Dziedziczka z MoczarowiskTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Maria Ulatowska, Jacek Skowroński, 2021

Projekt okładki

Agata Wawryniuk

Zdjęcie na okładce

© Eleanor Caputo/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8234-762-3

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

…a gdy będę zakochana,

przyślę panu list i klucz…

słowa Racheli z Wesela S. Wyspiańskiego

Tej, bez której wszystkie nasze książki nie byłyby takie, jakie są.

Tej, która wyłapuje wszystkie nasze niedociągnięcia, omyłki i potknięcia.

Tej, która w mig rozumie, co, gdzie i kiedy chcemy powiedzieć. I pomaga nam to wyrazić.

Ewie

Główny bohater

PAŁAC W MOCZAROWISKACH – stare budowle mają w sobie wiele z żywych istot. I z pewnością duszę. Nasz Pałac taki właśnie jest. Od przeszło dwudziestu lat prowadzony jest w nim wysokiej klasy hotel, który od piętnastu lat oferuje „pobyty dziewiętnastowieczne”. Goście z własnej woli trafiają w dziewiętnastowieczne realia, godząc się na brak podstawowych wygód cywilizacyjnych, jakimi są: prąd, telefon i internet. Mimo tych elementarnych braków – a może właśnie dlatego – rezerwacje trzeba składać z długim wyprzedzeniem, a i tak lista chętnych jest weryfikowana i ostatecznie zatwierdzana przez właściciela Pałacu.

W pałacowych obiektach można wypożyczyć dawne stroje, a garderobiany pomaga dobrać cały ubiór, a nawet peruki. Do dyspozycji gości, poza luksusowymi apartamentami, parkiem, dużym stawem, z możliwością korzystania z łodzi oraz sprzętu wędkarskiego, są także stajnie, a w nich oprócz koni powozy i karoce z minionej epoki.

Restauracja serwuje potrawy staropolskie, a także kuchnię współczesną, z uwzględnieniem każdej diety, według indywidualnego smaku i ochoty gościa. Na indywidualne zamówienie potrawy są dostarczane do apartamentów.

Przyroda otaczająca Pałac jest najwspanialsza z wspaniałych. Strzeliste świerki, szumiące sosny, majestatyczne dęby i delikatne brzozy to tylko część drzewostanu, poza nimi park porastają krzewy i krzewinki oraz różnokolorowe kwiaty wśród wspaniale utrzymanych trawników. Z trzech stron włości otoczone są wiekowym lasem, a może nawet pradawną puszczą…

A pośrodku stoi ON – nasz Pałac, który stał się częścią otaczającego go świata i niejako bardzo ważnym członkiem rodziny, która go zamieszkuje. I – ponieważ został przez nas spersonifikowany – piszemy o nim dużą literą. Tak jak i o Zameczku, stanowiącym integralną część Pałacu.


Zapraszamy Państwa serdecznie – bądźcie naszymi gośćmi!

Bohaterowie

NIKA SĘP-MOCZAROWSKA – tytułowa dziedziczka. Znajda, przybłęda, nieszczęśliwy dzieciak, który przypadkiem trafił do pałacowych włości. Swoim przybyciem, nie zdając sobie z tego sprawy, uratowała życie hrabiemu Ignacemu Sęp-Moczarowskiemu, właścicielowi Pałacu w Moczarowiskach. Zdobyła przychylność nie tylko hrabiego, ale i ekscentrycznej Leokadii, która po wyjściu za mąż za nieślubnego syna hrabiego, Bronisława, w rezultacie zaadoptowała Nikę. Po tym, jak hrabia odkrył prawdziwe oblicze swojego wnuka, Władysława, zmienił testament i cały swój majątek zapisał Nice. A ona ukończyła zarządzanie w Wyższej Szkole Handlowej we Wrocławiu i teraz dzielnie radzi sobie z kierowaniem odziedziczonym majątkiem.

PAWEŁ MARKOWSKI – syn zarządcy, najwcześniejszy przyjaciel Niki, opiekujący się, wraz z nią, dzikiem o trzech nogach, Piotrusiem, któremu uratował życie w dzieciństwie. Właśnie kończy studia weterynaryjne w Poznaniu. Kocha Nikę od dziecka, a ona?

LEOKADIA CHMURA-MAJ-SANDROW – poprzez swoje czwarte małżeństwo hrabina SĘP-MOCZAROWSKA. Siła sprawcza większości wydarzeń dziejących się w Pałacu i okolicach. Wychowana na powieściach Agathy Christie, wielbicielka panny Marple, obecnie jednak wypracowała już sobie własne metody działania, doskonale sprawdzające się w Moczarowiskach. Adopcyjna matka Niki.

HRABIA BRONISŁAW SĘP-MOCZAROWSKI – nieślubny syn hrabiego Ignacego Sęp-Moczarowskiego, uznany przez niego, dziedzic tytułu. Małżonek Leokadii i adopcyjny ojciec Niki. Leśniczy, który za nic nie chce zmienić swojego zawodu ani sposobu ­życia.

WŁADYSŁAW MOCZAROWSKI – wnuk hrabiego Ignacego, wydziedziczony przez dziadka z powodu swojego zachowania. Po śmierci hrabiego pragnie odzyskać swoje dziedzictwo, uważając, że został niesprawiedliwie go pozbawiony.

ELWIRA KAWECKA – przyjaciółka Niki z czasów studenckich. W wyniku postępku matki traci pracę i przyjeżdża do Pałacu, gdzie zatrudnia się w kuchni.

TEOFIL STRZELECKI – tajemniczy nieznajomy, którego przypadek sprowadza do Pałacu, łącząc jego los z losami mieszkańców Moczarowisk.

MAGDA JABŁOŃSKA – wybitny naukowiec, kiedyś przypadkowy gość Pałacu. Wzięta pod opiekuńcze skrzydła przez Leokadię, potrafiła poradzić sobie z tym, co było najgorsze w jej życiu. Obecnie sama przybywa z pomocą, wezwana jedną rozmową z Leo.

JULIAN MARIA JAGODZIŃSKI – typowy niebieski ptak, pieszczoszek losu, ulubieniec kobiet. Odrzucony wszakże przez tę jedną, której naprawdę pragnął. Umie pomagać, jeśli tego chce. A teraz zechciał po raz drugi w życiu.

PIOTR ŻĘTYCA – prawnik Władka. Niczym specjalnym się nie wyróżnia, poza tym, że na własne życzenie wpada w kłopoty.

MATEUSZ STRZAŁKA – następca Feliksa, poprzedniego władcy internetu w pałacowych podziemiach. ­Miłośnik wypieków hrabiego Bronisława.

KONSTANCJA – nowa pracownica należąca do pałacowej służby. Pokojówka o niezbyt dobrym wzroku, nosząca osobliwe okulary.

IZOLDA PONIMIRSKA – francuska arystokratka ­polskiego pochodzenia, zaprzyjaźniona z hrabią Ignacym oraz Leokadią. Przywiozła rodzinę do Moczarowisk, szukając polskiej żony dla owdowiałego syna.

CZORT – czarne kocię, uratowane przez Teofila, które wzbudza opiekuńcze uczucia u wszystkich bohaterów powieści. Z wyjątkiem jednego…

ONUFRY??? – Is it or isn’t it? A ghost or a memory…?1

1 Przepraszamy, że nie po polsku, ale to takie nierzeczywiste…

Przypominajka, czyli wstęp2,

czyli urywek końca, który stał się początkiem…

Pałacowa jadalnia pękała w szwach. Przy każdym stoliku siedziały po cztery osoby i naprawdę więcej nikt już w tej sali by się nie zmieścił. W centralnym miejscu, u szczytu półkola ustawionego ze stolików, siedziała Nika, ze swoimi adopcyjnymi rodzicami, Leokadią i Bronkiem, oraz Paweł, jej druh najstarszy, syn zarządcy. Odchylił się nieco do tyłu i szepnął coś stojącemu w pobliżu kelnerowi. Ten po chwili wyniósł z kuchni tacę, na której leżała spora tuba.

– Witam wszystkich tu zgromadzonych – rzekła Nika, dzierżąc przed sobą ten przedmiot, przypominający nieco waltornię, gdyby tak zostawić z niej tylko ustnik i czarę, likwidując inne elementy. – Raz jeszcze dziękuję za przybycie i za wszystkie wyrazy współczucia. Mój drogi dziadek, jak prosił, żebym na niego mówiła, choć do miana jego wnuczki nie mam najmniejszego prawa, życzył sobie, aby na jego pogrzebie nie było żadnych przemówień, odczytów i innych celebracji. Stanowczo o tym mówił, ilekroć w ogóle poruszał ten smutny temat. A poruszał, bo przecież jak każdy z nas był świadom nieuchronności… – dziewczyna urwała na chwilę, bo błądząc oczami po sali, napotkała palący wzrok Władka i ujrzała zmarszczone brwi oraz zaciśnięte usta tego, kto prawem krwi mógł nazywać hrabiego dziadkiem. Ale kogo prawa do używania tego miana sam hrabia pozbawił. A w zasadzie tego, kto prawa do używania tego miana sam się pozbawił. – Zresztą wszyscy państwo o tym wiecie, bo w komunikatach o pogrzebie przekazywałam prośbę o niewygłaszanie przemówień żałobnych. Dziękuję za dostosowanie się do niej. – Wzrok dziewczyny pobiegł znowu ku lazurowemu błyskowi pewnych oczu, patrzących na nią, jak to odbierała, z nienawiścią i zimną złością. Nic na to nie mogła poradzić. Tak samo jak nic nie mogła poradzić na to, że ona sama nie mogła przestać zerkać w tamtą stronę. I zachwycać się tym, co widzi, choć rozum mówił jej: Przestań w tej chwili, to twój wróg największy, masz go unikać i strzec się.

– Ja też się do niej dostosuję, choć z wielkim trudem, chciałabym bowiem wypowiedzieć całą moją wielką wdzięczność i miłość… – zaczerpnęła tchu. – Życzę więc smacznego. Każdy z państwa może zostać w Pałacu tak długo, jak zechce, proszę tylko zgłosić termin pobytu pokojowym.

Paweł, gdy Nika zaczęła mówić, położył dłoń na jej zaciśniętej lewej pięści, opartej o blat stołu. I trzymał ją przez cały czas, a ona czerpała z tego uścisku otuchę i siłę, pozwalającą na wygłoszenie przemowy do końca. Choć mało brakowało, żeby… Przed zalaniem się łzami powstrzymywał ją też ten zielonoturkusowy blask wściekłości bijący w nią z lewej strony sali. Podniosła do góry brodę i odrywając wzrok od Jej Wroga, spojrzała na przyjaciela. Był smutny, ale wyglądał jakoś tak, jakby powodem do smutku nie była jedynie śmierć hrabiego. On nie kochał go tak jak ona, w zasadzie niczego mu nie zawdzięczał i nie miał podstawy do przeżywania tak wielkiego żalu, jakim był jej żal. Oczywiście, było mu przyk­ro, z powodów, które każdy rozumie. Ale nie miał podstaw do rozpaczy, a ona wyczuwała w nim rozpacz. Znała go tak dobrze… Choć ludzie przecież nie zawsze reagują tak, jak można by się tego spodziewać. Skomplikowanych procesów chemicznych, zachodzących w umyśle każdego człowieka, nie jest w stanie objąć żadna filozofia, psychologia ani kognitywistyka. Łatwiej przewidzieć, co w danym momencie zrobi komputer, choć dla wielu jest on machiną nie do pojęcia. Człowiek ma jednak swoją świadomość, która nie zawsze godzi się na zaprogramowane działanie. Cokolwiek by mówić, Paweł od przeszło dziesięciu lat był zaprogramowany na Nikę, jakkolwiek dziwnie by to brzmiało. Ona zawsze, o czym dobrze wiedział, uważała go za młodszego braciszka. Ukochanego, najmilszego i najwspanialszego, jednakże, cóż, tylko braciszka. On chciałby związać się z nią na całe życie, ona wiedziała, że tak będzie, bo rodzeństwem jest się przez całe życie. Ale on… patrzył na tego podłego Władka – całe Moczarowiska wiedziały, jaki to podlec – i patrzył na Nikę, która tę podłość chyba przestała dostrzegać. Bo coś ją zaczarowało. I on, Paweł, nie mógł tego znieść.

 

Władek też zaczął sobie zdawać sprawę, że mimo całej nienawiści, jaką darzy tę znajdę, przybłędę i złodziejkę dziadków, włączył się jednak jego sławetny czar i urok… i to działa! Przypomniał sobie nauki, jakimi karmił go dziadek w czasie, w którym jako dziecko i młodzieniec przebywał w Moczarowiskach częściej niż w domu z rodzicami.

– Pamiętaj, że zawsze osiągniesz więcej miłym i grzecznym postępowaniem niż krzykiem i złością – mówił. – W większości przypadków lepiej się uśmiechać niż prawić złośliwości przez zęby.

Nie zgadzał się z tym, uśmiechy, według niego, były oznaką słabowitości. Mężczyzna raczej zaciska zęby. Albo gryzie.

– Nie masz argumentów, ustąp. Upór bez konkretów jest bez sensu.

Akurat, pomyślał. Przypomniał sobie teraz te dziadkowe rady, udzielane dawno, dawno temu, i chciał się zaśmiać z nich w głos. Aż raptem dostrzegł ich zasadność.

Może głupi staruch wskazał mu palcem zza grobu, jak postąpić?

Tak właśnie zrobi. Omota tę „dziedziczkę”, rozkocha w sobie, roznamiętni, aż sama będzie go błagać, żeby ją wziął, razem z całym dziedzictwem.

Pojechał na moczarowicką pocztę i nadał telegram do Piotra.

„Nie przyjeżdżaj”.

Telefonu w ogóle nie wziął ze sobą. Pamiętał przecież, że w Moczarowiskach telefony nie działały.

2 Historia Niki i wielu innych bohaterów tej powieści rozpoczyna się w książce Pałac w Moczarowiskach Marii Ulatowskiej i Jacka Skowrońskiego, wyd. Prószyński Media, 2020 r. Cytowany tu fragment pochodzi z ww. książki.

Rozdział 1

Władek przechadzał się po Pałacu. Znał tu każdy kąt i tak z ciekawości chciał sprawdzić, czy „nowa władza” wprowadziła dużo zmian. Ze zdziwieniem stwierdzał, że wszystko zostało tak, jak było. Jeśli gdzieś były jakieś naprawy, zapewne niezbędne w związku z upływem czasu, dokonano ich z zachowaniem poprzednich detali. Durnie, myślał z rozbawieniem i zadowoleniem szczególnym, ten dziewiętnasty wiek bokiem im wyjdzie, o ile już nie wychodzi. Ja umiałbym to stare gmaszysko ożywić.

Przechodząc z sali do sali, z komnaty do komnaty, w myślach notował pomysły na rozbudowę i modernizację pałacowej infrastruktury. Podjął decyzję, przedyskutował ją ze swoim prawnikiem i zaplanowali całą strategię. Zaangażowali w nią kilka znakomitych rodów Europy, oburzonych faktem, że jakaś przybłęda wdziera się w środek starej familii szlacheckiej. Na szczegółowe rozwiązania miał sporo czasu. Ale realizację planu musiał – a właściwie chciał – zacząć od zaraz. Od dziś. Od pogrzebu minął tydzień. We Wrocławiu został Piotr Żętyca, najlepszy prawnik w całym województwie dolnośląskim, wyposażony we wszelkie pełnomocnictwa i umocowania, jakie tylko mogłyby być mu potrzebne. Teraz dużo zależało od tego, jak Władek rozegra pierwsze starcie. Czyli pierwszą strategiczną rozprawę z tą, tą… dziedziczką, niech ją diabli. Ją i tego zdradzieckiego dziadka. JEGO dziadka przecież.

Ale spokojnie, nie może się nakręcać. Musi być miły, grzeczny, dobrze ułożony. I czarujący oczywiście. Czarujący na sto procent. Na dwieście!

Nie niepokojony przez nikogo dotarł do gabinetu hrabiego. Zatrzymał wzrok na obrazie Goi, podobno oryginalnym. Aż go korciło, żeby sprawdzić odwrotną stronę dzieła hiszpańskiego mistrza, choć w zasadzie był przekonany, że to, na co patrzy, nie jest kopią. Podszedł do obrazu, wyciągnął rękę i…

– O, to znowu pan! – usłyszał.

Było to tak niespodziewane, że aż podskoczył i pomyślał ze złością, że zachowuje się jak, nie przymierzając, intruz, a nie prawowity dziedzic, prawdziwy hrabia Moczarowski.

– Tak, ja, życzy pani sobie czegoś, pani leśniczyno?

Zapomniał, że ma być miły, uprzejmy i czarujący. Ta cała Leokadia, leśniczyna, jak doskonale ją nazwał, wyjątkowo działała mu na nerwy. Po prostu chciał ją uszczypnąć i właśnie tego dokonał.

Leo zadygotała. Chyba nigdy w życiu nikt bardziej jej nie obraził. Nie chodziło o to, że ten, sarknęła z przekąsem, hrabicz celowo chciał ją spostponować, ale że ta „leśniczyna” zabrzmiała pejoratywnie. Bo właśnie tak miała zabrzmieć. Dla tego człowieka leśniczy był chyba jakimś rodzajem podczłowieka, najniższego pokroju służącym. Pyłem marnym.

– Leokadia, hrabina Sęp-Moczarowska, jak dla pana. I proszę opuścić to pomieszczenie, nie jest ono bowiem ogólnie dostępne. To prywatna część Pałacu.

Leo wiedziała, jak zmiażdżyć takiego robaka, i to właśnie zrobiła.

– Zaprosiła mnie tu Nika, choć i tak nie potrzebuję żadnych zaproszeń do wstępu gdziekolwiek w tych włościach. Ale teraz nie będziemy o tym rozmawiać.

Władek zacisnął szczęki tak mocno, że aż zazgrzytał zębami. Oj, bardzo trudno mu będzie być czarującym wobec tej „hrabiny”. Ale spokojnie, przypomniał sobie. Trzeba zrobić pierwszy krok, a tym ma być oczarowanie „hrabianki Moniki”.

– Siadaj, proszę.

Nika wskazała mu miejsce naprzeciw biurka. Krzes­ło, gdańskie, z wysokim oparciem, nie było wygodne mimo wyściełanego siedziska i oparcia. Typowe krzesło dla interesanta.

Władek w duchu zazgrzytał zębami. Ona zaprasza jego do gabinetu dziadka. JEGO dziadka. ONA siedzi przy biurku, właścicielka Moczarowisk! Szlag by to wszystko! Ale dobrze, ten się śmieje, kto… Wiadomo. Usiadł bez słowa i tylko na nią patrzył. Czekał. Nie będzie jej niczego ułatwiał, niech się trochę zestresuje.

– Chciałeś ze mną porozmawiać. – Nika nie wytrzymała napięcia. – Więc słucham.

– Wiesz dobrze, że… – Zamilkł jeszcze na chwilę, ale nie chciał już tego przeciągać. – Wiesz, że to ja jestem prawowitym dziedzicem, naturalnym spadkobiercą dziadka. Tobie dostało się to wszystko psim swędem. Nie będę wymagał, żebyś zwracała się do mnie „panie hrabio”, nie zapominaj jednak, że nim jestem. Chciałbym…

– Tak naprawdę nie jesteś żadnym hrabią. Jesteś tylko wnukiem hrabiego. Ja zresztą też. Jednak o mnie można powiedzieć „hrabianka”, bo mój ojciec, hrabia Bronisław, żyje. I nie zapominaj, że ja używam pełnego nazwiska tego rodu, ty natomiast, z jakiegoś mało mąd­rego powodu, szlachetny przydomek „Sęp” odrzuciłeś. – Otworzyła leżący przed nią notatnik, wzięła do ręki długopis. – Ale chyba nie przyszedłeś tu dyskutować o kwestiach heraldycznych, więc dajmy spokój temu tematowi. Słucham, proszę, jaką masz do mnie sprawę?

Władek ponownie zacisnął szczęki i pomyślał, że musi tego zaniechać, bo w końcu połamie sobie zęby. Uniósł wzrok i popatrzył na sztandar wiszący nad głową dziewczyny, na ścianie za biurkiem. Wyhaftowano na nim herb rodu Sęp-Moczarowskich, w kształcie wieloramiennej gwiazdy z rubinami.

Niezależnie od wszystkiego, pomyślał, ta smarkula ma rację. Muszę przywrócić tego „Sępa” swojemu nazwisku. Piotr nie będzie miał z tym najmniejszego kłopotu.

– Dobrze, powiem szczerze, o co chodzi. Myślę, że możemy umówić się, iż szczerość i otwartość będą między nami lepsze od podchodów i krążenia wokół sprawy głównej.

Przerwał na chwilę, bo przypomniał sobie swój plan: „Omotać, rozkochać w sobie, roznamiętnić i doprowadzić do tego, by sama zaczęła go błagać, żeby ją wziął, razem z całym dziedzictwem”. Prostolinijny, tak. Szczery, tak. Spolegliwy, ugodowy, kryształowy wręcz. Oto jaki będzie.

Tylko jak ja to wytrzymam?, pomyślał, poprawił się na krześle, splótł palce i uśmiechnął się serdecznie. Cóż, trzeba to trzeba, przynajmniej spróbuję. Wlepił w dziewczynę te swoje turkusowe oczy i pogłębił uśmiech. Dobrze wiedział, jak kobiety reagują na jego wdzięk i urok, jeżeli zechce uruchomić owe czary.

Nika nie była wyjątkiem. Już w dniu pogrzebu powierzchowność Władka zrobiła na niej piorunujące wrażenie, choć cały czas starała się pamiętać, że to raczej wróg niż przyjaciel. Nie kręciło się wokół niej wielu młodych mężczyzn, nie miała obycia ani doświadczenia. Już w dzieciństwie stała się odludkiem, z konieczności. Kilka przyjaźni zawarła dopiero w Moczarowiskach. Tym pierwszym, najlepszym i najserdeczniejszym przyjacielem był Paweł, nieco od niej młodszy syn zarządcy. Potem na status przyjaciół zasłużyło jeszcze kilka osób, pałacowych gości i mieszkańców.

Ale prawie równolatek był tylko ten jeden. Traktowała go jak ukochanego brata. W czasach studenckich miała oczywiście grono znajomych. Jej sława „dziedziczki” przyciągała ich nawet sporo. Nikt wszakże nie zyskał miana przyjaciela.

Choć jedną osobę prawie mogłaby tak nazwać. Prawie, bo w zasadzie nie było okazji, żeby to dokładnie sprawdzić. Elwira Kawecka przez całe studia siedziała na wykładach obok Niki, czasami razem wkuwały do egzaminów i czasami chadzały – we dwie lub w większej grupie – do jakiegoś klubu. Nigdy jednak w weekendy, bo te Nika spędzała w Moczarowiskach. Ani jedna, ani druga nie miały bliskich partnerów, choć oczywiście dużo czasu spędzały z różnymi chłopcami. Byli to jednak wyłącznie koledzy, mniej lub bardziej mili. I nic więcej.

Kontakt między obiema dziewczynami urwał się po studiach, gdyż Nika chciała jak najprędzej wrócić do Moczarowisk, a Elwira miała już zapewnioną pracę w firmie matki. Obiecywały sobie, że „kiedyś”, „dość szybko”, a właściwie „jak najprędzej” spotkają się na jakiejś kawie, do czego jednak do tej pory nie doszło. Czasami wymieniały mejle. W Pałacu oficjalnie nie było internetu i nie działały żadne urządzenia elektroniczne, ale wiadomo, że zawsze są tacy, którzy mają szczególne przywileje. Uprzednio ową tajnością zarządzał Feliks, a gdy wiele lat temu wyjechał do Stanów wraz z Magdą Jabłońską3, jego funkcję objął polecony przezeń Mateusz Strzałka. Tak więc szczególnie uprzywilejowani mogli korzystać ze swych uprawnień bez żadnych przeszkód.

– Nic nie mówisz?

Gdzieś z daleka dotarł do Niki głos Władka. Potrząs­nęła głową, odsuwając od siebie niepotrzebne wspomnienia z lat studenckich, i spojrzała w okno, żeby nie patrzeć w tę zielonkawoniebieską głębię wlepionych w nią oczu.

– Przepraszam, zamyśliłam się. Mam tyle na głowie… Szczerość, powiadasz. Owszem, chętnie przyjmę taką propozycję. Słucham więc, o czym chciałeś ze mną porozmawiać?

– Jeśli pozwolisz, chciałbym zacząć naszą rozmowę od początku. Wybacz ten niepotrzebny wstęp o dziedziczności, heraldyce i tak dalej. Najpierw chcę powiedzieć też, że wstyd mi za pewien incydent, który sam spowodowałem przed naszym spotkaniem. I tak się o tym dowiesz, wolę więc, żebyś dowiedziała się ode mnie…

Nika, która cały czas unikała spoglądania na swojego rozmówcę, teraz podniosła wysoko brwi w klasycznym geście zapytania i spojrzała prosto przed siebie. Siedział przed nią skruszony anioł, wszakże urodą przypominający diabła. Lazurowe ślepia gorzały, a na obliczu malował się wyraz poczucia winy, żalu i pokory. Z wysiłkiem oderwała oczy od twarzy Władka i zaczęła się wpatrywać w notatnik. Nie spytała, o co chodzi, zakładając, że i tak się tego dowie za chwilę.

– Spotkałem panią Leokadię i celowo ją obraziłem. Owszem, sprowokowała to, zwracając się do mnie jak do obcej osoby. Jak do przypadkowego, wścibskiego przybysza, który zwiedza ośrodek wczasowy. Nie pamiętała, albo nie chciała pamiętać, że Pałac to moje dzieciństwo i spora część młodości. Cóż, powiem to, Pałac to moja scheda, którą przez własną głupotę zaprzepaściłem. Wiem, wiem, powinienem trzymać nerwy na wodzy, choćby z szacunku do jej obecnej tu pozycji i z racji jej wieku. Ale jestem tylko zwyczajnym człowiekiem i celowo zrobiłem jej przykrość, nazywając ją leśniczyną. Naprawdę nie jestem aż takim snobem, żeby pogardzać jakimiś zawodami, i oczywiście nie mam nic przeciwko leśniczym. Nasz leśni… Ten leśniczy, jeśli czymkolwiek mi zawinił, to jedynie tym, że jest synem dziadka, a ja tylko wnukiem. Mam nadzieję, że doceniasz mój sarkazm, jeśli nie, to sorry. Chciałbym przeprosić panią Leokadię i zrobię to, jak tylko ponownie ją spotkam. Uwierz, że bardzo mi przykro.

 

Nika zapisywała coś w notatniku, ale nie były to czytelne zapiski. Po prostu zmuszała oczy do patrzenia w dół.

Obraził Leo? Przeprasza? Kaja się? Zacząć od początku? A, dobrze, proszę bardzo.

– Posłuchaj. Ten, kto obraża Leo, obraża mnie. W dwójnasób. Powinnam teraz po prostu wyrzucić cię z gabinetu i w ogóle z Pałacu. Ale wiem, że nie uniknę pewnych rozstrzygnięć, i domyślam się, że nie wróciłeś tu tydzień po pogrzebie dziadka, żeby pochodzić po parku i komnatach pałacowych. Więc im prędzej się dowiem, co cię tu tak szybko sprowadziło i co chcesz mi zakomunikować, tym lepiej. Słucham cię.

I znowu niepotrzebnie podniosła głowę. Ale tym razem jego oczy nie były wlepione w nią, jak wcześniej. Niestety, jednak znów miotały iskry. Patrzył na narożną oszkloną gablotkę, w której zmarły hrabia przechowywał swój zbiór kapeluszy. Nika nie domyśliła się, że Władysława ogarnęła wściekłość na widok pewnego góralskiego kapelusika, tak niepasującego do tego zbioru.

– Co się stało, to się nie odstanie. Powiedziałem, że mi przykro, i jest to prawda, możesz wierzyć lub nie. Nic takiego już się nie powtórzy. – Zamilkł na chwilę i przeniósł spojrzenie z gablotki prosto na dziewczynę, a jej się wydawało, że do pokoju nagle wdarło się słońce. – Masz rację, muszą nastąpić pewne rozstrzyg­nięcia i dlatego tu wróciłem. Lecz wiele zależy od nas obojga. Możemy tkwić w zapiekłej złości, ale możemy też zewrzeć szyki i pracować wspólnie.

– Pracować? – przerwała mu. – A nad czym?

Więc jej wyjaśnił.

Otóż gdyby się okazało, że testament jest nie do podważenia, Władkowi należałby się zachowek4. Ową kwes­tię wcześniej wyłożył mu szczegółowo jego prawnik.

– W najgorszym przypadku – mówił – dostaniesz zachowek i odszkodowanie za niespełnienie obietnic. I zapewniam cię, że nie będą to małe kwoty. Może nawet ta najnowsza rodzina twojego dziadka będzie wolała zawrzeć jakąś ugodę, nie będzie bowiem ich stać na spłatę twoich roszczeń. Zażądamy jakiejś części Pałacu, a potem postaramy się, żeby księgi wykazały niegospodarność, i tak, krok po kroczku, przejmiemy cały majątek.

Oczywiście o tym ostatnim pomyśle Piotra Żętycy Władek nie wspomniał. Dodał tylko, że zachowek na ogół stanowi połowę wartości udziału spadkowego, jaki przypadałby uprawnionemu przy dziedziczeniu ustawowym, lecz przedtem należy obliczyć udział tego uprawnionego w spadku.

– Szczegółami zajmuje się mój pełnomocnik. Rozumiem oczywiście, że i ty zechcesz skonsultować się ze swoim prawnikiem. Jedno jest pewne, trzeba będzie dokonać dokładnego oszacowania majątku stanowiącego spadek, jaki otrzymałaś. Rozumiem, że Pałac i otoczenie dziadek zapisał wyłącznie tobie. Jego odnaleziony syn nie odziedziczył niczego? Tak tylko pytam, z prostej ciekawości. I tak wszystko powyjaśnia Piotr, mój prawnik. Chciałbym jednak pobyć trochę w Pałacu, uczestnicząc w pracach rzeczoznawców oceniających wartość spadku. Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciw temu. Jeśli pozwolisz, chciałbym też mieć wgląd w księgi rachunkowe. I proponuję swoją pomoc w prowadzeniu firmy, jaką jest hotel pałacowy. Skończyłem ekonomię i trochę się znam na tym wszystkim. – Umilkł i wstał z krzesła. Ale po chwili zaczął mówić dalej. – Ścierpły mi nieco nogi od tego krzesła. Zazwyczaj w tym gabinecie siedziałem w fotelu przed kominkiem… – Zawiesił głos, jednak ta aluzja nie wywołała żadnej reakcji dziewczyny, która słuchała bez słowa. Usiadł więc znowu na krześle naprzeciwko niej i dodał jeszcze parę słów.

– To właśnie miałem na myśli, mówiąc, że moglibyśmy pracować wspólnie. Myślę, że i tobie, i mnie w tej sytuacji zależy, żeby szacunek majątku był prawidłowy, a jak już zostanie dokonany, razem ustalimy warunki spłaty zachowku.

Nika czuła się ogłuszona. Następnego dnia po śmierci dziadka jego prawnik poprosił ją i jej adopcyjnych rodziców o spotkanie. Oznajmił, że hrabia sporządził testament, zresztą w jego obecności, do którego dołączył zaświadczenie lekarskie o dobrym stanie zdrowia i absolutnej jasności umysłu testatora. Testament ów, datowany na dzień zakończenia przez Nikę studiów, odwoływał testament poprzedni. Zresztą w obydwu dokumentach wyrażających ostatnią wolę hrabia główną spadkobierczynią czynił Nikę. Różniły się tylko poszczególnymi legatami.

Do testamentu było dołączone także oświadczenie syna hrabiego, Bronisława, że jest świadomy treści wszystkich postanowień i nie rości sobie żadnych praw do majątku zapisanego jego adoptowanej córce.

– Pan hrabia Ignacy zobowiązał mnie do odczytania przed państwem tego dokumentu dzień po jego śmierci i uzyskania od pana, hrabio Bronisławie, potwierdzenia, że nie zmienił pan decyzji w części dotyczącej dziedziczenia przez pana córkę, hrabiankę Monikę.

„Hrabia Bronisław” i „hrabianka Monika” przez jakiś czas w ogóle nie rozumieli, że to o nich mowa. Szczególnie Nika, która nie była już Moniką od wielu, wielu lat. Najspokojniejsza okazała się hrabina Leokadia, która przytomnie wiedziała, że pojęcia, tu grzecznościowo używane przez prawnika, w sensie prawnym nie funkcjonują w Polsce od konstytucji marcowej z tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku. Więc wszystkie te tytuły, które zwaliły się na głowę jej męża i adoptowanej córki, mało ją obeszły.

O zapisach testamentowych hrabiego Ignacego dob­rze wiedziała, pozostawała bowiem w serdecznej przyjaźni z hrabią aż do jego śmierci.

Bronisław, który całe życie był leśniczym, żył i mieszkał w lesie, chyba umarłby, gdyby teraz musiał się zajmować czymś innym. Czuł się więc szczęśliwy, że Pałac, wraz ze wszystkimi jego wspaniałościami, zdjęto mu z głowy.

– Nika, kochana moja, czy naprawdę zechcesz się zająć tym całym kłopotem? Wiem, że dasz sobie radę, przecież robisz to od dziesięciu lat, terminowałaś u dziadka i umiesz wszystko, co trzeba. Ale czy chcesz? Czy rozumiesz, co to znaczy? Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że to miejsce będzie dla ciebie czymś w rodzaju więzienia? Bo dziadek dał ci możliwość swobodnego dysponowania swoim darem. Mogłabyś sprzedać to wszystko i…

– Wujku, nawet nie kończ. Nigdy w życiu nie zrobiłabym czegoś tak okropnego. Dziadek straszyłby mnie po nocach. Zresztą i bez tego nie mogłabym spać. Jes­tem dumna, że dziadek tak mi zaufał, i zrobię wszystko, żeby go nie zawieść.

Nika, oficjalnie adoptowana przez Leo i Bronka, zwracała się do nich „ciociu” i „wujku” albo „mamo” i „tato”, jak jej się w danej chwili powiedziało. Hrabia Ignacy natomiast został dziadkiem, o co zresztą sam serdecznie ją prosił.

O instytucji zachowku i o prawie Władka dowiedziała się dopiero teraz.

– Daj mi trochę czasu – odrzekła Władkowi. – Muszę przemyśleć twoją propozycję. Działania prawne oczywiście możesz podjąć, ty czy twój prawnik. Natomiast nasza współpraca… Naprawdę nie wiem, jak się do tego ustosunkować. – Wstała i skierowała się ku drzwiom. – Sam trafisz do wyjścia, prawda?

No i to byłoby tyle, pomyślał Władek, w sprawie moich działań mających na celu oczarowanie hrabianki.

Nawet nie wiedział, że jego oczy straciły dla Niki swój niepowtarzalny zielonoturkusowy blask.

W leśniczówce, przy rozłożonym stole, zgromadzili się wszyscy najbliżsi Niki. Poprosiła rodziców o zwołanie owego gremium, bo zamierzała przeprowadzić NARADĘ. Chyba najważniejszą w jej dotychczasowym życiu. Zebrali się tam więc ci, których kochała i ceniła ich zdanie. Po prawej stronie siedziała osoba, która znaczyła dla dziewczyny najwięcej. Ciocia Leo. Czyli jej mama. Po lewej ten, którego pokochała od pierwszego dnia pobytu w Moczarowiskach. Paweł, uważany przez Nikę za brata. Oprócz nich przy stole znaleźli się także: wujek Bronek, jej adopcyjny ojciec, oraz Stefan Markowski, zarządca, i jego żona, Bogna – rodzice Pawła. Nika była zżyta nie tylko ze swoim „bratem”, ale również z jego rodzicami, cenionymi i lubianymi także przez Leo i Bronka.

– Chcę was prosić o radę w sprawie bardzo dla mnie trudnej. Jak wiecie, Pałac został testamentowo zapisany mnie i tylko mnie. Zresztą dziadek, hrabia Ignacy, od dawna nie ukrywał swej decyzji, podjętej świadomie i celowo przed dziesięcioma laty. Mój ojciec, czyli wujek Bronek – uśmiechnęła się serdecznie, patrząc na niego – od początku wiedział o wszystkim, akceptował testament i zrzekł się, w sposób prawnie udokumentowany, wszelkich praw do majątku swojego taty. – Ponownie spojrzała na adopcyjnego ojca, który pokiwał głową twierdząco.