W złej wierze

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W złej wierze
W złej wierze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
W złej wierze
W złej wierze
Audiobook
Czyta Mariusz Korpoliński
39,90  29,53 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Rozdział pierwszy. Ernest

Rozdział drugi. Ernest

Rozdział trzeci. Profiler

Rozdział czwarty. Ernest

Rozdział piąty. Profiler

Rozdział szósty. Żołnierz

Rozdział siódmy. Ernest

Rozdział ósmy. Ernest

Rozdział dziewiąty. Profiler

Rozdział dziesiąty. Ernest

Rozdział jedenasty. Ernest

Rozdział dwunasty. Profiler

Rozdział trzynasty. Ernest

Rozdział czternasty. Ernest

Rozdział piętnasty. Profiler

Rozdział szesnasty. Ernest

Rozdział siedemnasty. Ernest

Rozdział osiemnasty. Profiler

Rozdział dziewiętnasty. Ernest

Rozdział dwudziesty. Profiler

Rozdział dwudziesty pierwszy. Ernest

Rozdział dwudziesty drugi. Ernest

Rozdział dwudziesty trzeci. Ernest

Rozdział dwudziesty czwarty. Ernest

Rozdział dwudziesty piąty. Profiler

Rozdział dwudziesty szósty. Ernest

Rozdział dwudziesty siódmy. Ernest

Rozdział dwudziesty ósmy. Ernest

Rozdział dwudziesty dziewiąty. Profiler

Rozdział trzydziesty. Profiler

Rozdział trzydziesty pierwszy. Ernest

Rozdział trzydziesty drugi. Profiler

Rozdział trzydziesty trzeci. Ernest

Rozdział trzydziesty czwarty. W matni – przesłuchanie

Rozdział trzydziesty piąty. W matni – przesłuchanie

Rozdział trzydziesty szósty. W matni – przesłuchanie

Rozdział trzydziesty siódmy. Profiler

Rozdział trzydziesty ósmy. Profiler

Rozdział trzydziesty dziewiąty. Profiler

Rozdział czterdziesty. Ernest

Redakcja

Monika Orłowska

Korekta

Janusz Sigismund

Projekt graficzny okładki

Mariusz Banachowicz

Zdjęcie wykorzystane na okładce

©Riccardo Fissore/Unsplash

Skład i łamanie

Agnieszka Kielak

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2021

© Copyright by Jacek Piekiełko, Warszawa 2021

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-66644-92-2


Wydawca

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. Borowskiego 2 lok. 24

03-475 Warszawa

tel. 22 416 15 81

redakcja@skarpawarszawska.pl www.skarpawarszawska.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Pamięci Kamila Pietrzyka

Lecz nie o to chodziło, nie o to. Ten ból, ta rozpacz, ten żal – to wszystko było przecież w tym wypadku tak naturalne, tak oczywiste. Więc nie o to chodziło.

Zastanawiało coś całkiem innego – coś tak śmiesznie błahego, coś tak drugorzędnego... Jadwiga, wychodząc od niego po raz ostatni, nie zamknęła za sobą drzwi.

STEFAN GRABIŃSKI, SPOJRZENIE

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Ernest

Pamiętacie Niezawinione śmierci Williama Whartona?

Świeciło słońce, promienie odbijały się od blatów szkolnych ławek. Siedziałem wtedy na dodatkowych zajęciach z języka polskiego, w ciszy czytaliśmy fragment prozy wydrukowany przez nauczycielkę, by później wspólnie dokonać analizy literackiej dzieła.

Bohaterowie wraz ze swoimi dziećmi, siedzącymi w fotelikach, wjechali w gęsty dym spowijający drogę. Ciemnobure kłęby wydobywały się z palonych ściernisk. Bert próbował naciskać na hamulec, by światłami dać znać jadącej zbyt blisko i zbyt szybko ciężarówce z tyłu, by zwolniła, po chwili jednak inni spanikowani kierowcy zaczęli gwałtownie hamować. Tuż obok, na drugim pasie kolejna ciężarówka blokowała drogę ucieczki.

Czytałem ten fragment z zapartym tchem. Pamiętam jedno uczucie, które towarzyszyło mi podczas lektury. I nie był to smutek ani żal.

Bezradność.

Wszyscy pasażerowie samochodu byli bezradni.

Piętnaście lat później czułem to samo. Już nie na lekcji języka polskiego, lecz w prawdziwym życiu.

– Ernest, chyba się zaczęło.

Te słowa Marty podziałały na mnie jak syrena alarmowa na strażaka. W kilkadziesiąt sekund byłem gotowy do drogi, by jak najszybciej zawieźć żonę do szpitala. Trzydziesty dziewiąty tydzień ciąży. W każdej chwili spodziewaliśmy się błyskawicznej jazdy na porodówkę.

Odpaliłem auto, kilkuletnią astrę, nad którą jeszcze niemieccy inżynierowie pracowali w myśl łacińskiej sentencji per aspera ad astra. Od dwóch lat miałem z tym autem tylko pod górkę, ale kilka tygodni wcześniej włożyłem w nie blisko trzy tysiące złotych, by doprowadzić je do jak najlepszego stanu i wykluczyć wszelkie prawdopodobieństwo awarii. Drżącą ręką przekręciłem kluczyk, modląc się w duchu, by alternator, który już dwukrotnie regenerowałem, zadziałał jak należy. Silnik odpalił od razu.

Podjechałem pod samo wejście do domu, po czym wysiadłem z samochodu i udałem się do wiatrołapu, skąd wychodziła Marta. Złożyła obie ręce na podbrzuszu, jakby próbując podtrzymać ciężar noszonego pod sercem dziecka. Otoczyłem ją ramieniem, podałem jej drugą rękę i pomogłem zająć miejsce na fotelu.

– Mogłeś dać jakąś folię na siedzenie – rzuciła, wykrzywiając twarz w grymasie bólu.

– Walić to – odparłem, wrzucając pierwszy bieg.

Mieszkaliśmy w Pszczynie, na ulicy, wzdłuż której rozciągały się kolejne domy wzniesione metodą nowego budownictwa, liczące co najwyżej kilka lat. Wyjechaliśmy więc na Chopina, a następnie skierowaliśmy się na rondo przy cmentarzu żołnierzy radzieckich.

– Jedź przez miasto.

 

Odbiłem szybko w prawo, skręcając w Katowicką. Wolałem uniknąć przejeżdżania przez przejazd kolejowy, którego rogatkę dróżnik zamykał często nawet na piętnaście minut, co w godzinach szczytu powodowało paraliż miasta.

– Dasz radę? – Zerknąłem na żonę. – Może jednak do naszego szpitala?

– Do tej umieralni? Chyba żartujesz...

Marta podzielała zdanie wielu mieszkańców Pszczyny, którzy utyskiwali na fatalną organizację tutejszego szpitala, na ciągły brak sprzętu, dofinansowania, leków oraz administracyjny chaos. Wolała rodzić w Bielsku-Białej, w szpitalu wojewódzkim, molochu, przez który codziennie przewijały się setki pacjentów, ale za to w placówce z odpowiednim sprzętem w razie komplikacji podczas porodu. Zastanawiała się przez pewien czas nad wykupieniem opieki w prywatnej klinice, gdzie czekałby na nią oddzielny pokój, jednak zrezygnowała z tego pomysłu. Nie chodziło o argumenty finansowe, lecz kwestie bezpieczeństwa jej oraz dziecka. Gdyby coś poszło nie tak, gdyby na przykład straciła zbyt dużo krwi, którą należałoby przetaczać, i tak transportowano by ją do szpitala wojewódzkiego. Tym bardziej liczyła się ochrona życia noworodka; tylko ten szpital w okolicy dysponował odpowiednim sprzętem.

Wyjechałem na DK1. Było po godzinie siódmej. Poranne natężenie ruchu, kierowcy pędzący do pracy. Najgorsza pora na tak ważną podróż. Coś mi jednak nie pasowało. Oba pasy jezdni były zapchane do granic możliwości, a sznur aut przesuwał się coraz wolniej. Jedną ręką odblokowałem telefon i uruchomiłem Google Maps. Aplikacja wskazała korek do samego Bielska-Białej; wypadek.

– Niech to szlag. Ale zator. – Spojrzałem na Martę.

Zmrużyła oczy, zmarszczyła czoło i zrobiła kilka głębokich wdechów. W końcu uśmiechnęła się, pomimo bólu, który odczuwała. Śmiała się ze mnie, tak wewnętrznie, w duszy – wiedziałem o tym doskonale. Śmiała się z nieporadności i paniki, w której funkcjonowałem przez ostatnie dni. Znała mnie przecież na wylot. Pobraliśmy się cztery lata temu, ale zaczęliśmy spotykać o wiele wcześniej. Pierwsza randka to było kino i polski, wulgarny, brutalny film, którego tytułu nie pamiętaliśmy. Sam wybrałem seans. Produkcja okazała się totalną klapą, nie w naszym guście. Mimo wszystko i tak było to wyjątkowe wyjście do kina, podczas którego uwagę zamiast na ekranie skupiliśmy na sobie. To wtedy, mniej więcej w połowie filmu, nie patrząc na Martę, po prostu położyłem dłoń na jej dłoni. Marta również nie miała odwagi na mnie spojrzeć, lecz bez słowa splotła palce z moimi. To było jak znak pieczętujący początek związku.

W Czechowicach-Dziedzicach skręciliśmy w prawo, kierując się na Ligotę, a później już w stronę Bielska-Białej, wjazdu od północnej strony, blisko drogi ekspresowej S1. Musieliśmy poruszać się lokalnymi drogami, uważać na zakręty i nadmierną prędkość, przynajmniej jednak nie staliśmy w korku. Mijaliśmy łąki, na których ścieliła się nieskoszona trawa, oraz puste, zaorane pola.

Naraz z bocznej dróżki bez jakiegokolwiek zwolnienia wyjechał traktor z przypiętą z tyłu kosiarką, która zajmowała ponad połowę prawego pasa. Włączyłem kierunkowskaz i chciałem szybko wyminąć ciągnik, zwłaszcza że z naprzeciwka nie nadjeżdżał żaden samochód. Jednak nie mogłem tego zrobić. Kierowca traktora musiałby maksymalnie zjechać na prawą stronę drogi, czego widocznie w ogóle nie brał pod uwagę, nawet gdy wcisnąłem klakson do oporu.

– No nie no! – Rozłożyłem ręce w geście bezradności, siedząc mu na ogonie.

Traktorzysta, chudy mężczyzna w czapce z daszkiem, odwrócił się i w pełnym satysfakcji geście pokazał środkowy palec.

– Co za chuj!

– Uspokój się – powiedziała Marta. Nie lubiła, gdy przeklinałem, choć jej samej często się to zdarzało. Czuła się wtedy mocno zestresowana, jakby naraz znalazła się w towarzystwie całkiem obcej osoby, chociaż dobrze wiedziała, że nigdy nie przebierałem w słowach.

Ciągnik zdawał się zwalniać.

– Co za debil. Kobieta będzie rodzić, idioto! – krzyknąłem, wiedząc doskonale, że nikt oprócz Marty mnie nie usłyszy.

Postanowiłem wyprzedzić ciągnik, zjeżdżając maksymalnie na lewe pobocze. Dlatego wypatrywałem najlepszego miejsca do manewru, gdzie zamiast kłębów trawy znajdzie się trochę ubitego gruntu, który powinien być bezpieczniejszy dla opon, ograniczając ryzyko wpadnięcia w poślizg.

Wychyliłem samochód w lewo, sprawdzając, czy pas z naprzeciwka jest wolny, wrzuciłem niższy bieg i wcisnąłem mocno gaz. Ciągnik poruszał się z prędkością niecałych trzydziestu kilometrów na godzinę. Manewr wyprzedzania powinien potrwać moment.

Wtedy, jak na zawołanie, samochód odmówił posłuszeństwa. Usłyszałem dziwny, niepokojący pomruk z bebechów auta, jakby syk powietrza przedostającego się do pustych przewodów paliwowych. Taki pierwszy obraz pojawił się w moich myślach. Trzykrotnie mocniej wcisnąłem pedał gazu, który zdawał się wiotczeć pod naporem buta. Auto zwalniało.

– Co się dzieje? – zapytała Marta.

W poszukiwaniu świecącej się kontrolki zerknąłem na wyświetlacz kokpitu. Kropka sygnalizująca brak paliwa była niewidoczna; wszystko w porządku. Bak napełniony do połowy. Zamiast tego pojawiła się ikona samochodu z kluczykiem.

– Cholera!

Zredukowałem bieg, naciskałem na gaz, ale samochód wciąż zwalniał, utrzymując silnik maksymalnie na dwóch tysiącach obrotów. W całym pojeździe wyczuwalne było wyraźne drganie.

– Powiedz, że to nieprawda, nie teraz... – jęknęła Marta.

Spoglądałem w panice po desce rozdzielczej opla, która dodatkowo błyskała kolejną lampką ostrzegawczą – tym razem była to ikona silnika.

Zatrzymałem samochód na środku drogi z uwagi na brak pobocza; zamiast niego rozciągał się tam głęboki rów.

– Dlaczego stoimy? – zapytała Marta, tak naprawdę znając odpowiedź.

– Może to tylko jakiś błąd. Zapalę jeszcze raz.

Chwyciłem kluczyk w stacyjce i delikatnie go przekręciłem. Silnik załączył się ponownie, ale samochód od razu przeszedł w tryb awaryjny. Naciskałem na gaz, lecz pojazd toczył się jak żółw, a ciągnik z usatysfakcjonowanym rolnikiem oddalał się z każdą sekundą.

Coś coraz głośniej chrobotało pod maską opla. Znów zatrzymałem auto i spojrzałem wyczekująco na Martę.

– Dobra. Dzwonię po karetkę.

– Może lepiej po taksówkę?

– Jesteś pewna?

– Nie wiem...

Widziałem, że rozdrażnienie Marty narasta. Nie potrafiła jednoznacznie powiedzieć, czego potrzebuje w tamtej chwili. Na pewno chciała jak najszybciej znaleźć się w szpitalu, pod opieką lekarza i położnych. Wciąż trzymała się za podbrzusze.

– Dzwoń po pomoc.

Wyjąłem telefon i odblokowałem go. Wtedy niebieska furgonetka, pędząca zdecydowanie powyżej dozwolonej prędkości, wyminęła nas z przeciągłym jękiem klaksonu. Astrą zakołysało, co wybiło mnie z rytmu. Kliknąłem błędne cyfry wyświetlone na smartfonie.

– Cholera – zakląłem pod nosem.

Zobaczyłem, że Marta spogląda uważnie w boczne lusterko. Zdecydowanie dostrzegła coś, co mocno przykuło jej uwagę. Po chwili przeniosła wzrok na mnie, tak przynajmniej w pierwszej chwili mi się wydawało, ale szybko zorientowałem się, że żona patrzy tuż obok, na mężczyznę, który pojawił się przy drzwiach samochodu.

– W czymś pomóc? – zagadnął.

Z jego mimiki trudno było wyczytać jakiekolwiek emocje. Pytanie zadał spokojnie, jakby stwierdzał fakt. Żeby zajrzeć do środka, musiał znacznie się pochylić; liczył prawie dwa metry, był dobrze zbudowany, gładko ogolony, skórę miał wysuszoną od słońca. Pod bardzo krótko ściętymi włosami rysowała się poryta bruzdami, pękata czaszka o wyraźnie zaznaczonym kształcie. Mężczyzna ubrany był w szary bawełniany T-shirt, na który zarzucił flanelową koszulę w zielono-czarną kratę, oraz spodnie w kolorze khaki. Na stopach miał skórzane buty z wysoką cholewką.

– Pani będzie rodzić – odezwał się po raz kolejny, konstatując rzecz oczywistą.

– Właśnie jedziemy do szpitala – oznajmiłem. – Tylko samochód... – Rozłożyłem ręce w geście bezradności.

– Nie ma na co czekać. Podrzucę was.

Spojrzeliśmy po sobie z Martą, czując, że to najlepsza propozycja, jaką ktoś mógł nam złożyć. Propozycja nie do odrzucenia.

– Dzięki! – rzuciłem.

Wyszedłem z samochodu. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że napotkany mężczyzna przerasta mnie o głowę. Musiałem mocno zadzierać swoją, by spojrzeć mu w oczy. Chciał pomóc Marcie wyjść z auta, ale ona już zdążyła sama podnieść się z fotela.

Kilka metrów za nami dostrzegłem potężnego jeepa, prawdopodobnie grand cherokee, ale na pierwszy rzut oka mogłem mylić się co do modelu. Później sprawdziłem już dokładnie, że właśnie o ten samochód chodziło – trzylitrowy diesel o mocy ponad dwustu koni, rocznik dwa tysiące dziesiąty. Napęd cztery na cztery, skórzane fotele, już mocno wytarte, automat. Sprawdzona jednostka silnikowa i konfiguracja idealna w terenie.

– Wskakujcie. Podwiozę was do szpitala – powiedział, jakby do siebie, wciąż prowadząc Martę do samochodu. Spojrzałem na swoje auto pozostawione tak naprawdę na środku prawego pasa jezdni. Stwarzało zagrożenie, ale to w tamtej chwili kompletnie się nie liczyło. Musieliśmy jak najszybciej znaleźć się w szpitalu.

Marta, wchodząc do jeepa, spojrzała na mnie i powiedziała:

– Zostań.

– Co?

– Chyba nie chcesz porzucić tego trupa tutaj? Zadzwoń po lawetę, weź taksówkę i przyjedź do mnie. I tak nie wejdziesz na oddział.

Racja. Przez pandemię COVID-19 oddziały szpitalne zostały zamknięte dla odwiedzających, a porody rodzinne zakazane. Tylko w nielicznych, głównie prywatnych, placówkach medycznych można było uczestniczyć w porodzie, przeciąć pępowinę, wspierać swoją ukochaną podczas jednej z najważniejszych chwil w życiu. Pozostało mi tylko oczekiwanie, nawet nie na korytarzu, ale przed budynkiem szpitala.

Chciałem być w tym trudnym dla Marty momencie razem z nią. Spróbować ją wspierać. Powiedzieć pokrzepiające słowo. A mogłem jedynie czekać... Denerwować się w samotności. Trzymać kciuki i modlić się, by wszystko przebiegło bezproblemowo i szczęśliwie.

Mężczyzna podał Marcie ramię, na którym mogła się wesprzeć, drugą rękę zarzucił jej na plecy, pomagając utrzymać równowagę i bezpiecznie iść w kierunku samochodu. Wyglądało to dziwnie. Może nie sam widok mężczyzny asystującego ciężarnej kobiecie, lecz fakt, że wszystkiemu przyglądałem się z boku. Nie miałem nic do dodania. Mogłem tylko gapić się bezradnie. Swoje już zrobiłem. Uziemiłem na dobre gruchota, o którego wcześniej przesadnie dbałem, co i tak nie przełożyło się na jego bezawaryjność.

Marta ostrożnie wsiadła do samochodu, co wyraźnie sprawiało jej trudność, ponieważ kabina jeepa zawieszona była całkiem wysoko. Nie pomachała mi, nie uśmiechnęła się, nawet na mnie nie spojrzała. Myślami musiała być gdzie indziej, skupiona na naszym maleństwie mającym lada moment przyjść na świat.

Silnik zapalonego jeepa zawył głośno, a kierowca minął mnie, jakbym nie istniał. Skupiał się na jeździe. Przyśpieszył gwałtownie, aż z cylindrów ukrytych pod maską gruchnęło. Po chwili zapanowała cisza. Żaden samochód nie jechał drogą, na której końcu, w oddali zniknęła terenówka. Poczułem się nieswojo, zostając sam, otoczony jedynie polami i kępami drzew.

Zdałem sobie sprawę, że nawet nie zapytałem tego faceta o imię. Miałem nadzieję, że zdążę przyjechać do szpitala na tyle szybko, by jeszcze go zastać gdzieś na parkingu i podziękować mu za niezmierną przysługę.

Dokładnie pamiętam te niuanse, nakładające się na siebie jak palimpsest kolejno przerabianych wspomnień, projektowanych przez umysł obciążony do granic możliwości. Chciałem z fotograficzną pamięcią odtworzyć każdy ruch, każdą sekundę tamtego przedpołudnia, gdy okradziono mnie z życia.

Później przypominałem sobie o jeszcze jednym szczególe, który, nie wiedzieć czemu, tak mocno wrył mi się w pamięć. Ten widok nie opuszczał mnie przez długi czas. Do dzisiaj przechodzą mi ciarki po plecach, gdy przywołam w wyobraźni dokładny obraz. Stał się obsesją trudną do pokonania. Ciężko mi o tym mówić, ale to jedyna sytuacja, po której nie potrafię wziąć się w garść.

Uznałem, że Marta zrobiła to specjalnie, dając mi niełatwy do odczytania znak. Zagadkę na całe, cholerne życie.

Wychodząc z samochodu, nie zamknęła za sobą drzwi.

Pozostawiła je otwarte, jak zaproszenie do innego świata.

W tym, w którym ja wciąż tkwiłem, przestała istnieć.

ROZDZIAŁ DRUGI

Ernest

Kierowca zatrzymał się na wyznaczonym parkingu dla taksówek. Wręczyłem mu stuzłotowy banknot, z którego nie wydał za wiele. Uśmiechnął się tylko, odsłaniając nierówne zęby, i powiedział:

 

– Jak pechowo z autem, tak z dzieciaczkiem na pewno szczęśliwie.

– Skąd taka mądrość? – burknąłem, wychodząc z samochodu. Nie lubiłem farmazonów wygłaszanych przez taksówkarzy.

– Proszę?

Zatrzasnąłem drzwi i ruszyłem w kierunku głównego wejścia do szpitala, przed którym kłębiło się kilka osób. Tuż przy schodach zaparkowała karetka. Po prawej stronie zauważyłem parę miejsc parkingowych, wcześniej aptekę. Stojąc tyłem do budynku, widziałem rozciągający się wzdłuż ulicy Armii Krajowej ogromny parking, do którego dostępu strzegł automatyczny szlaban.

Odruchowo rozejrzałem się dokoła, próbując dostrzec czarnego jeepa. Szybko zdałem sobie jednak sprawę, że raczej nie znajdę tego samochodu. Nie było powodu, dla którego kierowca, który zaoferował nam pomoc, miałby czekać przed szpitalem. Na pewno wysadził Martę, może pomógł jej dostać się na izbę przyjęć. Mimo wszystko liczyłem na to, że gdzieś jeszcze go spotkam, podziękuję, uścisnę mu dłoń i nawet zaproponuję piwko lub butelkę dobrej whisky w prezencie. Zasłużył na to.

W wejściu natknąłem się na ochroniarza, który zapytał, w jakim celu zjawiłem się w szpitalu. Nakazał mi przemyć dłonie żelem antybakteryjnym z dozownika, a pracownik szpitala ubrany w biały strój ochronny zmierzył mi temperaturę, celując termometrem optycznym w czoło.

– Moja żona była tutaj kilka chwil wcześniej. Nie wiem dokładnie – zacząłem się plątać. – To znaczy rodzi właśnie.

– To nie tutaj – odparł ochroniarz. – Izba przyjęć jest na rampie.

Przypomniałem sobie o wjeździe usytuowanym po prawej stronie budynku szpitala, w kształcie odwróconej litery U. By dostać się tam od izby przyjęć, należało wjechać na wąską platformę i zatrzymać się tylko na chwilę, by nie blokować przejazdu karetkom. Można było również przejść tam na piechotę. Należało pokonać wznoszącą się rampę. Dla wielu ostatnią prostą do krainy umarłych.

Wolałem, żeby Marta rodziła w prywatnej klinice. Stać nas było na wykupienie wszystkich usług i zapewnienie jej opieki na poziomie zdecydowanie wyższym niż ta oferowana przez NFZ. Narodowy Fundusz Zguby. Płać i przepadnij zgodnie z naturalnym prawem selekcji. Miałem mocno ograniczone zaufanie do służby zdrowia. Uważałem, że jeśli płacisz, to wymagasz, a każdy, nawet lekarz, traktuje cię jak klienta, dbając o pozytywne opinie kliniki, która daje mu chleb. Poprawnego funkcjonowania NFZ nie potrafią ogarnąć kolejne rządy. I nie wygląda na to, by coś miało się zmienić. W szpitalach utrzymywanych z naszych podatków możemy liczyć wyłącznie na łaskę. Niedofinansowane pielęgniarki, chaos organizacyjny, brak sprzętu lub pieniędzy, by go używać. Marta jednak uparła się, żeby rodzić w placówce publicznej. Tak zalecał jej lekarz. Nie zamierzałem dłużej z nią polemizować.

Ruszyłem w kierunku rampy, gdy zorientowałem się, że nie mam przy sobie maseczki. Już ochroniarz zwrócił mi na to uwagę. Nie wpuszczą mnie do środka, to pewne. Dlatego wbiegłem do apteki. Oczywiście jak na złość w kolejce stało kilka osób. Nie zamierzałem czekać.

– Przepraszam państwa bardzo – zacząłem podniesionym głosem. Wszyscy zebrani zwrócili głowy w moją stronę. – Wyjątkowa sytuacja, muszę jak najszybciej dostać się na izbę przyjęć, ale nie wziąłem maseczki. Mógłbym tylko... tak w drodze wyjątku – powiedziałem, już wymijając kolejkę. Gdy skończyłem, znalazłem się przy okienku z kasą. – Bardzo proszę o zrozumienie – dodałem jeszcze, pielęgnując swoją asertywność.

Dwie osoby mruknęły coś pod nosem. Staruszka na początku kolejki, nie bacząc na innych, uśmiechnęła się do mnie, tak przynajmniej mi się wydawało,

– Do apteki też nie wchodzi się bez maseczki – zauważyła młoda kobieta. Znaczącą część jej twarzy pokrywała szara maseczka ochronna, znad której wyłaniały się duże oczy i grzywka zakrywająca całe czoło.

Puściłem jej uwagę mimo uszu, co stało się największą zniewagą dla kobiety.

– No halo, mówię do ciebie... pajacu – odezwała się jeszcze głośniej.

Kolejny raz nie zareagowałem. Nachyliłem się natomiast w stronę przeszklenia, podniosłem koszulkę na tyle, by zasłonić twarz, i rzuciłem do nieco speszonego farmaceuty:

– Maseczkę ochronną poproszę.

– Burak! Taki odważny, a udaje, że nie słyszy.

Postanowiłem już do końca ignorować zaczepki kobiety. Wiedziałem z praktyk negocjacyjnych, że cisza potrafi bardziej wytrącić z równowagi niż nawet najbardziej zmyślna obelga. Pozwolić się wygadać oponentowi, a gdy ten tak skonstruuje zdanie, by wymusić odpowiedź, nie odzywać się – doskonała technika wytrącająca oręż nawet najlepszym mówcom, handlowcom, biznesmenom i politykom. Może po prostu powinienem częściej trzymać język za zębami i z nikim nie rozmawiać? Poza tym tego dnia nikt i nic nie było w stanie zepsuć mi dobrego humoru – w końcu zaraz miał się urodzić mój syn! Czy coś mogłoby zakłócić tak wielkie szczęście?

Mężczyzna, prawdopodobnie zaopatrzeniowiec, w białym renault transicie trąbił przeciągle klaksonem. Stał na drodze przejazdowej. Taksówkarz parkujący w niedozwolonym miejscu nic sobie nie robił z sygnału dźwiękowego i pomagał klientce wyjąć z bagażnika walizkę. Pamiętam, że wdali się w utarczkę słowną. Zadziwia mnie, jak wyraźnie pamiętamy niektóre sytuacje, wydawać by się mogło, całkowicie błahe. Ale wydarzenia tamtego dnia wryły się w mój umysł niczym dłuto wypełniające literami kamienną tabliczkę.

Pamiętam również, jak rozemocjonowany wbiegałem po schodkach w stronę izby przyjęć. Wszedłem przez rozsuwane drzwi, po czym znalazłem się na korytarzu, na którym kilkanaście osób czekało na wezwanie. Rozejrzałem się wokół. Nie wiedziałem, co dalej robić. Dokąd iść? Kogo zapytać o Martę? Widziałem smutne twarze oraz ludzi równie zakłopotanych jak ja. Naraz usłyszałem z głośnika:

– W czym mogę pomóc?

W okienku zamontowanym w drzwiach pojawił się pracownik szpitala.

– Moja żona przyjechała na poród – zacząłem. – Może jakieś pół godziny temu albo z czterdzieści minut.

– To musi pan iść głównym wejściem, na drugie piętro, oddział ginekologiczno-położniczy. Ale pan tam nie wejdzie. Jest zakaz.

– Nie wpuścili mnie na dole. Mówili, żeby tutaj się pojawić.

– Bzdura – żachnął się mężczyzna w maseczce. – Pewnie źle zrozumieli. Najlepiej poczekać na zewnątrz. Nawet jak już będzie po porodzie, nie wejdzie pan na oddział. Nie ma teraz porodów rodzinnych.

Jakoś nie docierały do mnie słowa tego człowieka. Próbowałem wyobrazić sobie, co czuje Marta. W tak ważnej i stresującej chwili. Sama, wśród obcych ludzi, w bardzo intymnej sytuacji. Jakże chciałem być wtedy przy niej. Miałem wrażenie, że ordynator, który zakazał porodów rodzinnych, odarł mnie z niepowtarzalnych, wyjątkowych wspomnień. Ale to nie było ważne. Liczył się fakt, że nie mogłem towarzyszyć Marcie. Nawet nie wiedziałem, co się z nią wtedy dzieje. Czy już zaczął się poród? Czy jeszcze czeka? Podejrzewałem, że nadszedł ten moment, ponieważ nie odezwała się od czasu, gdy wysiadła z naszego samochodu.

Wyszedłem stamtąd i skierowałem się ponownie do głównego wejścia. Wtedy wyjaśniłem już pracownikowi ochrony, że chciałem dostać się na drugie piętro, gdzie rodzi moja żona, a ten ponownie uświadomił mi, że to bezcelowe, ponieważ nie wejdę na oddział, a oni mogą wpuszczać osoby, które chcą przekazać paczki pacjentom, ale tylko w godzinach od 16.00 do 17.00.

– Co mam więc zrobić? – zapytałem. Czułem się bezradny i totalnie zestresowany, co rzadko mi się zdarza. W zasadzie nigdy. Emocje, które się pojawiały, były dla mnie całkiem obce. Nie wiedziałem, jak sobie z nimi poradzić.

– No niech pan zaczeka na telefon od żony. Ale nie w szpitalu – poinstruował mnie ochroniarz.

Wyszedłem na zewnątrz. Spróbowałem zadzwonić do Marty. Miała wyłączony telefon. Prawdopodobnie, ponieważ system przerywał nawiązane połączenie. Odruchowo zaciskałem z całej siły palce na urządzeniu, aż trzeszczał pokrywający je plastik. Co rusz sprawdzałem również Messengera oraz WhatsAppa, wyczekując na wiadomość od Marty. Spodziewałem się zaraz ujrzeć zdjęcie Marcinka – na takie imię zdecydowaliśmy się już dawno.

Ponowiłem próbę połączenia, ale nadal to samo – przerywany sygnał. Przez moment zastanawiałem się, czy Marta nie prowadzi z kimś rozmowy, ale bardziej wyglądało to na wyłączony telefon. Postanowiłem zaczekać. Nie mogłem jednak wytrzymać w miejscu. Krążyłem przed wejściem do szpitala, obszedłem cały parking wzdłuż i wszerz; jeszcze trochę i wydeptałbym dziurę w asfalcie. W końcu wpadłem na pomysł, by kupić paczkę fajek w pobliskim sklepie spożywczym. Tylko nikotyna mogła ukoić moje nerwy w tamtej chwili. Marta nie pochwalała nałogu, którego tak naprawdę nie traktowałem jako uzależnienie. Zdarzało mi się palić okazyjnie, do piwka, grilla, podczas wyjścia ze znajomymi. Starałem się jednak nie palić za często. Teraz wypalam co najmniej paczkę na dzień.

Kupiłem winstony, niebieskie, i szybko wypaliłem pierwszego papierosa, po czym od razu zapaliłem kolejnego. Gdy wyrzucałem niedopałek do kosza na śmieci stojącego przed sklepem, skąd miałem widok na boczną ścianę szpitala, zakręciło mi się w głowie. Dawno nie przyjąłem tak dużej dawki nikotyny oraz substancji smolistych, od których pojawiły się zawroty. Pospacerowałem po okolicy, wciąż trzymając telefon w pogotowiu.

Minęła godzina. Nadal nic. Już dawno Marta powinna dać znać. Tak przynajmniej mi się wydawało. Słyszałem też jednak opowieści o kobietach rodzących kilkanaście godzin. Jeśli faktycznie poród już się zaczął, mogła do mnie zadzwonić któraś z położnych... A może po prostu Marcie rozładował się telefon?

Z milionem myśli krążyłem w kółko, paląc papierosa za papierosem.

Gdy minęła kolejna godzina, zacząłem poważnie się niepokoić. Nie mogłem krążyć przed szpitalem, nie wiedząc zupełnie, co właśnie dzieje się z moją żoną. Kochana Marta, trochę bała się porodu. To nasze pierwsze dziecko.

Wróciłem do szpitalnego holu. Wyjaśniłem ochroniarzowi, stanowczo, choć całkiem spokojnie, że muszę dowiedzieć się, co z moją żoną. Wysłuchał mnie z uwagą, po czym westchnął głęboko, mówiąc:

– Na drugie piętro i niech pan zadzwoni. Dzwonek jest zaraz przy wejściu na oddział. Ktoś powinien przyjść i udzielić informacji.

Prawdopodobnie co chwilę miał takie przypadki – spanikowanych mężów, którzy za wszelką cenę chcieli być przy boku żony.

– Dzięki – rzuciłem, po czym ruszyłem długim korytarzem, mijając przychodnię, wejście na klatkę schodową oraz szpitalny sklepik z artykułami spożywczymi. Przywołałem jedną z czterech wind.

W powietrzu unosił się specyficzny zapach szpitala, środków dezynfekujących oraz pacjentów odartych z godności przez chorobę. Było duszno, brakowało przewiewu. Po wyjściu z windy skręciłem w prawo i znalazłem się w obszernym korytarzu, na którego końcu zobaczyłem napis informujący o oddziale porodowym. Po lewej znajdował się sekretariat i oddział ginekologiczny, a z kolei z prawej oddział patologii ciąży. Zimny dreszcz przeszedł mnie po plecach, gdy przeczytałem tę nazwę. Wyjątkowo porażające zestawienie dwóch słów, które nie powinny znajdować się obok siebie.

Wcisnąłem guzik dzwonka opatrzonego etykietą „sekretariat”. Po dłuższej chwili w drzwiach pojawiła się pielęgniarka. Spojrzała na mnie wyczekująco, nic nie mówiąc.

– Tak około trzech godzin temu moja żona pojawiła się tutaj. Rodzi. Chciałem wiedzieć, co z nią.

– A to proszę pytać na oddziale porodowym. Tutaj po lewej.