Determinacja z prądem i pod prądTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

  WSTĘP – Z PRĄDEM I POD PRĄD

  01 CO NAS MOTYWUJE

  02 OD MOTYWACJI DO DETERMINACJI

  03 ZASADA JEŻA, DIETY SPORTOWCÓW, RYTMY CIRKADIALNE I ULTRADIALNE

  04 SKUPIENIE SIĘ NA JEDNEJ RZECZY CZY MULTITASKING?

  05 PRE-SWAZJA

  06 TRENING MENTALNY, CZYLI „DASZ RADĘ!”

  07 O ZMIANIE

  08 JAK BYĆ I DOBRYM, I BOGATYM

  09 ŚWIAT SPORTU I ŚWIAT BIZNESU – WSPÓLNOTA ZASAD

  Książki polecane przez Jacka Santorskiego

  Strona redakcyjna

  Przypisy

WSTĘP – Z PRĄDEM I POD PRĄD


Umysł jest jak spadochron, działa tylko wtedy, gdy jest otwarty. Tak zwana „ekonomia umysłu” skłania nas jednak do wyłączenia otwartego myślenia o złożoności spraw i raczej zdania się na stereotypy, uproszczone schematy, naśladowanie i podążanie za większością. Pod tym względem lektura naszej książki będzie wymagająca, wręcz chwilami może okazać się trudna. Bo zaprosimy Cię, Czytelniczko i Czytelniku, do chwili zatrzymania, samorefleksji, spojrzenia na siebie i swoje życie z różnych perspektyw, które wnosimy do książki w oparciu o różne doświadczenia i drogi dochodzenia do wspólnych wartości i wniosków. Kuba – ze sportu i przedsiębiorczości, Jacek – psychoterapii i medytacji.

Większość ludzi ma skłonność, by płynąć z prądem. Ciebie chcemy sprowokować, byś popłynął pod prąd. A jednocześnie nie traktował odkryć, którymi się dzielimy, wyznaniowo i fundamentalistycznie. Jeżeli masz zbudować prawdziwą determinację (bo ją się buduje, a nie „odnajduje”), która zaprowadzi Cię do życiowego sukcesu i osobistego spełnienia, potrzebujesz zarówno motywacji i inspiracji, które mogą przyjść z zewnątrz od spotkanego autorytetu, jak i odkrycia siły w sobie, tego, kim naprawdę jesteś, jakie są Twoje najgłębsze cele – twój „purpose”, twoje powołanie. Aby do nich dotrzeć, potrzebujesz popłynąć do źródeł, pod prąd, w głąb siebie. Wciąż jednak dalej pozostanie wyzwanie w postaci paradoksu – bowiem nadmiarowe nastawienie na zadania, „szaleństwo celów”, może Cię zamykać na nowe, twórcze możliwości i proces życia, odrywać od tego, czego doświadczasz tu i teraz. Pomyśl więc, kiedy płyniesz z prądem, a kiedy pod prąd?

Będziesz czytać o tym, jak motywacja pochodząca tylko z zewnątrz, choćby ze słuchania charyzmatycznych mówców, może ograniczać twoją samodzielność i zarazem dodawać Ci siły w realizacji wewnętrznego planu. O tym, że potrzebujemy i relaksu, i koncentracji, i zdolności wykonywania kilku rzeczy równocześnie, i skupienia uwagi na jednej rzeczy. O tym, że warto zająć się sobą i zarazem zapominać o sobie, że nie pozbędziesz się natłoku myśli i swojego ego, jednak to ty możesz je mieć, a nie one Ciebie. Że coach namówi cię, być może, aby skupiać się na mocnych stronach, lecz mentor może Cię czasem „urealnić”, skonfrontować z ograniczeniami. Że autentyczny lider potrzebuje dziś być sobą, jednak żeby pozwolić sobie być w tej roli sobą, trzeba być „kimś”. A co to znaczy?

Wierzymy, że lektura naszej książki, spotkanie ze sobą samym i reset swojego życia mogą przynieść Ci wiele korzyści lub umocnić drogę, którą już podążasz. I jesteśmy świadomi, że na tej drodze będzie zarówno miło, jak i trudno.

Jesteś gotowy? Zapraszamy!

Kuba i Jacek

Jacek Santorski, prowadząc samochód, usłyszał w radio fragment rozmowy z trenerem mentalnym, który towarzyszył polskim siatkarzom w okresie poprzedzającym ich największy sukces – mistrzostwo świata. Jacka uderzyła prostota i trafność psychologiczna opinii rozmówcy, a zarazem jego skromność. Mówił bowiem wyraźnie, że i on, i zawodnicy czuli siłę jego wpływu, nie można jednak wykluczyć, że wpływ treningu mentalnego poprzedzającego zwycięstwo mógł być zbiegiem okoliczności. Jacek postanowił zidentyfikować tego rozmówcę i tu pojawił się „kłopot”. Okazało się bowiem, że tym trenerem mentalnym sportowców był Jakub Bączek – znany już i dobrze rozwijający się mówca motywacyjny. A Jacek z tą kategorią „specjalistów” miał kłopot w tym sensie, że traktował dotąd ich działalność jako psychologiczne „disco polo”, podczas gdy działania swoje i swoich partnerów uznawał za „filharmonię” w tej dziedzinie. Gdy się jednak zorientował, że Jakub Bączek nie tylko jest znany z tego, że jest znany, ale jest również pracowitym i efektywnym przedsiębiorcą, zdecydował się „mimo wszystko” na spotkanie.


Santorski: Dzień dobry trenerze mentalny.

Bączek: Dzień dobry mentorze.

S.: Jeżeli mamy się lepiej poznać, a Czytelnicy mają z tego skorzystać, musimy zacząć od pytania, kim jestem i co mną kieruje? A więc porozmawiać o motywacji własnej i o tym, jak motywować innych. I w tym kontekście chciałbym przedstawić mało znany w Polsce model Reissa, który pokazuje, że każdym z nas kieruje wiele motywów i potrzeb, ale ich konfiguracja jest w nas różna. Każdy z nas może oszacować, jak są natężone poszczególne motywy w przypadku jego osoby w jego życiu. Dla ułatwienia naszej współpracy umieszczam obok konfigurację swoich motywów. Można je sobie uświadomić, dzieląc je na dwie lub trzy grupy pod względem siły wpływu na nas. Moglibyśmy przyjrzeć się przez chwilę temu pejzażowi naszych motywów i potrzeb, aby je wyraźnie zobaczyć, możemy też błyskawicznie dokonać autodiagnozy.

B.: Tobie jest łatwo, bo masz za sobą kilkadziesiąt lat pracy nad sobą, ja parę lat mniej… Pozwól więc, że zrobię sobie z tego zadanie domowe…

S.: Liczę na to, choć szczerze mówiąc, już i tak mam poczucie, że widzę twój profil.

B.: No tak, przypomina mi się z jakiejś amerykańskiej książki powiedzenie, że „psychoanalityk to gość, który tylko dobrze udaje, że nie widzi wszystkiego”.

S.: Póki co, dobrze udaję, że widzę wszystko… W każdym razie w przyszłości, dzięki zestawieniu naszych profili, będziemy mogli również znaleźć odpowiedź na pytania, czy i jak możemy się dobierać, dzięki czemu możemy uzyskać rezonans czy wzajemnie się dopełniać. Na tym diagramie będziemy mogli zobaczyć, gdzie nasze cele są niezgodne, gdzie nam się wykluczają, a gdzie dopełniają.1

CO MNIE MOTYWUJE – PROFIL JACKA SANTORSKIEGO


B.: I zobaczyć, gdzie jesteśmy ze sobą spójni.

S.: Tak, w jakich miejscach jesteśmy zgodni, i z tych miejsc możemy czerpać energię, a w jakich niezgodni. Możemy się temu przyjrzeć z różnych punktów widzenia i zastanowić, czy i w jakim stopniu można ten model wykorzystać. Czy tylko po to, żeby pokazać, że motywacje bywają różne? Czy też będziemy się starali jakoś interpretację diagramu pogłębić? A druga ważna i stosunkowo nowa rzecz to indywidualizacja w docieraniu do innych i takaż indywidualizacja w docieraniu do siebie. Tu warto wspomnieć o przeprowadzonych niedawno w Wielkiej Brytanii badaniach nad pokoleniem Y, których wyniki pokazują, że współcześni dwudziesto-, trzydziestolatkowie „połamali” drabinę Maslowa, zaprzeczyli tej opracowanej w 1943 roku teorii mówiącej, że potrzeby i motywy są ułożone hierarchicznie i że dopiero wtedy, kiedy zostaną zaspokojone te znajdujące się w owej hierarchii na niższych szczeblach, do głosu dochodzą kolejne. Przez jej pryzmat możemy spojrzeć na motywowanie ludzi, na systemy motywacyjne i wychowawcze, ale też na przykład zbadać, w którym miejscu piramidy znajduje się moja potrzeba i czy jest możliwe, by została zaspokojona, czy jest możliwe, żebym się zajął samorealizacją w firmie, i w jakim stopniu ta firma zaspokaja moje potrzeby bezpieczeństwa albo bliskich więzi. W świetle wyników wspomnianych badań okazuje się, że nowe pokolenie łamie porządek tej piramidy. I możemy spotkać ludzi ułożonych bardzo konserwatywnie albo podchodzących do życia niemal szaleńczo. Chcę przy tej okazji powiedzieć, że dotychczasowa psychologia sprzedaży i relacji była oparta na potrzebach i motywach, ale gdy w grze pojawiają się wartości, to wydaje się, że to właśnie one wszystko łamią. Pierwszy zajmował się tym Victor Frankl.

B.: Twórca logoterapii.

S.: Tak, a logoterapia wynikała z tego, że w gruncie rzeczy to, co jest dla człowieka najważniejsze, to wartości, które nadają sens. A to więcej niż potrzeby i motywacje, którymi zajmuje się większość psychologów.

Telewizja
Zamiast
Chleba

Zapytaliśmy Ouchę Mbarbka, co zrobi, jeśli będzie miał więcej pieniędzy. Powiedział, że kupi więcej jedzenia. Potem zapytaliśmy go, co zrobi, jeśli będzie miał jeszcze więcej pieniędzy. Powiedział, że kupi lepsze jedzenie. Zaczęliśmy czuć się nieco skonsternowani, kiedy w jego domu zauważyliśmy telewizor i inne gadżety high-tech. Dlaczego kupił te wszystkie rzeczy, skoro czuł, że rodzina nie ma wystarczająco dużo jedzenia? Roześmiał się i powiedział: „Och, ale telewizja jest ważniejsza niż jedzenie!”.2

 

B.: Piramidę Maslowa można było zakwestionować już w latach czterdziestych, bo przecież podczas drugiej wojny światowej ludzie urządzali uliczne przedstawienia teatralne, śpiewali piosenki, mimo że nie czuli się bezpiecznie, a czasem też byli głodni.

S.: No proszę. Tu się zgadzamy.

B.: Wcale nie musi być tak, że to bezpieczeństwo i fizjologia leżą u podstaw hierarchii naszych potrzeb. Niektórzy się samorealizują mimo poczucia dyskomfortu fizjologicznego (np. niepełnosprawność) czy też braku bezpieczeństwa, jak na przykład początkująca pani manager, która ma kredyt we frankach i ledwo jest w stanie go spłacać. Myślę, że do modelu Maslowa należy podchodzić elastycznie, że on wskazuje tylko pewien kierunek myślenia o naszych motywach, natomiast trzeba go traktować z ostrożnością i dostosowywać do konkretnych przypadków. Szczególnie w kontekście szybkich przemian społecznych, które nastąpiły po 1989 roku.

S.: I o to właśnie chodzi w filozofii pokolenia Y, które przyznaje sobie prawo, by pytać, „czego pragnę”, zamiast – „jak powinienem” żyć.

B.: Nawet jeśli to nie współgra z tym, co o motywacji i piramidzie potrzeb czytaliśmy dotychczas w podręcznikach pisanych przed dziesiątkami lat…

Towarzyszyć
Umierającym

W poruszającej książce Czego żałują umierający autorka, Bronnie Ware, podsumowała kilkanaście lat swojej pracy z odchodzącymi z tego świata. Wysłuchiwała zwierzeń i bardzo szczerze rozmawiała z umierającymi z różnych środowisk, w różnym wieku (od sześćdziesiątki do setki i starszymi), i udało jej się opracować pewien ogólny model, jak ludzie bilansują swoje życie, umierając, jeżeli są świadomi, że odchodzą. Okazało się, w pewnym uproszczeniu, że wszyscy w gruncie rzeczy rozpatrują swoje życie, biorąc pod uwagę kwestie miłości i relacji (na przykład czują się winni, że czegoś nie dopatrzyli, że kogoś nie pożegnali, że coś zmarnowali, nie wybaczyli albo że nie wyrazili siebie, swojego bólu czy gniewu w ważnych relacjach). Okazało się również, że ludzie bardzo rzadko myślą o pieniądzach, które zarobili, czy pozycji społecznej, którą osiągnęli, chyba że ma to związek z tym, NA ILE ŻYLI SWOIM ŻYCIEM, na ile spełniali swoje marzenia, na ile to, jak się potoczyło ich życie, było efektem działania ich osobistego DNA, marzeń z dzieciństwa czy jakiejś wizji, którą w sobie nosili, a na ile odgrywali tylko role, na ile „odrabiali lekcje”, byli grzecznymi chłopcami i dziewczynkami wykreowanymi przez trenerów motywacyjnych prymusami.

B.: To odkrycie wnosi do naszej rozmowy jeszcze jeden element – istotny, gdy mówimy o motywacji: a mianowicie kwestia motywacji wewnętrznej i zewnętrznej. Wiadomo, że to nie jest zagadnienie takie, jak udawadnianie wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą albo odwrotnie, że motywacja wewnętrzna działa dużo mocniej i lepiej, jednak nie każdy człowiek jest wewnątrzsterowny w każdym obszarze życia, w związku z tym dobry lider musi wiedzieć, jak postępować z ludźmi wewnątrzsterownymi, by im w gruncie rzeczy nie przeszkadzać i sprzyjać rozwijaniu się ich wizji oraz pasji, a z drugiej strony, jak zrozumieć ludzi, którzy wolą być „prowadzeni”?

S.: Państwo Renée Mauborgne i W. Chan Kim, twórcy Blue Ocean Marketing, słynnej koncepcji „marketingu błękitnego oceanu”3, zanim zajęli się marketingiem, interesowali się przywództwem i ostatnio znowu do tego tematu wrócili. Sformułowali koncepcję „przywództwa błękitnego oceanu”3, w której wykorzystali badania przeprowadzone przez Instytut Gallupa. Wynika z nich, że mniej więcej trzydzieści procent amerykańskich pracowników jest zaangażowanych, czyli wewnątrzmotywowanych, albo mocno współpracuje z liderami. Jednocześnie pięćdziesiąt procent bawi się w „raz, dwa, trzy, przełożony patrzy”, a dwadzieścia procent to osoby pasywne i wręcz kontrproduktywne. Amerykanie obliczyli, że te dwadzieścia procent pracowników, którzy mogliby napisać sobie na koszulkach „jestem kosztem”, obciąża rocznie gospodarkę USA na pół tryliona dolarów. To jedna szósta budżetu Stanów Zjednoczonych. To pokazuje, jak motywacja lub demotywacja, czy też motywacja negatywna, przekładają się również na wartości materialne. W tym kontekście warto zapytać, co powoduje, że ludzie są samosterowni i jak można tej ich samosterowności sprzyjać albo nie przeszkadzać, i zadać też pytanie, które mogę skierować do ciebie: co jest wartością motywacji zewnętrznej? Na czym polegają te spotkania motywacyjne, na które ludzie przychodzą, aby „ktoś ich zmotywował”? Mnie się to wydaje nieco aberracyjne.

B.: (śmiech) Z grubej rury strzeliłeś, ale faktycznie, warto się temu przyjrzeć.

S.: Po prostu nie potrafię sobie wyobrazić, że mógłbym do kogoś pójść i powiedzieć: „Zmotywuj mnie!”. Czy chciałbym zatrudnić kogoś, kto znalazł sens swojego życia i współpracy ze mną pod wpływem kontaktów z motywacyjnymi guru? Raczej trzymam się od takich ludzi z daleka, a kiedy ktoś stara się u mnie o pracę, pytam, co jest jego pasją, co go kręci i o czym marzył w dzieciństwie, co robi teraz, w czym świat mu przeszkadza, a w czym pomaga, i czego od życia chce. A z drugiej strony niezwykle modne są te mityngi motywacyjne. Może w Ameryce owa moda powoli zamiera, ale chyba właśnie teraz dociera do Europy. Kto na nie chodzi, Kubo?

B.: Myślę, że moda na motywację i doradzanie oraz uczenie się od kogoś jest stara jak świat i że znajdziemy ją w każdym pokoleniu, łącznie z pokoleniem Sokratesa. Rośnie jej dostępność, bo jest większa promocja, lepsze autostrady, więcej mobilności, czasu wolnego. Czy to się komuś podoba, czy nie, te mityngi motywacyjne określonej grupie społecznej są jednak potrzebne i istnieje na nie popyt. Inaczej nie byłoby podaży. Poza tym postaram się tutaj przekonać cię, że ludzie po tego typu spotkaniach mogą mieć bardzo konkretne rezultaty.

S.: Będę chciał o tym porozmawiać, aby potem przenieść naszą refleksję i uwagę na zagadnienie budowania systemów wewnętrznej i własnej motywacji w zespołach i firmach. I o kwestii „implementacji”. Ostatnio pracowałem nad rewizją misji i wartości firm. Pierwsze badania Petersa i Watermana, Porrasa i Collinsa z lat osiemdziesiątych4 pokazywały, że tym największym na świecie chodziło o coś więcej niż zysk. W pewnym momencie zrobiła się z tego moda i wszystkie firmy podopisywały sobie przy pomocy różnych konsultantów misje, wizje i wartości. Szybko powstało morze mistyfikacji wokół tego i na ten temat. Niedawno pomagaliśmy jednemu z naszych klientów w komunikacji misji, omawialiśmy przykłady misji i wizji nie byle kogo, bo Microsoftu, Google’a, Apple’a oraz polskiej firmy LPP, która ma świetnie ustawioną marketingowo markę Reserved i doskonale opracowane kwestie misji oraz wizji. Z czasem doszli do tego, że każdy z nas może określić swoje osobiste misję/wizję/wartości i – w gruncie rzeczy – swój własny projekt życia. Tak, jak się tworzy misje, wizje i wartości dla firm czy zespołów, tak można zapytać, jaka jest moja misja, wizja i moje wartości.

B.: W takim razie porozmawiajmy o autentycznej misji, wizji i wartościach naszej książki.

S.: Właściwie już mówiłem o jej „wizji”. Natomiast moją misją jest wyjść, tak jak powiedziałem na samym początku, naprzeciw osobom, które chcą uporządkować swój rozwój, wyprostować drogę życiową, którą chcą podążać, które już wiedzą, że chcą czegoś więcej niż „szczęście krowy” według Schopenhauera czy Diogenesa, prawda? Bo to rozróżnienie na szczęście krowy i szczęście mistyka wydaje mi się bardzo ważne. Krowa pragnie po prostu paszy i wydojenia, a Diogenesowi to nie wystarczało i znęcał się nad Ateńczykami, mówiąc, że większość z nich zadowala się właśnie szczęściem krowy. Nasza książka jest więc dla ludzi, którzy chcą osiągnąć coś więcej. I jeszcze pomagać rozwijać się innym.

B.: Wrócę jeszcze na chwilę do tego, jaki nasza książka ma mieć kształt i o czym ma traktować. Pierwszy rozdział jest o motywacji. W miarę możliwości będziemy kierować się zasadą od ogółu do szczegółu, czyli będziemy dawać Czytelnikowi coraz więcej narzędzi i sugestii praktycznych do wdrożenia motywacji wewnętrznej w ich realnym życiu. Zacznijmy jednak od pytania wprost: Jacku, czym jest dla ciebie motywacja?

S.: Powiedziałbym, że motywacja to dla mnie wewnętrzny powód, dla którego rano wstaję i mam poczucie, że ten dzień będzie miał sens. Wiem, co robić. Wiem, czego chcę i co „muszę” (w sensie pozytywnym, bo to w końcu moje decyzje), albo czuję wewnętrzną mobilizację związaną z tym, czego będę chciał uniknąć. Moja motywacja może mieć w tym sensie wymiar „pozytywny” i „negatywny”, ale w każdym razie przez motywację rozumiem mój wewnętrzny napęd i kierunek. Integralną częścią motywacji jest dla mnie to, co z niej powinno wypływać – determinacja. Bo mogę rano się obudzić i myśleć, że zjadłbym dobre śniadanie, i go nie robić, a to będzie znaczyć, że mam motywację, ale nie zamieniam jej w determinację. Że byłoby miło, gdyby ktoś mi je podał do łóżka, prawda? Zauważyłem, że w życiu liczy się to, jak motywacja łapie taką dźwignię, że zamienia się w determinację. To jest rozróżnienie pani profesor Heike Bruch, specjalistki od zarządzania energią osobistą pracowników. Ona ma w Szwajcarii, w mieście St. Gallen, firmę, która się nazywa Energy Factory5. I od czasu, kiedy ją spotkałem, uprzytamniam sobie, że motywacja to jest to, co mnie kręci, co mnie napędza. I tak jak „wizja bez implementacji to halucynacja” – motywacja bez determinacji to tylko jakieś „chciejstwo”, odruch, chwilowa mobilizacja, stan nice to have, jak mówią Brytyjczycy.

B.: Dla ciebie w takim razie najbardziej motywującym czynnikiem będzie czynnik wewnętrzny, który można przebudować w determinację.

S.: Czym ja żyję w relacji ze światem? Jeżeli moją motywacją jest miłość, to tym czynnikiem zewnętrznym jest podmiot i obiekt mojej miłości. Wstaję rano, żeby nakarmić kochanego kotka.

B.: Ale sprowadza się to do jakiegoś twojego wewnętrznego przekonania, motywów, jakichś wartości.

S.: Do przekonania, że ten kotek jest mi bliski i strasznie miauczy i jest mu gorąco i chyba bardzo chce się napić.

B.: Skąd w takim razie, według ciebie, wziął się cały biznes i cała branża motywacyjna, które znajdują i przekazują ludziom czynniki motywacji zewnętrznej? Takie, które mogą na ciebie wpłynąć, by podnieść twoją energię? Przecież nie wzięło się to z próżni.

S.: Myślę, że ten biznes przyciąga mnóstwo ludzi w pewien sposób niespełnionych, którzy mają problemy z poczuciem tożsamości. I w związku z takim, powiedzmy, genetycznie uwarunkowanym „lenistwem mózgu”, które bywa nazywane „ekonomią umysłu”, te masy są gotowe pójść i kupić raz na jakiś czas złudzenie, że można sobie stworzyć substytut wewnętrznej motywacji. To przekonanie, że można zostać zmotywowanym, tworzy rynek handlu złudzeniami. Gdy czytam opowieści ludzi, którzy stworzyli wielkie przedsiębiorstwa, to poza tymi, którzy u Tony’ego Robbinsa6 zaczęli zarabiać pieniądze, sprzedając jego seminaria, nie natrafiłem na nikogo, kto by napisał w historii swojego biznesu, swojego rekordu, że motywację do tego, co zrobił, zdobył na kursie motywacyjnym. Ich „źródłem” było dobre albo ciężkie ŻYCIE.

B.: To jest surowa opinia Jacku…

S.: No to pokaż mi kogoś takiego. Czy Steve Jobs chodził na mityngi motywacyjne, podskakiwał i klaskał z grupą w rytm nadany przez guru ze sceny?

B.: Może zadam pytanie inaczej: czy w takim razie, według ciebie, świat sportu, gdzie tę motywację generuje przeważnie jednak trener (czyli jest to motywacja zewnętrzna), też jest mistyfikacją?

S.: Najpierw trzeba biegać za piłką na podwórku, trzeba albo cieszyć się tym, że biegam lepiej niż inni, albo strasznie cierpieć, że ustawiają cię na obronie. To doświadczenie prowadzi do tego, że przy jakimś zbiegu okoliczności trafia się do trenera i ten trener mówi: „Wierzę w ciebie”, prawda? I to rzeczywiście jest ten zewnętrzny czynnik motywacyjny, bo ja miałem wątpliwości, miałem jakąś mieszaninę nadziei i niepokojów, i nagle trener mi mówi: „Wierzę w ciebie i jeżeli się przełamiesz i zrzucisz dwa kilo, albo przytyjesz, i będziesz codziennie biegać i tak dalej, to możesz osiągnąć to, czego tak bardzo pragniesz”. Tu rzeczywiście jest czynnik zewnętrzny, bo wierzę w to, że może być takim wektorem, dźwignią, której przełożenie spowoduje, że moim frustracjom czy nadziejom, czy pragnieniom, czy marzeniom zostanie nadany jakiś kierunek. Ale przecież pobiegłem do trenera, a nie na stadion, i od razu wiem, że ktoś będzie mówił: „Wierzę w ciebie”, i zapłacę za to dwieście złotych.

 

B.: Tak, jednak sednem jest reżim treningowy, bez którego nie wróżę nikomu szans na medal olimpijski. Moje doświadczenia ze sportem są takie, że trener to nie człowiek, który mówi: „Wierzę w ciebie”. Trener to człowiek, który bardziej dociska to, co ty wewnętrznie pewnie też chcesz zrobić, ale nie masz do tego odpowiedniej determinacji albo na pewnym etapie twoja motywacja się wyczerpuje. Znam wielu sportowców, którzy kochają wygrywać. Są to, dajmy na to, siatkarze, piłkarze czy osoby, które chodzą na siłownię. Istnieje jednak spore prawdopodobieństwo, że bez obecności trenera, bez takiej osoby, która będzie liczyć im pompki, oni sami z siebie wykonają ich jednak trochę mniej. Mimo że mają wewnętrzną motywację, bo na przykład kochają biegi czy siatkówkę.

S.: Nawet moja trzydziestoparoletnia znajoma, która chce schudnąć pomimo choroby metabolicznej…

B.: …ma trenera personalnego, tak?

S.: Naprawdę marzy o tym, by wyglądać tak jak na zdjęciach sprzed sześciu czy siedmiu lat, i w tym jej motywacja, ale wie, że bez trenera personalnego nie przekroczy pewnego progu. Jestem absolutnie przekonany, że czynnik zewnętrzny w interakcji jest tutaj konieczny. Tylko mnie chodzi o te „spędy”.

B.: Pozwól, że do tego nawiążę, bo gdybyśmy się zgodzili na taką tezę, że trener zewnętrzny jest jednak w stanie wygenerować motywację zewnętrzną…

S.: Jednak nie, on już buduje determinację…

B.: Jesteś uparty.

S.: …dzięki której robię czterdzieści pompek, bo chcę robić pompki, tylko bez niego robię siedemnaście, a z nim czterdzieści. Przekraczam więc moje „nie mogę”, łapię drugi lub trzeci oddech. Czyli ten zewnętrzny trener jest czynnikiem nie tyle mojej motywacji, ile determinacji.

B.: Jednak nie zawsze, Jacku, bo na przykład w siatkówce czasami mamy taką sytuację, że ktoś bardzo dobrze czuje się w ataku i chce grać na takiej pozycji, a trener ma wizję, żeby on grał na libero, bo na przykład jest niskiego wzrostu. I tutaj, jeszcze zanim w ogóle dojdziemy do determinacji, rolą trenera jest nie tylko przestawienie tego zawodnika technicznie, taktycznie i fizjologicznie na pozycję obrońcy, ale też umotywowanie w nim tej decyzji tak, że on się z nią zgodzi, że zgodzi się na tę zmianę i popatrzy może bardziej długofalowo na to, że ze wzrostem metr sześćdziesiąt pięć pewnie nigdy nie zrobi kariery w siatkówce seniorskiej, grając w ataku. Wydaje mi się, że bez czynnika zewnętrznego, w tym przypadku trenera, mielibyśmy kłopot, bo ten człowiek bardzo by chciał grać w ataku, bo mu to nieźle wychodzi i w reakcji na grę atakujących dziewczyny głośniej piszczą na trybunach…

S.: Jednocześnie zachodzi tu interakcja czynnika wewnętrznego i zewnętrznego – mówisz, że trener może robić to intuicyjnie czy też na podstawie swoich doświadczeń, ale on tego zawodnika motywuje do tego, aby zrezygnował czy odpuścił, albo nie zrezygnował, ale przestał się kierować tym marzeniem, żeby grać w ataku. I żeby zaczął szukać i odkrywać znaczenie nagrody z pracy na tej nowej pozycji. Trener musi wiedzieć, do czego się odwołać.

B.: To prawda.

S.: Ale żeby wiedział, do czego się odwołać, to musi mieć choćby jako takie rozeznanie w tych szesnastu czynnikach (z wspomnianego na samym początku naszej rozmowy modelu Reissa), z których jeden mówi, że niektórzy dążą przede wszystkim do poklasku, a innych napędza chęć rewanżu.

B.: Myślę, że statystyczny polski trener po AWF-ie siłą rzeczy nie zna tych czynników, ale według mnie to, co powiedziałeś, ma kluczowe znaczenie. Nasz hipotetyczny trener zmotywuje młodego człowieka, żeby mu pomóc. I teraz, jeśli pozwolisz, wrócę na chwilę do systemów motywacyjnych. Żyjemy dzisiaj w „kulturze instant”, w rzeczywistości, w której ludzie chcą otrzymywać to, czego pragną, natychmiast. Ich oczekiwania są bardzo wysokie i chcieliby rozwiązywać swoje problemy niezwłocznie, więc jeśli spotykają kogoś, kto im mówi, że w jeden weekend potrafi im podnieść motywację, to oczywiście będą zainteresowani tego typu „spędami”, jak ty to nazywasz. Bo ja bym to nazwał „kongresami motywacyjnymi”. I teraz faktycznie możemy w dużym uproszczeniu przyjąć, że część ludzi przeżywa kryzys tożsamości albo sami nie wiedzą, kim są, albo mają kryzys pewności siebie i dlatego do takich mówców idą, czy na przykład podążają za tym człowiekiem z Rumunii, który tylko wchodzi i stoi, a ludzie wierzą, że ma moc uzdrawiania…

S.: Braco.

B.: Właśnie, Braco. Natomiast z drugiej strony myślę sobie tak: nawet jeśli miałoby to polegać na efekcie placebo, nawet jeśli to miałaby być motywacja zewnętrzna, która albo padnie na podatny grunt, albo nie, wydaje mi się, że to naprawdę daje ludziom energię do działania, chociaż przyznaję jednocześnie, że ta energia się z czasem wypala. Czyli że jeśli mamy takie szkolenie, powiedzmy w sobotę i niedzielę, trochę tam poskaczemy, trochę zapiszemy marzeń, wykonamy szereg czynności, które podniosą nam energię i sprawią, że na wierzch zaczynają wypływać emocje, to może jeszcze w poniedziałek i wtorek ta motywacja będzie na tyle wysoka, żeby zrobić pierwszy czy drugi krok do założenia swojej firmy, do zmiany swojej sylwetki, do zmiany swojego związku i tak dalej. Oczywiście zgadzam się z tobą, że pewnie w środę, czwartek i piątek będzie już zjazd tej motywacji, a w sobotę być może nie będziesz nawet pamiętał, jak się nazywał trener motywacyjny. Jednak w mojej pracy wielokrotnie miałem okazję się przekonać, że ludzie w ten poniedziałek i wtorek podejmowali decyzje, które były kołem zamachowym do dalszych działań w stronę realizacji ważnego dla nich celu. I nawet jeśli byś nazwał to „sztuczną motywacją” albo powiedział, że ona jest zewnętrzna, to pamiętaj, że ci ludzie też w jakimś stopniu znają rodowód swojej motywacji wewnętrznej i dlatego niektórzy z nich przychodzą do mnie, inni do innego trenera, a jeszcze inni do jeszcze innego trenera zajmującego się, przykładowo, ezoteryką. My oddziałujemy na ich szablon motywacji wewnętrznej, ale też dostarczamy narzędzi i pewnej energii do tego, żeby wykonali jakieś działanie. Czyli tak, jak dla twojej znajomej trener personalny jest człowiekiem, który ją zmusi do zrobienia czterdziestu pompek zamiast trzydziestu, tak samo ja jestem człowiekiem, który ze sceny zachęci cię do wykonania działania w poniedziałek, a nie za dwa lata.

S.: No to już mnie przekonałeś. Zostanę mówcą, ale może postmotywacyjnym, pozostając konsultantem i trenerem determinacji…

B.: Bardzo mi się to podoba. To może być strzał w dziesiątkę, Jacku! Zagrożenie, jakie widzę, to kreowanie miejsca do uzależnienia od mówcy czy motywacji. Tak właśnie powstają tak zwani (niezbyt elegancko skądinąd nazywani) seminar junkies. Kiedy ludzie stają się uzależnieni od spędów motywacyjnych i nic w życiu nie zrobią, jeśli raz na trzy miesiące nie zobaczą Tony’ego Robbinsa. To faktycznie jest niebezpieczne. Natomiast na tego typu kongresy przyjeżdżają często ludzie bardzo świadomi, przedsiębiorcy, i bardzo sobie cenią wszelkiego rodzaju porady i narzędzia, które ja na przykład stosuję w siatkówce. Bo oni wiedzą, że czasami brakuje im energii, motywacji do działania, i mimo że chcą rozwijać swoją firmę, od wielu miesięcy nie kiwnęli palcem, by się do tego przyczynić. I zadają mi często pytania w rodzaju: „Jak, Kuba, sprawiasz, że siatkarze, którzy w 2014 roku zdobyli mistrzostwo świata, dalej trenują po osiem godzin dziennie, choć teoretycznie są najlepsi na tej planecie, żeby przygotować się do igrzysk olimpijskich i tam również zdobyć medal?”. I gdy mówię im ze sceny, jakie techniki motywacyjne stosuję, to mimo że one niekiedy bywają sztuczne, a niekiedy wręcz kiczowate, na niektórych ludzi naprawdę działają, szczególnie w tej „kulturze instant”.

S.: Powiedzmy sobie tylko wyraźnie, że jeśli nawet jest to jakaś opcja, to nie dla wszystkich.

B.: Nie dla wszystkich, ale dla wielu. I dobrze, żeby mieli takie prawo i możliwość.