Świat inkwizytorów. Płomień i krzyż. Tom 2

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #11
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie sądzę, by ktokolwiek mnie pytał.

Katarzyna niespodziewanie uśmiechnęła się ujmująco.

– Możesz się bardzo pomylić, Arnoldzie – powiedziała ze słodyczą i wzniosła oczy ku rzeźbionemu sufitowi. – Kto wie czy czas triumfu Prawdziwego Krzyża nie jest już bliski!

Tym razem udało jej się zaskoczyć Löwefella. Oczywiście nie dał tego poznać po sobie, ale pomyślał: nie do wiary, czyżby Inkwizytorium zamierzało poprzeć wojnę z Persją?

– No nic. – Czarownica strzepnęła palcami. – Zastanówmy się nad czymś innym, Arnoldzie, i wróćmy do tego, co przede wszystkim nas interesuje. Wojnami niech zajmują się cesarze, królowie, książęta i generałowie, my zajmijmy się kwestiami naszej świętej wiary i tym, jak jej pomóc...

Inkwizytor słuchał jej słów nieporuszony. Katarzyna milczała chwilę, jakby spodziewała się, że jednak usłyszy odpowiedź, lecz gdy ta nie padła, czarownica ciągnęła:

– Nie potrafisz nam pomóc w rozszyfrowaniu perskich zaklęć ognia i krwi, a jedyna znająca się na tym kobieta, którą niemal mieliśmy w rękach – Löwefell usłyszał wyraźną gorycz w głosie Katarzyny – umknęła nam bezpowrotnie. Ale może... – Czarownica zawiesiła głos. – Może kto inny będzie w stanie nam doradzić?

– Któż taki?

– Inny perski mag.

Löwefell pokręcił głową z obojętnym rozczarowaniem.

– Narses był największy, najmądrzejszy, najodważniejszy. Wielu rzeczy nauczył Roksanę, ale też nie wszystkiego. Żaden perski mag nie dzieli się z uczniami pełnią wiedzy. Nigdy.

– Przecież miałeś rywali, konkurentów, wrogów! – Katarzyna podniosła głos. – Któryś z nich musiał cię śledzić, naśladować, próbować ukraść twoje pomysły, wykorzystać zdolności. – Rozzłoszczona stuknęła pięścią w otwartą dłoń. – Powiedz: który?!

– Pani, pytano mnie o to wielokrotnie – odparł Löwefell, nie wiedząc, czy rozmawiająca z nim kobieta nie zna tej odpowiedzi, nie chce jej znać, czy celowo pragnie go nacisnąć w sobie tylko wiadomym celu. – Ja nawet nie pamiętam innych magów. Całe życie Narsesa jest dla mnie niczym strzępy mgły ukryte w dymie. Przecież wiesz dobrze, że nawet moc, jaką dysponuję dzięki miłości naszego Pana, jest jakże odmienna od mocy Narsesa.

Katarzyna milczała dłuższą chwilę.

– Wiem – odparła.

– Czy Inkwizytorium kiedykolwiek próbowało powtórzyć intrygę, dzięki której porwano Narsesa? – spytał, gdyż naprawdę nie znał odpowiedzi na to pytanie.

Kobieta zatrzymała na nim chłodny wzrok.

– Obawiam się, że schwytanie najpotężniejszego i najprzebieglejszego szczura było dla reszty stada niczym trzęsienie ziemi. Nieprędko ktokolwiek wykurzy ich z nor, w których się schowali.

Potem uśmiechnęła się lekko.

– Co nie znaczy, że nie będziemy próbować – powiedziała. – I być może nawet dla ciebie znajdzie się miejsce w czasie trwania tej próby.

– Byłaby to wielka łaska i wielkie zadanie – odparł szczerze Löwefell.

– Czy mogę cię czymś poczęstować? Daktyle? Płatki róży?

Löwefell pamiętał, że jako Narses brał udział w wykwintnych ucztach trwających nieprzerwanie dziesiątki godzin, w czasie których donoszono wciąż nowe i nowe potrawy, tak by na stołach żadne danie nie powtórzyło się podczas całej biesiady. Pamiętał, a może tylko wydawało mu się, że pamięta, iż jego kucharze przygotowywali pasztety ze słowiczych języków, gęsie wątróbki z ptaków, które całe życie karmiono suszonymi figami, ślimaki tuczone mlekiem, faszerowane koszatki smażone w miodzie, strusie móżdżki, czarny groch posypywany płatkami złota... Taaak. Sprowadzano dla mnie kucharzy, potrawy i przyprawy z Rzymu, Indii, Afryki i Chin, pomyślał. Czy mnie to cieszyło, zadał sobie pytanie. Czy moje podniebienie doceniało maestrię kucharzy, czy też owe cuda powstawały w wielkich ilościach jedynie, by olśnić moich gości i moich rywali? Cóż, szkoda, że pamiętam zupełnie nieprzydatne szczegóły, a nie pamiętam mojej magii, pomyślał z żalem. Że nie pamiętam tego, z czego słynąłem i dzięki czemu zdobyłem władzę.

– Uprzejmie dziękuję – odpowiedział na pytanie Katarzyny, gdyż nie miał ochoty na słodycze. Zresztą tak naprawdę jego umysł nigdy nie żądał pożywienia. Ciało, owszem, wymagało strawy, by móc funkcjonować, lecz Löwefell jadł nie dla apetytu i smaku, a jedynie dostarczając organizmowi paliwa, tak jakby podrzucał drewno do grzejącego dom ognia. Potrafił docenić smak dobrze przygotowanej potrawy, ale równie dobrze mógł kontentować się przyrządzonym w najprostszy możliwy sposób suchym chlebem z wędzonym mięsem czy serem.

– Wiesz, co się dzieje ze zwłokami? – zapytała nagle.

– Słucham?

– Ze zwłokami – powtórzyła. – Na ulicach miast naszego świętego Cesarstwa. Co się dzieje z biedakami, którzy upadną tam, gdzie stoją, którzy zdechną w jakimś żebraczym zaułku, lub z nieszczęśnikami, których pchnie nożem nieznana ręka? Co się dzieje z trupami wyławianymi z rzeki?

– Jeżeli nie mają nikogo bliskiego – bardziej stwierdził, niż zapytał Löwefell.

– Właśnie tak.

– Są wywożeni za miasto i grzebani we wspólnych mogiłach. Nekropolia na granicach Hez-hezronu nazywana jest Dołami. – Inkwizytor umilkł na chwilę. – To ponure miejsce – dodał.

– O tak, to ponure miejsce – zgodziła się Katarzyna. – Rzadko rządzą tam prawa ludzkie i boskie, które my znamy. Ale – strzepnęła dłońmi – nie to należy do sprawy. Chcę wyjawić ci coś innego, Arnoldzie. Czy wiesz, że ciało Roksany, czy raczej ciało owej staruchy, w którą zamieniła się twoja perska czarownica – wyraźnie złośliwie zaakcentowała ostatnie słowa – nigdy nie zostało pogrzebane? Nigdy go nie wywieziono za Koblencję, ale też nigdy nie pochowano na żadnym z miejskich cmentarzy...

Löwefell nie wiedział, co sądzić o tej wieści. Mogła być ona prawdziwa i przekazana w dobrej wierze, ale równie dobrze mogła być nieprawdziwa i przekazana w złej wierze.

– Nie rozumiem, w jaki sposób można było to sprawdzić – rzekł ostrożnie.

– Jeśli bardzo się chce, wszystko można sprawdzić – odparła Katarzyna.

Löwefell potrząsnął głową nieprzekonany.

– Wybacz, pani, lecz póki nie zobaczę protokołów badań i nie poznam dokładnie metod, jakie zastosowano, nie zaakceptuję tego, co mówisz.

Czarownica przyglądała mu się przez chwilę wzrokiem nawet nie złym czy niechętnym, ile po prostu martwo obojętnym.

– Możesz akceptować lub nie, to mnie nie obchodzi – stwierdziła wreszcie. – Ale chcę cię ostrzec, Arnoldzie. Ostrzec przed tym, że w twoim życiu pojawi się Roksana. I nastąpi to szybciej, niż mógłbyś się spodziewać...

Kiedy Katarzyna wypowiadała słowa „w twoim życiu pojawi się Roksana”, Löwefell poczuł, że coś szarpnęło go za serce. Nie, nie, nie był to poryw uczucia, nie było to sentymentalne drgnienie duszy, gdyż ani Narses wcześniej, ani Löwefell teraz nie byli w stanie odczuwać podobnych emocji. Roksana kojarzyła się z innym, zasnutym mgłą niepamięci życiem, z innym człowiekiem i jego ogromną, utajoną dzisiaj mocą. Czy mogła być kluczem do przeszłości? Czy mogła otworzyć przed Löwefellem wrota do dawnej potęgi? No cóż, jeśli tak było, to z całą pewnością Inkwizytorium będzie z niezwykłą uwagą obserwować podobny kontakt.

– Dziękuję ci za ostrzeżenie – rzekł. – Chciałbym zapytać, czy sądzisz, że Roksana oblecze się w fizyczną postać? Czy mam przypuszczać raczej, że pojawi się jako jeden z cieni nie-świata?

Katarzyna pokręciła głową.

– Damy ci znać, Arnoldzie – powiedziała jedynie. – Dziękuję, że mnie odwiedziłeś.

Löwefell zrozumiał, że nic więcej się już nie zdarzy i wszystkie jego dalsze pytania muszą pozostać na razie bez odpowiedzi. Kiedy opuści tę komnatę, będzie miał czas, by dokładnie przypomnieć sobie odbytą rozmowę, by przeanalizować nie tylko słowa, gesty i mimikę, lecz wspomnieć również drgnienia magicznej aury i chwile, w jakich one następowały.

– Jestem serdecznie wdzięczny, że mnie zaprosiłaś – odparł i skłonił głowę.


Kiedy Löwefell opuścił komnatę, Katarzyna sięgnęła do patery z suszonymi owocami i innymi delicjami. Dłuższą chwilę siedziała bez ruchu, całkowicie zajęta, wydawałoby się, przeżuwaniem ocukrzonych płatków róży. Potem obróciła się w stronę, gdzie wcześniej Arnold Löwefell widział jedynie zacieniony zakątek pokoju, ale skąd słusznie, intuicyjnie wyczuwał czyjąś obecność. Katarzyna dostrzegała wyraźnie stojącą tam istotę, która na pierwszy rzut oka mogła przypominać krokodyla stojącego na tylnych nogach. Tyle że paszcza tego stworzenia miała więcej smukłości i elegancji, a oczy kształtem, głębią oraz łagodnością wejrzenia przypominały krowie.

– Nie widział cię czy udawał? – zapytała czarownica.

– Naprawdę nie widział – odparł jaszczur.

Miał głęboki, spokojny głos do złudzenia przypominający głos człowieka.

– Wyczuwał czyjąś obecność w komnacie i niepokoiła go ona, ale nie potrafił mnie dostrzec.

– Powinien widzieć – zamyśliła się Katarzyna. – Z tą mocą, którą ma w tej chwili, powinien bez trudu cię zobaczyć – dodała.

Jaszczur po chwili i niechętnie skinął głową.

– Właściwie tak.

– Właściwie?

– Nikt nie wie, Katarzyno, w jaki sposób go posklejano, i co gorsza, nikt nie wie, jakie są jego rzeczywiste i ostateczne możliwości. – Istota zawahała się przez moment. – Nie jestem pewien, czy sam Marius ma pojęcie, kogo tak naprawdę stworzyli – dodała ciszej.

– Niedobrze – westchnęła Katarzyna.

– Bardzo niedobrze – zgodził się jaszczur. – Nie wiemy, w jakim tempie się uczy, wiemy jedynie, że bardzo stara się zataić swoje postępy, i nie ma co ukrywać, że całkiem dobrze mu się to udaje.

 

– Marius mógłby go wybadać.

Jaszczur pokręcił potężnym łbem.

– Z pewnych powodów nie byłoby to takie proste, a kto wie czy nie zaprzepaściłoby efektów całego eksperymentu.

Katarzyna wściekle uderzyła dłonią w poręcz.

– Eksperymentu, którego nie znam! – krzyknęła. – Nie znam ani jego założeń, ani skutków, bo nikt nie raczył mnie w tej dziedzinie oświecić!

– To nie twoja sprawa. Ani moja. Ani jego. – Stworzenie wskazało pyskiem na nieruchomego Anioła. – Wciskasz palec między drzwi, Katarzyno, i dobrze wiesz, że mogą ci go przyciąć.

Kobieta żachnęła się, ale zaraz potem uśmiechnęła się beztrosko i odgarnęła włosy z czoła.

– Ciekawość pierwszy stopień do piekła – oznajmiła figlarnym tonem.

Jaszczur odpowiedział jej czymś, co zapewne miało być również uśmiechem, a co nadało jego pyskowi wyraz nadzwyczajnej złośliwości.


– Ty już zbiegłaś po tylu stopniach, Katarzyno, że ten pierwszy nie powinien cię wcale obchodzić.

– Nie staraj się być taki zabawny. – Wzruszyła ramionami i pokręciła głową z teatralnym, choć nie wiadomo, czy udawanym, czy prawdziwym niezadowoleniem. – Jestem lojalna.

– Taaak, wobec siebie samej – dodała istota.

– Jestem lojalna! – Tym razem prawdziwie wściekła Katarzyna obróciła się całym ciałem w stronę potwora. – Nawet żartem nie podawaj tego w wątpliwość!

Jej policzki poczerwieniały, a usta zacięły się w wąską kreskę. Spiorunowała wzrokiem jaszczura, a ten wyraźnie niechętnie, lecz jednak pochylił głowę.

– Wybacz, Katarzyno, nie miałem na celu podawać w wątpliwość twojej lojalności i prawdomówności – rzekł uroczystym tonem.

– Jaki miałeś w takim razie cel? – Czarownica nie spuszczała z niego wzroku.

Jaszczur opuścił łeb jeszcze niżej.

– To tylko to, co wy ludzie nazywacie żartami – wyjaśnił pokornie. – Przekomarzaniem się. Próbuję upodobnić się do was i nie zawsze mi się to udaje – dodał z prawdziwą żałością w głosie.

Katarzyna przyglądała mu się przez chwilę, a potem wybuchła śmiechem.

– Upodobnić się do nas?! Słyszałeś? – Trąciła Anioła w skrzydło. – On chciałby się do nas upodobnić. Paradne...

Odwróciła się z powrotem i tym razem sięgnęła po owoc.

– Mów dalej o Löwefellu – rozkazała. – Co jeszcze wykryłeś?

– Żadnych widocznych emocji – rzekł jaszczur już swoim zwykłym, rzeczowym tonem. – Żadnych dających się wyłapać uczuć. Z wyjątkiem jednej chwili...

– Roksana – odgadła Katarzyna.

– Tak. Roksana – zgodził się jaszczur.

– Czemu Roksana?

– Kotwica łącząca go z przeszłością. Ale też pewien rodzaj sentymentu, może nawet podziwu, jaki żywi nauczyciel w stosunku do najzdolniejszego ucznia.

– Rozumiem. Pożądanie? Wdzięczność? Miłość? Przyjaźń?

– Nic z tych rzeczy. Przede wszystkim ciekawość. Kiedy wszyscy wołają „ziemia na horyzoncie”, chciałabyś wtedy spojrzeć przez lunetę, prawda? A ona może być dla niego lunetą. Na pewno tego właśnie pragnie.

– A my? Czy my tego również pragniemy? – Zmrużyła oczy.

Jaszczur zastanawiał się przez chwilę.

– Jesteśmy zaciekawieni – odparł wreszcie. – Rozpatrujemy różne możliwości wykorzystania zdarzeń, które nadejdą.

– Taaak. Chyba tak... No dobrze, a reszta naszej rozmowy? Nic poza Roksaną nie zrobiło na nim wrażenia?

– Nie. Najwyraźniej potrafi doskonale skrywać uczucia.

– Albo ich wcale nie ma... – rzuciła Katarzyna.

– Nie wiemy, w jaki sposób go skleili, i nikt nam tego nie powie – stwierdził ponownie potwór, a Katarzyna znowu westchnęła i tym razem pokręciła głową.

– Cały czas myślę nad tym, po co, po co, po co! – Za każdym słowem uderzała pięścią w rozwartą dłoń. – Po co tyle wysiłku, po co tyle starań? – Z sykiem wypuściła powietrze przez niemal zaciśnięte usta. – Doprowadza mnie to do szału, paskudo! Słyszysz? Do szału!

Jaszczur nie zareagował w żaden sposób na nadane mu przezwisko, a tylko rozłożył ręce. Miał trójpalczaste dłonie zakończone tępymi pazurami o barwie i fakturze zaschniętego błota.

– Czasami mam wrażenie, że nikt już tego nie wie – rzekł.

Katarzyna zamarła w pół gestu.

– Nawet Marius? – Przymrużyła oczy.

– Myślisz, że to możliwe? – odpowiedział pytaniem na jej pytanie.

– Myślę, że nie jest niemożliwe – odparła zamyślona. – Chociaż na pewno byłoby to bardzo, ale to bardzo dziwne.

– A co wokół nas nie jest dziwne? – zapytał jaszczur z nieoczekiwanym rozgoryczeniem w głosie. – A nawet bardzo, ale to bardzo dziwne – dodał, nieudolnie naśladując głos czarownicy.

Katarzyna zamknęła oczy i odchyliła głowę do tyłu. Nie poruszała się dłuższą chwilę.

– Jestem tak bardzo zmęczona – odezwała się wreszcie. – Czasem zastanawiam się, czemu nie urodziłam się wcześniej? Czemu tysiąc lat temu nie mogłam przemierzać germańskich puszcz ramię w ramię z Valerią Flavią. – Uśmiechnęła się z rozmarzeniem. – A nie tkwić w tym... – Otworzyła oczy i syknęła ze złością: – Więzieniu!

– Każdy z nas ma swoją misję, Katarzyno – rzekł jaszczur i w jego głosie dało się wyczytać jeśli nie smutek, to na pewno zrezygnowanie. – Ty, ja, on. – Wskazał pyskiem w stronę stojącego nieruchomo Anioła.

– Löwefell – dodała czarownica.

– Löwefell również – zgodził się stwór. – Ale on prędzej czy później nas zdradzi – dodał.

– Oczywiście, że zdradzi – beztrosko zgodziła się Katarzyna i odgarnęła włosy znad oczu. – Pytanie tylko brzmi, czy jego zdrada wyjdzie nam na korzyść, czy też spowoduje szkody... – dodała w zamyśleniu. – A jeśli szkody, to jak wielkie one będą.

Nabiegnięte krwią oczy potwora zabłysły i Katarzyna wiedziała, że teraz jego wzrok śledzi przeszłość i przyszłość, plącze się po ścieżkach wydarzeń pewnych, prawdopodobnych i niemal niemożliwych, splątuje i rozplątuje węzły zależności, bada związki przyczyn ze skutkami. Jaszczur na długo zastygł w tym transie czy zamyśleniu, aż wreszcie wstrząsnął rogatym łbem.

– Nie wiem – stwierdził bezradnie, z wyraźnym rozczarowaniem w głosie.

– No właśnie – mruknęła Katarzyna. – I taki oto z was pożytek.

Potwór żachnął się, otworzył paszczę zupełnie, jakby chciał coś odpowiedzieć, lecz potem tylko westchnął ciężko i chrapliwie, po czym znieruchomiał, wpatrzony w przeciwległą ścianę. Katarzyna natomiast sięgnęła po książkę i spokojnie wróciła do lektury przerwanej wizytą Löwefella. Po dłuższej chwili oderwała wzrok od stronic.

– Może powinniśmy go zabić? – zapytała gdzieś w przestrzeń, nie kierując tego pytania do nikogo w szczególności.

Ale otaczający ją skrzydłami Anioł drgnął, słysząc te słowa.

– Tego ci uczynić nie wolno – rzekł, nadal nie otwierając jednak oczu.

Jego głos był niski, melodyjny, a jednocześnie całkowicie nieludzki. Nie było żadnej wątpliwości co do tego, iż istota, z której ust padają te słowa, nie może być człowiekiem, gdyż ludzka krtań nie została zbudowana, by wydobywały się z niej podobne dźwięki. Słuchanie głosu Anioła sprawiało bolesną przyjemność, tak jak drapanie swędzącej, zabliźniającej się rany. Oczywiście nie działał w żaden sposób na Katarzynę, która przebywając w klasztorze, miała czas zarówno przyzwyczaić się, jak i uodpornić na głos Aniołów. Zresztą każda z owych istot mówiła w inny sposób i każda z nich była niebezpieczna na inny, sobie tylko właściwy sposób.

– Nie wolno! – powtórzyła czarownica z przekąsem. – Też mi coś! Nie wolno!

– Nawet ty masz ograniczenia, Katarzyno – odparł Anioł beznamiętnym tonem, tym razem już ludzkim głosem.

– Nawet ja – powtórzyła Katarzyna i uśmiechnęła się nieznacznie. – Każdy ma takie czy inne, nieprawdaż? Ale być może następnym stopniem, na który możemy wejść, jest umiejętność przełamywania tych ograniczeń? Nieposłuszeństwo jako wyraz samodzielności umożliwiającej nobilitację... Hmmm? Co ty na to?

– Löwefell znajduje się pod ochroną – oznajmił Anioł dobitnie. – Nie po to zainwestowano w niego tak wiele, by teraz tracić go przez twoje podejrzenia czy humory.

Kobieta zagryzła usta.

– Nie mów do mnie tym tonem – warknęła.

– Wybacz – rzekł Anioł wcale nie przepraszająco.

– Löwefell był błędem – stwierdziła Katarzyna po chwili. – Dobrze o tym wiemy. Wszyscy. Ty, ja, on. – Wskazała podbródkiem milczącego jaszczura. – I oni tam również. – Podniosła wzrok ku sufitowi.

– Nieprawda – jaszczur niespodziewanie włączył się do rozmowy. – Zgadzam się, iż żywimy podejrzenia lub obawy, lecz nic ponadto... – Odwrócił łeb w stronę Katarzyny. – A nie zapominaj, Katarzyno, że wielu ma również co do ciebie podobne podejrzenia czy obawy.

Kobieta wydęła pogardliwie usta, potem prychnęła.

– Nie obchodzi mnie to – odparła rozdrażniona.

– A być może powinno – zauważył jaszczur.

– Löwefell jest wojenną triremą – powiedział Anioł. – Czy będzie niebezpieczny, czy nie, zależy tylko od dowodzącego nią kapitana.

– Równie dobrze od fal oraz od wiatrów, nad którymi nie panujemy i nie zapanujemy – burknął jaszczur.

– Nawet jeśli tak jest, nie możesz niszczyć narzędzia tylko dlatego, że może okazać się niebezpieczne – kontynuował Anioł. – Poza tym doskonale wiecie oboje, że Marius chroni Löwefella i będzie go nadal chronił.

Katarzyna wzruszyła ramionami.

– Marius popełnia poważny błąd.

– Więc sama mu o tym powiedz, jeśli chcesz – zaproponował Anioł z wyraźną złośliwością.

– A róbcie wy sobie wszyscy, co chcecie! – Kobieta wstała gwałtownie z fotela i wyszła spod otaczających ją skrzydeł Anioła. – Życzę sobie tylko, by kiedy przyjdzie co do czego, pamiętano, jaka była moja opinia w tej sprawie – dodała dobitnie, mierząc wskazującym palcem wprost w śnieżną pierś Anioła.

– Tego możesz być pewna.

– Trirema – prychnęła jeszcze. – Też mi coś, trirema... A ja niby czym jestem w takim razie?

– Ty, Katarzyno? – zapytał Anioł nadspodziewanie miękkim głosem. – Ty jesteś armadą galeonów, moja pani.

Czarownica spojrzała na niego zaskoczona, potem roześmiała się z wyraźnym zadowoleniem.

– Jak zawsze świetnie wiesz, co powiedzieć, by dama była zadowolona – zauważyła żartobliwie.

Uspokojona usiadła z powrotem w fotelu, a skrzydła Anioła delikatnie zamknęły się wokół niej.

– Zmęczyłam się – mruknęła Katarzyna, potem wygięła się tak, by spojrzeć na stojącego za nią Anioła. – Chodź bliżej, ty moja mała mleczna krówko – poprosiła z czułością.

Anioł bez słowa wyciągnął w jej stronę śnieżnobiałe przedramię tak wyrzeźbione, że wyglądało niczym część alabastrowego posągu gigantycznego siłacza. Zacisnął pięść, a wtedy spod białej skóry wystąpiły węźlaste żyły, połyskujące i opalizujące srebrem, tak jakby stworzono je z grubych strun wysnutych z księżycowych promieni. Anioł dotknął najgrubszej z żył paznokciem białym i ostrym niczym lodowy kieł, a Katarzyna nachyliła się w stronę jego ramienia, rozchylając usta. Strumień jasności z rozciętej żyły Anioła spłynął na jej wargi, język i podniebienie.

– Mmmm – zaszeptała w zachwycie i pogrążyła się w ożywczym Świetle.