Ja, inkwizytor. Sługa Boży

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

O Mordimerze Madderdinie

Czarne płaszcze tańczą

Sługa Boży

Szkarłat i śnieg

Siewcy grozy

Owce i wilki

W oczach Boga

Książki Jacka Piekary

Karta redakcyjna

Okładka


O Mordimerze Madderdinie

1 Płomień i krzyż – tom 1

2 Ja, inkwizytor. Wieże do nieba

3 Ja, inkwizytor. Dotyk zła

4 Ja, inkwizytor. Bicz Boży

5 Sługa Boży

6 Młot na czarownice

7 Miecz Aniołów

8 Łowcy dusz

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Czarne płaszcze tańczą

A wybrani mają u swego boku Anioła jako Opiekuna i Stróża, by prowadził ich do życia.

św. Bazyli


Z wielkiego wiklinowego kosza wysypali przed nami na podłogę odcięte głowy. Policzyłem dokładnie. Osiem. A więc tyle, ile być powinno.

– No to wilkołaki mamy z głowy – stwierdził siedzący obok mnie Thaddeus Wagner i spojrzał kątem oka, czy doceniłem celny, uroczy żarcik.

Trącił szpicem buta jeden z łbów, ten odtoczył się i stuknął w następny. Splątały się skołtunionymi, zakrwawionymi brodami.

– Dobra robota – Wagner pochwalił ludzi, którzy przynieśli kosz, i dał im znak, że mogą odejść.

– Patrz no, jaka ślicznotka – powiedział już do mnie, wskazując głowę młodej kobiety o długich jasnych włosach, teraz utaplanych w brudnej czerwieni. – Że też nie miała nic innego do roboty...

– Ludzie są szaleni – westchnąłem. – Im dłużej żyję, im więcej widzę, tym mocniej jestem o tym przekonany.

Siedmiu mężczyzn i dziewczyna, której uroda spodobała się Wagnerowi, należeli do bandy wilkołaków terroryzujących okolicę. Przebierali się w zwierzęce skóry i napadali podróżnych lub wieśniaków, w walce posługując się zębami oraz pazurami. Ponieważ zwykle mieli przewagę co najmniej jak cztery do jednego, a za ofiary wybierali najczęściej starców, kobiety lub dzieci, więc udało im się zabić kilkanaście osób, zanim nie zostali pochwyceni, powieszeni, a potem ścięci. Ich bezgłowe truchła kazaliśmy ułożyć na rynku, by stanowiły ostrzeżenie dla innych osobników złaknionych przygód. Głowy zostaną zaś nabite na włócznie i ozdobią miejskie rogatki. Również ku przestrodze.

W zasadzie to nie my, inkwizytorzy, powinniśmy zajmować się tymi przebierańcami, ale miejscowa ludność była tak przerażona (wmówili sobie, że wilkołaki są odporne na jakąkolwiek broń stworzoną rękami człowieka, i chodzili uzbrojeni w butelki z wodą święconą), iż musieliśmy sami zabrać się do roboty. W ten oto sposób miasteczko Kobritz zostało wybawione od wilkołaczej plagi, a ja i Wagner mogliśmy spokojnie wrócić do siedziby Inkwizytorium w Ravensburgu, gdzie oprócz nas przebywało jeszcze na stałe dwóch innych inkwizytorów, mających pod opieką cały okręg.

– No to wystawiamy rachunek burmistrzowi i do domu – zadecydował Wagner. Jego z gruba ciosana, kwadratowa twarz rozjaśniła się w uśmiechu.

– Amen – mruknąłem.

Wyśledzenie bandy zajęło nam blisko dwa tygodnie. A wierzcie mi, mili moi, że nie była to praca godna inkwizytorskich zdolności oraz poświęcenia czasu przez funkcjonariuszy Świętego Officjum. Jedyną korzyścią z całego zamieszania było to, iż burmistrz będzie musiał obficie zaczerpnąć z miejskiej kasy, by wynagrodzić nasz trud. Tak uzgodnił z nim Heinrich Pommel, przełożony i starszy ravensburskiego Inkwizytorium. Człowiek, który nawet własnej matce wystawiłby rachunek za to, że go urodziła. Skłamałbym jednak, mówiąc, że nie ceniliśmy go za te zdolności. Inkwizytorskie pensje nie należały do najwyższych, a dzięki inicjatywie oraz aktywności Pommla od czasu do czasu w sakiewce waszego uniżonego sługi pojawiały się dodatkowe monety. Oczywiście sam Pommel wychodził na tym najlepiej, ale nie zamierzaliśmy się z nim sprzeczać. Po pierwsze, inkwizytorzy są przywiązani do hierarchii służbowej (według idealnych zasad powinno to działać w obie strony), a po drugie, stara kupiecka zasada mówiła, że lepiej mieć dziesięć procent od stu dukatów niż zero procent od tysiąca. I w związku z tym biedny Mordimer był zachwycony, że czasem może sobie pozwolić na coś więcej niż tylko sucha bułka zapita kubeczkiem wody.

Przy całej swej przedsiębiorczości, zaradności i cynizmie Heinrich Pommel był niemal idealnym przełożonym. Dlaczego? Ano dlatego, że cieszył się z sukcesów podwładnych, szczerze życząc, byśmy zdobyli największy zaszczyt, jaki może spotkać inkwizytora, czyli otrzymali licencję Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu lub licencję Stolicy Apostolskiej. On sam dawno temu mógł już opuścić Ravensburg i pracować w Hez-hezronie pod okiem samego biskupa, lecz wolał prowincjonalny spokój od wiecznej gorączki i wiecznego bałaganu panujących w wielkiej metropolii. Rozumiałem go i jednocześnie żałowałem, że wygody życia codziennego przygasiły w nim żar, który powinien płonąć w sercu każdego inkwizytora. Przecież miejsce czarnych płaszczy, jak nas czasem nazywano, było tam, gdzie panuje najwięcej zła i nieprawości. A takimi miejscami były właśnie Stolica Apostolska, Hez-hezron czy Engelstatd, stolica naszego potężnego Cesarstwa. To tam kwitły herezje, tam kacerze obmyślali swe obmierzłe plany, tam w sekretnych pracowniach czarnoksiężnicy wzywali demony, a uczeni studiowali tajniki mrocznej magii.

– Może na koniec wyprawimy jakąś kolację? – spytał Wagner. – Dużo wińska, dużo żarła, dziwki, muzykanci... Co ty na to, Mordimerze?

– Jeśli rada miejska zapłaci... – Oderwałem się od pobożnych myśli.

– Zapłaci, zapłaci. – Uśmiechnął się. – Przecież nie wiedzą, czy za miesiąc lub rok nie będą znowu potrzebować naszej pomocy. A wtedy nie chcieliby chyba, aby zapamiętano, że wyjechaliśmy z Kobritz zgłodniali i spragnieni.

– Święta racja, Thaddeusie – przytaknąłem.


Mieszczanie byli nam szczerze wdzięczni za rozprawienie się z bandą wilkołaków, więc wydali kolację może nie wystawną, ale co najmniej przyzwoitą. Przy długich stołach, ustawionych w kształcie podkowy i nakrytych śnieżnobiałymi obrusami, zasiedli ojcowie miasta, miejscowy proboszcz, aptekarz, kilku bogatszych kupców. Niektórzy przyszli z żonami, inni z córkami, zauważyłem też cztery młode i całkiem ładne kobiety, które nijak na żony lub córki nie wyglądały. Trudno też było nie dostrzec, że żony mieszczan spoglądały w ich stronę wzrokiem co najmniej niechętnym. Widać nie były przyzwyczajone do obecności dziwek przy biesiadnym stole.

– Widziałeś? – Mrugnąłem w stronę Wagnera.

– Cztery – mlasnął. – Dostrzegłem w postępowaniu tych zacnych ludzi chwalebną przezorność. Wystarczą nam cztery, Mordimerze? – Spojrzał na mnie z żartobliwym zaniepokojeniem.

– Jeśli weźmiesz jedną, postaram się nie nadwerężyć sił trzech pozostałych – odparłem.

Burmistrz wstał z krzesła i zastukał nożem w dzbanek. Rozmowy powoli ucichły.

– Najdrożsi mistrzowie Inkwizytorium – zaczął, kłaniając się nam, a jego pucułowata twarz rozpromieniła się szczerym uśmiechem – dziękuję Panu Bogu Wszechmogącemu, że zesłał właśnie was biednemu miastu Kobritz, którego mieszkańcy cierpieli straszliwe katusze z rąk bandy złoczyńców podających się za wilkołaki...

Parsknął króciuteńkim śmieszkiem, jakby słowo „wilkołaki” go bawiło. A pamiętam, że kiedy przyjechaliśmy, sam paradował z butelką wody święconej w kieszeni!

– Ile łez przelaliśmy, ile modlitw zanieśliśmy pod niebiańskie ołtarze, ile tygodni żyliśmy w bojaźni przed zbrodniarzami! A strach, który targał naszymi sercami, zniknął dzięki wam, najdrożsi mistrzowie Inkwizytorium.

– Jeszcze raz powtórzy „najdrożsi mistrzowie”, a podwoję im rachunek – tchnął mi Wagner prosto w ucho.

– Dlatego też wiedzcie, że zachowamy was we wdzięcznej pamięci. Matki w Kobritz nie będą już więcej lękać się o dzieci, mężowie o żony, synowie o ojców...

– Siostrzenice o wujów, wnukowie o dziadów... – zaszeptał Wagner.

– Jak długo będzie istnieć Kobritz, tak długo przetrwa w nim sława ludzi wielkiego serca i wielkiej odwagi. Mistrza Thaddeusa Wagnera i mistrza Mordimera Madderdina! – Burmistrz wzniósł puchar w naszą stronę.

 

Wstaliśmy, a Thaddeus trącił mnie w bok, żebym to ja odpowiedział na miłą przemowę wygłoszoną przez ojca miasta.

– Szanowny burmistrzu i wy, zacni obywatele Kobritz – zacząłem – powinnością inkwizytora jest służyć. W pierwszej kolejności służyć Bogu, w drugiej wiernym owieczkom Pańskim. Wszak Pismo mówi wyraźnie: Religijność czysta i bez skazy wobec Boga Ojca wyraża się w opiece nad sierotami i wdowami w ich utrapieniach. Wiedzcie, że miłość Pana jest niezmierzona. To on podtrzymuje wszystkich, którzy padają, i podnosi wszystkich zgnębionych. Nas, inkwizytorów, wykorzystał jedynie jako użyteczne narzędzia w swej woli obdarowania spokojem miasta Kobritz – przerwałem na moment, by zaczerpnąć tchu, gdyż byłem nieprzyzwyczajony do długich, uroczystych przemówień. – Dlatego też nie zawstydzajcie nas podziękowaniami...

– Ależ, ależ! – zaprotestował głośno burmistrz.

Uniosłem dłoń na znak, że jeszcze nie skończyłem.

– Nie zawstydzajcie nas podziękowaniami – powtórzyłem. – Inkwizytorzy są ludźmi cichymi i pokornego serca. Dziękujcie Bogu w niebiosach, który użył nas w taki sam sposób, jak rolnik używa sierpa, by zebrać szczęsny plon.

Usiadłem, a wtedy wszyscy obecni wstali i zaczęli bić brawo. Podniosłem się więc z powrotem. Wagner oklaskiwał mnie z nieco złośliwym uśmieszkiem.

– Skromność równa tylko wielkiej odwadze i wielkiemu sercu! – zawołał burmistrz z patosem, przekrzykując owacje.

– Za Kobritz! – Uniosłem kielich, bo chciałem się wreszcie napić, a nie wymieniać grzecznymi uwagami oraz szermować przemowami.

– Za Kobritz, za Kobritz – podjęli wszyscy, a potem również: za inkwizytorów, za Officjum...

Było to naprawdę miłe, gdyż, wierzcie, rzadko się zdarza, by tak szczerze i radośnie pito zdrowie inkwizytorów. My, funkcjonariusze Świętego Officjum, jesteśmy ludźmi na tyle doświadczonymi, by nie spodziewać się, iż wszyscy będą nas kochać i rozumieć. Lecz czasami nawet w naszych strapionych sercach rodzi się tęsknota za tym, by ci, którym dajemy tyle miłości, odpowiedzieli podobnym uczuciem. Niestety, zwykle rodziny heretyków lub czarownic potrafiły jawnie lub skrycie przeklinać inkwizytorów. Zamiast radować się, że święte płomienie stosu oczyszczą grzeszne dusze ich bliskich, a dojmująca męka, jakiej zaznają, pozwoli im po wiekach spędzonych w czyśćcu ujrzeć wreszcie pełne chwały oblicze Pana. A bez naszej miłości i pomocy byliby wszak potępieni na wieki! Niestety, ludzie zazwyczaj nie rozumieli, że złem nie jest chirurg, lecz zgniła tkanka, którą tenże chirurg wycina lancetem.


Mężczyzna, który podszedł do mnie, miał siwe, rzadkie włosy, krogulczy nos i małe, blisko osadzone oczy. Ubrany w czarny kaftan z bufiastymi rękawami, przypominał starego, zafrasowanego ptaka, który zaraz zacznie iskać sobie skrzydła. Ale bystremu spojrzeniu waszego uniżonego sługi nie mogło umknąć, iż na palcach tego człowieka pyszniły się pierścienie z oczkami szlachetnych kamieni, a aksamitny, wyszywany złotem kubrak musiał być wart przynajmniej tyle co niezła szkapa.

– Mistrzu Madderdin, pozwolicie na słówko? – Spodziewałem się głosu skrzeczącego lub piskliwego, bo taki pasowałby do jego fizys, tymczasem mężczyzna miał głos spokojny, niski, o miłym brzmieniu.

– Służę wam najuprzejmiej – odparłem, wstając od stołu.

Wagner z dwoma rajcami wyśpiewywali właśnie piosnkę autorstwa niezrównanego trubadura Piedra Usta ze Złota. Jak zwykle była ona co najmniej mało przyzwoita i obecne w komnacie damy udawały, że niczego nie słyszą. Co nie było łatwe, zważywszy na to, jak Wagner głośno wywrzaskiwał poszczególne zwrotki. W każdym razie na tyle był zajęty śpiewaniem, że nie zauważył nawet, iż odchodzę. Przystanęliśmy w przedsionku.

– Nazywam się Mathias Klingbeil, panie Madderdin, i jestem kupcem bławatnym z Regenwalde... – zaczął mój nowy znajomy.

– Dzień drogi od Ravensburga, nieprawdaż? – przerwałem mu.

– Może półtora – mruknął.

– Czym wam mogę służyć?

– A płeć miała jak śnieg białą, drżała, gdy ją częstowali pałą – śpiew Wagnera przebił się przez hałas i miałem wrażenie, że autorem tej piosenki nie był już Piedro.

Jednak nie usłyszeliśmy dalszego ciągu. Zerknąłem przez drzwi i zobaczyłem, że mój konfrater w chwili słabości jakże uprzejmie wstał od stołu (by nie peszyć zebranych), lecz, niestety, siły go zawiodły i złożył przetrawioną wieczerzę oraz przetrawiony napitek na kolana pewnej zacnej matrony, żony miejskiego rajcy. Potem rzygnął raz jeszcze, tym razem obryzgując ramię i głowę samego rajcy, aż wreszcie zawołał radośnie:

– Jak tam było dalej?

Odwróciłem się.

– Wybaczcie, proszę – zwróciłem się w stronę mego rozmówcy. – Kontynuujcie, jeśli łaska.

– Mój syn – westchnął, jakby samo słowo „syn” napełniało go goryczą – dwa lata temu został skazany i uwięziony za zabójstwo pewnej dziewczyny. Przyrodniej siostry jednego z rajców, człowieka bogatego, zawziętego, mającego wielkie wpływy i od lat nienawidzącego mojej familii. Bóg obdarzył mnie zdolnościami handlowymi, ale pomimo że mam pieniądze, nic nie mogę uczynić, by go ratować... A wierzcie mi: próbowałem.

– Ano tak, złoty klucz nie otwiera wszystkich bram – rzekłem. – Zwłaszcza takich, które zamknięto kłódką ludzkiego gniewu.

– Dobrze powiedziane – zgodził się. – Mój syn jest niewinny. Nie wierzę, by mógł skrzywdzić tę dziewczynę. Jedyne, co mi się udało, to ocalić go od stryczka. Tyle że dziesięciu lat w dolnej wieży nikt nie przetrzyma.

Rodziny nigdy nie wierzą w zbrodnie popełnione przez swych bliskich. Tak było, jest i będzie. Mathias Klingbeil nie był w tym wypadku wyjątkiem, a to, że w jego głosie słyszałem żarliwą pewność siebie, niczego nie zmieniało. Miał jednak niewątpliwie rację co do kary w dolnej wieży. Nikt nie przetrzyma dziesięciu lat w niej spędzonych. Choroby, brud, zimno, wilgoć, głód i samotność żrą gorzej od szczurów. Widziałem wielkich, silnych, młodych mężczyzn, którzy po roku czy dwóch spędzonych w dolnej wieży wychodzili za bramy więzienia jako skurczeni, pokoślawieni starcy.

– Wielce wam współczuję, panie Klingbeil, lecz raczcie mi wyjaśnić, dlaczego właśnie do mnie zwracacie się z tym problemem? – zapytałem. – Officjum nie zajmuje się zbrodniami kryminalnymi, jeśli w grę nie wchodzą przestępstwa związane z atakiem na naszą świętą wiarę. A w tym wypadku przecież nie ma o tym mowy.

– Wiem – rzekł. – Lecz czy nie moglibyście przyjrzeć się sprawie? Jesteście człowiekiem uczonym, potraficie odsiać ziarno prawdy od plew kłamstwa...

Nie wiedziałem, czy stara się mnie zjednać, czy naprawdę tak uważa. Jednak faktycznie było, jak mówił. Inkwizytorów kształcono w trudnej sztuce badania ludzkich serc i umysłów, co w większości przypadków pozwalało na nieomylne rozpoznanie prawdy.

– Panie Klingbeil, rady miejskie i sądy niechętnie patrzą, kiedy Inkwizytorium interesuje się sprawami, które nie powinny go obchodzić. A i moi przełożeni nie byliby pewnie zachwyceni, że zamiast ścigać kacerzy, heretyków i czarownice, zajmuję się zwykłym morderstwem.

Święte Officjum nie przejmowało się gniewem, niechęcią czy utyskiwaniami nawet bogatych, ustosunkowanych mieszczan (znacznie bardziej musieliśmy się liczyć ze szlachtą, zwłaszcza tą pochodzącą z wysokich rodów), lecz zupełnie inna była sytuacja oficjalnego wysłannika Inkwizytorium, a inna inkwizytora usiłującego wtykać nos w nie swoje sprawy i zajmującego się prywatnym dochodzeniem. Sytuacja zmieniała się diametralnie, gdy inkwizytor trafiał na wyraźne ślady uprawiania czarów lub herezji. Wtedy mógł objąć władzę nad miastem w imieniu Świętej Inkwizycji. Jeśli jednak uczynił to pochopnie, nieroztropnie lub z niskich pobudek, mógł być pewien, że zostanie ze swego postępowania dokładnie rozliczony.

– Sporo zapłacę, panie Madderdin. – Klingbeil obniżył głos, chociaż w biesiadnej komnacie śpiewano tak głośno, że nikt nie byłby w stanie nas usłyszeć. – Tylko raczcie zająć się sprawą.

– Sporo? Czyli?

– Sto koron zaliczki – rzekł. – A jeżeli wyciągnięcie mojego syna z więzienia, dołożę tysiąc. No, niech będzie: półtora tysiąca.

To była iście królewska gratyfikacja. Za półtora tysiąca koron większość obywateli naszego pięknego Cesarstwa zarżnęłoby własną matkę, a w charakterze premii dołożyło poszatkowanego ojca wraz z rodzeństwem. Lecz wysokość sumy świadczyła również o tym, że Klingbeil uważał zadanie za niezwykle trudne, a kto wie czy może nawet nie niebezpieczne.

– Dajcie mi czas do rana – powiedziałem. – Zastanowię się nad waszą szczodrobliwą propozycją.

– Jutro rano? – Wzruszył ramionami. – Jutro rano pójdę z tym do waszego przyjaciela. – Wskazał głową wejście do sali, w której Wagner wybijał właśnie rytm na blacie stołu wielką, do połowy ogryzioną kością.

– Dacie dwieście zaliczki, kiedy zjawię się w Regenwalde – zdecydowałem, bo po pierwsze, korony nie rosły na drzewach, a po drugie, lubiłem trudne wyzwania. – A jak nie, to wolna wola. – Popatrzyłem na Wagnera, który akurat w tym momencie wylądował twarzą w misce pełnej polewki.

– Przybite, mistrzu Madderdin. – Wyciągnął dłoń, a ja ją uścisnąłem.

– Aha, jak nazywa się ten wasz wróg?

– Griffo Fragenstein.

– A syn?

– Zachariasz.

– Dobrze. Teraz ustalmy jedno – rzekłem. – Nie znam was i nigdy nie gadaliśmy ze sobą. Postaram się przyjechać do Regenwalde z oficjalną misją, jeżeli tylko otrzymam zezwolenie Inkwizytorium. Wtedy mi wypłacicie zaliczkę. Jeśli nie pojawię się w ciągu tygodnia, szukajcie kogoś innego.

– Niech i tak będzie – zgodził się, po czym już bez słowa pożegnania skinął mi głową.

Nie wrócił do biesiadnej komnaty, lecz ruszył w stronę drzwi wyjściowych. Była to godna pochwały przezorność, gdyż im mniej ludzi zobaczy nas razem, tym lepiej.


Uczta trwała niemal do świtu. Kiedy wracaliśmy do kwater, różowo-szary blask poranka przebijał już przez okiennice. Pożegnałem Wagnera uśmiechem i obejmując dwie dziwki, zniknąłem za drzwiami pokoju. Nie dane mi było jednak spędzić spokojnych chwil. Obie dziewczęta właśnie uroczo się zabawiały (w trakcie tej zabawy łaskotały moje uda i podbrzusze włosami, ale jakoś zwracałem uwagę na co innego, nie na łaskotki), gdy usłyszałem krzyki dochodzące z korytarza.

– Ty kurwo przeklęta! Zabiję cię! – wrzeszczał ktoś, a ja wyraźnie rozpoznałem zniekształcony złością i pijaństwem głos Wagnera.

– Panienki, przerwa – rozkazałem.

Wyskoczyłem z łóżka i zarzuciłem płaszcz na gołe ciało. Otworzyłem drzwi, wyszedłem na korytarz. Zobaczyłem Thaddeusa, który pochylał się nad jedną ze swoich dziwek (leżała skulona przy ścianie) i okładał ją kułakami.

– Mnie będziesz okradać, kurwo? – darł się. – Mało ci zapłacili?

Naga dziewczyna jęczała rozpaczliwie i osłaniała twarz ramionami. Trzeba przyznać, że była zgrabniutka, a jej piersi na pewno były większe od mojej głowy. Cóż, mili moi, Thaddeus wybierał dziwki jako pierwszy, a biedny Mordimer kontentował się jedynie tym, co mu zostało. Zresztą, jak widać, może pierwszy wybór nie był wcale taki rozsądny?

Podszedłem do nich, chcąc uspokoić Wagnera miłymi słowami (gdyż Mordimer Madderdin jest po prostu i zwyczajnie miłym człowiekiem), lecz nagle w dłoni mego towarzysza błysnęło ostrze noża. Zatrzymałem jego rękę w pół ruchu. Szybciej, niż zdążyłem pomyśleć.

– Wagner – powiedziałem łagodnym tonem – to tylko dziwka. Możesz ją wybatożyć, ale po co od razu zabijać?

– Nie twoja sprawa! – warknął i zobaczyłem, że ma oczy szalone gniewem. Rozczarowało mnie to, gdyż oczywiście był zupełnie pijany, lecz inkwizytor powinien panować nad emocjami, także w stanie alkoholowego zamroczenia.

– Kochany Thaddeusie, jeśli zabijesz tę dziwkę, to do końca nocy zostanie ci już tylko jej przyjaciółka. A ja żadnej ze swoich nie oddam. Nawet nie proś...

Spojrzał na mnie i gniew nagle zgasł w jego oczach. Zarechotał, potem klepnął mnie w ramię.

– Maszsz rasję, Mortimesze – rzekł, a dziwka, słysząc te słowa, zaszlochała z ulgą. Przyjrzał jej się ze złośliwym uśmiechem. – Sapiję ją topiero rano – dodał, lecz wiedziałem, że teraz już tylko żartuje.

– Chyba że...? – poddałem.

– Chyba ssse będzie się badzo starała słagodzić mój gniefff – dokończył Wagner.

 

– Ano właśnie – rzekłem. – Pozwolisz teraz, że wrócę do siebie i skończę, co mi przerwałeś? A wierz mi, że przerwałeś w wielce nieodpowiedniej chwili.

Pokiwał głową i podniósł dziwkę za włosy. Jęknęła, lecz zaraz objęła go w pasie i poszli korytarzem w kierunku pokoju Thaddeusa. Wyglądali jak okręt żeglujący wśród raf. Dziewczyna podtrzymywała pijanego Wagnera, odwróciła się jednak na moment w moją stronę i zobaczyłem, że jej usta bezgłośnie składają się w słowo. W Akademii Inkwizytorium uczono nas czytania z ruchu ludzkich warg, więc zrozumiałem, co chciała przekazać. I byłem zadowolony, gdyż lubię ludzi potrafiących docenić oddane im przysługi. Nawet jeśli chodzi o stworzenie tak nędzne jak małomiasteczkowa dziwka.

Zrozumcie dobrze, mili moi, Mordimer Madderdin nie jest, nie był i nie będzie człowiekiem, który rozczulałby się z powodu śmierci byle nierządnicy. Jeśli Wagner następnego dnia powiedziałby mi: „Wiesz, Mordimerze, musiałem zabić tę kurwę, bo mnie okradła”, być może potępiałbym jedynie jego zapalczywość, nie samą decyzję. Natomiast znalazłem się w samym centrum niezręcznej sytuacji. Nie znoszę bezcelowego zadawania bólu ani bezsensownego szafowania śmiercią. W końcu nasz Pan powiedział: Coście uczynili jednemu z tych moich braci najmniejszych, mnie żeście uczynili. Nie sądzę, by uratowanie życia głupiej dziwki (trzeba być głupią, by próbować okraść inkwizytora, nawet jeśli jest pijany) zaważyło na Boskim Sądzie, gdzie wszystkie grzechy zostaną zważone i policzone. Ale pomyślałem, że nie za dobrze świadczyłoby o tak wychwalanych w Kobritz inkwizytorach, gdyby jeden z nich zostawił po sobie pamiątkę w postaci trupa zarżniętej dziewczyny. Byliśmy bohaterami tego miasteczka, mili moi, a bohaterowie nie mordują dziwek w pijackim amoku. I wierzcie mi, że tylko o to, o obronę dobrego imienia Świętego Officjum, chodziło mi w tej sprawie.

Poranna awantura znalazła zresztą finał następnego popołudnia, kiedy Thaddeus Wagner wtoczył się do mojego pokoju, gdzie już samotnie odpoczywałem po libacji oraz łóżkowych zmaganiach.

– Nie ukradła jej – wymamrotał.

– Słucham?

– Spadła mi pod łóżko, żesz nawet nie wiem kiedy – powiedział. – Sakiewka, znaczy. Pewnie jak się rozbierałem czy co... Rano znalazłem... Wiesz, Mordimerze, gdyby nie ty, zabiłbym niewinną dziewczynę!

– Mój drogi – rzekłem, zdziwiony jego skrupułami – powstrzymałem cię jedynie dlatego, iż uważałem, że dwie dziewczyny zajmą się tobą lepiej niż jedna. Gdyby jakaś kurwa sięgnęła po moje pieniądze, sam bym ją zarżnął. Pomyśl tylko, przyjacielu, kogo może obchodzić życie dziwki? Wykazałeś się wielką rozwagą oraz miłosierdziem, darując jej winy.

– Tak myślisz? – Spojrzał na mnie.

– Oczywiście, że tak myślę, Thaddeusie. Młody inkwizytor musi mieć wzory do naśladowania. I cieszę się, że mogłem spotkać właśnie ciebie...

Przez moment zastanawiałem się, czy nie przeholowałem. Wagner jednak łyknął komplement jak młody kormoran rybkę.

– Pochlebiasz mi, Mordimerze – rzekł, a na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech.

– Jestem zbyt prostolinijny, by pochlebiać – westchnąłem. – Czasami myślę, że chciałbym kiedyś nauczyć się tego, co mówi poeta: Grzeczności sobie wzajem prawią oszukańcze, co trzeba mówić prosto, wykręcą zawile...

– Heinz Ritter? – przerwał mi.

– Znasz jego sztuki?

– Oczywiście – odparł. – I trzepią się, parszywcy, mdlejąc jak motyle – dopowiedział.

– Patrzę na nich, udając, że spuszczam powieki w tłustej drzemce. I co dzień tak strugam wariata – odparłem.

Przez chwilę bałem się, czy nie posunąłem ironii zbyt daleko. Ale nie. Thaddeus Wagner roześmiał się szczerze.

– Piłem raz z Ritterem. Swój chłop, powiem ci. Trzy dni nie trzeźwiałem. Zostawił mnie dopiero, jak wydałem wszystkie pieniądze. – Wnioskując z tonu mego towarzysza, najwyraźniej nie miał za złe Ritterowi, że ich przyjaźń wygasła wraz ze zniknięciem ostatniego dukata. Oznaczało to, że dramaturg musiał być naprawdę zabawnym kompanem.


Heinrich Pommel uważnie wysłuchał raportu, a potem kazał nam się zabrać za przygotowanie pisemnego sprawozdania, które miało zostać wysłane do kancelarii Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu. Zapewne po to, by w biskupich biurach myszy miały co jeść; nie sądziłem, by ktokolwiek miał czas i ochotę zajmować się zwyczajnymi raportami lokalnych oddziałów Inkwizytorium. Nasz przełożony najbardziej jednak ucieszył się ze sporej sumki, którą otrzymaliśmy od zacnych i wdzięcznych mieszczan. Wysypał monety na stół i od razu odliczył jedną czwartą. Pchnął pieniądze w naszą stronę.

– Na zdrowie, chłopaki.

Oczywiście nie zamierzał nam wyjawić, co zrobi z pozostałymi trzema częściami nagrody, i szczerze byśmy się zdziwili, gdyby to uczynił. Ale, jak już wzmiankowałem wcześniej, do Pommla nie można było mieć żalu. W siedzibie Inkwizytorium mieliśmy zawsze dobre jedzenie, pod dostatkiem wina, na czas wypłacane pensje oraz deputaty, a kiedy któryś z inkwizytorów wpakował się w finansowe kłopoty, Pommel ratował go nieoprocentowaną pożyczką.

Był mądrym człowiekiem i wiedział, że dla podwładnych lepiej być wymagającym, acz troskliwym ojcem, niż zabawiać się w liczykrupę, sknerę i zdziercę, którego postępowanie najpierw wzbudza niechęć, a potem prowadzi do spisków. I wcale nie mieliśmy mu za złe, że jego długoletnia kochanka właśnie skończyła budować piękny dom za miastem, a sam Pommel przez podstawionych ludzi dzierżawił kilka niewielkich majątków.

Byliśmy młodzi i uczyliśmy się od niego, wiedząc, że kiedy sami zostaniemy przełożonymi któregoś z lokalnych oddziałów Inkwizytorium, będziemy się starać postępować w sposób podobnie rozsądny.

Wagner zgarnął do sakiewki swoją część honorarium i wstał z krzesła, lecz ja się nie ruszyłem.

– Czy mogę prosić o chwilę rozmowy?

– Oczywiście, Mordimerze – odparł Heinrich.

Thaddeus z ociąganiem wyszedł z pokoju. Byłem pewien, że zżera go ciekawość, o czym zamierzam rozmawiać ze starszym Inkwizytorium.

– W czym mogę ci pomóc? – Pommel odwrócił na mnie wzrok, gdy za Wagnerem zamknęły się już drzwi.

Z Pommlem nie było po co wdawać się w gierki, więc wyłuszczyłem mu szczerze, czego dowiedziałem się od kupca Klingbeila.

– Ile zaproponował?

– Dwieście zaliczki i półtora tysiąca, jeśli rzecz się powiedzie – odparłem zgodnie z prawdą.

Starszy Inkwizytorium gwizdnął leciutko.

– Czego ode mnie oczekujesz, Mordimerze?

– Wystawienia glejtu nakazującego przesłuchanie Zachariasza Klingbeila.

– W celu?

– Wyjaśnienia doniesień mówiących, iż stał się ofiarą czarów. Tak przecież zeznała dwa lata temu Hanja Snithur, nieprawdaż?

Hanja Snithur była przebiegłą i wielce szkodliwą czarownicą. Spaliliśmy ją w zeszłym roku po długotrwałych badaniach, które jednak przyniosły owocny plon. W związku z nim kojący blask stosów rozświetlił na chwilę ponurą ciemność otaczającą Ravensburg.

– Czy potwierdzają to protokoły przesłuchań?

– Potwierdzą – odparłem. Sam sporządzałem protokół (pisarz porzygał się w trakcie tortur i ktoś musiał go zastąpić), więc dopisanie jednego nazwiska więcej nie mogło mi sprawić kłopotów.

– Dlaczego zabraliśmy się za to dopiero po dwóch latach?

– Błąd pisarza.

– Hmm? – Uniósł brwi.

– Kleks zamiast nazwiska. Niedbalstwo godne potępienia. Jakże ludzka, prosta omyłka. Jednak kierując się nie tak częstym w końcu imieniem Zachariasz, doszliśmy po nitce do kłębka.

– Skoro tak... – Wzruszył ramionami. – Kiedy chcesz wyruszyć?

– Pojutrze.

– Dobrze, Mordimerze. Ale uważaj! – Spojrzał na mnie z troską. – Słyszałem o Griffie Fragensteinie i niewiele dobrego da się o nim powiedzieć.

– Brzmi jak szlacheckie nazwisko.

– Bo i jest. Griffo to bękart hrabiego Fragensteina. Dziwna sprawa: hrabia uznał go i dał mu nazwisko, cesarz jednak nie przyznał szlacheckiego tytułu. Toteż Griffo zajmuje się handlem i rządzi miejską radą w Regenwalde. Jeśli rzeczywiście nienawidzi Klingbeilów, będzie bardzo niezadowolony, iż ktoś miesza się w jego sprawy.

– Nie ośmieli się... – powiedziałem.

– Nienawiść czyni z ludzi głupców – westchnął Pommel. – Jeśli jest mądry, będzie ci sprzyjał i pomagał. Przynajmniej z pozoru. Jeśli jest głupi, spróbuje cię zastraszyć, przekupić lub zabić.

Roześmiałem się.

– Kiedy w mieście ginie inkwizytor, czarne płaszcze ruszają do tańca – zacytowałem znane powiedzonko, zaświadczające o naszej zawodowej solidarności.

– Nienawiść czyni z ludzi głupców, Mordimerze – powtórzył. – Nigdy nie daj się zwieść myśli, że twoi wrogowie będą rozumować tak samo logicznie jak ty. Czy wściekły szczur nie rzuci się na człowieka uzbrojonego w widły?

– Będę się pilnował. Dziękuję, Heinrichu – powiedziałem, wstając z krzesła.

Nie musieliśmy ustalać, jaki procent przypadnie Pommlowi z mojego honorarium. Wiedziałem, że weźmie tyle, ile będzie chciał, lecz wiedziałem też, iż zadba, bym nie poczuł się pokrzywdzony.

– Jutro wypiszę ci dokumenty. – Podniósł się, obszedł stół i zbliżył do mnie. Położył mi dłoń na ramieniu. – Wiem, kto rozprawił się z wilkołakami, wiem również, że Wagner niemal nie trzeźwiał przez te dwa tygodnie i nie był szczególnie pomocny.

– Ależ...

– Zamknij się, Mordimerze – rozkazał łagodnie. – Wiem też o tej dziwce...

W Akademii Inkwizytorium uczono nas wielu rzeczy. Również sztuki zwodniczej konwersacji. Pommel mógł mieć niemal pewność, że w ciągu dwóch tygodni skorzystaliśmy z usług dziwek, a dziwki plus zamiłowanie Wagnera do trunków i awantur równało się kłopotom. Dałbym sobie rękę odciąć, że Pommel strzelał na oślep, licząc, iż pozna prawdę dzięki reakcji waszego uniżonego sługi. Powieka mi nawet nie drgnęła. Mój przełożony odczekał chwilę i uśmiechnął się.