Świat jest pełen chętnych sukTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Jacek Piekara
Świat jest pełen chętnych suk
Ilustracje
Jarosław Musiał


Lublin 2012

Miłość, seks, nienawiść

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Zielone pola Avalonu

Deidre nie mogła nastawiać budzika, bo jego sygnał z całą pewnością obudziłby Reginalda. Ale lata praktyki spowodowały, iż była czujna jak ptak. Punktualnie o piątej otwierała oczy i przeżywała chwilę satysfakcji, wpatrując się w połyskujące seledynowo w ciemnościach wskazówki zegara. Mała stała na piątce, duża już pochylała się w stronę dwunastki i tylko włos dzielił ją, aby ulokować się pomiędzy jedynką a dwójką. Deidre wsłuchała się w głośne sapanie śpiącego Reginalda, a następnie ostrożnie odgarnęła kołdrę. Mąż ruszył się niespokojnie, więc zamarła na moment. Potem opuściła cichutko bose stopy na podłogę i podniosła się z łóżka. Przemknęła jak duch przez sypialnię i bardzo, bardzo ostrożnie uchyliła drzwi. I równie ostrożnie zamknęła je za sobą. Teraz mogła zachowywać się dużo swobodniej. Drzwi i ściany sypialni zostały niegdyś przebudowane i wypełnione specjalną, dźwiękoszczelną watą. I nie było zza nich słychać ani szumu wody, ani nawet grającego radioodbiornika lub telewizora. Może dlatego Reggie tylko w sypialni przeprowadzał z nią naprawdę POWAŻNE rozmowy.

– Będę musiał z tobą naprawdę POWAŻNIE porozmawiać, Di – mówił, a jego ciemne oczy spoglądały na nią jak martwe.

Nienawidziła, kiedy ktokolwiek nazywał ją Di, a Reginald mówił tak zawsze. Tylko raz zwróciła mu uwagę, na samym początku małżeństwa. Tylko raz, bo potem bardzo skutecznie przekonał ją, iż w tym domu jedynie on jest od zwracania uwagi.

Była piąta i Deidre miała dwie godziny na przygotowanie wszystkiego, co trzeba. Zeszła na dół do lśniącej czystością kuchni i włączyła telewizor. Wyjęła paczkę tostów, jajka, dżem i sprawdziła, czy w automacie znajduje się wystarczająca ilość ziaren kawy. Pamiętała ten poranek, gdy zapomniała sprawdzić, czy w pojemniku jest kawa. Automat zasyczał, wypluł z siebie pół kubka ciemnej, gorącej cieczy, a potem umilkł. Nerwowo raz i drugi wdusiła przycisk, czując cały czas na sobie wzrok Reggiego. Wiedziała, że przestał jeść i wpatruje się w jej plecy.

– Jakieś kłopoty, kochanie? – zapytał.

– Nie – odparła chyba nieco za głośno i zajrzała do pojemnika.

Zamarła, kiedy zobaczyła, że nie ma w nim ani jednego ziarenka. Co gorsza – kawy nie było również w szafce. A przecież powinna tam stać! Brązowa paczka ze złotym napisem. Potrąciła pudełko z płatkami śniadaniowymi, ale w ostatniej chwili udało jej się je złapać. Tylko dwa złote cornfleksy wypadły i sfrunęły na podłogę. Pochyliła się, by je podnieść.

– Gdzie jest moja kawa, Di? – usłyszała.

Zebrała kukurydziane okruchy z podłogi i włożyła z powrotem do otwartego pudełka. Nie powinna tego robić, jednak zdała sobie sprawę z błędu dopiero, gdy je tam wrzucała. Poczuła szarpnięcie za ramię. Kiedy Reggie wstał z krzesła? – zdążyła tylko pomyśleć.

– Myślisz, że będę jadł to gówno, kobieto? – Trzymał ją palcami twardymi jak obcęgi. – Myślisz, że będę jadł płatki z tym całym syfem z podłogi?

Wziął pudełko i sypnął Deidre płatkami w twarz. Potem zanurzył prawą dłoń, nabrał garść, skruszył w palcach i zaczął wcierać w jej twarz i usta. Szarpnęła się, a on puścił ją zaskakująco szybko.

– Posprzątaj tu, flejo – powiedział z obojętnym niesmakiem i wtarł kilka okruchów podeszwą buta w podłogę.

Myślała, że wtedy wszystko się skończy. Nadspodziewanie dobrze, jak na stopień jej winy. Ale Reggie zapomniał o kawie tylko na moment. Zobaczył napełniony do połowy kubek i odwrócił się w stronę Deidre niczym atakujący wąż. Jego oczy były puste i martwe.

– Jestem dobrym mężem, prawda Di? – spytał, przeciągając samogłoski. – Mam pracę, przynoszę do domu pensję, nie wychodzę wieczorami, czyż nie? Opiekuję się tobą i dbam o ciebie. A czy chcę w zamian tak dużo?

Znowu poczuła, jak na ramieniu zaciskają się jego palce. Wiedziała już, że co najmniej przez tydzień będzie miała siniaki.

– Chcę tylko dostać śniadanie – ciągnął. – Dobre, domowe śniadanie z kawą. I co? – wrzasnął prosto w jej twarz. – I dostaję to! – Chwycił kubek z szafki, gorący płyn prysnął mu na palce i na dekolt Deidre. – Resztkę marnych szczyn!

Chwycił Deidre za brodę i jednym ruchem rzucił na blat szafki. Nogami unieruchomił jej nogi. Wisiał nad nią, potężny, ciemnowłosy i pachnący Old Spicem.

– Sama to sobie pij! – Nacisnął palcami jej szczęki, tak że musiała je rozewrzeć, i wlał pół kubka kawy w jej usta.

Ból ją ogłuszył. Wrzątek poparzył wargi, język, podniebienie i gardło. Nie mogła krzyczeć, bo się dławiła, a poza tym cały czas szczęki miała unieruchomione w potężnym uścisku palców Reggiego. W końcu pchnął ją na podłogę; upadła, łkając. Podszedł do stołu i zrzucił na podłogę i na nią samą wszystko, co przygotowała. Jajka na bekonie i tosty, zimny sok pomarańczowy ze świeżo wyciśniętych owoców i serdelki z musztardą. Potem zrozumiała, że Reginald zastanawia się, co robić dalej, i wiedziała, że musi wykorzystać ten moment. Gdyż w innym wypadku będzie z nią naprawdę źle. Obróciła się, podpierając łokciem.

– Spóźnisz się do pracy, kochanie – powiedziała, łzy ciekły jej po policzkach, tak bardzo bolało ją samo mówienie. – Już prawie ósma.

Spojrzał na nią, a w jego oczach coś błysnęło. Jakby zadziałał wewnętrzny flesz. Nie były już czarne i martwe.

– No właśnie – powiedział z żalem w głosie. – A tu taki bałagan. Zrobisz mi drugie śniadanie, aniołku?

– Oczywiście, kochanie – wstała. – I zaraz się zabiorę za sprzątanie.

– Moja mała gospodyni. – Klepnął ją czule w tyłek i wyszedł z kuchni.

Zrobiła mu drugie śniadanie. Kanapki z salami, kanapki z tuńczykiem i sałatkę owocową w plastikowym pojemniku. Włożył wszystko do teczki i podziękował roztargnionym uśmiechem, a ona miała czas i odwagę, by zacząć płakać, dopiero kiedy usłyszała trzaśnięcie drzwi.

Tak więc od tamtej chwili dbała już, aby kawa z całą pewnością znajdowała się w pojemniku. Nie mogło też zabraknąć mleka, dżemu morelowego (tylko takiego, w którym były duże kawałki owoców), tostów, boczku, jajek, soku ze świeżo wyciśniętych pomarańczy i serdelków z indyka. Od czasu do czasu Reginald lubił też zamaczać tost w syropie klonowym, ale zdarzało się to rzadko, bo dbał o linię. Na szczęście nie było tych produktów na tyle dużo, by Deidre miała kłopoty z zapamiętaniem, co kupić i co rano przygotować. Gorzej, że Reginald miał swoje upodobania. Jajka nie mogły gotować się dłużej niż trzy minuty, a serdelki musiały być podgrzane, ale nie na tyle, by parzyły w palce, gdy zdejmował z nich skórkę.

– Może ja ci obiorę parówki, kochanie? – zaproponowała kiedyś.

– Przecież nie będziesz mi usługiwać jak dziecku – obruszył się natychmiast.

Z kolei sok pomarańczowy miał być chłodny, ale nie na tyle zimny, by utracić aromat, a boczek przyrumieniony, ale broń Boże przypieczony lub zwęglony na brzegach. Zwęglony boczek kosztował Deidre wytłuczoną jedynkę i wizytę u doktora Milesa, który dobrotliwie narzekał, jak tak piękna kobieta z tak zdrowymi zębami mogła dopuścić do tego, by tak nieostrożnie jeść brzoskwinię.

– Pestki to straszna sprawa, moja droga – mówił, opiłowując jej resztkę zęba i szykując miejsce pod koronkę. – Żebyś ty widziała, ilu siedziało tu ludzi, którzy myśleli, że ich zęby są twardsze od pestek!

Gdy wróciła do domu, Reggie spojrzał tylko na nią zza gazety.

– Miło widzieć znowu twój piękny uśmiech – powiedział uprzejmie i rozlał do kieliszków białe wino.

Przygotował nawet półmisek owoców morza i dopilnował, aby zjadła wszystko, co nałożył jej na talerz. Zapalił świece w mosiężnym świeczniku (plama rdzy na nim kosztowała kiedyś Deidre siniaka pod okiem), a potem długo kochał się z nią na sofie. Patrzyła w śnieżnobiały sufit i myślała o tym, że gdy skończy już nad nią sapać i dyszeć, będzie mogła pójść do kuchni i pozmywać naczynia. Ale jednocześnie była mu wdzięczna, że stara się jej sprawiać przyjemność, więc w odpowiednim czasie głośno krzyknęła i, tak jak lubił, przeorała mu plecy paznokciami.

Reggie wstawał o siódmej rano, ale zrobienie śniadania nie było jedynym obowiązkiem Deidre. Musiała zadbać, by ręczniki były suche, świeże i pachnące, a do wanny lała się właśnie ciepła woda. I żeby nie było jej ani za dużo, ani za mało, tak by punktualnie o siódmej dziesięć Reginald mógł położyć się w wannie i aby woda sięgnęła mu obojczyków, ale nie wylała się na posadzkę. No i żeby nie była ani za zimna, ani za gorąca.

– Chłodna kąpiel psuje mi humor na cały dzień – wyznał jej niegdyś i miała okazję sprawdzić, jak bardzo zły jest to humor, kiedy POWAŻNIE porozmawiał z nią za wygłuszonymi ścianami sypialni.

Poza tym Reggie lubił czytać przy śniadaniu, więc na stole musiała leżeć dzisiejsza gazeta. A w garderobie wyprasowana koszula. Dobrze wyprasowana – jak zaznaczał. Resztę ubioru dobierał sobie sam i czasami w Deidre budziło się coś na kształt macierzyńskiego rozczulenia, gdy miał kłopoty z doborem krawata i patrzył na nią tym wilgotnym, włoskim wzrokiem, mówiąc: „Kochanie, chyba tylko ty mi możesz pomóc”.

 

Czas do ósmej, do wyjścia męża, był dla Deidre nieustannym zmaganiem się z rzeczami i własną pamięcią. I nieustannym niepokojem, czy wszystko jest jak trzeba. Kiedyś wypatrzył w holu plamę błota, której nie usunęła, zabierając sprzed drzwi gazetę.

– Wiesz, Di – powiedział, dotykając przelotnie jej ramienia. Z trudem pohamowała się, by nie uskoczyć, to by go na pewno rozsierdziło. – Może powinienem zatrudnić sprzątaczkę? Pomogłaby ci trochę...

Zastanawiała się później nad tym, czy w ogóle choćby przez chwilę pomyślał serio o tej propozycji. Sądziła jednak, że to były jedynie nic nieznaczące słowa. Jak mógłby wpuścić do domu kogoś obcego? On, który nigdy nie zapraszał gości, a każda wizyta elektryka, hydraulika, czy innego fachowca (przecież w domu zdarzały się, jak wszędzie, awarie) była śledzona przez niego z najwyższą podejrzliwością. Raz na zawsze zabronił również wpuszczania domokrążców i akwizytorów, co zresztą wydawało się Deidre słuszne, zważywszy na to, ile w telewizji mówiono o napadach i kradzieżach. Nie wyobrażała sobie jednak w domu obcej kobiety. Kobiety, nieznającej przyzwyczajeń Reggiego, niewiedzącej, że story w salonie mają być zawsze zaciągnięte, a na kolekcji porcelanowych i gipsowych słoników nie ma prawa znaleźć się nawet jeden pyłek kurzu. Te słonie, począwszy od maleńkich jak paznokieć, aż do olbrzymów z dumnie zadartymi trąbami, doprowadzały początkowo Deidre do szału. Ale potem przyzwyczaiła się do nich tak jak do wszystkiego. Do tego, by codziennie dokładnie wycierać je szmatką nasączoną antystatycznym płynem i uważać, aby po wytarciu stały dokładnie w tej samej pozycji jak poprzednio. Reggie nie znosił, gdy jego rzeczy były przekładane, a słonie z kolekcji ułożył w sobie tylko wiadomej, ale świetnie rozpoznawanej konfiguracji.

Ten dzień miał jednak być inny od poprzednich. Reginald wstał w dobrym humorze, schodząc do kuchni, uszczypnął Deidre czule w pierś, uśmiechając się przy tym łobuzersko. Lubił, jak od samego rana jest zadbana i przygotowana do dnia. O siódmej rano musiała mieć staranny makijaż i pomalowane paznokcie, a nie było tak łatwo uważać na lakier, kiedy miało się tyle domowych obowiązków. Dopuszczał, co prawda, by ubierała się w biały frotowy szlafrok (sam go jej kupił na urodziny), ale znacznie bardziej wolał ją w którejś z jasnych, wydekoltowanych sukienek. Miała ich całą kolekcję. Krótkich, niesięgających kolan i obcisłych na tyłku. Wiedziała, że Reggiemu podobają się jej zgrabne nogi (kiedy go nie było, lubiła przeglądać się w lustrze i doskonale zdawała sobie sprawę, że ma wyjątkowo ładne łydki oraz uda) i duży biust wypychający materiał sukienki. Nie lubił, gdy nosiła staniki, chyba że wieczorem zakładała czerwony lub czarny z delikatnej koronki.

– Lubię, jak ci tak sterczą – mawiał, kiedy był w dobrym humorze i szczypał ją w sutki, a ona uśmiechała się, bo choć ją bolało, to wiedziała, że jest to oznaka czułości.

Jednak tego dnia Reginaldowi humor popsuł się dość szybko. O wpół do ósmej rano zadzwonił telefon i mąż Deidre stał w przedpokoju z zasępioną miną i mówił tylko:

– Tak, panie prezesie. Oczywiście, panie prezesie. Nie ma żadnego kłopotu, panie prezesie.

Ale gdy odłożył słuchawkę, miał zaciętą twarz i znowu te martwe, czarne oczy bez wyrazu.

– Ten kutas wysyła mnie na tydzień w delegację – powiedział i uderzył słuchawką w aparat tak, że w środku aż coś jęknęło. – Zachorował gość z mojego działu i wysyłają mnie.

Odwrócił się i Deidre widziała, że drżą mu dłonie. Stał w przedpokoju, ubrany tylko w biały podkoszulek i białe bokserki, a Deidre wiedziała, że przebywa teraz gdzieś daleko we własnym świecie. Jego oczy ciemniały i mętniały coraz bardziej.

– Dokąd jedziesz, kochanie? – zapytała najspokojniejszym tonem, na jaki tylko mogła się zdobyć.

Mogła nie pytać. Ale przecież wtedy Reggie podszedłby do niej tym swoim wolnym, kołyszącym krokiem i wziął ją pod brodę.

– Nie interesuje cię, dokąd wysyłają męża? – zapytałby z głuszoną wściekłością w głosie. – Nie ma dla ciebie różnicy, czy to jest Nowy Jork (tu padłby pierwszy cios), Pernambuco, czy Laponia?!

Geograficznym nazwom towarzyszyłyby następne uderzenia, a kiedy Deidre już upadłaby na podłogę, pochyliłby się nad nią i podniósł szarpnięciem.

– Musimy POWAŻNIE porozmawiać o twoim stosunku do małżeństwa – powiedziałby.

Dlatego też wolała spytać. W jego oczach znowu błysnęło coś jak wewnętrzny flesz i Deidre odetchnęła z ulgą. Zacisnęła pięści, by nie pokazać, że drżą jej palce.

– Do Londynu – powiedział z żalem. – Osiem godzin w pieprzonym samolocie, w którym nie można nawet zapalić.

Podrapał się za uchem i przeszedł do kuchni. Usiadł przy stole i pogrzebał widelcem w jajkach, które zdążyły pokryć się już szklistym nalotem. Deidre zamarła, ale wzięła się w garść i weszła odważnie do kuchni.

– Usmażyć ci następne, kochanie? – zapytała. – Przez ten telefon wszystko wystygło.

– Nie – mruknął. – Dziękuję. – Podniósł na nią wzrok. – Jesteś taka kochana, Di. Co ja bym bez ciebie zrobił?

Wstał i przytulił ją mocno do piersi, a potem pocałował w kark.

– Ślicznie pachniesz – powiedział. – A co byś powiedziała na małe, pożegnalne rżniątko, hm? W końcu nie będziesz tego mieć przez cały tydzień!

– Jasne, Reggie – odparła i wsunęła dłoń w jego bokserki. – Sama nie wiem, jak dam radę tyle bez ciebie wytrzymać.

Obrócił ją, tak że prawie położyła się na stole. Wyciągnął jej piersi zza sukienki i wszedł mocno od tyłu. Naczynia szczękały, kiedy stół poruszał się pod wpływem jego pchnięć. Deidre patrzyła na kawę w żółtym kubku, która kołysała się jak powierzchnia wzburzonego morza, i miała nadzieję, że napój nie zaleje białego obrusa, gdyż z doświadczenia wiedziała, że plamy po kawie bardzo ciężko jest wywabić.

* * *

Dom bez Reggiego wydawał się inny. Pierwszego ranka Deidre obudziła się punktualnie o piątej i jak zwykle spojrzała na seledynowe wskazówki zegara. Ostrożnie odchyliła kołdrę i zsunęła stopy na podłogę. I w tej samej chwili zdała sobie sprawę z tego, iż ostrożność jest zupełnie niepotrzebna. Leżała na wznak, wsłuchując się w ciszę panującą w pokoju. Słyszała tylko swój własny, delikatny i spokojny oddech. Ale obok niej panowała cisza. Żadnego sennego posapywania, chrząkania, szelestu pościeli. Miejsce obok było puste i chłodne. Powiodła palcami po delikatnej powierzchni jedwabiu, jakby chcąc się upewnić. Ale zamiast ciepłego ciała Reginalda był tylko jedwab. Wtedy Deidre uśmiechnęła się do własnych myśli, schowała stopy pod kołdrę i przekręciła się na bok. Wtuliła głowę w poduszkę i zasnęła znowu. Obudziła się, gdy krótsza wskazówka sięgała dziewiątki. Przerażenie o mało nie zatrzymało jej oddechu. Czuła, jak serce trzepocze w piersiach niczym mały, przerażony szczur, złapany do laboratoryjnej klatki. Zimny dreszcz przebiegł od pośladków aż po nasadę karku. W jaki sposób obudzi Reggiego? Jak powie mu, że przyjdzie do pracy co najmniej godzinę spóźniony? Nie będzie miał czasu na POWAŻNE rozmowy, ale po południu, gdy wróci z pracy, nic nie obroni jej przed małą dyskusją w sypialni. Bo Reggie tak powie: „Czas na małą dyskusję, Di”. I zaprosi ją do środka uprzejmym, pozbawionym emocji gestem. Deidre wiedziała, jak to będzie, gdyż kiedyś zdarzyło jej się zaspać prawie dwie godziny. Po południu Reginald stanął w drzwiach sypialni, jeszcze w garniturze, z teczką w ręku. Deidre siedziała na brzeżku łóżka, wtulając dłonie pomiędzy drżące uda.

– Mam nadzieję, że nie miałeś przeze mnie kłopotów – powiedziała cicho, nie podnosząc wzroku.

To zdanie wyzwoliło w Reggiem agresję. Cisnął w nią teczką, a srebrne okucie rozdarło skórę nad prawym okiem. Do dzisiaj ma w tym miejscu leciutką, bladą bliznę. Wąziutką kreseczkę, wędrującą od prawego kącika w stronę skroni. Nie szpeci, a Reginald kiedyś powiedział, że dodaje jej twarzy charakteru. Ale potem było gorzej. Chwycił ją za włosy i rzucił twarzą w pościel. Czuła tylko odór jego potu i zapach wściekłości.

– Prezes bardzo pilnie chciał się ze mną widzieć o dziewiątej – mówił, wyraźnie akcentując poszczególne słowa i przy każdym tłukł Deidre z całej siły pięścią między łopatki.

Nie mogła ani krzyczeć, ani płakać, bo powietrze uwięzło jej w płucach. Zresztą krzyk i płacz najczęściej tylko rozdrażniały Reginalda. Potem chwycił ją obiema dłońmi za włosy i walił jej głową w poduszkę. To nawet nie bolało. Starała się tylko obracać twarz policzkiem, aby przez przypadek nie złamał jej nosa. Wreszcie zmęczył się i zlazł z łóżka. Usłyszała trzaśnięcie drzwi. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na cichy płacz w wybrudzoną szminką pościel. A potem Reggie wrócił, przebrany już w domowe ubranie, i powiedział wesołym głosem:

– Wiesz co, pomyślałem sobie: pieprzyć prezesa. Co ja się będę przejmował? Zamówiłem chińszczyznę, kochanie. Co ty na to? Może wyjdę po butelkę wina, a ty się w tym czasie wykąpiesz?

– Oczywiście, Reggie – odparła. – Miałam dzisiaj prawdziwą ochotę na coś ostrego.

– Coś ostrego będzie dopiero wieczorem – rzucił z figlarnym uśmiechem, i słyszała, jak schodzi po schodach, pogwizdując arię z „Cyrulika sewilskiego”.

Dlatego teraz leżała jak sparaliżowana, dopóki nie uzmysłowiła sobie, że nie musi nikogo budzić. Była dziewiąta godzina, a Reggie przebywał daleko stąd. Kilka tysięcy kilometrów stąd, w małym londyńskim hoteliku na Gloucester Road. Zadzwonił do niej zaraz po przyjeździe i opowiedział, a raczej poskarżył się, jaki ma pokój i jak działa londyńskie metro (działało źle). Wstała i położyła zegarek cyferblatem na szafkę. Zarzuciła na ramiona biały szlafrok i zeszła na dół, do kuchni. Wrzuciła do miseczki garść kukurydzianych płatków z owocami i zalała mlekiem. Przez chwilę miała ochotę wyjąć jajka oraz serdelki, ale potem uśmiechnęła się do siebie i wrzuciła wszystkie serdelki do worka na śmieci. Reggiego nie będzie przez tydzień, więc i tak nie będzie kto miał tego zjeść. Podgrzała tost, posmarowała go duńskim masłem, po czym zostawiła na stole niedojedzone resztki.

Do południa wylegiwała się w wannie i nastawiła jacuzzi na delikatny masaż. Od czasu do czasu, kiedy tylko słyszała skrzypnięcie lub hałas dobiegający z zewnątrz, zamierało w niej serce. Zastanawiała się, co by było, gdyby teraz rozległ się w zamku drzwi chrobot klucza, a Reggie stanąłby w progu i z zadowoloną miną powiedział: „Ale cię nabrałem, co?”. Wiedziała jednak, że to absolutnie niemożliwe. Dokładnie o dwudziestej trzeciej czasu londyńskiego zadzwoniła do jego nieprzytulnego, jak mówił, hotelu na Gloucester Road, aby życzyć mu dobrych snów i pocałować na dobranoc. Gdy się z nią żegnał, słyszała w jego głosie niespotykaną czułość. Tak więc nie musiała się bać, że to tylko dowcip. Znała go też na tyle, by wiedzieć, iż odwołany wcześniej z delegacji z całą pewnością zadzwoni, aby się poskarżyć i wyżalić. Bardzo rzadko rozmawiał z nią o swojej pracy i jeśli rozmowy takie już były, to ograniczały się do utyskiwań na tępych współpracowników i nic nierozumiejących szefów. Nie do końca wiedziała, czym się zajmował, poza tym, iż miało to związek z finansami i inwestycjami prowadzonymi głównie w Europie Zachodniej.

Po kąpieli dokładnie wytarła się suchym, dopiero co zdjętym z elektrycznego podgrzewacza ręcznikiem i stanęła przed lustrem. Uśmiechnęła się na widok swojego ciała i lekko uniosła piersi dłońmi. Miała już trzydzieści jeden lat, ale ciało nastolatki. Szczupłe, zgrabne uda, idealnie przewężoną talię, biodra bez grama tłuszczu i piersi godne modelek „Playboya”. Była z Reggiem od jedenastu lat i nie kochała się z nikim prócz niego. Zdawała sobie sprawę z tego, że dwudziestoletnia dziewica to dość śmieszne w dzisiejszych czasach, ale jej doświadczenia erotyczne ograniczały się do pocałunków na prywatkach i ewentualnie delikatnych obmacywanek, z których szybko się wycofywała, widząc, że sprawy mogą zajść za daleko.

Seks nie sprawiał jej ani szczególnej przyjemności, ani przykrości. Jednak doskonale zdawała sobie sprawę, że Reginald oczekuje czegoś więcej. Z pism kobiecych czy z filmów świetnie wiedziała, jak powinna zachowywać się gorąca kochanka. „Och, kochanie, tak, tak właśnie rób”, „Reggie, wsadź mi go, błagam”, „Taaak, właśnie taaak, proszę cię”. I spazmatyczny krzyk na koniec, połączony z szarpnięciem paznokciami po plecach. Mógł być z niej zadowolony (widziała, że kiedyś oglądał w lustrze blizny po jej paznokciach z wyraźną satysfakcją), a jej nie sprawiało kłopotu wypowiadanie tych słów, które przelatywały gdzieś obok i niknęły, nieważne i nieistotne.

 

Przebrała się w zieloną sukienkę, która pasowała do rudych włosów, zeszła do salonu i włączyła telewizor. Do wysmukłego kieliszka nalała sobie odrobinę martini, położyła się wygodnie na sofie i sięgnęła po puszkę z solonymi orzeszkami. I wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Serce podskoczyło jej do gardła, ale zdała sobie sprawę, że to nie może być Reginald. Z całą pewnością nie dzwoniłby, tylko skorzystał z kluczy. Chyba że... A jeśli zapomniał ich w Londynie? Nie, nie, starała się uspokoić, przecież wiesz, że to niemożliwe, aby wrócił już teraz. Wstała i cichutko podeszła do drzwi. Ktoś znowu wdusił szybko i jakby ze zniecierpliwieniem przycisk dzwonka. Raz, drugi i trzeci.

– Kto tam? – zapytała, przełamując się. – Kto tam? – powtórzyła głośniej.

– Federal Express. – Głos za drzwiami był trochę znużony. – Mam dla pani przesyłkę.

– Przesyłkę? – Zdziwiła się. – Nie czekam na żadną przesyłkę.

– Proszę pani... – Głos naprawdę starał się być uprzejmy. – Ja tylko roznoszę paczki. Jeśli pani mieszka na Elm Street 12, to przesyłka jest do pani.

Deidre ostrożnie nachyliła się do wizjera. Przed progiem stał szpakowaty mężczyzna w pocztowym uniformie. Na ulicy zobaczyła zaparkowaną półciężarówkę z napisem FedEx. Jednak ostatecznie przekonało ją, kiedy rozdzwoniła się komórka wisząca przy pasie u boku mężczyzny, a wysłuchał on z niej jakiegoś głośnego, choć niewyraźnego polecenia i powiedział: „Już jadę, szefie, tylko załatwię sprawę na Elm”. Deidre odsunęła zasuwkę, a potem zdjęła łańcuch. Ostrożnie uchyliła drzwi.

– To dla pani. – Mężczyzna wyciągnął w stronę Deidre paczkę owiniętą w szary papier. – Pani Rice, prawda?

Deidre nie miała na nazwisko Rice. Pierwszy raz je usłyszała z ust tego mężczyzny. Już chciała powiedzieć, że to pomyłka, i zamknąć drzwi, gdy nagle wbrew sobie i zdumiona własnymi słowami powiedziała:

– Oczywiście, a któżby inny?

Zabrała paczkę z jego rąk (była naprawdę ciężka jak na swój rozmiar) i postawiła tuż za progiem.

– Proszę pokwitować. – Podał jej długopis, a ona jak głupia chciała wykaligrafować własne nazwisko i dopiero po chwili zorientowała się, że powinna podpisać się nazwiskiem Rice, więc postawiła jakiś bazgroł, w którym wyróżniała się duża litera R.

Doręczyciel nic nie zauważył i schował bloczek.

– Miłego dnia, proszę pani – powiedział i odwrócił się.

Zamknęła drzwi, czując dreszczyk niepokoju. Co znajduje się w paczce, która dziwnym zbiegiem okoliczności trafiła do jej rąk? Czy jeśli właściciel albo poczta zorientują się w oszustwie, nie będzie miała kłopotów? Czy uda jej się jakoś wyłgać? W podpisie-bazgrole z całą pewnością nie dało się wyróżnić słowa „Rice”, a sama Deidre nosiła nazwisko Reggiego, czyli Rose. Reginald kiedyś przyznał się, że jeszcze jego ojciec miał na nazwisko Rosellini, ale on sam zmienił je na bardziej amerykańskie. No cóż, jeśli nawet był różą, to taką, która ma bardzo wiele bardzo kłujących kolców.

Deidre podniosła paczkę, zaniosła ją do kuchni i położyła na stole. Wyjęła z szuflady ostry nóż, zakończony kłującym jak szpilka szpicem, i biorąc głęboki wdech, rozcięła papier. W środku było kartonowe pudełko. Deidre odlepiła szarą taśmę i otworzyła karton. Wewnątrz znajdowało się mnóstwo mocno zbitej białej waty, a w niej... Wyciągnęła na stół opakowany w folię ciężki, chyba kamienny posążek. Zdjęła z niego folię i obejrzała z mieszaniną fascynacji oraz zdumienia. Posążek przedstawiał siedzącą na kamieniu postać. Był to jasnowłosy mężczyzna, ubrany w zielony kubrak, w zielonym trójkątnym kapelusiku na głowie. W dłoniach trzymał coś, co przypominało niewielką gitarę o okrągłym pudle.

Lutnia? – pomyślała Deidre.

Ale mężczyzna był nie tylko bardem lub trubadurem. Wzdłuż lewego uda widać było pochwę krótkiego miecza, a z tej pochwy sterczała błyszcząca srebrem rękojeść. Nie była to zresztą jedyna jego broń. Zza długiej cholewy prawego buta wystawał trzonek noża. Jednak najbardziej zdumiewające były oczy figurki. Bard miał bardzo zimne i bardzo niebieskie oczy. Jak zimowe morze wokół norweskich fiordów, pomyślała Deidre, choć nie miała pojęcia, czy kiedykolwiek widziała takie morze nawet w telewizji lub w albumie. Poza tym z całą pewnością był kimś, kogo budowę ciała zwykło się nazywać herkulesową. Obcisły zielony kubrak wypychały potężne mięśnie, a lutnia zdawała się ginąć w wielkich dłoniach. Siedział na kamieniu lekko pochylony i jakby pogrążony w zamyśleniu. Palcami prawej dłoni niedbale dotykał strun instrumentu. W tym wszystkim Deidre była najbardziej zdumiona nieprawdopodobnym realizmem w przedstawieniu postaci przez rzeźbiarza. Bard miał jasną skórę i niewielki garb na nosie, a jego usta układały się w grymas lekkiego niezadowolenia.

Deidre przeciągnęła palcami po figurce i poczuła chłód metalu lub kamienia. Właśnie, z czego był zrobiony posążek? Uniosła go, zbadała powierzchnię dłońmi i doszła do wniosku, że jest to jednak kamień. Ale lutnia oraz głownia miecza i noża były najwyraźniej metalowe. Struny też były wykonane z cieniutkich drucików.

– Kim ty jesteś? – zapytała w przestrzeń.

Nagle zdała sobie sprawę, że figurka może być okazem kolekcjonerskim i rzadkim dziełem sztuki. Deidre nie znała się na sztuce i nie miała pojęcia, co w dzisiejszych czasach może być arcydziełem, a co kiczem. Ale jeśli rzeźba miała znaczną wartość, przestępstwo jej przywłaszczenia mogło zostać tym gorzej odebrane. Zastanowiła się, czy nie zadzwonić do FedExu i nie poinformować o pomyłce. Wtedy wszystko szybko się skończy. Zaraz przyjedzie uprzejmy i zabiegany doręczyciel, odbierze posążek za pokwitowaniem i odjedzie. Jednak na myśl o tym, iż rzeźba tego pięknego mężczyzny mogłaby zniknąć z domu, poczuła żal.

– Ciekawe, kto do niej pozował? – mruknęła.

Wtedy w salonie rozległ się brzęczyk telefonu. Deidre drgnęła i rozejrzała się w panice. Sygnał znowu zaświdrował w jej uszach. Spłoszona wrzuciła pudełko, sznurki i masę waty do worka na śmieci i chwyciła figurkę w dłonie. Rozpaczliwie zastanawiała się, co z nią zrobić, a wtedy telefon zadzwonił po raz trzeci. Pobiegła z rzeźbą do przedpokoju, otworzyła drzwi swojej szafy i wepchnęła rzeźbę daleko w kąt, gdzieś pod równo złożone bluzki. Potem rzuciła się do pokoju, złapała słuchawkę, kiedy telefon zabrzęczał po raz piąty.

– Dom państwa Rose – powiedziała opanowanym głosem, z trudem powstrzymując szybszy oddech.

– Di? – głos Reginalda brzmiał tak wyraźnie, jakby mąż siedział w budce telefonicznej na sąsiedniej ulicy.

– A któżby inny, kochanie?

– Strasznie długo musiałem czekać, aż raczysz odebrać – rzekł z niezadowoleniem.

– Pastowałam podłogę w kuchni – skłamała. – I wiesz, zanim wytarłam ręce i dobiegłam, to zajęło trochę. Strasznie się cieszę, że dzwonisz.

– No – powiedział tylko, ale słyszała, że jest zadowolony.

Potem opowiadał jej przez kilka minut o londyńskiej pogodzie (była fatalna), angielskim jedzeniu (zupełnie niestrawne) i swoich angielskich partnerach w interesach (nudni oraz ograniczeni umysłowo).

– Jeszcze całe pięć dni – rzekł na koniec. – Szału tu dostanę.

– Postaram się poprawić ci humor, jak przyjedziesz. – Włożyła sporo energii, by wykrzesać w głosie nutkę zalotności.

– Jasne! – odparł, i Deidre wiedziała, że tam, po drugiej stronie Atlantyku, Reggie uśmiecha się z satysfakcją. – Dobra, Di, muszę kończyć. Zadzwonię jutro, dobrze?

Oczywiście nie zainteresowało go, co ona robiła przez cały dzień. Zresztą gdyby ją spytał, nie opowiedziałaby o dziwnej przygodzie z rzeźbą. Pluła sobie tylko w brodę, iż tak przeraził ją dźwięk telefonu, że schowała figurkę do szafy. Przecież Reggie nie mógł widzieć, co się dzieje w domu w czasie rozmowy telefonicznej! A nawet gdyby mieli wideotelefon, to na Boga, nie mógłby za jego pomocą dostrzec, co stoi na kuchennym blacie!

– Och, moja mała, ale z ciebie panikara – skarciła samą siebie i poszła do przedpokoju.

Otworzyła szafkę i sięgnęła w głąb, pod bluzki, tam, gdzie ukryła figurkę. I nagle syknęła z bólu i zaskoczenia. W drewnie była drzazga albo pineska, która teraz wbiła się pod skórę. Deidre namacała jednak posążek i wyjęła z szafy. Zobaczyła, że wskazujący palec ma zraniony opuszek i cieknie z niego krew. Twarz barda zmieniła kolor, z białej stała się różowa od krwi, a krew spływała też wolno z jego dłoni na lutnię.