Świat inkwizytorów. Płomień i krzyż. Tom 2

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #11
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Katrina

Löwefellowi śniła się Roksana. Była ubrana w czerwoną, połyskującą suknię z bufiastymi rękawami i miała rozpuszczone włosy. Wirowała w świetle gwiazd na marmurowym dachu pałacu Narsesa. Śmiała się radośnie, a jej taniec był tak szybki, iż mogło się wydawać, że kobieta zaraz wzniesie się w nocne, srebrno-czarne niebo, by następnie spłynąć niczym ognisty anioł na lodowy taras Demawendu. Na sam szczyt tej dla jednych świętej, dla innych przeklętej góry, gdzie Feridun pokonał Ażi Dahakę i na wieki, jak twierdził, przykuł go do ścian w pozbawionych iskry dnia kamienno-lodowych sztolniach.

Roksana śmiała się perlistym, radosnym śmiechem, tak szczerym i tak wdzięcznym, że gdyby Löwefell nie wiedział, iż jest jedną z najpotężniejszych perskich wiedźm, to może by uwierzył, iż to tylko młoda księżniczka spędza noc na samotnej zabawie w świetle gwiazd i księżyca. I Löwefell widział też siebie samego, czy raczej lepiej powiedzieć: widział Narsesa. Widział zgarbionego starca w czarnej szacie, opierającego się na lasce ze smoczej kości. Starzec stał nieruchomo, nie patrzył jednak na tańczącą kobietę, lecz gdzieś w nocną dal. Löwefell w swoim śnie wiedział, w którą stronę spogląda mag. Wpatrywał się w niewidoczny w nocy lodowy, potężny masyw Demawendu. Czemu właśnie w tamtym kierunku? I czemu Löwefellowi przyśnił się ten właśnie sen? I czy ta wizja była lustrzanym odbiciem przeszłości, czy jedynie wytworem umysłu zniszczonego walką oraz zmienionego za pomocą inkwizytorskich mocy?

Löwefell otworzył oczy. Okiennice w jego pokoju były otwarte, wpadało przez nie przydymione światło mglistego poranka. Inkwizytor wstał i zmówił modlitwę, w której, jak co rano, oddał swoje serce, myśli i czyny w ręce Jezusa Mściciela, Jezusa Zwycięzcy, Jezusa Zbawiciela, jedynego Boga, którego miał i którego pragnął mieć na wieki wieków w życiu doczesnym i niebiańskim. Jak zawsze w czasie modlitwy spoglądał z żałością i jednoczesnym niezrozumieniem na swoją przeszłość, na to, jak mógł być wrogiem chrześcijan, jak uprawiając magię ognia, przyzywając ifryty i plotąc mroczne zaklęcia, mógł szkodzić jedynej prawdziwej wierze... I jak zawsze miał szczerą nadzieję, że swoim postępowaniem zmaże winy z przeszłości. Nie z powodu strachu przed Sądem Bożym, nie z powodu oczekiwania na nagrodę, lecz ze zwykłej, szczerej potrzeby serca, która kazała mu widzieć w zwycięstwie Chrystusa jedyny ratunek dla całej ludzkości.

Usiadł na krześle przy stoliku, zjadł dwie kromki zeschniętego chleba, zagryzł je kawałkiem sera i popił kubkiem wody. Wiedział, że ten posiłek wystarczy mu do wieczora, i to bynajmniej nie z powodu postnego umartwiania. Po prostu nie odczuwał chęci na trywialne ludzkie przyjemności. Nie interesowały go ani uciechy łoża, ani uciechy stołu, ani majątek, ani kolekcjonowanie przedmiotów, ani władza nad ludźmi. A raczej interesowały go tylko w takim stopniu, w jakim mogły stać się przydatne do wyższych celów. Do osiągnięcia wiedzy i zwycięstwa świętej wiary. Bo Löwefell wiedział też, że w jego przypadku to pierwsze może pomóc temu drugiemu.

Na długo zanim usłyszał pukanie, wiedział, że ktoś zbliża się korytarzem, a potem staje przed jego drzwiami na chwilę tak krótką, jak przerwa pomiędzy dwoma uderzeniami serca. Wiedział też, kim jest osoba, która go odwiedza.

– Wejdź, Katrino – poprosił.

Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła jasnowłosa, młoda (czy raczej: młodo wyglądająca, gdyż w przypadku członków Wewnętrznego Kręgu wiek nigdy nie był sprawą oczywistą) kobieta w prostym, szarym habicie. Włosy miała upięte wysoko na czubku głowy.

– Witaj, Arnoldzie – odezwała się z uśmiechem.

Poprosił ją, by usiadła, i ze smutkiem przyznał, że nie ma niczego, by ją poczęstować.

– Och, nie kłopocz się. – Machnęła dłonią. – Podobnie jak ty nie jestem łasa na przysmaki. Wystarcza mi tyle co ptakom na polu. Zaledwie ociupina ziarna ze stołu Pańskiego.

Mrugnęła do niego i uśmiechnęła się znowu, tym razem nieco figlarnie. Löwefell między innymi dlatego lubił ją bardziej niż innych mieszkańców klasztoru Amszilas, bardziej niż innych członków Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium. Była zabawna, nieco szalona, potrafiąca powagę przeplatać z kpinami. Miała w sobie lekkość ptaka. I to nie takiego rozpaczliwie trzepoczącego skrzydłami, by utrzymać się w powietrzu, lecz takiego, który swobodnie szybuje pod nieboskłonem. Gdy patrzyło się na jej kruchą postać i delikatną twarz, trudno było uwierzyć, że była jednym z najpotężniejszych członków Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium.

– Wiem, że o niej śniłeś – powiedziała i spojrzała na Löwefella z troską.

– Tak, śniłem. – Skinął głową. – Pierwszy raz tak wyraźnie, tak mocno, tak intensywnie. Owszem, przedtem zdarzało się, że widziałem w snach staruchę z Koblencji. – Löwefell przypomniał sobie sparszywiałe truchło, jakim stała się cudna Roksana po użyciu potężnych zaklęć krwi i ognia, które wyssały z niej siły oraz urodę. – Lecz Roksanę, prawdziwą perską księżniczkę i maginię, widziałem w snach po raz pierwszy.

– Wiem – powtórzyła.

– Kilkanaście tygodni temu Katarzyna była tak łaskawa, że raczyła mnie przyjąć – rzekł Löwefell, będąc pewnym, że Katrina świetnie wie o tej wizycie, a być może zna nawet jej dokładny przebieg. – I w czasie naszej rozmowy wspominała o Roksanie oraz o tym, że Roksana... – zawiesił na chwilę głos – może wrócić.

Kobieta skinęła głową.

– Zdania na ten temat są podzielone.

– Nie znaleziono jej zwłok.

– Wiele rzeczy mogło się wydarzyć – odparła zamyślona Katrina. – Jednak od pewnego czasu naprawdę bierzemy poważnie pod uwagę przypuszczenie, iż ktoś przechwycił jej ciało i zdołał wyssać esencję duszy oraz umysłu. – Westchnęła. – To bardzo niebezpieczne, Arnoldzie. Dla nas wszystkich.

– Lecz z drugiej strony bardzo obiecujące – nie zgodził się z nią.

– Wierzysz, że jej umysł mógł przetrwać śmierć w nienaruszonym stanie? – Pokręciła głową. – Nie, Arnoldzie. Jeżeli ona żyje, to być może będziemy mieli do czynienia z potężną, szaloną wiedźmą, której umysł tak samo nadaje się do badania hermetycznych sekretów przeszłości, jak piaskowa burza do nawadniania pól.

Löwefell rozważał przez chwilę jej słowa.

– Wybacz, Katrino, że nie zgodzę się z tobą – odezwał się wreszcie. – Ona może być śladem, tropem, przypomnieniem – usłyszał prawdziwą, gorącą nadzieję we własnym głosie.

Kobieta położyła dłoń na jego dłoni. Miała chłodne palce. Löwefell raczej nie lubił kontaktu fizycznego z innymi ludźmi, ale dotyk Katriny zawsze w jakiś sposób działał na niego uspokajająco. Tak jakby w ten subtelny sposób potrafiła choć na chwilę ukoić ciążący mu smutek.

– Nie daj się ponieść złudzeniom – powiedziała ze współczuciem. – Może ona żyje, może ją znajdziemy i schwytamy, ale najmniej z tego wszystkiego możliwe wydaje mi się, że będziemy potrafili ją wykorzystać. Chciałabym tylko, by nie wykorzystał jej nikt inny.

– Ktoś, kto dysponuje większą mocą niż my – rzekł ponuro Löwefell.

– Ktoś, kto dysponuje inną mocą niż my – poprawiła go Katrina. – Chociaż w tym wypadku zapewne bardziej użyteczną.

Inkwizytor palcem narysował skrzydła na blacie stołu, a kobieta uśmiechnęła się tylko.

– Każdy jest podejrzany – stwierdziła.

Potem wstała.

– Chcę, żebyś wszedł do nie-świata, Arnoldzie – powiedziała. – Chcę, żebyś tam poszukał naszej pięknej księżniczki.

Löwefell od czasu rozmowy z Katarzyną spodziewał się, że taki pomysł prędzej czy później się pojawi. Zastanawiał się nad związanymi z nim konsekwencjami, rozmyślał nad korzyściami oraz zagrożeniami i nie był pewien, czy pierwsze przerastają drugie, czy też odwrotnie.

– Nie uchylam się od zadania – rzekł. – Lecz są inkwizytorzy znacznie bieglejsi ode mnie w tej dziedzinie. Niemniej oczywiście spróbuję, jeśli takie jest życzenie Inkwizytorium.

– Takie jest życzenie Inkwizytorium – powtórzyła za nim Katrina poważnym tonem. – A ja będę ci asystować, Arnoldzie – dodała. – Wejdę z tobą, by cię chronić.

Löwefell spojrzał na nią prawdziwie zaskoczony.

– Sądzisz, że zdarzy się coś tak niezwykłego, iż nie będę w stanie obronić się sam?

Uśmiechnęła się lekko.

– Masz w sobie zapewne wielką moc, Arnoldzie, i jak sądzę, będzie ona rosnąć, lecz w nie-świecie jeszcze długo nie będziesz bezpieczny. Zwłaszcza przy wykonywaniu takich zadań jak to, które cię czeka.

– A co mnie czeka?

Katrina zastanawiała się chwilę, potem znowu usiadła. Löwefell zrozumiał, że kobieta właśnie w tej chwili wykracza poza ramy, jakie nakreślono jej rozkazami Inkwizytorium. Oczywiście mogła to zrobić, gdyż była niezależna i wysoko umiejscowiona w hierarchii, ale fakt, że postanowiła poświęcić Löwefellowi więcej czasu, wynikał już tylko z życzliwości, nie z obowiązku.

– Załóżmy, że komuś udało się odzyskać esencję życia Roksany. Załóżmy, że ten ktoś pilnie pracuje nad przywróceniem jej zmysłów, nad tym, by odzyskała dawną wiedzę oraz umiejętności. Jeśli przyjmiemy takie założenie, to jakie wynikają z tego wnioski?

– Ów ktoś będzie jej uważnie pilnował.

– Więcej, Arnoldzie. Ten ktoś wystawi Roksanę jako przynętę, wiedząc, że spróbujesz się do niej zbliżyć.

– To brzmi rozsądnie – zgodził się inkwizytor. – A czy ten ktoś, jeśli w ogóle hipotetyczny byt, o którym rozprawiamy, istnieje, będzie wiedział, iż ruszysz wraz ze mną?

 

– Bardzo dobre pytanie – skinęła głową Katrina. – I zapewne odpowiedź na nie poznamy już w nie-świecie. Ale całkiem prawdopodobne, iż nic się nie stanie. – Wzruszyła ramionami. – Wtedy będziemy ponawiać próbę, a także spróbujemy bardziej złożonych metod.

Löwefell oczywiście nie dopytywał, co to będą za metody. Jeśli Inkwizytorium uzna za konieczne wyjawić je, to na pewno tak właśnie uczyni.

– To, że Roksana zatopiła Szachor Sefer w umyśle bękarta Katarzyny, nie oznacza, iż nasz przeciwnik, nawet dysponując wszystkimi jej zdolnościami z perskich czasów, będzie potrafił rozplątać to zaklęcie – rzekł. – Pamiętam takie powiedzenie: łatwo wezwać ifryta, trudniej go zmusić, by cię nie spopielił.

– A nie sięgając do magii: łatwiej przebić dłoń, niż ją uleczyć – zgodziła się z nim Katrina. – Pamiętaj jednak, Arnoldzie, o jednym: naszym głównym celem nie jest pochwycenie Roksany – zaakcentowała mocno słowa „nie jest”. – Owszem, jeśli takie zamierzenie by się powiodło, będziemy więcej niż zadowoleni. Ale naszym głównym celem jest po pierwsze – wystawiła kciuk – sprawdzenie, czy Roksana istnieje, a po drugie – wyprostowała wskazujący palec – upewnienie się i zbadanie, w jakiej formie owo istnienie się objawia. A potem? – Skrzywiła nieznacznie usta. – Potem ją po prostu usuniemy.

Przez chwilę oboje milczeli.

– Czy akceptujesz to, Arnoldzie?

Löwefell wiedział doskonale, że jego akceptacja, czy też brak tejże akceptacji, w żaden sposób nie wpłynie na decyzje podjęte przez Wewnętrzny Krąg Inkwizytorium.

– Tak. Akceptuję – odparł.

– Czyżby? – Katrina przyglądała mu się z lekkim rozbawieniem.

– Oczywiście, że akceptuję – dodał pewniej. – Z naturalnymi wątpliwościami, tym większymi, zważywszy na fakt, jak bardzo sprawa jest istotna i skomplikowana.

– Chciałbyś znowu ją mieć, prawda? Roksanę? – Patrzyła na niego uważnie.

Teraz dopiero zauważył, że jej oczy były szare z zielonymi plamkami na tęczówce. Bo o tym, że jej spojrzenie potrafiło być lodowato przenikliwe, wiedział już od dawna.

– Chyba tak – odparł. – Tak. Na pewno tak – sprostował.

Teraz, wypowiadając te słowa na głos, zdał sobie sprawę, że od czasu rozmowy z Katarzyną cały czas z nadzieją myślał o możliwym powrocie Roksany. Ta nadzieja tkwiła w nim i potężniała z dnia na dzień.

– Masz rację – rzekł jeszcze. – Pragnę jej.

Katrina doskonale wiedziała, że nie chodzi tu nawet o cień pragnienia natury erotycznej, że nie chodzi też o dawny sentyment nauczyciela do najzdolniejszej uczennicy. Tu chodziło tylko o wiedzę, którą można wyciągnąć z umysłu perskiej księżniczki. I zarówno Katrina, jak i Löwefell wiedzieli, że jeśli ceną za tę wiedzę miałoby być ostateczne zniszczenie duszy, umysłu i życiowej esencji Roksany, to żadne z nich nawet przez chwilę by się nie zawahało przed uczynieniem takiego kroku.

Katrina znów lekko uścisnęła dłoń Löwefella, potem wstała.

– Przyjdę do ciebie jutro, zaraz po tertii. Przygotuj się do ciężkiej podróży, przyjacielu.

Inkwizytor teraz dopiero zdał sobie sprawę z faktu, że kiedy wejdą razem do nie-świata, to zobaczy Katrinę w jej duchowej postaci. Jak będzie wyglądała? Jaki przybierze kształt? Wiedział, że jest potężna, ale w nie-świecie on będzie w stanie tę potęgę dokładnie dostrzec i precyzyjnie ocenić.

– Ciekawość pierwszy stopień do piekła – roześmiała się Katrina i nagle pod wpływem tego naturalnego śmiechu jej twarz zrobiła się dziewczęco promienna. – Do zobaczenia, Arnoldzie.

Kiedy odeszła i zamknęła za sobą drzwi, Löwefell ciepło pomyślał o tym, że nazwała go przyjacielem. Oczywiście nie znaczyło to zupełnie nic. I dla niej, i dla niego jedynym przyjacielem był Jezus Chrystus i żadne z nich nie zawaha się przed zniszczeniem drugiego, bez wątpliwości oraz bez skrupułów, jeśli tylko uwierzy, iż jest to czyn przedsięwzięty na chwałę świętej wiary. Ale niezależnie od tego wszystkiego usłyszenie słowa „przyjacielu” było bardzo miłe...


Czasy, w których podróż do nie-świata kosztowała Löwefella wiele wysiłku, bólu i fizycznych dolegliwości, minęły dawno temu. Teraz potrafił wnikać do owego uniwersum bez szczególnych wyrzeczeń oraz kłopotów, lecz z całą pewnością, najdelikatniej mówiąc, nie przepadał za podobnymi wędrówkami. Na szczęście ani nie musiał ich zbyt często podejmować, ani też nie obarczano go zadaniami wymagającymi podobnej aktywności. Przed podróżą zawsze dobrze było oczyścić ciało i umysł. Inkwizytor nie jadł nic od czasu kolacji poprzedniego dnia, pił tylko wodę, dużo się modlił oraz medytował. Zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że podróż z Katriną może być czymś znacznie więcej niż dotychczasowe wycieczki do nie-świata, może być to wyprawa zarówno dużo bardziej niebezpieczna, jak i dająca szansę (przerażającą szansę!) na poznanie nowego wymiaru owego uniwersum. Bo dokąd zaprowadzi go Katrina? Dokąd zaprowadzi go członkini Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium, o której mocy, doświadczeniu i umiejętnościach mówiono zawsze i wszędzie z ogromnym szacunkiem? Jakie komnaty nie-świata otworzą się przed Löwefellem tylko dlatego, że Katrina będzie trzymała w dłoniach klucze?

A może to wszystko kłamstwo, pomyślał. Może celem tej wyprawy wcale nie jest zlikwidowanie Roksany, lecz pozyskanie jej moim kosztem? Może zrozumieli, że nie wydobędą ze mnie nic o Szachor Sefer, gdyż mimo najlepszych chęci nie jestem w stanie wskrzesić dawnych doświadczeń? Może ich celem stała się Roksana, a ja jestem zaledwie środkiem umożliwiającym osiągnięcie tegoż celu?

Löwefell myślał o tym wszystkim nad wyraz chłodno, bez emocji, a przede wszystkim bez gniewu i żalu. Raczej ze zrozumieniem dla ludzi, którzy taką decyzję mogli podjąć. Jeśli tylko to właśnie przysłużyłoby się naszej Sprawie, pomyślał, jeśli dzięki temu szala zysków i strat przechyliłaby się na naszą stronę, będę szczęśliwy, mogąc w ten właśnie sposób przyczynić się do przyszłego zwycięstwa dobrych chrześcijan.

I znowu już kilka chwil przed pukaniem do drzwi wiedział, że właśnie Katrina zmierza w stronę jego pokoju. Tak jak obiecała, pojawiła się zaraz po tertii. Tym razem była ubrana w prostą suknię z białego płótna i sandały na bosych stopach. Jej długie, rozpuszczone włosy sięgały niemal do pasa. Löwefella zachwyciło naturalne, delikatne piękno Katriny. Wyglądała niczym śliczna wiejska dziewczyna, wybierająca się na letni spacer. Kto by się spodziewał, że te różowe, pełne usta potrafią wypowiadać słowa zabijające szybciej niż bełt wystrzelony z kuszy, pomyślał.

– Nie widziałem cię w tym wcieleniu, Katrino – powiedział.

– Och, dzisiaj może czekać cię jeszcze wiele niespodzianek – odparła ze słodkim uśmiechem.

Löwefell świetnie zrozumiał, że to jest ostrzeżenie. I że nie wolno mu go zlekceważyć.

– Połóż się, a ja położę się obok ciebie – zarządziła i wskazała na łóżko. – Im większa więź połączy nas tutaj, tym lepiej dla nas tam...

– Jak sobie życzysz.

Kiedy ta ładna, smukła kobieta kładła się obok niego, Löwefell serdecznie żałował, że nic nie czuje. A raczej, że nie odczuwa tego, co powinien odczuwać mężczyzna, kiedy kładzie się koło niego młoda, pociągająca niewiasta. Wiedział, że każdy normalny mężczyzna powinien doświadczać zainteresowania, zauroczenia, podniecenia, namiętności... Tymczasem on czuł zaledwie serdeczność. Było mu miło dotykać Katriny leżącej w jego ramionach i wtulającej się w niego całym ciałem, było mu miło spoglądać w jej oczy, było mu miło czuć na ustach jej oddech i czuć zapach jej ciała, który składał się głównie z zapachu samej skóry, ale też troszkę z woni ziół. No i na jej włosach pozostał dymny aromat kadzideł żarzących się w kaplicy.

– Wystarczy, że będziesz patrzył mi w oczy, Arnoldzie – powiedziała. – Nie odrywaj wzroku, staraj się nie mrugać. I przede wszystkim, na Chrystusa Mściciela, niech ci nawet nie przyjdzie do głowy, by odsunąć się ode mnie!

Te wypowiedziane z mocą słowa „na Chrystusa Mściciela” zabrzmiały tak niespodziewanie i tak dziwnie w jej ustach, że Löwefell o mało się nie uśmiechnął.

– Nie wypuszczę cię – obiecał jednak tylko.

Podróż do nie-świata zawsze niosła ze sobą niebezpieczeństwo. Nawet tak doświadczony inkwizytor jak Löwefell musiał czuć respekt i zachowywać ostrożność podczas pobytu w tym dziwnym uniwersum, które było, między innymi, czymś na kształt zdeformowanej (ale też głęboko mistycznej) wersji realnego świata. Umiejętności Löwefella rosły z każdym rokiem, więc teraz nie musiałby się uciekać do metod tak prostych i niebezpiecznych, jak te, które stosował w czasie słynnej rebelii Hakenkreuza. Wtedy został wysłany z ważną misją w sam środek buntu, który spustoszył część ziem Cesarstwa, wtedy widział bitwy, masakry i rzezie, wtedy też o mało nie zginął. I również wtedy musiał udać się w podróż do nie-świata, stosując środki, które dziś wydawały mu się zarówno mało skuteczne, jak i prymitywne oraz niebezpieczne. Teraz wszystko mogło potoczyć się inaczej. A i sam nie-świat był już dla inkwizytora znacznie bezpieczniejszym miejscem. Co nie znaczy bezpiecznym. Bo nie-świat był niczym dzikie zwierzę. Zwierzę, które można wytresować, można obłaskawić, można badać jego zachowanie, instynkty, odruchy i zwyczaje, jednak zawsze, ale to zawsze, należy pamiętać, iż owo zwierzę potrafi niespodziewanie zaatakować. Zwłaszcza kiedy wyczuje krew lub słabość.

Część nie-świata swoją formą i strukturą przypominała do pewnego stopnia rzeczywisty świat. Powodem, dla którego wielu ludzi parających się magią odwiedzało nie-świat, było jednak co innego. Oto właśnie tam, w tym przedziwnym, zdeformowanym uniwersum, wszelka aktywność magiczna jaśniała niczym odbity lustrami ogień latarni morskiej. Miejsca, w których użyto czarów, zaklęte kryjówki, nasączone magią księgi czy przedmioty – w świecie rzeczywistym mogły być ukryte za zasłonami, ścianami lub barierami, ale w nie-świecie jaśniały tak mocno, że nie można było ich pomylić z niczym innym. Również w nie-świecie można było odszukać rzeczywistych ludzi, idąc za magicznymi nićmi wysnuwanymi z przedmiotów, które do nich należały.

To prawda, że wiele było korzyści zapewnianych przez odwiedziny w nie-świecie. Dla każdego, kto chciał rozwikłać tajemnice świata rzeczywistego, nie-świat otwierał nowe możliwości. Ale pojawiały się też liczne niebezpieczeństwa. Dla ludzi mniej wprawionych samo wybranie się w mistyczną podróż było dramatycznym przeżyciem, doświadczeniem wypełnionym bólem i strachem oraz rujnującym fizyczne zdrowie. Omdlenia, wewnętrzne krwotoki, czasem nawet choroba lub śmierć – taki los spotykał ludzi, nieopatrznie pozwalających sobie na igranie z tą wielką, nie do końca pojmowalną siłą i z tym przerażającym uniwersum. A dlaczego było ono aż tak przerażające? Otóż dlatego, że zamieszkiwały je istoty, niektóre rozumne, niektóre kierowane instynktami, a niektóre zaledwie bezmyślnie egzystujące, dla których przybysz z prawdziwego świata (czy lepiej ujmując: duchowa esencja tegoż przybysza, gdyż to ona przecież podróżowała po nie-świecie, kiedy ciało leżało w świecie rzeczywistym bezwładne, puste i pozbawione sił) zazwyczaj stanowił albo zagrożenie, albo pożądany przysmak. Niedoświadczonych podróżników owe istoty napawały przerażeniem, doświadczeni umieli się przed nimi bronić lub je omijać, najbardziej wprawieni potrafili korzystać z ich wyjątkowych mocy oraz zdolności. Nie-świat był również miejscem pobytu wielu demonów, które właśnie tam czekały na możliwość przejścia do innego, bardziej interesującego uniwersum albo też zajmowały się swoimi parszywymi sprawkami.

A co było ciekawe, dla każdego, kto odwiedzał nie-świat w towarzystwie innych ludzi, tam, w tym mistycznym uniwersum, widziało się człowieka nie w jego fizycznej formie, znanej ze świata realnego, a w formie duchowej. W formie, która kształtowana była przez osobowość, doświadczenie, magię, złe lub dobre uczynki oraz myśli. A także, jak w przypadku Narsesa-Löwefella, przez pamięć zaklętą w dawnych wcieleniach. Czy w nie-świecie doświadczony czarownik mógł tworzyć fałszywe wizerunki samego siebie, by zmylić tym mieszkańców lub towarzyszy podróży i przeciwników? Z całą pewnością można było próbować podobnej gry pozorów, natomiast Löwefell nie do końca był przekonany, w stosunku do kogo i w jakim stopniu takie próby zakończą się powodzeniem. Na przykład nie sądził, by kiedykolwiek mógł przekonać w nie-świecie Katrinę, że jest kimś innym niż starcem o trupiej czaszce unoszącym się na chmurze z dymu i czarnego ognia. Cóż, tak właśnie wyglądał w nie-świecie i nic na to nie mógł poradzić. W rzeczywistym uniwersum był prawowiernym inkwizytorem Arnoldem Löwefellem, członkiem Wewnętrznego Kręgu Świętego Officjum, lecz nie-świat cały czas widział go (a może lepiej rzec: pokazywał) jako perskiego czarnoksiężnika Narsesa, wsławionego wieloma zbrodniami i obrzydliwymi uczynkami. Löwefell był szczerze ciekaw, jakie tajemnice odkryje przed nim nie-świat, ukazując wizerunek Katriny, a słowa kobiety dodatkowo podsyciły jego zainteresowanie. Zresztą nie miał nawet ziarna wątpliwości, iż właśnie to podsycenie było jej celem, kiedy wypowiadała zdanie, że dzisiaj czekają go niespodzianki.

 

Katrina zarzuciła mu lewą nogę na udo, a lewą dłoń położyła z tyłu jego głowy. Niemal zetknęli się nosami.

– Podejrzewam, że dawno nie byłeś w takiej pozycji z kobietą – powiedziała rozbawionym tonem.

– Jestem pewien, że nie tylko podejrzewasz, a doskonale o tym wiesz – odparł.

– Ano prawda. Wiem – rzekła po chwili.

– Dlaczego właśnie takiego mnie utworzyliście? – spytał nagle. – Dlaczego pozbawiliście mnie nie tyle nawet męskiej witalności, ile jakiejkolwiek chęci do korzystania z niej?

Katrina wpatrywała się w jego oczy, a Löwefellowi zaczęło się zdawać, że są one niczym szary ocean migoczący błyskami zielonkawego światła.

– Nie chcieliśmy, byś trwonił energię umysłu oraz ciała – szepnęła. – Ta sfera życia nie ma i nie powinna mieć najmniejszego znaczenia dla istot takich jak my.

Powiedziała „istot”, nie „ludzi”, pomyślał Löwefell z nagłym smutkiem. I smutek ten wynikał również z tego, iż był pewien, że kobieta celowo nie użyła innego słowa.

– Jesteśmy więcej niż ludźmi – dodała.

Wyjaśniła to, jakby czytała w jego myślach. Zresztą może naprawdę tak właśnie było? Szary ocean płynący z jej oczu był już wszędzie wokół. Otulał i kołysał Löwefella niczym łagodne fale, monotonnie i równomiernie bujające łodzią.

– I jesteśmy też mniej niż ludźmi – dodała i wyczuł w jej głosie smutek podobny do tego, który wyczuwał w swoich myślach. – Nie dążymy do zdobycia bogactw, do zyskania władzy, do zaspokojenia żądz i namiętności... Kiedyś byłam inna, Arnoldzie...

Inkwizytor nie widział już nic poza oczami Katriny, tak jakby całkowicie utonął i zatopił się w nich. Gdyby nie wiedział, że wcześniej skrzyżowali wzrok, nie domyśliłby się nawet, iż tak całkowicie pogrążył się w jej spojrzeniu, czy może w magii, jaką wyczarowała tym spojrzeniem.

– Kiedyś i ja dążyłam do sławy, do rozkoszy, do bogactwa. Kiedyś wydawało mi się, że będę potrafiła pomalować cały świat na takie kolory, na jakie tylko zapragnę...

– A potem? Co stało się potem? – zapytał i sam usłyszał swój głos, jakby tony biegły nie przez powietrze, a przez studnię wypełnioną olejem.

– Potem zrozumiałam, że to, co biorę za cały świat, jest jedynie malutką izbą w równie malutkim domku. I pojęłam również, że w prawdziwym kosmosie paleta barw ma takie odcienie, jakich istnienia nawet nie podejrzewałam w moim ubogim światku. Ale dojście do tych wniosków trwało długo i czasami, wierz mi... – Zamilkła na moment. – Nie było łatwe...

Głos Katriny dobiegał nie jako głos kobiety spoczywającej tuż koło niego, a jako brzmienie świata. Tak jakby całe szare niebo i cały szary ocean przemawiały do Löwefella. W dodatku dźwięk dobiegał zewsząd. Ani z góry, ani z dołu. Ani z północy, ani z południa, ani z zachodu czy ze wschodu. Bo już nie było przestrzeni, która ich otaczała. Nie było też kierunków. Była tylko połyskująca, kojąca oraz łagodna szarość, która zdawała się wypełniać i przenikać Löwefella.

– Nie rozpłyń się we mnie, Arnoldzie – usłyszał głos, tym razem pełen troski, lecz też mocny i stanowczy. – Pamiętaj, że istniejesz, inkwizytorze Löwefell! Nie jesteś ani mną, ani oceanem, ani szarością. Ja cię tylko obejmuję.

I nagle znalazł się już w nie-świecie. Stał na kamiennym balkonie wieży, a na dole, pod jego stopami, kłębiły się zielone i niebieskie kształty, ogromne, lśniące wieloma odcieniami. Löwefell wiedział, że stoi w nie-światowym odbiciu klasztoru, a pod nim znajdują się po prostu drzewa oraz przełom rzeki wgryzającej się w zalesione wzgórza. Tu jednak nie wyglądało to ani przyjemnie, ani sielsko. Kłębiące się kształty sprawiały wrażenie, jakby chciały pożreć nie tylko siebie nawzajem, ale również wszystko, co pojawi się w ich bliskości. No i niebo. Wisiało nad tym światem ciężkie, ołowiane, jak szary, brudny wór wyładowany błotem. I trzęsło się tak, jakby ten wór był bliski tego, że włókna ustąpią i wszystko zostanie skąpane w lawinie błota. Löwefellowi przebiegł dreszcz po plecach. Nie-świat wyzwalał w nim ten rodzaj obawy, którego nie znał w świecie rzeczywistym. I wtedy poczuł czyjąś dłoń ramieniu.

– Czas na nas, Arnoldzie – usłyszał głos Katriny.

Głos, który brzmiał dokładnie tak samo, jak zawsze. Był dźwięczny i świeży. Inkwizytor obrócił się i ku swojemu zdumieniu zobaczył, że sama Katrina również nie zmieniła wyglądu. Nadal była jasnowłosą młodą kobietą o pogodnej, delikatnej twarzy i szarych oczach. Tylko może tutaj te oczy miały więcej zielonych plamek. Była ubrana w prostą, jasną sukienkę, a w ręku trzymała bukiet kolorowych polnych kwiatów. Palce prawej dłoni miała zazielenione od soku roślin.

– Nie do wiary – rzekł Löwefell prawdziwie zdumiony.

Trudno mu było powiedzieć, kogo spodziewał się zobaczyć, ale na pewno nie spodziewał się tego, iż wizerunek Katriny w nie-świecie będzie niemal identyczny z tym w świecie rzeczywistym.

– Mówiłam, że czekają cię niespodzianki – powiedziała z uśmiechem. I nawet ten uśmiech był taki sam jak przedtem.

I wtedy Löwefell zdał sobie sprawę, że to wszystko nieprawda. Że ten obraz to jedynie ułuda stworzona przez samą Katrinę. Ułuda tak potężna, że potrafiąca omamić nawet Löwefella i dokonać tego nawet w nie-świecie. A to, samo w sobie, było naprawdę nielichą niespodzianką, gdyż świadczyło, że Katrina jest dużo potężniejsza, niż mógłby przypuszczać. Tymczasem jego towarzyszka żartobliwie pogroziła mu palcem wskazującym, cały czas się uśmiechając.

– Nie bądź pochopny w osądach – ostrzegła.

Potem odwróciła się tyłem do poręczy i wychyliła z kamiennego balkonu. Spojrzała w górę.

– Bardzo daleko mamy na szczyt – westchnęła. – Ale cóż zrobić. Najpierw musimy właśnie tam polecieć...

Löwefell zbliżył się do niej i wychylił podobnie jak ona. Rzeczywiście, w szaroburym kłębowisku obłoków nie było widać nawet szczytu wieży. Za to świetnie można było dostrzec przebiegające przez środek chmur smugi barwy przydymionego srebra.

– Chmury, pioruny... – rzekł. – Chcesz się przez nie przedzierać?

Wędrowcy, którzy zaglądają do nie-świata, zawsze starają się trzymać z dala od niespodzianek. A to oznacza, iż omijają miejsca, których nie można spenetrować wzrokiem lub magią. Bo w miejscach tych można pozostać na zawsze. Oczywiście, jeśli ma się pecha.

– Zrobimy to szybko – stwierdziła.

– Kiedy już staniemy na szczycie – powiedział – co uczynimy później?

– Rozejrzymy się, Arnoldzie. Z góry lepiej widać...

Tak jakby to miało być wyjaśnienie, pomyślał.

– Kiedy staniesz na górze, sam zrozumiesz, dlaczego chciałam przeprowadzić sprawę w taki, nie inny sposób – rzekła. – A teraz chodźmy, bo będzie coraz gorzej i gorzej...

– Co mam robić?

Jednym zwinnym skokiem, lekko, jakby odbijała się nie od kamiennej posadzki, a trampoliny, wylądowała na balustradzie.

– Chodź do mnie.

W świecie realnym Löwefell raczej nie dałby rady podskoczyć na aż taką wysokość, tu jednak przecież kamienie nie były prawdziwymi kamieniami, mięśnie kierujące ciałem nie były prawdziwymi mięśniami, a powietrze, które nie było powietrzem, miało inną strukturę i inne właściwości. Inkwizytor przefrunął więc na balustradę i stanął obok towarzyszki. Ta z niezadowoloną miną spoglądała do góry, w kłębiące się brudne obłoki, w których coraz częściej pojawiały się srebrne niteczki rozbłysków. Wreszcie westchnęła.