Świat inkwizytorów. Płomień i krzyż. Tom 2

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #11
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie będziemy ryzykować – zdecydowała. – Nie zaczniemy bez przeprowadzenia zwiadu.

Oddarła rękawy sukienki i podarła je na wąskie, długie paski. Każdy rękaw przedzieliła w ten sposób na dwa pasy. Löwefell domyślał się, co zamierza zrobić, ale przyglądał się jej poczynaniom z ciekawością. Tymczasem Katrina dokładnie zmięła materiał, wyszeptała coś nad stulonymi dłońmi, a potem rozwarła palce i chuchnęła. Z jej dłoni wyleciały cztery ptaki. Ale, co zdziwiło Löwefella, nie były one wielkości kolibrów czy wróbli. To były ptaki wielkości srok, które już w powietrzu i machając skrzydłami, rosły i potężniały. Ich dzioby stały się dłuższe i bardziej zakrzywione, ich pazury zamieniły się w zgięte szpony. Teraz żaden z tych ptaków nie tylko nie zmieściłby się w dłoni Katriny, ale i zapewne z trudem znalazłby miejsce, by ulokować się na jej szczupłym ramieniu. Wszystkie cztery najbardziej przypominały czarne orły, tyle że ich dzioby również były czarne, a nie białe czy szare jak u prawdziwych orłów. Zawisły nad Katriną, bez ruchu, jakby były zaledwie wypchanymi stworzeniami zawieszonymi na cienkich, niewidocznych na pierwszy rzut oka niciach. Tylko ich oczy, puste, okrągłe i nieruchome niczym srebrne guzy, połyskiwały, kiedy ptaki wpatrywały się w kobietę. Löwefell nie tylko zobaczył, ale również poczuł i zrozumiał, że te stworzenia nie są zwykłymi zwiadowcami. To byli wojownicy. Katrina niemal w jednej chwili stworzyła istoty, które mogły nie tylko bronić jej przed niebezpieczeństwami nie-świata, ale również atakować na rozkaz. Jak silne były te stwory?


– Lećcie na sam szczyt – nakazała, podnosząc głowę i patrząc w stronę ptaków. – Zabijajcie wszystko, co wam zechce przeszkodzić. A potem wróćcie do mnie.

Uniosła dłonie nad głowę.

– Lećcie, ptaszki! – zawołała.

Wszystkie cztery czarne orły, jak nazywał je w myślach Löwefell, wystrzeliły w górę niczym bełty wypuszczone z kuszy. I w mgnieniu oka zniknęły wśród szarych, gęstych i skłębionych obłoków nie-świata.

– Jestem pod coraz większym wrażeniem twoich zdolności – rzekł.

– Nie próbowałeś tego nigdy?

– Może. Kiedyś. Nie wiem.

– Nie za czasów Löwefella, prawda?

– Nie. – Pokręcił głową.

– Nie jest to trudne. – Spojrzała na gołe ramiona. – Mogłam również użyć własnych włosów, ale to byłoby niepotrzebne.

– Czy mogłabyś je sprowadzić do naszego świata? – zapytał nagle.

Zwróciła twarz w jego stronę.

– Czy kiedykolwiek miałeś do czynienia z czymś stworzonym w nie-świecie, co pojawiło się w świecie rzeczywistym? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Löwefell nie mówił o tym nikomu wcześniej, ale pomyślał, że może właśnie teraz nadeszła odpowiednia chwila, by podzielić się wydarzeniem sprzed kilku lat.

– Kot – odpowiedział. – Przyszedł za mną kot.

– Kot – powtórzyła. – I jakiż był ten kot?

– Ten kot był taki sam, jak wszystkie inne koty. Miauczał, mruczał, skakał, biegał, chociaż najczęściej leżał. – Löwefell uśmiechnął się do własnych myśli. – Poza tym jadł i wydalał. Kiedyś nawet upolował mysz.

– Co się z nim stało?

– Pewnego dnia zniknął...

Inkwizytor przypomniał sobie, że odczuł prawdziwy żal, kiedy zdał sobie sprawę z faktu, iż to zniknięcie jest nie chwilowe, lecz permanentne. Bo przecież przyzwyczaił się do puchatego, łagodnego stworzenia, które towarzyszyło mu w codziennych czynnościach. I przez dłuższy czas po jego zaginięciu odczuwał pustkę.

– W jaki sposób ten kot się pojawił?

Löwefell był przygotowany, że takie pytanie musi paść, i był przygotowany, by porozmawiać z Katriną na temat zagadkowych wydarzeń mających miejsce kilka lat wcześniej. Ale nie sądził, by teraz w nie-świecie, tuż przed czekającą ich wyprawą, były dobre miejsce i dobra pora na snucie podobnych historii.

– Wrócimy do tego później, dobrze?

– Jak sobie życzysz – odparła.

Czekali w milczeniu na powrót wysłanych przez Katrinę ptaków, a one przyleciały po czasie tak długim, że Löwefellowi w pewnym momencie wydawało się już, że oczekiwanie na nie jest daremne i że stwory wykreowane przez jego towarzyszkę albo zostały unicestwione, albo zaginęły gdzieś w mroku i pustce nie-świata. Ale nie. Okazało się, że wróciły. Wszystkie cztery. Miały zmierzwione skrzydła, powyrywane pióra, a jeden stracił niemal pół dzioba. Przysiadły na balustradzie nieruchomo, niczym wykute w granicie gargulce. Ich srebrne oczy były utkwione w Katrinie.

– Dziękuję wam, moje ptaszki – powiedziała serdecznie i nachyliła się do największego z nich. – Opowiedz mi, co widziałeś, co czułeś i co słyszałeś.

Orzeł odwrócił głowę z haczykowatym dziobem i zbliżył go do policzka Katriny. Przez jedną okropną chwilę Löwefell był niemal pewien, że ptak wbije się w ciało kobiety, rozerwie jej policzek, że poderwie się i chwyci ją szponami, zaplącze się w jej długie włosy, a ostrym jak harpun dziobem rozłupie kości czaszki. Oczywiście nic takiego się nie wydarzyło. Stworzenie wydawało się raczej przytulać głowę do policzka Katriny, a ona sama z przymkniętymi oczami głaskała je opuszkami palców po zmierzwionych piórach. Löwefell był pewien, że w jakiś dziwny, nadnaturalny sposób porozumiewają się ze sobą. Wreszcie kobieta odsunęła się.

– Byłyście bardzo dzielne – pochwaliła ciepłym tonem. – Czy chcecie wracać do mnie? Czy pragniecie żyć tutaj, w nie-świecie?

Wszystkie cztery ptaki poruszyły się gwałtownie. Löwefell wręcz fizycznie poczuł bijące od nich emocje. Uczucie zaniepokojenia i smutku spowodowane tym, że będą musiały rozstać się z Katriną, ale też podekscytowanie faktem, iż będą wolne. I nadzieję, że ta wolność przyniesie im coś dobrego. Orły zagadały do siebie chrapliwie i gwałtownie, kręcąc przy tym głowami, a potem znowu znieruchomiały.

– Niech więc będzie tak, jak sobie życzycie – powiedziała Katrina. – Uwalniam was! – krzyknęła, unosząc ramiona.

Trzy orły zerwały się z balustrady, znowu nie jak ptaki, a niczym wystrzelone z balisty pociski. Pomknęły jak strzały, ale tym razem nie w górę, nie w bure obłoki, przerzynane wstęgami błyskawic, lecz w dal, w stronę, gdzie w rzeczywistym świecie byłyby las, wzgórza i przełom rzeki. Tylko czwarty orzeł, ten największy, ten, który rozmawiał wcześniej z Katriną, został na balustradzie.

– Dziękuję, że ze mną jesteś – powiedziała, wyciągając dłoń i dotykając jego piersi. – Jesteś pewien swojego postanowienia?

Ptak skinął głową w sposób, który wydał się Löwefellowi zadziwiająco ludzki.

– Niech więc tak się stanie – stwierdziła uroczyście Katrina.

Potem odwróciła się w stronę inkwizytora.

– Nie dziw się temu, co zobaczysz, i nie próbuj przypadkiem niczego robić – nakazała. – Zaręczam ci, że mimo iż na pierwszy rzut oka mogłoby się tak wydawać, to nie będę potrzebowała ani wsparcia, ani obrony. – W oczach miała wesoły błysk, który przekonałby Löwefella o prawdziwości tego twierdzenia, nawet gdyby nie przekonały go jej słowa.

– Skoro tak mówisz.

– Chodź, mój dzielny ptaszku – poprosiła orła.

I wtedy ten wyprysnął wprost w jej pierś. Wbił się w nią szponami i dziobem, rozorał sukienkę, obnażył piersi, rozerwał skórę i zgruchotał kości. W powietrze buchnęła fontanna krwi mieniąca się wszelkimi odcieniami czerwieni, od amarantu poprzez szkarłat i karmin aż do burgunda. Löwefell mimowolnie zacisnął dłonie w pięści i tylko pamięć o przykazaniu Katriny oraz wiara, iż ona doskonale wie, co mówi i co robi, powstrzymała go przed interwencją. Tymczasem orzeł, zasłonięty buchającą z rany krwią, przez chwilę jeszcze szamotał się w powietrzu, sam cały unurzany w czerwieni, aż wreszcie ciało Katriny wessało go i wchłonęło. Jej kości zrosły się, skóra nabrała znowu jędrnej gładkości, a nitki sukienki zespoliły się w sztukę materiału. Kobieta odetchnęła głęboko. Miała bladą twarz i oczy powiększone oraz rozpłomienione, z wielkimi, czarnymi źrenicami, tak głębokimi, jakby stały się studniami spoglądającymi w głąb nicości.

Katrina uniosła w uniesieniu twarz w stronę skłębionego nieba.

– Zawsze jestem silniejsza, kiedy to następuje. Staję się coraz potężniejsza... – powiedziała powolnym, monotonnym głosem i przymknęła powieki.

Przez długą chwilę trwała w bezruchu, jakby chłonęła całą sobą nie-świat, potem otworzyła oczy i spojrzała na Löwefella.

– I zawsze staję się coraz mniej tym, kim byłam wcześniej – dodała głosem pozbawionym żalu, ale też pozbawionym zadowolenia.

Inkwizytor nie widział nigdy wcześniej podobnej manifestacji magii, nie sądził nawet, że podobny zabieg jest po pierwsze, możliwy, a po drugie, że jest zdolny przynieść cokolwiek korzystnego. Zresztą Katrina przyznała, iż za zwiększoną moc, za siłę, za potęgę, płaci własnym człowieczeństwem. Co tak naprawdę oznaczały te słowa? I czy w ogóle cokolwiek oznaczały?

– I co, Arnoldzie? Interesujące doświadczenie? – jej głos znowu był taki jak dawniej, zabawny i ironiczny.

– O tak. Niezwykłe – odparł Löwefell z całkowitą szczerością.

– A więc czas na nas. – Wyciągnęła do niego rękę.

Natychmiast wyciągnął swoją dłoń i splótł palce z jej palcami. Miała silny, chłodny uścisk. Krzepiący.

Wzlecieli z balustrady. Nie tak, jak orły Katriny, które pędziły niczym bełty wystrzelone z kuszy. Oni dwoje unieśli się raczej jak latawce pchnięte podmuchem wiatru, jak leciutkie, białe strzępy przekwitłego kwiatu mniszka. Wlecieli w szare obłoki i Löwefell w tym samym momencie natychmiast stracił wzrok. Nie widział nic poza szarą gęstą masą, tak jakby otworzył oczy w stawie pełnym błota. Poczuł, że z trudem oddycha, i bał się otworzyć usta, gdyż wyobraził sobie, że szara masa zaleje mu wargi, wsączy się do gardła i do płuc, zatamuje oddech. Przez jedną straszną, ale intensywną chwilę miał ochotę wyszarpnąć dłoń z dłoni Katriny i ulecieć jak najszybciej, jak najwyżej i jak najdalej od tej przytłaczającej burej masy.

 

– Nie rób tego, Arnoldzie – usłyszał spokojny głos swej towarzyszki. – Nie rób tego, bo zginiesz.

Ścisnęła mocniej jego rękę i znowu poczuł chłodny dotyk jej palców. Ten dotyk zdawał się wlewać nową siłę w całe ciało. Löwefell zrozumiał, że może odetchnąć, i odetchnął, tym razem nie bojąc się już, że szara, lepka substancja nie-świata zaklei mu usta, gardło i płuca.

Wznosili się jednostajnym, spokojnym ruchem, jakby byli nurkami pozwalającymi wypychać się wodzie z głębin w stronę powierzchni bez wykonywania gwałtownych ruchów. Inkwizytor rozumiał, że ta powolność i ten spokój są celowe i przemyślane. Wszystko prowadzone tak, by nie przyciągnąć czyjejś uwagi, by swoją obecnością nie przywołać kogoś lub czegoś, co mogłoby im przeszkodzić. Wysłane przez Katrinę ptaki wyczyściły drogę przed nimi, ale wiadomo było, iż skutki ich działania nie potrwają wiecznie. Czy w obłokach mogło się pojawić coś, co zagroziłoby tak silnej istocie jak Katrina? Cóż, Löwefell był przekonany, że on sam również nie byłby wyłącznie ofiarą możliwego ataku. Ale musiał przyznać, iż zdolności towarzyszki były dla niego samego na razie niedostępne. Myślał jednak o tym bez zawiści, co najwyżej z pełną szacunku zazdrością i pragnieniem wzniesienia się na podobny poziom. Nie dla własnej ambicji, a tylko, by stać się użyteczniejszym narzędziem w zadaniu budowy Domu Pańskiego.

Stopniowo zaczęło robić się coraz jaśniej. Brunatna masa ustąpiła miejsca migotliwemu brązowi, potem ciemnomiodowej lawie, aż wreszcie przeszła w beż rozjaśniony srebrem. I nagle, niemal bez ostrzeżenia znaleźli się w przejrzystym powietrzu. Groźne obłoki kłębiły się już nie nad nimi czy wokół nich, lecz pod ich stopami. Stanęli na szczycie wieży, na kamiennej platformie będącej, jak sięgnąć okiem, najwyższym punktem. Löwefell rozejrzał się z zaciekawieniem.

– Pierwszy raz widzisz klasztor z nie-świata i nie-świat z klasztoru, prawda? – zagadnęła Katrina.

– Do pewnego stopnia – odparł ostrożnie Löwefell.

Pamiętał bowiem, że Marius van Bohenwald zaprowadził go kiedyś w takie miejsce, z którego można było ogarnąć wzrokiem i myślą rzeczy niewidzialne, czy też niedostrzegalne w inny sposób. Ale do tej pory nie do końca wiedział, cóż to było za miejsce. Nigdy później tam nie wrócił, bo też nie wiedziałby nawet, w jaki sposób to zrobić, a van Bohenwald nie przypominał tego wydarzenia ani w rozmowie, ani nawet w aluzji.

– Wiem, dokąd zabrał cię Marius – stwierdziła Katrina. – To było co innego.

– Tak – zgodził się Löwefell. – To było co innego. Chociaż do tej pory nie wiem co... – dodał.

Milczeli przez dłuższą chwilę. Katrina wpatrzona w dal, a Löwefell przyglądający się zabudowaniom klasztornym. Tutaj, w nie-świecie, klasztor wydawał się być nie tyle gmachem, ile skamieniałą, niegdyś żywą, a może nawet do tej pory żywą istotą. Gigantycznym, choć znieruchomiałym tworem, uśpionym na wieki i przez wieki, ale zdolnym kiedyś i pod wpływem jakiejś magicznej siły ożyć i powstać. Środkowa część budowli była zasłonięta przed wzrokiem Löwefella, gdyż nadal spowijały ją buroszare chmury. Dlatego widział jedynie boczne skrzydła i boczne wieże.

– Ostrzegam cię przed jednym, Arnoldzie – odezwała się Katrina. – Jeżeli przez myśl ci przemknęło, iż mógłbyś poprzez nie-świat zobaczyć, jak wyglądają sekretne komnaty w podziemiach Amszilas, to... – uśmiechnęła się samymi ustami – nie rób tego.

Löwefell zdziwił się, gdyż nie przyszło mu to do głowy, ale uzmysłowił sobie również, że owszem, ta myśl na pewno prędzej czy później by się pojawiła. I zdał sobie również sprawę, że byłaby to rzeczywiście niebezpieczna myśl.

– Niczego podobnego nie zamierzałem robić – odparł szczerze. – Zresztą nie sądziłem nawet, iż kiedykolwiek wejdę stąd właśnie, z klasztoru, do nie-świata. A teraz? – Spojrzał na Katrinę. – Mam strażnika, prawda? – Uśmiechnął się.

– Strażnika? – Pokręciła głową. – Nie, raczej opiekuna. I jako opiekun zapewniam cię, że próba zerknięcia w nasze tajemnice z poziomu nie-świata nie kończy się dobrze.

– A więc ktoś próbował...

– Ależ oczywiście, Arnoldzie, że próbował! – Klasnęła. – Powinieneś wiedzieć, że nie ma takiej głupoty, której ktoś kiedyś nie popełniłby z ciekawości. Czasami ciekawości bezmyślnej, a czasami podżeganej pragnieniem władzy, wiedzy lub innych zysków.

– Tak, tak, sądziłem, że to bardziej ludzka cecha niż nasza, ale rzeczywiście i my podlegamy sile ciekawości – skinął głową inkwizytor. – Choć, jak mniemam, była to ciekawość dobrze uzasadniona, a nawet szlachetnie motywowana, czyż nie?

Milczała chwilę.

– Widzisz, Arnoldzie, problem tkwi w tym, że nigdy nie poznaliśmy motywów kierujących nielicznymi ludźmi, u których ciekawość przeważyła nad ostrożnością. Widziałeś sekretne komnaty w prawdziwym świecie i doskonale wiesz, jaką skrywają tajemnicę. Zapamiętasz to do końca życia...

Nie oczekiwała potwierdzenia, lecz Löwefell skinął głową. Tak właśnie było. Obraz, jaki pozwolono mu ujrzeć przed laty. Obraz prawdziwego Pana i Boga, Jezusa Chrystusa, nie tylko zapadł mu w pamięć, ale raz na zawsze odmienił jego serce oraz rozum. Pamiętał ten obraz w każdym szczególe i wiedział, że pozostanie on na zawsze odciśnięty w jego umyśle. Uśpiony Jezus Chrystus zasiadający na tronie. I krew Aniołów ciętych srebrnymi sierpami, spływająca na ciało Boga, by Bóg ten nigdy nie umarł, lecz by trwał w zawieszeniu pomiędzy światem żywych i światem martwych. Wszystko to w nadziei, iż zostanie kiedyś odnaleziona formuła, by wyrwać Go z tej sennej martwoty. Dlaczego Jezus opuścił Rzym? Dlaczego odnalazł się w Germanii? Czemu przed wiekami zawędrował aż tutaj, do tej dzikiej, bezkresnej puszczy, pozbawionej wtedy jeszcze miast i dróg, a zamieszkanej jedynie przez barbarzyńskie plemiona, które jedyny sens życia widziały w nieustannej walce? W jaki sposób został pozbawiony mocy, w jaki sposób Go uśpiono i w jaki sposób odgadnięto metodę postępowania pozwalającą na utrzymanie Go przy życiu, w dziwnym stanie letargu? Jak okiełznano Anioły, by przez wszystkie upływające stulecia karmiły Boga swą ożywczą, świetlistą krwią? Na te pytania Löwefell nie potrafił odpowiedzieć, chociaż ciekawiło go, czy w ogóle istnieje na świecie ktoś, kto na nie odpowiedzieć potrafi.

– Każdy z nas, inkwizytorów Wewnętrznego Kręgu, był tam, w tej wielkiej, świętej komnacie przynajmniej raz w życiu, a większość z nas tylko raz w życiu. Bo ten raz zupełnie wystarcza, byśmy nigdy nie zapomnieli obrazu naszego Boga.

– To prawda – rzekł Löwefell.

Właściwie dopiero teraz zdał sobie sprawę z faktu, że rzeczywiście nigdy nie pragnął wrócić do sekretnych podziemi, w których trwał Jezus Chrystus. Dlaczego? Może ze smutku, a może z poczucia bezsilności? Niemniej doskonale zauważył, że Katrina powiedziała: „większość z nas tylko raz w życiu”. Oznaczało to, że istnieli inkwizytorzy, którzy bywali w tej komnacie częściej. W jakim celu? Przecież Jezusem i utrzymywaniem Go przy życiu zajmowali się specjalnie wyszkoleni i biegli w swych zdolnościach mnisi. Po co więc pojawiali się tam inkwizytorzy? Jakie wyznaczono im zadania?

– Niestety, a może na szczęście – ciągnęła Katrina – z kogoś, kto próbuje spojrzeć do komnat z poziomu nie-świata, zostaje zaledwie łupina. Powłoka. Wysuszony kokon. Taki człowiek znika, Arnoldzie, nie zostawiając po sobie żadnego śladu, iż kiedykolwiek był, istniał, żył... Nic. Pustka.

Löwefell przez chwilę rozmyślał nad tym, co usłyszał, a potem zapytał tylko:

– Czemu tak się dzieje?

Pokręciła głową.

– Tego nie wiemy na pewno. Mamy kilka hipotez starających się wyjaśnić, dlaczego taki właśnie spotyka ich los. Możliwe, że kiedyś o owych hipotezach porozmawiamy...

I wtedy Löwefellowi przemknęła przez głowę myśl, że Katrina czy ktoś, z kim dyskutuje ona o tej tajemnicy, tak naprawdę pragnie przedrzeć się przez magiczną barierę. Że jej celem jest pokonanie owej pułapki. Tylko w imię czego? Zaledwie ciekawości? Löwefell nie sądził, by kwestia była tak trywialna. Lecz nie mógł oprzeć się myśli, iż ostrzeżenie, które Katrina przedstawiła mu przed chwilą, nie było tak naprawdę ostrzeżeniem, a informacją. Inkwizytor nie dziwił się, że znaleźli się tacy, którzy zapragnęli ujrzeć sekrety Amszilas z mistycznej perspektywy nie-świata. Jak wyglądał Jezus Chrystus w nie-świecie? Jaką przybierał tutaj formę? Czy nie-świat potrafił na Niego wpłynąć, czy też raczej On wpływał na nie-świat i kształtował go? Czy umysł Jezusa i jego święta wola w jakiś sposób potrafiły działać pomimo letargu? Czy to działanie byłoby widoczne z poziomu nie-świata? Czy ci, którzy znikali, chcąc przejrzeć sekrety Pana, znikali dlatego, że to sam Chrystus bronił swej tajemnicy? A jeśli tak, czy bronił jej w sposób świadomy, czy zaledwie instynktowny?

Tymczasem Katrina wydawała się zupełnie nie zwracać uwagi na pogrążonego w rozmyślaniach Löwefella. Oparta o murek spoglądała w dal i inkwizytor był pewien, że widzi coś poza czystym, przejrzystym niebem i obłokami na linii horyzontu.

Gdybym nie wiedział, że jestem w nie-świecie, być może przez kilka chwil dałbym się nabrać, że jestem w rzeczywistym uniwersum, że stoję pod ludzkim niebem, na zupełnie zwyczajnym kamiennym balkonie, pomyślał Löwefell. Nigdy nie widziałem jeszcze fragmentu nie-świata, który wyglądałby tak zupełnie zwyczajnie. I nawet... przyjaźnie.

I nagle Katrina wyciągnęła dłoń i wykonała nią dziwny gest, tak jakby skręcała coś w powietrzu, a w jej palcach pojawił się przedmiot pulsujący ciemnością. Löwefell o mało nie cofnął się o krok, gdyż był to gest tak niespodziewany i zaskakujący. A i sam przedmiot był niezwykły. Nie tylko przez swoją magiczną strukturę, nie tylko poprzez zaklętą w nim moc, ale dlatego też, że Löwefell świetnie rozpoznał, czym ten przedmiot był w świecie rzeczywistym i jak dokładnie wyglądał.

– Poznałeś – stwierdziła z satysfakcją Katrina.

– Tak, poznaję – odparł inkwizytor.

Wspomnienia wróciły, nie jak błysk, nie jak sztormowa fala, a niczym łagodny podmuch ciepłego powietrza, kiedy otwiera się drzwi i wychodzi na próg w letnie południe. To było stopniowe pojawianie się obrazów z przeszłości. Löwefell zobaczył olśniewającą salę. Kafle podłogi były wykute ze złotych płytek, ściany i kolumny rzeźbione z marmurów znad indyjskiej Narmady. Z sufitów zwieszały się kryształowe kandelabry, w których grubo rżniętych kulach załamywały się płomienie uwięzionych ifrytów, wypełniając całą komnatę pomarańczowozłotym blaskiem.

– Nie wierzę... – szepnął Löwefell.

– W co? – usłyszał ciekawość w głosie Katriny.

– Narses. Jego moc... On chwytał ifryty i zaklinał je w krysztale, by oświetlały mu pałac... Cóż za marnotrawstwo potęgi.

– Nie wiedziałam, że to potrafił. – Inkwizytorowi wydawało się, że jego towarzyszka jest naprawdę zdziwiona. – Jesteś pewien, że to były ifryty? Prawdziwe ifryty, a nie magiczne złudzenie, by okazać gościom moc i władzę?

– To były prawdziwe ifryty – rzekł Löwefell z pewnością w głosie.

Bo przypomniał sobie nie tylko kule z zamkniętymi demonami, nie tylko płomienie i światło załamujące się w kryształach. Przypomniał sobie również bezgraniczną wściekłość demonów. Ich bezsilną nienawiść, pulsującą w całej sali, ich oczy, zawsze i wszędzie śledzące każdy krok Narsesa. Te spojrzenia pełne niewyobrażalnej dla człowieka wrogości, pełne cierpienia, ale pełne również okrutnej nadziei, że kiedyś będą mogły sycić się męką człowieka, który tak strasznie je poniżył.

– Nie wiedziałem, że Narses był aż tak potężny – szepnął Löwefell. – W jaki sposób on je wszystkie jednocześnie utrzymywał w niewoli?

I inkwizytor musiał, choć niechętnie, przyznać, że ten mroczny starzec, ten okrutny perski mag, wzbudził jego podziw. Pomieszany z pogardą, lecz jednak podziw. Zarówno dla siły, jak i dla pewności siebie. Przecież Narses przechadzał się w tej komnacie pełnej rozwścieczonych ifrytów, sycił się i karmił ich cierpieniem oraz nienawiścią. Wiedząc, że istnieje szansa, niewielka, ale jednak istnieje, że któryś z demonów zerwie więżące go pęta. I świadomość tego, że demony wiedzą o swej szansie i walczą ze wszystkich sił, by ją odnaleźć, jeszcze bardziej bawiła i podniecała perskiego czarnoksiężnika.

 

– Też chcielibyśmy poznać sekrety mocy Narsesa – stwierdziła Katrina. – Bo jak myślisz, czemu zadaliśmy sobie tyle trudu, by go schwytać, a potem przywrócić mu zdrowie?

Löwefellowi podobało się, że Katrina mówi o Narsesie jak o obcym, innym człowieku. Że rozumie, iż perski mag i cesarski inkwizytor to dwie tak różne postaci, że nie należy ich identyfikować ze sobą. Oczywiście Löwefell przyzwyczaił się do złośliwości van Bohenwalda, ale podobała mu się delikatność obecnej towarzyszki podróży. Inna rzecz, czy wynikała ona z przekonań, czy służyła manipulacji. Bo tego, że jest obiektem manipulacji, Löwefell był oczywiście całkowicie pewien. Godził się z tym i nawet uważał to za właściwe, ale sądził też, że powinien być owych manipulacji świadomy.

Przymknął oczy, by pełniej zanurzyć się w przeszłości, i znowu zobaczył perskiego maga stojącego pośrodku złoto-białej komnaty pulsującej płomieniami rozwścieczonych ifrytów. Inkwizytor widział ten obraz nie oczami samego Narsesa, ale tak, jakby punkt obserwacyjny zawisł gdzieś pomiędzy ścianą a sufitem, a spojrzenie obejmowało całą komnatę i wszystkie znajdujące się w niej postaci. Narses jak zwykle ubrany był w czerń. Miał czarny płaszcz z szerokim kapturem, teraz jednak kaptur ten spoczywał na ramionach, odsłaniając bladą, pomarszczoną twarz. Ta twarz nie była bynajmniej odrażająca czy demoniczna, nie przedstawiała się jako przerażające uzewnętrznienie zła panoszącego się w duszy Narsesa. To było po prostu oblicze starego, ponurego człowieka, którego wymięta skóra nie oglądała od wielu lat promieni słońca. Mag trzymał w prawej dłoni laskę i Löwefell aż boleśnie poczuł, jak niezwykłą moc miał ten przedmiot. To była laska ze smoczej kości, materiału jak żaden inny na świecie nadającego się, by zaklinać w nim moc magii ognia.

– Gdzie jest jego laska? – Löwefell otworzył oczy i spojrzał na Katrinę. – Co zrobiliście z laską Narsesa?

– Potężna to była broń w ręku perskiego maga ognia, który przygotowywał ją, rzeźbił i dopieszczał całymi latami – powiedziała takim tonem, jakby recytowała poemat.

– Poczułem jej moc we wspomnieniu. Była... – Odetchnął głębiej. – Nawet ifryty szalejące w kryształowych kulach nie miały takiej potęgi jak ona... Co z nią zrobiliście? – powtórzył pytanie.

– Zniszczyliśmy ją – odparła Katrina. – Była zbyt niebezpieczna, a my nie potrafiliśmy jej kontrolować.

Nie, nie zniszczyliście jej, pomyślał Löwefell i miał absolutną pewność swej racji. Leży w jakimś skarbcu, otoczona ochronnymi zaklęciami, przygwożdżona mocą potężnych modlitw oraz relikwii. Ale na pewno nie zniszczyliście jej, gdyż jest świadectwem istnienia zbyt wielkiej mocy. Bo jest również skarbcem wiedzy, jeśli ktokolwiek zdecyduje się w tym skarbcu kiedyś zanurzyć. Czy Narses stworzył samodzielnie ten potężny, magiczny artefakt, czy też odziedziczył go po kimś innym i jedynie poprawiał, cyzelował oraz udoskonalał? Po twórcy? A może po spadkobiercy twórcy? A może tę laskę stworzono jeszcze dawniej? Wtedy, kiedy według legend smoki szybowały pod płonącym niebem? A Narses tylko ją coraz lepiej poznawał i ulepszał?

– Mówią, że ostatniego smoka widziano ponad tysiąc lat temu w czasie wielkiej perskiej wojny – rzekł Löwefell. – Jeśli w ogóle był tam wtedy żywy smok, a nie jedynie fantastyczny wytwór żołnierskiej wyobraźni – dodał.

– Był – stwierdziła Katrina z pewnością w głosie. – Był na pewno. Jednak czy żywy, to już kwestia dyskusyjna. Ale powiedz mi, co jeszcze zobaczyłeś? – Skupiła na nim uważny wzrok.

– Zobaczyłem Roksanę. – Uśmiechnął się do tych odległych wspomnień, które wydawały się nawet nie wspomnieniami, a życiem kogoś innego, przemalowanym niczym obraz do umysłu Löwefella.

Czarnowłosa piękność szła po złotych kaflach posadzki, mijając uwięzione w kryształach ifryty, które na jej widok pluły ogniem i miotały się z jeszcze większą zaciekłością, niż kiedy widziały Narsesa. Roksana miała lśniącą suknię barwy karmazynowej czerwieni, która ciągnęła się za nią długim trenem. Stąpała, jakby była królową, bo rzeczywiście tu, w pałacu Narsesa, była królową. Była drugą po bogu, a jej kaprys rządził życiem niemal każdego człowieka, który miał szczęście lub nieszczęście znaleźć się w zasięgu jej wzroku. Bała się tylko Narsesa, a on czasami leniwie zastanawiał się, co by było, gdyby na oczach wielu gości i sług kazał wydać Roksanę na męki ifrytom, które wcześniej sama lubiła torturować. Wiedział jednak, Löwefell doskonale w tej chwili pamiętał te myśli, że dla chwili zabawy i rozrywki straciłby nie tylko zdolną uczennicę, ale też lojalną i inteligentną towarzyszkę, która pomagała mu zarówno w sprawach natury magicznej, jak też w intrygach na dworze szacha. Poza tym chyba ją lubił, pomyślał Löwefell. Pomyślał to po pewnym wahaniu, wynikającym z faktu, że słowa opisujące pozytywne emocje żywione w stosunku do innych ludzi zdecydowanie nie pasowały do perskiego czarnoksiężnika. Ale do Roksany czuł jakiś sentyment. Może taki, jaki czuje się do dobrze wytrenowanego, inteligentnego psa, którego zdolności potwierdzają kunszt samego nauczyciela. W każdym razie Löwefell widział ten obraz z przeszłości, ukazujący Roksanę kroczącą dumnie, z podniesioną głową i z uśmiechem przez środek złotej, pulsującej ogniem sali. Podziwiał nie tylko piękno tej scenerii, lecz podziwiał również piękno kobiety będącej w centrum owej scenerii. Nie podziwiał jej jako mężczyzna, lecz jakby był uczestnikiem artystycznego misterium. Czy Narses miał podobne odczucia? Chyba tak, pomyślał Löwefell, gdyż przecież widzę go z przeszłości, jak stoi nieruchomo i przygląda się zbliżającej kobiecie. Nie cofa wzroku, nie odwraca go w stronę szalejących za jego plecami i po jego bokach ifrytów, lecz patrzy właśnie prosto na nią.

We wspomnieniach Roksana zbliżyła się do Narsesa i złożyła uniżony dyg. Teraz zauważył, że jej suknia ma głęboki dekolt, a szyję i górę piersi czarownicy okala migająca setkami rubinów złota kolia.

– Panie mój i władco, Narsesie, jakżeż mam dziękować ci za łaskę, którą wyświadczyłeś mi, wzywając mnie przed swe boskie oblicze. Niech ze szczytów Choransanu spłyną na ciebie...

– Dość, dość – usłyszał głos Narsesa i o dziwo, był to głos zmęczony.

Czyżby w towarzystwie Roksany perski mag pozwalał sobie na chwilę słabości? A może to tylko była gra? Może był to zaledwie specjalny pokaz dla oczu czarownicy? A może nawet nie dla jej oczu, lecz by pobudzić ifryty do dodatkowej wściekłości? By rozochocone pozorną słabością maga, tym usilniej próbowały wydostać się z niewoli?

Roksana dopiero teraz wyprostowała się, lecz głowę miała opuszczoną, a wzrok wbity w podłogę. Löwefell zauważył, że miała niesamowicie czarne i długie rzęsy, a brwi wyskubane i wymodelowane w delikatny łuk. Narses wyciągnął dłoń, tak samo białą i pomarszczoną jak jego twarz. Na tej dłoni lśniła brosza o kształcie czerwonego smoka. Brosza była tak duża, że rozwarty pysk smoka sięgał podstawy kciuka, a skrzydła rozłożone były od nadgarstka aż do podstawy palców.

– Możesz ją wziąć, jeśli chcesz – zezwolił obojętnym tonem.

Kobieta uniosła głowę i spojrzała na przedmiot leżący na otwartej dłoni Narsesa. Otworzyła usta, jakby zamierzała krzyknąć, ale w ostatniej chwili powstrzymała się i tylko zacisnęła mocno wargi. Löwefell zdumiał się jej reakcją, bo przecież tę perską czarodziejkę wychowano wśród intryg, była świadkiem dramatów, tragedii i okrucieństw, świadkiem zmieniających się kolei losu, ludzkiego cierpienia i upadków. Ta kobieta widziała staczające się głowy i zapewne na ucztach u Narsesa zaśmiewała się, oglądając demony pożerające ludzi. Zdawała się przygotowana na wszelkie niespodzianki, jakie mogą nieść zaskakujące zwroty losu w miejscu tak niebezpiecznym, jak pałac perskiego maga. A teraz była zdumiona i wstrząśnięta. I tych uczuć nie zdołała ukryć. Tymczasem Narses nie wydawał się zwracać na nią uwagi. Po prostu spokojnie trzymał broszę na dłoni, a jego wzrok tym razem spoczywał na jednym z ifrytów. Ku zdziwieniu Löwefella ów ifryt nie miotał się, nie bluźnił, nie otaczał się językami płomieni i nie wybuchał setkami iskier. Siedział, jakby był zastygniętą w ogniu rzeźbą, i wpatrywał się w dłoń Narsesa. Sprawiał wrażenie oszołomionego.