Ja, inkwizytor. Łowcy dusz

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– To więcej niż szczodrobliwa oferta – przyznałem. – Zrobię, co w mojej mocy, dostojny panie.

Wojewoda skinął głową, jakby niczego innego się po mnie nie spodziewał.

– Czy wolno mi jednak zadać kilka pytań?

– Pytajcie.

– Skąd wasza dostojność wie o zniszczeniu protokołów? Kto ośmielił się wydać taki rozkaz? Czego dotyczyło przesłuchanie? I wreszcie najważniejsze: kto towarzyszył Luthoffowi w czasie badania? Bo musieli przecież być co najmniej pisarz oraz kat.

– Obaj nie żyją. Pisarza potrącił rozpędzony powóz, kat zginął w bójce pod miastem. Pech, prawda, inkwizytorze?

– A Luthoff umiera w lazarecie... Rzeczywiście wielki pech, wasza miłość.

– Nie wiem, kto wydał rozkaz zniszczenia dokumentów. Waszym zdaniem, kto był to władny uczynić?

– Nikt, jaśnie oświecony wojewodo! Nawet kancelaria biskupa nie ma takiego prawa. Ktoś musiał złamać przepisy. Ale to jest surowo karane.

– Kto mógł zażądać od inkwizytorów oddania dokumentów?

– Biskup i papież. Nikt inny.

– Obaj wiemy, że jest jeszcze ktoś inny – zaakcentował mocno dwa ostatnie słowa. – Jednak o tym mówić nie będziemy, bo, o ile wiem, sprawa nie dotyczy ani klasztoru Amszilas, ani Wewnętrznego Kręgu.

– Jakiego kręgu? – Otworzyłem szeroko oczy, mając nadzieję, że moje zdziwienie jest autentyczne oraz szczere, bo nie zamierzałem przecież z posłem obcego państwa poruszać tematów tak drażliwych.

– Dokumentów zażądali wysłannicy papiescy. Oryginałów oraz odpisów. – Zaremba uśmiechnął się spod wąsów, ignorując moje pytanie.

– Czy wasza wielmożność wie, kto był tym wysłannikiem?

– Brat jałmużnik Maurizio Sforza.

– Co takiego?!

– Znacie tego człowieka?

Owszem, znałem. I miło też było się dowiedzieć, że są elementy mojego życia, o których polski arystokrata nic nie wie.

– Tak. – Skinąłem głową. – Ośmielę się powiedzieć, że to wyjątkowa kanalia, nie urażając pańskich uszu, jaśnie oświecony wojewodo.

– Słyszałem gorsze słowa. – Zaremba znów się uśmiechnął.

– Ciągle jest sparaliżowany?

– A jakże. Dwóch ludzi nosi go w specjalnie przystosowanym fotelu. Wiecie może, co oznaczają litery GL wyrżnięte na jego policzkach?

– Pochodzą od imienia i nazwiska Gaspara Louvaina, zwanego Wesołym Katem z Tiannon. Wesoły Kat przyozdobił go tak pewnej nocy, po czym zaginął – wyjaśniłem.

– Dużo wiecie na ten temat...

– Byłem wtedy w Stolpen i wraz ze Sforzą prowadziłem pewne śledztwo. Chciał mnie oddać pod sąd papieski.

Zaremba gwizdnął przeciągle.

– To nie kochacie się z bratem jałmużnikiem, co? A wiecie, że tu jest? W Akwizgranie?

Nie wiedziałem, lecz ta informacja nie mogła poprawić mi humoru.

– Ważna persona z niego – dodał wojewoda, co mnie jeszcze bardziej przygnębiło. A pomyśleć, że pewnej nocy mogłem bezkarnie zabić Sforzę! Teraz żałowałem swej łagodności. – Wracajmy jednak do rzeczy, tylko przedtem się napijmy, bo język mi wysycha. – Zaremba tym razem sam rozlał wino do kielichów, gdyż jego służący przed chwilą zniknął za drzwiami. – Tak, tak, co ja tam... – zaczął, kiedy już przełknął trunek.

– Czego dotyczyło przesłuchanie? – przypomniałem mu.

– Czarnej magii. Tyle wiem.

Z całą pewnością wiedział dużo więcej, aniżeli chciał wyjawić. Nie było jednak sensu naciskać, gdyż Zaremba nie sprawiał wrażenia człowieka, którego można namówić, by powiedział więcej, niż chce.

– I jeszcze jedno, jaśnie wielmożny panie: kim byli poprzedni trzej ludzie z otoczenia cesarza, którzy zdaniem waszej dostojności zachowywali się w tak niezwykły sposób?

– Nic wam to nie da. – Wzruszył ramionami. – Odesłano ich do rodowych włości i z tego, co wiem, żyją w zamknięciu przed światem. Joachim Kluze, podczaszy cesarski, Siegfried Hildebrandt, medyk, oraz Gedeon Tachtenberg, koniuszy.

Nic mi te nazwiska nie mówiły, niemniej zanotowałem je w pamięci. Trzeba przyznać, że do tej pory szaleństwo ogarniało ludzi niedzierżących znamienitych stanowisk, choć oczywiście słów „podczaszy” lub „koniuszy” nie należało rozumieć dosłownie, gdyż aby objąć taką funkcję, trzeba było legitymować się i dobrym urodzeniem, i znacznymi koneksjami.

– Medyk – powiedziałem. – Czy wedle słów waszej wielmożności to właśnie on spowodował tragiczną śmierć Najjaśniejszej Pani?

– Nie znam szczegółów – odparł Zaremba. – Poza tym, że wykopał płód z jej łona, zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać.

Patrzyłem na niego takim wzrokiem, jakby przyznał właśnie, że jest uroczą niewiastą o wielkich potrzebach. W świecie takim jak nasz, świecie niespodziewanych zdarzeń i karkołomnych obrotów fortuny, rzadko zdarza się zadziwić czymś inkwizytora Jego Ekscelencji. Ale tym razem słowo „zadziwienie” nie oddawało nawet w części moich odczuć.

– Wasza dostojność zapewne...

– Nie, nie żartuję ani nie kpię – ubiegł moje wątpliwości. – Nie sądzę, by śmierć była dobrym powodem do kpin. – Przeżegnał się. – Panie, racz dać wieczne odpoczywanie tej nieszczęsnej kobiecie i jej nienarodzonemu dziecku.

Przeżegnałem się również.

– Nie skazano go, nie sądzono...

– Szaleńca? Bełkoczącego niezrozumiale i plującego pianą niczym wściekły pies?

A więc Zaremba znał szczegóły tej zajmującej historii.

– Zamietli wszystko pod dywan. I słusznie. Sam bym tak zrobił.

Nagle zrozumiałem, jak wielką władzę miał ten człowiek. Polska była ogromnym krajem, fakt, że w dużej części porośniętym nieprzebytymi kniejami, lecz jednak ogromnym. A ten człowiek może nie rządził Polską, ale w rządzeniu nią miał wielki udział. I oto teraz miałem sposobność siedzieć z nim przy jednym stole. Z feudałem, który jednym ruchem dłoni mógł decydować o losie miast, ludzi i całych krajów. Wierzyłem, że zatuszowałby podobny skandal i nie zawahałby się usunąć świadków tegoż skandalu. Musiałem też przyznać, że nie do końca byłem zadowolony z faktu, iż stałem się jednym z powierników takiej tajemnicy. Zaremba nie musiał mnie ostrzegać, bym nikomu nie wspominał o tej sprawie. Gdyby to zrobił, okazałoby się, że najwyraźniej uważa mnie za wyjątkowego durnia.

– A próba zabójstwa Najjaśniejszego Pana, wielmożny wojewodo?

– Tachtenberg. Widłami. W stajni. Wyobrażacie sobie?

Wyobrażałem sobie, choć z trudem. Rozumiem, gdyby szlachcic pragnął zamordować cesarza za pomocą sztyletu, miecza, w najgorszym razie trucizny. Ale widłami? Niczym zwyczajny parobek?

– Trudno uwierzyć... – powiedziałem tylko.

– Ano trudno. Sami jednak powiedzieliście, że szaleństwo objawia się u niektórych ludzi jak piorun z jasnego nieba.

– Ale widłami?!

– Bogu dziękować, nie trafił – rzekł Zaremba.

– Czy byli świadkowie tych zajść, jaśnie oświecony panie?

– Byli. To dobre słowo. Byli. Nie, nie. – Zauważył mój wzrok i machnął dłonią. – Nie zamordowano ich, jeśli o tym myślicie. Drugiego lekarza wysłano z wyprawą do Abisynii, a stajennego uwięziono.

– Z wyprawą Markusa Kiesslinga? – spytałem. – No to już lepiej było okazać mu łaskę i po prostu zabić.

Wojewoda roześmiał się.

– Z waszych słów wnioskuję, że nie sądzicie, by Kiessling kiedykolwiek powrócił?

Miał rację. Markus Kiessling wyruszył, by poprzez Egipt dostać się do Abisynii i sprawdzić, czy godne wiary są pogłoski o potężnym chrześcijańskim królu władającym tymi ziemiami. Moim zdaniem szanse powrotu miał mniej więcej takie same jak mucha wysłana na zbadanie pajęczej sieci.

– A ekspedycja, którą wysłaliśmy do Chin, powróciła – rzekł Zaremba. – Chociaż zabrało im to trzy lata. Z tego, co wiem, w Krakowie drukują właśnie opis wyprawy. Zaiste ciekawa lektura, inkwizytorze. Każę wam wysłać egzemplarz.

– Pokornie dziękuję waszej dostojności. Będę zaszczycony – powiedziałem szczerze i z pełnym przekonaniem, gdyż miała to być pierwsza relacja naocznych świadków i byłem naprawdę ciekaw, co znaleźli w Chinach.

– Może więc i Kiessling wróci. Wypijmy za niego. – Wznieśliśmy kielichy, a Zaremba otrząsnął się potem jak mokry pies i uśmiechnął. – Czuję już ten jakże miły szmerek w głowie – obwieścił z satysfakcją w głosie. – No ale do rzeczy, do rzeczy. Chcecie jeszcze coś wiedzieć?

Wino wojewody było mocne i ciężkie. Szło do głowy i ja, szczerze to przyznam, czułem już nieco więcej niż tylko niewinny szmerek. Bóg mnie co prawda pobłogosławił szczególną odpornością na skutki działania trunków, jednak miałem nadzieję, że Zarembę czekają ważne sprawy natury państwowej i nie zamierza kontynuować naszego spotkania do chwili, kiedy jego lub mnie trzeba będzie wynosić z komnaty.

– To, co usłyszałem, na razie mi wystarczy, jaśnie oświecony panie. Niezwłocznie zabiorę się do pracy.

– Dobrze. – Pokiwał głową. – Podoba mi się wasz zapał. No, idźcie już...

Wstałem, starając się ukryć ulgę.

– Jeszcze jedno – rzucił, kiedy kłaniałem się, stojąc już przy drzwiach. – Będę wyprawiał ucztę. W sobotę, za tydzień. Będziecie miłym gościem.

Ślinka pociekła mi na myśl o specjałach, które przygotuje polski kucharz. Jednak wiedziałem, że nie powinienem pojawiać się w pałacu Zaremby.

– Wybaczcie, jaśnie oświecony panie, lecz nie sądzę, by towarzystwo inkwizytora...

– Polski wojewoda może zapraszać, kogo zechce. I nikomu nic do tego – przerwał mi złym głosem. – A jak komuś nie podobają się moi goście, to fora ze dwora!

Nie pozostawało mi nic innego, jak pokłonić się raz jeszcze i szczerze podziękować za łaskę, z której skorzystać i tak nie miałem zamiaru.


Siedziba Inkwizytorium w Akwizgranie była prawdziwą fortecą. Bynajmniej nie dlatego, iżby inkwizytorzy spodziewali się nagłego ataku. Ona po prostu miała zaświadczać o potędze Świętego Officjum. Gdyż to przecież właśnie w Akwizgranie koronowano cesarzy, tu znajdował się jeden z pałaców Najjaśniejszego Pana, tu zjeżdżali elektorzy oraz szlachta z całego cesarstwa, tu często gościły zagraniczne poselstwa, to wreszcie miasto słynęło z uzdrawiających gorących źródeł. Poza tym Akwizgran był miastem katedr, kościołów oraz klasztorów i z tego powodu również Święte Officjum zadbało, by jego siedziba w Akwizgranie budziła podziw. Zbudowana z czerwonych cegieł forteca otoczona była wysokimi na piętnaście stóp, potężnymi murami, najeżonymi wieżami strażniczymi. Główne budynki, ułożone w kształcie prostokąta, otaczały rozległy dziedziniec. Wiedziałem jednak, że ta imponująca budowla świeci pustkami. Nie było sensu utrzymywać dziesiątków żołnierzy potrzebnych do obsadzenia murów ani setek ludzi służby, skoro w akwizgrańskim oddziale Inkwizytorium służyło raptem trzydziestu inkwizytorów. A licząc gości Officjum, strażników i służbę, z całą pewnością nie przebywało tam więcej niż sto osób. Tymczasem, przyglądając się tej fortecy, byłem pewien, że w razie potrzeby mogła dać schronienie i tysiącowi zbrojnych. Lecz na jej terenie nie było tak charakterystycznych dla innych zamków warsztatów. Tu znajdowały się jedynie stajnie oraz piekarnia służąca tylko potrzebom mieszkańców.

 

Bramę pozostawiono otwartą na oścież, przy murze stało dwóch strażników z glewiami w dłoniach. Obaj byli odziani w kolczugi, a na ramionach mieli czarne płaszcze ze srebrnym symbolem złamanego krzyża. Obaj też byli wysocy, rozrośnięci w barach, brodaci i ponurzy. Ich wygląd nie zachęcał, by poprosić o przywilej znalezienia się na terenie Inkwizytorium. Podszedłem bliżej, zauważając, że zaczynają mi się przyglądać.

– Nazywam się Mordimer Madderdin i jestem licencjonowanym inkwizytorem Jego Ekscelencji biskupa Hez-hezronu. Chciałem prosić o prawo wejścia.

– Witajcie, mistrzu – odezwał się basem jeden ze strażników. – To wielki zaszczyt dla nas. Zgodnie z wydanym mi rozkazem muszę jednak poprosić was o dokumenty.

No cóż, podszywanie się pod inkwizytora było karane z całą stanowczością oraz surowością, ale wiedziałem, że zdarzają się czasami szaleńcy, którzy z głupoty, chęci zysku czy popisania się przed bliźnimi rzeczywiście próbowali udawać funkcjonariuszy Świętego Officjum. Jednakże udawać inkwizytora tu – pod murami akwizgrańskiej siedziby Inkwizytorium – byłoby szaleństwem wręcz niemieszczącym się w głowie. Ale rozumiałem, że przepisy są przepisami, więc wyjąłem z zanadrza biskupi glejt głoszący, że wszystkie oddziały Inkwizytorium są zobowiązane do niesienia wszelkiej możliwej pomocy Mordimerowi Madderdinowi, licencjonowanemu inkwizytorowi z Hez-hezronu. Strażnik przejrzał dokumenty, uważnie przypatrzył się pieczęciom, po czym odstąpił na bok.

– Raczcie wejść, mistrzu. Witamy całym sercem. Bądźcie łaskawi poczekać chwilę, a wezwę kogoś, kto was poprowadzi. – Zmierzył wzrokiem zamkowe budowle. – Tu nawet nasi stali goście często się gubią.

W to akurat nie wątpiłem.


Lukas Eichendorff wyglądał jak brat bliźniak strażników czuwających przy bramie. Poprawiłem się w myślach: to oni wyglądali jak jego bracia bliźniacy, gdyż najwidoczniej upodabnianie się do przełożonego było tu w modzie. Tak więc starszy akwizgrańskiego Inkwizytorium był wysoki, barczysty i czarnobrody. Z postawy, wejrzenia oraz ubioru bardziej przypominał doświadczonego żołnierza niż inkwizytora. Nie widziałem go nigdy przedtem, ale oczywiście wiele o nim słyszałem, ponieważ utrzymywał się na stanowisku od blisko dziesięciu lat. Z tego, co wiedziałem, skończył szkolenie w Akademii tuż przedtem, zanim ja się w niej pojawiłem, a oszałamiającą karierę zawdzięczał silnemu charakterowi, bezwzględnej lojalności oraz umiejętności zyskiwania oddanych stronników. Rzadko te trzy cechy można było przypisać jednemu człowiekowi.

Eichendorff de facto był drugą osobą w Inkwizytorium, zaraz po Jego Ekscelencji biskupie Hez-hezronu. Ale stanowiska te dzieliła również przepaść, gdyż Lukas mógł zostać odwołany przez Gersarda za pomocą jednego listu. Wiedziałem jednak, że biskup jest za mądry, by pozbywać się tak cennego stronnika, zwłaszcza że w razie ataku wrzodów, podagry, hemoroidów lub uczulenia skóry zawsze mógł wyżyć się na swych dworzanach lub inkwizytorach z Hez-hezronu i nie musiał szukać ofiary aż w Akwizgranie.

– Kochany mistrzu Madderdin – Lukas rozwarł ramiona – serdecznie witamy w stolicy!

To ciepłe przyjęcie zdumiało mnie, ale również ujęło. Nawet jeśli Eichendorff tylko grał, to doceniałem, że zechciało mu się zagrać dla mnie.

– Słyszałem o twoich dokonaniach, Mordimerze – wyjaśnił, wskazując, bym usiadł. – Między innymi o tym, co zrobiłeś dla nas wszystkich w Wittingen. Nie myślałeś nigdy, by przenieść się do Akwizgranu? Zaręczam, że nie mam takich humorów jak Jego Ekscelencja. – Roześmiał się.

– Boże, miej go w swej opiece – dokończyłem zadowolony, że Eichendorffowi nie jest obce moje nazwisko ani dokonania. Cóż, każdy z nas, chcąc nie chcąc, ma w sobie odrobinę grzesznej próżności, nawet wasz uniżony sługa, który uważa się za człowieka skromnego oraz pokornego.

– Słusznie. Póki Gersard zdrowy, to i my zdrowi. Ale zastanów się nad moją propozycją.

– Czuję się zaszczycony, Lukasie – odparłem. – I jestem ci głęboko wdzięczny. Obawiam się jednak, że najprostszy sposób, by skłonić Jego Ekscelencję do wydania mi zakazu opuszczania Hez-hezronu, to poprosić o przeniesienie do innej placówki.

– Jak wy tam wytrzymujecie? – Machnął ręką. – Ostatni raz widziałem starego trzy lata temu i po godzinie miałem go już dosyć. Stetryczały zrzęda. A złośliwy jak kozioł...

Cóż, śmiałe to były słowa jak na podwładnego biskupa, lecz skoro Eichendorff tak właśnie mówił, widać mógł sobie na to pozwolić. Sądziłem zresztą, że wiedział o mnie wystarczająco wiele, by ufać, że nie powtórzę Gersardowi treści rozmowy. Nawiasem mówiąc, gdybym nawet próbował tak uczynić, zaszkodziłbym jedynie samemu sobie, gdyż wprawiłbym Jego Ekscelencję w zakłopotanie. A zakłopotany biskup z całą pewnością postarałby się uatrakcyjnić życie biednego Mordimera słudze w stopniu trudnym do opisania...

– Co cię sprowadza, Mordimerze? W czym mogę ci usłużyć?

– Chciałbym, o ile będziesz tak łaskaw, skorzystać z gościny akwizgrańskiego Inkwizytorium.

– Tylko tyle? Jedz, pij, mieszkaj, ile chcesz... – Znowu machnął ręką. – Jesteś tu służbowo?

– Boże uchowaj – odparłem szczerze, gdyż przecież przyjechałem do Akwizgranu z namowy Rittera i jeszcze do dzisiaj nie wiedziałem, iż będę się zajmował jakimkolwiek zleceniem, a to, które otrzymałem od polskiego wojewody, było tylko pośrednio związane ze sprawami Inkwizytorium.

– Każę ci przyszykować izbę – powiedział. – Modlitwa jest o jutrzni, śniadamy zaraz potem.

To właśnie były niedogodności związane z gościną w oddziałach Inkwizytorium. Modlitwa o jutrzni. Boże mój, o jutrzni to powinno się zasypiać, a nie klękać na zimnych kamieniach! A śniadanie najlepiej smakowało wczesnym popołudniem. Trudno, musiałem się dostosować do przyzwyczajeń i trybu życia gospodarzy, jeśli nie chciałem szybko stać się niemile widzianym gościem. Oczywiście nikt by mnie nie wyprosił oficjalnie, lecz dano by mi do zrozumienia, że nie spełniam oczekiwań gospodarzy.

– Pokornie dziękuję, Lukasie.

– Sam przybyłeś do Akwizgranu?

– Nie. Wraz ze mną podróżował dramaturg Heinz Ritter, jeśli to nazwisko obiło ci się o uszy.

– Obiło, obiło. – Roześmiał się, jak na wspomnienie miłego zdarzenia. – Wystawiali tu „Wesołe kumoszki z Hezu”. Wielce zabawne... Możesz zaprosić i jego, jeśli chcesz. Zamieszka w skrzydle przeznaczonym dla gości Officjum.

– Pokornie dziękuję – powtórzyłem. – Choć nie wiem, czy człowiek tak światowy jak on nie pogardzi naszym skromnym życiem.

– Ach, ci pisarze – parsknął. – Tylko dziwki i wino im w głowach.

– Nie każdy tak jak my może odnaleźć szczęście w modlitewnej kontemplacji – przyznałem.

– Chodź, zjesz z nami obiad – zaprosił. – Podebraliśmy ostatnio kucharza z dworu kanclerza. I wierz mi, że to, co on robi, to jest właśnie prawdziwa poezja, Mordimerze.

– Kanclerza – powtórzyłem znaczącym tonem.

Spojrzał na mnie bystrym wzrokiem.

– Wiesz, prawda? – spytał. – Oczywiście, że wiesz. Wszyscy wiedzą... Szkoda, że mnie tam nie było. – Rozbawiony uderzył dłonią w kolano.

– Niemniej to ponura wieść dla Cesarstwa.

– Mądry on nigdy nie był – wzruszył ramionami Eichendorff. – Nie spodziewałem się jednak, że szalony. Mogliby sobie teraz ręce podać z tym jałmużnikiem...

– Maurizio Sforza – powiedziałem spokojnie i wyraźnie, gdyż domyśliłem się, o kogo chodzi.

– Ach, cóż to za przeklęta kanalia! – w głosie Eichendorffa wyczułem szczerą niechęć. – Przyjechał tu jako przełożony papieskich jałmużników.

– Zalazł wam za skórę? – spytałem współczująco. – Wiem coś o tym...

– Sprawa w Stolpen. – Uśmiechnął się. – Znam, znam. Temu Wesołemu Katu, co go tak obrządził, sam chętnie uścisnąłbym dłoń. Słyszałem, że Sforza chciał cię wysłać do Rzymu? To prawda?

– Prawda. – Skinąłem głową. – Pewnie do dzisiaj siedziałbym w celi na Zamku Aniołów. Lecz ośmielę się spytać: dlaczego sądzisz, że jest szalony?

– Hmmm... – Splótł dłonie. – Źle się wyraziłem. Sforza nie jest szalony, ale opętany ideą, którą uważa za swą misję, co w tym wypadku zresztą bliskie jest szaleństwu. Lecz przy tym wszystkim uważamy go za wielce niebezpiecznego człowieka. Nie wejdź mu w drogę, Mordimerze, gdyż tutaj, w Akwizgranie, ma silną pozycję oraz wielu stronników. Zdumiewające, jak zdołał to osiągnąć mimo swej nędznej fizycznej kondycji.

Przykro było mi to słyszeć i znowu żałowałem, że zdecydowałem się jedynie na spłatanie niewielkiego figla, a nie na zabicie brata jałmużnika. Bowiem zarówno paraliż, który unieruchomił go od pasa w dół, jak i wyrżnięte na policzkach litery zawdzięczał nie komu innemu, jak waszemu uniżonemu słudze. Oczywiście sam o tym nie wiedział, podejrzewając Wesołego Kata z Tiannon, pod którego umiejętnie się podszyłem. Była to moja słodka tajemnica i nie zamierzałem się nią z nikim dzielić, zwłaszcza że Sforza najwyraźniej stał się człowiekiem jeszcze bardziej niebezpiecznym i jeszcze bardziej wpływowym niż kiedyś.

– Cóż to za misja? Cóż to za idea?

– Osłabić nas, może nawet zastąpić...

– Mnichami? Księżmi? – parsknąłem. – Oni nie potrafiliby znaleźć krowiego placka, nawet jakby w niego wdepnęli.

– Ano właśnie. Tak to bywa, kiedy do naszej pracy mieszają się partacze. A jest coraz gorzej, Mordimerze. W Akwizgranie nie można się już opędzić od tego bydła. Wszędzie ładują swoje brudne nochale.

– Co mają powiedzieć inkwizytorzy z Rzymu? Ciesz się, że tam nie pracujemy.

– Rzymska inkwizycja, żal to mówić, już niemal nie istnieje – przyznał Eichendorff. – Papiści podporządkowali sobie niemal wszystkich naszych towarzyszy, a tych, którzy podporządkować się nie chcieli, przegnano z miasta na prowincję. Źle się dzieje, Mordimerze. Im bliżej Rzymu, tym gorzej.

– Bronimy zaledwie status quo – powiedziałem. – I ciągle w tej walce przegrywamy mimo mniej czy bardziej spektakularnych zwycięstw, które nic jednak nie znaczą dla całości sprawy.

Przypatrywał mi się przez dłuższą chwilę, jakby chciał się zorientować, czy mówię szczerze, czy też tylko staram się go pociągnąć za język.

– Święta prawda – odparł w końcu. – Ale powiedz: cóż innego nam pozostaje? Ogryzają nas jak wilki sarnie ścierwo. Kęs po kęsie, kość po kości... Drobne ustępstwa, delikatne nagięcia praw, zamglone interpretacje, pisma, pozwy, odwołania, skargi...

– Nie miecz, a pióro rządzi światem – zakpiłem.

– Ano tak – zgodził się. – Lecz ocali nas żar prawdziwej wiary, który pielęgnujemy w naszych sercach.

Drgnąłem. Ale tylko wewnętrznie. Nie dałem znać po sobie, że słowa dotyczące „żaru prawdziwej wiary” i ocalenia płynącego dzięki niemu były mi znane, gdyż słyszałem je wcześniej z ust członków Wewnętrznego Kręgu Inkwizytorium, ludzi, o których istnieniu nie powinno się nawet wiedzieć. Ja nie tylko o nich wiedziałem, lecz również zawdzięczam im życie. Miałem wobec nich dług. Jednak nie sądziłem, by Eichendorff należał do tego elitarnego grona. Chociaż być może mu służył. Tak jak w pewien sposób również ja sam służyłem ludziom, których zamiarów nie pojmowałem, lecz którzy wydawali mi się podobnymi do pięknych kwiatów usiłujących się przebić wśród pól pełnych drapieżnych chwastów.

 

– Będzie źle – zawyrokował Eichendorff. – Wszyscy to widzimy, prawda?

– Jak bardzo źle, twoim zdaniem?

– Ojciec Święty powoła nową instytucję, by konkurowała z nami – odparł. – Słyszałem również o planach ustawy mówiącej, że każdy biskup będzie mógł powoływać księży ze swej diecezji, którzy zyskają za jego zgodą uprawnienia inkwizytorów. A wtedy szlachetna misja ścigania czarowników i heretyków zagubi się w kompetencyjnych sporach.

Kompetencyjne spory nie były jeszcze aż tak straszne, chociaż niewątpliwie denerwujące. Gorzej, że jeśli stałoby się tak, jak prorokował Eichendorff, to pozycja inkwizytorów ulegnie znacznemu osłabieniu, a my sami będziemy narażeni na ciosy padające z wielu różnych stron. Tak jakbyśmy nie mieli dość kłopotów z heretykami, wiedźmami i czarnoksiężnikami.

– Módlmy się, by tak się nie stało – powiedziałem poważnie.

– Módlmy się, bo co innego nam pozostaje – przytaknął z goryczą. – Brakuje nam ludzi, Mordimerze. Nie takich jak ty czy ja, ludzi czynu. Brakuje nam jurystów, doktorów praw, teologów. Rzym zasypuje nas pismami, skargami, interpretacjami przepisów, ekspertyzami, a my czasami nawet nie możemy z nimi dyskutować, gdyż nie do końca rozumiemy, o co chodzi... Z kolei biskup... – Machnął tylko dłonią. – Cokolwiek wysyłasz do kancelarii, to jakbyś kamień wrzucił w wodę...

To prawda, że Jego Ekscelencja miał coraz mniej czasu i serca dla inkwizytorów. Zarządzanie wielkimi, bogatymi włościami oraz spory w łonie samego Kościoła zajmowały mu więcej uwagi. Kierowanie Inkwizytorium było tylko jednym z wielu jego obowiązków, do którego, jak ośmielałem się sądzić, miał coraz mniej cierpliwości. Sprawie na pewno nie pomagał fakt, iż ciągle chorował i nadużywał trunków. Westchnąłem i postanowiłem zmienić temat rozmowy.

– Mam prośbę, Lukasie, i będę niezmiernie wdzięczny, jeśli zechcesz jej wysłuchać.

– Tak?

– Czy nie sprawiłoby kłopotu, gdybym mógł rozejrzeć się w aktach osobowych Inkwizytorium?

– O ile się nie mylę, twierdziłeś, że nie jesteś tu służbowo – ton jego głosu nie zmienił się nawet na jotę.

– I to święta prawda – odparłem. – Lecz ktoś tu, w Akwizgranie, poprosił mnie o pewną przysługę. I wgląd w akta bardzo by mi pomógł w spełnieniu tej przysługi.

– Czyje konkretnie akta chcesz przejrzeć?

Oczywiście wiedziałem, że to pytanie prędzej czy później padnie. Ale nadal nie mogłem się zdecydować, jak na nie odpowiedzieć. Ponieważ jednak milczenie się przedłużało, więc w końcu podjąłem decyzję.

– Jeśli uznasz to za konieczny warunek, by dopuścić mnie do dokumentów, wtedy ujawnię nazwiska. Szczerze jednak przyznam, iż wolałbym tego nie robić... Mogę jedynie zapewnić, że ludzi tych nie ma obecnie w Akwizgranie – dodałem.

– Cóż... – Przypatrywał mi się z namysłem. – Nie widzę przeszkód – rzekł wreszcie. – Słyszałem, że jesteś człowiekiem godnym zaufania.

– Jestem lojalnym inkwizytorem – odparłem. – A ta sprawa nie dotyczy Inkwizytorium. Gdyby było inaczej, nie omieszkałbym wyjawić ci wszelkich szczegółów.

Skinął głową, przyjmując moje słowa do wiadomości.

Oczywiście chciałem przejrzeć akta dotyczące trzech ludzi, którzy na dworze cesarza tak nieoczekiwanie popadli w szaleństwo. Zaremba twierdził co prawda, iż nie jest to istotne dla sprawy, ja jednak wolałem polegać na własnej intuicji. Nie wątpiłem, że akta tych ludzi znajdują się w Inkwizytorium, gdyż Święte Officjum słusznie twierdziło, iż niewiele rzeczy jest cenniejszych niż wiedza o obywatelach. Rzecz jasna, zbierano informacje dotyczące tylko postaci znaczniejszych lub takich, które budziły zainteresowanie inkwizytorów. Mogłem być pewien, że znajdę tam wiedzę o wszystkich członkach cesarskiego dworu. Oczywiście otrzymam tylko dostęp do części akt, lecz nie wątpiłem, iż informacje dotyczące lekarza, koniuszego oraz podczaszego nie były objęte klauzulą szczególnej tajności.

– Po obiedzie każę cię zaprowadzić do tajnej kancelarii – powiedział Eichendorff. – Rozeznasz się, co i jak. Sam zobaczysz, jak wszystko mamy dobrze uporządkowane.

Starszy akwizgrańskiego Inkwizytorium miał rację. Kiedy już dotarłem do kancelarii i się rozejrzałem, zobaczyłem, że wszystkie dokumenty zostały posegregowane alfabetycznie, według nazwisk. Wyszukałem te, które mnie interesowały, i, niestety, potężnie się zawiodłem. Nie było tam nic, co mogłoby mi się przydać. Bo cóż mnie obchodziło, że Kluze lubił zabawiać się z co młodszymi dworkami, Hildebrandt nie pijał nic poza ziołowymi naparami, a Tachtenberg serdecznie nienawidził swojego brata, który odbił mu narzeczoną. Akta pełne były takich właśnie szczegółów. A to że Kluze po pijanemu stwierdził, iż trudno znaleźć zgromadzenie większych łobuzów i złodziei niż kardynalskie konklawe; a to że Hildebrandt stanowczo przeciwstawiał się bezkrytycznej wierze w dobrodziejstwo leczenia pijawkami; a to że Tachtenberg wyrzucił z siebie kiedyś, że byle gniadosz ma więcej rozumu niż kanclerz Jego Cesarskiej Mości. Nic jednak nie wskazywało na to, że tych trzech ludzi cokolwiek łączyło poza tym, że byli wiernymi sługami Najjaśniejszego Pana. Nic również nie łączyło ich z kanclerzem, jeśli nie brać pod uwagę złej opinii, którą miał o nim Tachtenberg, lecz z tego, co wiedziałem, nie była to bynajmniej opinia odosobniona. Czyż nie było więc jedynie kwestią przypadku, że wszyscy trzej zapadli na chorobę głowy? Owszem, wiedziałem, iż można podać ludziom odpowiednie dekokty, po których ich umysły wznosiły się na skrzydłach szaleństwa, ale dlaczego ktokolwiek chciałby otruć właśnie tych trzech? Widziałem z ich akt, że byli lojalnymi sługami cesarza, więc może ktoś chciał zaatakować po prostu osoby bliskie naszemu władcy.

Bliskie, powtórzyłem sobie w myślach to słowo i nagle olśniła mnie pewna myśl. Otóż zarówno koniuszy, jak i medyk popadli w szaleństwo, będąc w towarzystwie Najjaśniejszego Pana (nie wiedziałem, jak rzecz się miała z podczaszym). Wyobraziłem sobie zatem, że stoję z przyjacielem, w którego pierś wbija się strzała. Na drugi dzień spędzam czas z innym przyjacielem i ten też zostaje ugodzony. Wypada się więc zastanowić, czy strzelec pragnie zniszczyć bliskich mi ludzi, czy też po prostu nie umie dobrze utrafić. A celem tak naprawdę jestem ja...

Schowałem wszystkie akta na miejsce i choć wiedziałem, że nie dały mi żadnej realnej wiedzy, to jednak ich lektura pobudziła mnie do myślenia. Z doświadczenia wiem, że nie należy nigdy odrzucać nawet najbardziej szalonych hipotez ani pomysłów, gdyż do celu wiodą nie tylko szerokie trakty i brukowane ulice. Czasami miejsce, do którego pragniemy dotrzeć, znajduje się na końcu zarośniętej krzewami ścieżynki. Odkrywanie prawdy przypomina wędrówkę po gęstym lesie, w którym poradzi sobie jedynie ten, kto ma śmiałość zagłębić się w chaszcze. Rzadko kiedy prawda błyszczy niczym toń jeziora w pełnym świetle słońca. Najczęściej ukrywa się w cieniu, wśród zbutwiałych pni, pod pokrywą mchu, gdzie dotrze tylko ten, kto nie boi się nachylić i zacząć kopać, choćby z pozoru zajęcie takie wydawało się głupie i bezowocne.


Przez kilka dni prowadziłem przykładny żywot inkwizytora przebywającego w gościnie innych inkwizytorów. Wstawałem na jutrznię, wracałem na wieczorne modlitwy, starałem się nie rzucać nikomu w oczy i nie robić niczego, co mogłoby zostać uznane za niezwykłe lub naganne. Czwartego dnia zacząłem narzekać na bóle oraz zawroty głowy, piątego zemdlałem w czasie nabożeństwa, a wtedy bracia inkwizytorzy sami mnie zmusili, bym położył się w lazarecie pod czujną opieką miejscowego lekarza. W ten właśnie nieskomplikowany sposób znalazłem się w towarzystwie cierpiącego Franza Luthoffa.

Od pewnego czasu moje sny zmieniły się. Kiedyś zasypiałem tak głęboko, że nawet wspomnienie nocnych koszmarów pozostawiało rankiem jedynie ulotny ślad w mej pamięci. Teraz było inaczej. Zwykle śniło mi się, że ona siada obok mnie i chłodną dłoń kładzie na moim rozgorączkowanym czole. Zawsze się uśmiechała i zawsze widziałem w jej spojrzeniu czystą, niczym nieskalaną miłość. „Mój rycerz na białym koniu” – szeptała na poły poważnie, na poły żartobliwie. Chciałem, by sen się nie kończył, lecz on kończył się zawsze. Budziłem się z przeraźliwym obrzydzeniem do życia, które prowadziłem na jawie. Do życia, którego ona nigdy ze mną nie podzieli i nigdy nie dowie się, iż marzyłem, by rankiem wyszeptać jej imię, tak by nic nie słyszała, lecz poczuła na swoich ustach moje i z samego ich ruchu mogła poznać, jakie imię wypowiadam. Otworzyłem oczy i zdawało mi się, że jeszcze przez moment spoglądam w jej twarz. Ale potem widziałem już tylko biały sufit lazaretu.