Zojką na basen, a także polecali sobie wzajemnie książki do przeczytania. Zdarzało im się przegadać pół nocy, w pokoju jednego albo drugiego, przy małej lampce lub w ogóle bez światła. O przyszłości, urządzaniu sobie życia, śmiałych zamiarach zwiedzania świata. Snutych w sekrecie planów nawet nie nazywali wspólnymi, nie musieli, to rozumiało się samo przez się. Krzyśkowi trudno byłoby wyobrazić sobie kogoś bliższego od Zojki, nawet gdy wszedł w wiek, kiedy zaczyna się najpierw dostrzegać płeć przeciwną, a potem myśleć o jej konkretnych przedstawicielkach. Wprawdzie był towarzyski i lubiany wśród rówieśników, nie przejawiał jednak przesadnej przebojowości w kontaktach z dziewczynami. Najważniejsza dlań była Zojka, przybrana siostra. Ale ona po prostu zawsze była obok, po swojemu zwariowana, nienarzucająca się, acz coraz dojrzalsza, ładniejsza i zgrabniejsza. Nadawali na tych samych falach, byli jak dwie idealnie pasujące do siebie części tej samej całości. Może zbyt idealnie… Bo stało się jakoś tak, że to inne dziewczyny uświadomiły Krzyśkowi, iż chyba jest dość atrakcyjnym chłopakiem. Przez jakiś czas nie bardzo wiedział, co z tym fantem robić, czy jakoś ów fakt wykorzystać, ot, tak niewinnie, rzecz jasna. Bo co by mówić, owa płeć przeciwna nie bez powodu była nazywana piękną. A duża jej część istotnie zasługiwała na takie określenie. Mimo wszystko jednak nie zabiegał specjalnie o nawiązywanie kontaktów z dziewczynami, zajęty sportem, nauką, Zojką i tysiącem innych spraw. Oraz czymś, co stanowiło jego hobby i wciąż pogłębiającą się pasję, jaką zaraziła go niegdyś babcia Krystyna. Lubił wracać myślami do tamtego momentu, jak się okazało, bardziej brzemiennego w skutki, niż komukolwiek mogło się przyśnić…

Był wtedy w piątej lub szóstej klasie podstawówki. Czasem zachodził po szkole, sam albo z Zojką, zależnie od układu lekcji, na Chmielną do babci Krystyny. Babcia miała w mieszkaniu mnóstwo najróżniejszego rodzaju ciekawostek, zebranych za granicą pamiątek, obrazków, zdjęć oraz wspomnień, którymi chętnie dzieliła się z wnukami. No i w lodówce zawsze trzymała jakieś łakocie, co też nie było bez znaczenia. Pewnego razu zostawiła chłopca samego, ponieważ omal nie zapomniała o umówionej wizycie lekarskiej, toteż przyszykowała się w pośpiechu i oświadczyła, że wróci najdalej za dwie godziny, a on niech się zajmie, czym chce. Poogląda albumy na przykład. Krzysiek nie miał nic przeciwko temu. Zaczął, jak było do przewidzenia, od wizyty w kuchni, gdzie stała blacha z cieplutkim jeszcze makowcem. Jako dobrze wychowany młody człowiek odkroił jedynie malutki kawałeczek, tak dla spróbowania. Drugi był również bardzo malutki. I trzeci… W rezultacie z blachy, nie wiadomo kiedy, zniknęło pół ciasta. Następnie skoro babcia sama powiedziała, by robił, co chce, zrobił coś, co od dawna go korciło, czyli zajrzał do sporego pięknego kuferka z błyszczącymi miedzianymi okuciami i skórzanymi uchwytami, który stał w pokoju. Babcia nazywała kuferek kolonialnym, co chłopcu kojarzyło się z podróżami parowcem, dżunglą i dalekimi wyprawami.

Gdy teraz otworzył wieko, ujrzał w środku trochę mniejszych i większych pudełek, jakieś okrągłe ebonitowe pojemniki oraz coś, co wyglądało na stary aparat fotograficzny, wielki jak na obecne standardy, trochę porysowany, z wystającym obiektywem i masą pokręteł, także na bokach. Rupieć zapewne. Z przodu znajdowała się blaszka z wygrawerowanym napisem Hasselblad. Krzysztof pokombinował trochę, pragnąc się domyślić, jak ten staruszek działa, nie znalazł jednak okienka, przez które można było obserwować fotografowany obiekt, nie udało mu się również otworzyć aparatu, aby obejrzeć wnętrze. Czyli nie nadawał się do niczego, z pewnością był popsuty, więc chłopiec odłożył go na bok. Za to zawartość pudełek okazała się interesująca. Zawierały wyłącznie czarno-białe zdjęcia, na wielu rozpoznał babcię, dużo, dużo młodszą, przypominającą postać z dawnych filmów czy obrazów, ubraną bowiem i uczesaną jakoś tak… niedzisiejszo. No i te widoki wspaniałych gór, krajobrazy jak z westernów oraz jedyne w swoim rodzaju drapacze chmur w Nowym Jorku! Albo te rozpoznawalne przez wszystkich obiekty Waszyngtonu! Wszystko wskazywało, że babcia, teraz mieszkająca skromnie na Chmielnej, miała nadzwyczaj ciekawe życie. Zafascynowany wyjmował kolejne fotografie i rozkładał je na dywanie…

Nie usłyszał, jak wróciła od lekarza, dopiero jej głos przywołał go do rzeczywistości:

– Krzysiek, a cóż ty mi tu za wystawę zrobiłeś?!

– E… no, ja tylko zajrzałem do kufra. – Nie był pewien, czy babcia nie gniewa się za to szperanie po kątach, więc prędko dodał: – Mogę zaraz to posprzątać. Ale zdjęcia są super!

– No ba! – przyznała bez fałszywej skromności. – Sama je robiłam.

– Wszystkie?

– Oprócz tych, na których jestem. – Krystyna przysiadła obok chłopca na dywanie i z niejakim wzruszeniem ogarnęła wzrokiem fotografie. – Przydałoby się o nie zadbać. Kupić parę albumów, posegregować datami i miejscami.

– Babciu, pomogę ci – zaofiarował się ochoczo. – A robiłaś je tym aparatem? Dziwny jakiś… – Skrzywił się, okazując całkowity brak szacunku dla rupiecia ze śladami długiej eksploatacji. – W dodatku popsuty, nie?

 

– Skąd ten wniosek, młody człowieku? A, rozumiem, usiłowałeś go włączyć?

– Ale niczego nie naciskałem – zastrzegł się Krzysiek.

Krystyna sięgnęła po aparat, chwilę przyglądała mu się z pewną nostalgią w oku, po czym sprawiła, że ożył w jej dłoniach, jakby była magikiem. Pstryk – i odskoczyła tylna klapka, ukazując miejsce na rolkę z filmem. Pstryk – i u góry rozwarły się blaszki, tworząc wystający parawanik. Pokręciła obiektywem i kazała Krzysiowi tam zajrzeć. Dzięki jakimś sztuczkom z lusterkami zobaczył wnętrze pokoju, które nagle jakby się skurczyło i dosłownie tkwiło we wnętrzu aparatu. Pokazała mu, gdzie nacisnąć, by wykonać zdjęcie z charakterystycznym trzaskiem otwierającej się przesłony. Krzyś był oczarowany. Natychmiast podniósł się i pstrykał dookoła, oczywiście „na sucho”, gdyż w środku nie było kliszy. Gdy podszedł do okna, by popatrzeć przez obiektyw na panoramę miasta, obraz zrobił się zamazany. Jednak wiedziony intuicją, spróbował pokręcić obręczami na obiektywie i po chwili złapał całkiem niezłą ostrość.

– Szkoda, że nie ma już klisz do takich aparatów – westchnął z żalem.

– Co ty mówisz, oczywiście, że są. Wciąż można je kupić.

– Ale to pewnie już i tak przeżytek…? – spytał ostrożnie, żeby nie urazić babci.

– Oryginalny hasselblad nigdy nie będzie przeżytkiem. Ta firma to jeden z najlepszych producentów sprzętu fotograficznego, choć od kilkunastu lat robi już wyłącznie cyfrówki. Ale musisz wiedzieć, że właśnie aparatami Hasselblad kosmonauci programu Apollo wykonali pierwsze zdjęcia z Księżyca.

– O rany, ale czad!

– Zgadzam się z tobą, młody człowieku… – mruknęła roztargnionym głosem Krystyna.

Zaglądała właśnie do kufra, gdzie leżało kilka okrąg­łych pojemniczków z czarnego plastiku. Było w nich trochę klisz z fotografiami, których wciąż jakoś nie wywołała. Tyle się działo po powrocie do kraju, że prawie zapomniała o tych filmach. Swą pasję fotograficzną kontynuowała, rzecz jasna, miała niezłą kolekcję sprzętu nowszej generacji. Ale…

– Krzysiu, chciałbyś zobaczyć parę magicznych sztuczek? Takie fotograficzne czary-mary?

– No pewnie!

– W takim razie chodź do małego pokoju, urządzimy sobie… seans wywoływania duchów. – Babcia zaśmiała się z własnego żartu, który, jak się wkrótce okazało, wcale nie był tak do końca żartem.

Krystyna nabrała energii, wyraźnie znalazła się w swym żywiole. Do tego czuła się po trosze niczym mistrz wtajemniczający ucznia w tajemne arkana sztuki. Właściwie nawet nie ucznia, najwyżej widza i pomocnika, ale i tak była dosyć podekscytowana. Powyciągała z pawlacza jakieś kuwety, słoiczki oraz walizeczkę, w której, jak wyjaśniła, znajdował się powiększalnik. Nazwa nic wnukowi nie mówiła. Następnie we dwójkę zabrali się do zaciemniania pokoiku. Podobno było to niezwykle ważne, nawet promyczek światła dziennego nie miał prawa przedrzeć się przez kotary, dotąd zawsze rozsunięte, toteż chłopiec nie zwrócił na nie wcześniej uwagi. Później pomagał babci rozpuszczać we właściwych proporcjach odczynniki, napełnić kuwety i rozciągnąć nad stołem linkę z metalowymi klamerkami, a na koniec wypakowali i złożyli powiększalnik. Wiele dzieciaków znudziłoby się tymi czynnościami, lecz Krzyś, o dziwo, czuł coraz większą ciekawość. Krystyna dokładnie zamknęła drzwi i przez moment w pokoiku zapanowały iście egipskie ciemności, po czym włączyła lampkę dającą przyćmione pomarańczowe światło. A wtedy zaczęła się magia.

Trochę drżącymi palcami umieściła pierwszą kliszę w szczelinie powiększalnika, pod spód zaś wsunęła szklaną płytkę. Padały niezrozumiałe określenia: kondensor, filtr czerwony, szybka rozpraszająca, które tylko wzmagały ciekawość Krzysia. Krystyna denerwowała się trochę, gdyż nie była pewna stanu klisz, które tak wiele lat leżały w ukryciu, a nie chciała sprawić zawodu wnukowi. Umieściła pod spodem papier i naświetlała przez ściśle określony czas. Ku rozczarowaniu Krzyśka, po zgaszeniu źródła światła w powiększalniku widoczny przez chwilę obraz natychmiast znikał z papieru.

– Nie martw się, teraz będzie najlepsze – pocieszyła wnuka, pewna już, że klisze zachowały się w miarę nieźle.

Kazała mu zanurzyć papier w jednej i drugiej kąpieli, po czym zawiesić go na rozciągniętej lince i… czekać. Przez moment chłopiec sądził, że babcia zakpiła sobie z jego łatwowierności, ale tylko przez chwilę. Wkrótce zapomniał o wszystkim dookoła, wpatrzony w wyłaniające się na papierze obrazy zarejestrowane, kiedy go jeszcze nie było na świecie.

Na zdjęciach rozpoznał Nowy Jork, Statuę Wolności, wieżę Eiffla… Nawet Warszawę, choć jakąś niepodobną do dzisiejszej, bo Pałac Kultury górował samotnie w panoramie miasta, a Zamek Królewski przedstawiał sobą istną ruinę. I absolutnie nie przeszkadzało mu, że wszystkie fotografie są czarno-białe. Uznał, że takie właśnie powinny być! Nawet współczesne, choć nie umiałby wytłumaczyć dlaczego. Chyba chodziło o ich tajemniczy urok; nastrój zaklętej w obrazie chwili pozostawiał większe pole dla wyobraźni…

– Babciu, będę do ciebie przychodził i nauczysz mnie wszystkiego, dobrze?! – zawołał z wypiekami na twarzy. Był zupełnie pewien, że żaden z jego kumpli nie umiałby wywołać własnoręcznie zdjęcia.

– Jeśli naprawdę chcesz, to bardzo proszę. Przychodź w każdej chwili.

– Mówiłaś, że można dostać klisze, prawda?

– Owszem, fotografia analogowa wraca powoli do łask.

– A taki aparat, na początek, gdzie można by dostać…?

Krystyna uważnie przyjrzała się widocznym w oczach wnuka emocjom, po czym pomyślała o swoim pięknym hasselbladzie. Był już trochę przestarzały, a z drugiej strony, jako w pełni sprawny egzemplarz kolekcjonerski, wart dużo więcej od najlepszych współczesnych aparatów. Wiadomo, chłopak dziś się zapali, jutro zapomni. Typowy słomiany zapał, sama przez to przechodziła. Ale mógłby spróbować, powinna mieć jeszcze na pawlaczu działającego zenita. Radziecki aparat, w swoim czasie najlepszy w demoludach i zupełnie niezły. Na zgaszenie czy też rozdmuchanie iskry zainteresowania wnuka będzie w sam raz. A potem ewentualnie można pomyśleć o czymś lepszym.

– Zaczekaj na mnie, Krzysiu. Muszę poszukać czegoś w pawlaczu…

Tak więc Krzysiek nie narzekał na brak zainteresowań. Aż tu nagle na horyzoncie pojawiła się Iza. Przypadkiem, zupełnie nieprzewidywalnie. Właściwie znikąd. Jak to najczęściej w życiu bywa.

Tamtego dnia Krzysiek znalazł w księgarni przy Krakowskim Przedmieściu angielskie wydanie Krótkiej historii czasu Stephena Hawkinga. Nie mógł się oprzeć pokusie kupienia tej kultowej pozycji o najbardziej fascynujących odkryciach współczesnej fizyki i wydatnie uszczuplił kończące się już kieszonkowe. Ale co tam, musiał mieć tę książkę i już!

Było ciepłe jesienne popołudnie, nie chciało mu się jechać zatłoczonym jak zwykle o tej porze autobusem, ruszył więc do domu na skróty przez Ogród Saski. Niezliczoną ilość razy spacerował tędy z Tejką, znał każdą ścieżkę, toteż częściej zerkał do świeżo nabytej książki niż na alejkę. W pewnym momencie potknął się, jak sądził, o jakiś kamień czy strąconą wiatrem gałąź i o mało nie wylądował jak długi na ziemi.

– Ślepy jesteś czy co?! – usłyszał za plecami. – Jak leziesz, mogłeś mi złamać nogę.

Obejrzał się i momentalnie pojął, że przez nieuwagę zahaczył o wyciągnięte stopy siedzącej na ławce dziewczyny. Była mniej więcej w jego wieku, miała rozpuszczone kruczoczarne włosy. Jej ostre spojrzenie wskazywało na silną osobowość.

– Przepraszam – rzucił, widząc, jak dziewczyna masuje sobie stopę. – Zagapiłem się w książkę.

– Co tam masz, Chatkę Puchatka? – odburknęła.

Bez słowa pokazał jej okładkę. Zamierzał pójść w swoją stronę, lecz nieznajoma uśmiechnęła się niespodziewanie, a jej nieprzyjazna mina zniknęła.

– Sorry, to moja wina. Jak się czasem zamyślę, to zapominam, gdzie jestem. Wyciągnęłam nogi na pół chodnika, zapominając, że przecież tędy chodzą ludzie.

Jakaś myśl sprawiła, że Krzysiek omal nie parsknął śmiechem. Dziewczyna to zauważyła.

– Co cię tak bawi? – spytała, podejrzliwie marszcząc brwi.

– Nic takiego. Wyobraziłem sobie tylko, że dzwonimy po karetkę i wyjaśniamy, jak to się stało, że ja złamałem ci nogę, a ty mi, powiedzmy, rękę…

Otworzyła szeroko oczy, najwyraźniej wyobrażając sobie tę scenę, a potem roześmiała się głośno.

– Pomyśleliby, że pobiliśmy się o coś.

– Albo że cię napadłem w parku. – Krzysiek usiłował przybrać groźną minę, co jednakże nie bardzo mu się udało.

– Nikt by nie uwierzył, nie wyglądasz na zbira.

– A na kogo?

Splotła ręce przed sobą i przechyliła na bok głowę, udając, że głęboko się zastanawia.

– Bo ja wiem…? W tej chwili wyglądasz, jakbyś się zgubił i nie wiedział, którędy iść dalej.

Jej słowa sprawiły, że Krzysztof poczuł się trochę głupio, stojąc tak na środku chodnika, kiedy jego rozmówczyni siedziała w swobodnej pozie na ławce. Zauważył, że nie miała ze sobą niczego, prócz wystającego z kieszeni bluzki telefonu.

– A ty co tutaj robisz? Nie widziałem cię nigdy.

– Czemu miałbyś mnie widzieć?

– Bo prawie codziennie przychodzę do parku z psem.

– Aha. Ja nie mam psa, niestety. I chyba nieprędko będę miała.

– Nie lubisz zwierząt? – zdziwił się.

– Lubię, nie o to chodzi – odparła, przenosząc spojrzenie gdzieś w przestrzeń. – Po prostu mam inne plany. Posiadanie psa nie bardzo się w nich mieści.

Krzysiek pomyślał, że dziewczyna jest pewnie z kimś umówiona i pora iść w swoją stronę. Jednak ona znów odwróciła głowę w jego kierunku i niespodziewanie wyciągnęła rękę.

– Mam na imię Iza.

– Krzysiek.

Chyba jednak nie była umówiona. Albo tamten ktoś bardzo się spóźniał… Teraz Krzysztof nie mógł już tak po prostu odejść. I wcale nie miał na to ochoty. Podał jej dłoń, po czym usiadł obok na ławce. Nieprzesadnie blisko, na tyle jednak, że poczuł się trochę onieśmielony. Zwłaszcza że znał już niektóre dziewczyńskie gierki i wcale nie był pewien, czy ta Iza po prostu nie wykorzystuje sytuacji, zamierzając posłużyć się nim, by dać prztyczka w nos temu komuś, kto powinien zaraz się zjawić. Wprawdzie dziewczyna wyglądała na szczerą duszę, ale słyszał, że takie ponoć są najgorsze…

– Co tu właściwie robisz, bez powodu przyszłaś sobie na spacer do parku? – spytał na wszelki wypadek, sądząc, że wywnioskuje coś z jej zachowania i odpowiedzi.

Milczała przez chwilę, jakby wahając się, w jakim kierunku kontynuować rozmowę. Ten chłopak miał w sobie coś, czego na ogół brakowało jej kolegom ze szkoły. Nie wyglądał na starszego, ale przy nim jej niby-kumple wyglądali szczeniacko. Miał fajne, trochę nieśmiałe spojrzenie i blond czuprynę, nieco rozwich­rzoną wiatrem.

– Mam coś do przemyślenia, tu przynajmniej nic mi nie przeszkadza – powiedziała otwarcie. – No, pod warunkiem że ktoś nie zacznie kopać po kostkach.

– Co do przemyślenia? – Krzysiek zadał mało taktowne pytanie. Niezrażony uszczypliwością dziewczyny, chciał się dowiedzieć o niej czegoś więcej.

– Jestem w klasie maturalnej…

– Ja też – wtrącił.

– Poważnie? – Wyglądała na trochę zdziwioną. – No to łatwiej zrozumiesz. Nie mogę się zdecydować, jakie wybrać studia.

– Hmm… – Rozmowa zaczynała dotykać poważnych kwestii. Krzysiek nie tak sobie wyobrażał pierwszą randkę. Ale skąd mu w ogóle przyszło do głowy, że to spotkanie ma coś wspólnego z randką? Bo Iza przedstawiła się pierwsza, nie dając mu odejść? Tak wyszło, nic więcej. Westchnął w myślach i spytał rzeczowym tonem: – A jakie kierunki bierzesz pod uwagę?

– Pójdę do Akademii Morskiej w Gdyni albo do Dęblina na lotnictwo i kosmonautykę ze specjalnością pilotaż samolotów – oświadczyła pewnym siebie tonem, jakby chodziło o kurs malowania paznokci. – Trudny wybór, prawda? – ciągnęła rozmarzonym tonem. – Morze albo niebo. Szkoda, że nie można mieć jednego i drugiego…

Krzyśka dosłownie zamurowało. Izka miała marzenia i nie wahała się podążać za nimi. On też miał marzenia, w gruncie rzeczy podobne, tylko że bardziej rozmyte, odległe, mniej skonkretyzowane. Sam myślał trochę o Akademii Morskiej w Gdyni, jednakże zgadzał się z Zojką, że pływanie całymi miesiącami w stalowym pudle, po wyznaczonej z góry trasie, niezupełnie odpowiada temu, co ich pociągało.

Udając zamyślenie, zerkał ukradkiem na dziewczynę. Podobała mu się, chciał czymś jej zaimponować, lecz co miał powiedzieć? Że pójdzie na geografię i języki obce, aby w przyszłości móc podróżować po świecie i starać się jakoś na tym zarabiać? Śmiechu warte. Pewnie będzie zakuwał do jakiegoś durnego egzaminu albo kolokwium, kiedy ją posadzą za sterami odrzutowca…

 

– Coś się tak zamyślił?

Krzysiek drgnął i pospiesznie usiłował wykoncypować coś sensownego.

– Latanie jest chyba ciekawsze…

– Też tak uważam – zgodziła się z wyraźnym entuzjazmem.

– Ciągnie cię do wojska? – Próbował wyobrazić sobie Izę w mundurze lotnika.

– Nigdy w życiu! – obruszyła się dziewczyna. – Miałabym ciągle słuchać rozkazów i salutować komu popadnie? W Dęblinie jest również Wyższa Szkoła Lotnictwa Cywilnego.

Mimo wszystko to mu jakoś bardziej pasowało do Izy, choć wiedział, że kobiety są przyjmowane do szkół wojskowych i dobrze sobie w nich radzą.

– A ty gdzie zamierzasz pójść po maturze? – padło pytanie, którego obawiał się od dłuższej chwili.

– Jeszcze się nie zdecydowałem – odparł dyplomatycznie. – Tyle rzeczy mnie interesuje, że ciągle się rozglądam.

– Czuję, że chcesz zostać słynnym naukowcem – rzuciła nieco żartobliwym tonem, spoglądając znacząco na trzymaną przez Krzyśka książkę. – Oksford czy Cambridge?

– Ciekawa myśl, muszę to wziąć pod uwagę. – Z udawanym zastanowieniem pokiwał głową. – W każdym razie złożę papiery na kilka kierunków. Teraz wszyscy tak robią.

– Wiadomo. Ale zawsze jest ten jeden, na który najbardziej chcesz się dostać – zauważyła, przyglądając mu się ciekawie. – Na moje oko pragniesz zostać znanym sportowcem albo odkrywcą.

– Z czego wnioskujesz? – Krzysiek poczuł się mile połechtany.

– Z tego, że da się z tobą pogadać i nie wyglądasz na jakiegoś lebiegę.

Znów nie wiedział, czy dziewczyna kpi sobie z niego, czy mówi poważnie. Ale tak czy inaczej, podsunęła mu myśl, której dotąd nie brał pod uwagę.

A właściwie dwie myśli, obydwie zupełnie innego rodzaju. Zerknął na Izę i pochwycił jej zabarwione ciekawością spojrzenie. Nieco kpiące i jakby zachęcające czy nawet prowokujące, wszystko razem.

– Słuchaj, ta szkoła lotnicza pewnie stawia ostre wymagania kandydatom? – rzucił niby to obojętnie, tak dla podtrzymania pogawędki.

– Ostre? Jak dla kogo. – Lekceważąco machnęła dłonią. – Podstawą są dobre oceny z matury i przejście badań lekarskich. Początek to nie problem, ale na czwartym semestrze lotnictwa i kosmonautyki wybiera się specjalność. To już nie przelewki, nie każdy dostanie się na pilotaż.

– Dlaczego?

Dziewczyna zaczęła wyliczać na palcach:

– Trzeba mieć orzeczenie lotniczo-lekarskie klasy pierwszej, dobrą średnią z trzech pierwszych semestrów, zdać specjalny egzamin z angielskiego oraz posiadać licencję pilota samolotów turystycznych.

– Masz tę licencję?

– Od miesiąca – uśmiechnęła się dumnie – w wakacje zaliczyłam ostatnie loty i zdałam egzamin.

Krzysiek opuścił ramiona w poczuciu porażki, bo kolejny raz poczuł się gorszy i nieatrakcyjny, nie mogąc jej niczym zaimponować. Wyglądało na to, że pierwsza dziewczyna, która… no, może nie zawróciła mu w głowie, ale na pewno poważnie go zainteresowała, jest poza jego zasięgiem. Naprawdę pora się zbierać do domu, nic tu po nim…

Iza chyba domyśliła się powodu jego zmarkotniałej raptem miny, ponieważ szturchnęła go przyjacielsko łokciem i powiedziała:

– Licencję można zrobić w aeroklubie warszawskim albo na miejscu w Dęblinie. Ma się na to trzy semestry. Fajna rzecz, bo przy okazji człowiek może się przekonać, czy naprawdę lubi latać i ma do tego predyspozycje.

– A ty lubisz?

– Kocham! To najwspanialsza rzecz na świecie.

Chłopak poczuł przypływ optymizmu. Przecież sama powiedziała, że nie jest lebiegą, a w razie czego Waśka z pewnością mu pomoże. Tak, to jest myśl! Krzyśkowi szybciej zabiło serce.

– Słuchaj…

– Przecież słucham? – zdziwiła się Iza.

– Nie odpowiedziałaś na pytanie, co tutaj robisz. Czy chodzisz często do parku, czy tylko wyjątkowo dziś tu zbłądziłaś?

– O, jaki ciekawski – odrzekła, ale bez szczególnej uszczypliwości. Jednak albo pytanie było jej z jakichś powodów nie w smak, albo lubiła być tajemnicza, gdyż rzuciła jedynie: – Zdaje się, że i tak wiesz o mnie więcej niż ja o tobie.

– Dałoby się coś z tym zrobić, gdybyś chciała.

Krzysiek dostrzegł, że dziewczyna zmrużyła oczy i zadrgały jej kąciki ust. To chyba był dobry znak. Czekał, teraz piłeczka była po jej stronie.

– Późno się robi – stwierdziła, zerknąwszy na wyświetlacz telefonu.

– Mógłbym tu przyjść jutro o tej porze – zaproponował Krzysiek.

– To przyjdź.

– A ty przyjdziesz?

– Jeśli dam radę – uniosła się z ławki – ale któregoś dnia przyjdę. Podoba mi się tutaj.

Odeszła już kawałek, ale jeszcze się odwróciła i zobaczywszy, że Krzysztof odprowadza ją wzrokiem, pomachała mu dłonią.

Nie miał pojęcia, co myśleć o jej zachowaniu, brakowało mu doświadczenia w bliższych kontaktach z dziewczynami. Była zainteresowana czy też spławiła go po prostu, zabawiwszy się z nim w kotka i myszkę? Żałował, że nie poprosił jej o numer telefonu, ale natychmiast uświadomił sobie, że tak jest może i lepiej. Miał wydzwaniać, paplać o niczym, napraszać się o spotkanie? Jakoś nie widział się w roli podrywacza, a chyba tak by to wyglądało. A tutaj mogła przyjść lub nie, on również niczego nie musiał. Przynajmniej jedno nie będzie się narzucało drugiemu, a jeśli znów się spotkają, będzie znaczyć, że obydwoje tego chcieli.

Wracając do domu, nie przestawał myśleć o Izie. Podobała mu się jej trochę południowa uroda, jednak nie tylko o wygląd chodziło. Miała w sobie coś, czego brakowało wielu innym dziewczynom, choćby jego koleżankom z klasy. Owo coś posiadała także Zojka – pozbawioną fałszu odwagę robienia rzeczy, na które miała ochotę, choćby dla innych były zupełnie szalone. Ale Zojka to Zojka, zawsze bliska, dostępna, jak prawdziwa siostra. Iza niosła za sobą powiew czegoś nowego, ekscytującego. Ciekawe, czy tylko się zgrywała, opowiadając, że ma licencję pilota i chce iść na studia do szkoły lotniczej? Nie był pewien, ale wiedział jedno.

Bardzo chciał ją jeszcze zobaczyć.

Izie spodobał się ten chłopak z rozwichrzoną blond czupryną, lubiący czytać w oryginale książki popularnonaukowe. Wprawdzie z rozmowy wynikało, że jest jej rówieśnikiem, a generalnie wolała trochę starszych, ale nie mogła go nazwać szczeniakiem, jak paru kolegów ze szkoły. Krzysiek wyglądał na sportowca, był poważny, ale nie sprawiał wrażenia ponuraka. Pewne wyczuwalne onieśmielenie dodawało mu jedynie uroku w jej oczach. Niemal alergicznie reagowała na zaczepki tępaków, którym się zdawało, że każda dziewczyna tylko czeka na niewybredne wychwalanie jej walorów. Nie ona.

Iza mieszkała z matką na ostatnim piętrze zabytkowej, starej kamienicy w rogu Rynku Nowego Mias­ta. Mogłoby się wydawać, że to wyśmienite miejsce, a przestronne, wysokie pokoje biją na głowę typowe klitki w warszawskich blokowiskach, lecz prawda była zupełnie inna. Bliskość Starówki oznaczała tłumy turystów i niemilknące do późnej nocy odgłosy urządzanych tam imprez, zwłaszcza latem. W pobliżu znajdowały się jedynie słabo zaopatrzone i drogie sklepiki, pełno było za to restauracji i knajpek z lejącym się strumieniami alkoholem.

Iza słabo pamiętała ojca, który zostawił ją z matką i przepadł gdzieś za granicą, nie dając najmniejszego znaku życia. Jedyne, co jej po nim pozostało, to uroda. Ciemne włosy, śniada cera i zgrabna, szczupła sylwetka. Z rzadkich wspomnień mamy wynikało, że był typem lekkoducha, a stabilizacja i życie rodzinne plasowały się gdzieś na końcu w jego systemie wartości.

Mama pracowała jako kelnerka w szacownej staromiejskiej restauracji, więc finansowo wiodło im się jako tako, jednakże Iza ani się nie chwaliła jej profesją, ani tym bardziej nie zamierzała pójść drogą rodzicielki. Dziewczyna inaczej widziała pewne sprawy i już dawno stwierdziła, że nie odpowiada jej harówka w świątek piątek do późnej nocy, zawieranie przelotnych znajomości, z których nic nie wynika, i mieszkanie w starej kamienicy z maskowanymi farbą śladami grzyba na ścianach, a także trzeszczącymi przy każdym kroku deskami podłogi. Może i miało to swoje uroki, lecz dziewczyna ich nie dostrzegała. Matka niczego jej nie nakazywała ani nie broniła, co mogło się różnie skończyć, jednak w przypadku Izy wyszło tylko na dobre. Podczas gdy koleżanki pasjonowały się durnymi serialami dla nastolatek albo wypasionymi smartfonami czy też wyłaziły ze skóry, aby zaistnieć na portalach randkowych, ona biegała na basen, zrobiła najpierw kurs szybowcowy, potem zaś uzyskała licencję pilota samolotów turystycznych. Uczyła się nieźle, w szkole nie miała problemów. No, może poza jednym. Jakoś los poskąpił jej zdolności językowych i jej angielski, mimo usilnych starań, był ciągle dosyć kulawy. Może ten Krzysiek by ją podciągnął…?