Ja, inkwizytor. Łowcy dusz

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #4
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

O Mordimerze Madderdinie

Motto

Łowcy dusz

Wąż i gołębica. Powrót

Piękna jest tylko prawda

Wodzowie ślepych

Książki Jacka Piekary

Karta redakcyjna

Okładka


O Mordimerze Madderdinie

1 Płomień i krzyż – tom 1

2 Ja, inkwizytor. Wieże do nieba

3 Ja, inkwizytor. Dotyk zła

4 Ja, inkwizytor. Bicz Boży

5 Sługa Boży

6 Młot na czarownice

7 Miecz Aniołów

8 Łowcy dusz

Niewielkie bowiem utrapienia naszego obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas, którzy się wpatrujemy nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie.

św. Paweł, II list do Koryntian

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Łowcy dusz

Bo są w narodzie moim przewrotni, co splatają sieć jak łowca ptaków, zastawiają sidło, łowią ludzi.

Księga Jeremiasza


Obnażył się, wskoczył na stół, kucnął, nasrał Najjaśniejszemu Panu do patery z owocami i życzył smacznego – powiedział Ritter takim tonem, jakby oznajmiał, że wczoraj była ładna pogoda.

Wpatrywałem się w niego w milczeniu.

– Jesteście pijani – zawyrokowałem wreszcie.

– To fakt. – Ritter wstał z ławy, z trudem udało mu się zachować pion. – Szczerze przyznaję, że jestem pijany! Ale weźcie pod rozwagę, iż ciężko chlubić się trzeźwością, kiedy się chleje od trzech dni!

– Więc zmyśliliście tę historię?

– Piłem – rzekł Ritter z dumą w głosie. – Piję. – Wskazał na kubek. – I będę pił nadal – obiecał z jeszcze większą dumą. – Lecz to, co mówię, to najświętsza prawda. Zobaczycie, jutro całe miasto będzie huczało. Mają go oskarżyć o obrazę zbrodni majestatu.

– Zbrodnię obrazy majestatu – sprostowałem. – Bardzo dowcipnie, zważywszy fakt, że zbrodnia ta ma miejsce wtedy, kiedy majestat uzna, iż został obrażony. To więcej niż proste. Tylko tym razem kara chyba słusznie się należy...

– Ja myślę. – Mój towarzysz roześmiał się tak, że jego kozia bródka zatrzęsła się na wszystkie strony. Wychylił kubek do dna i przełknął głośno trunek. Odbiło mu się. – U cesarza gościło właśnie poselstwo polskiego króla. Wyobrażacie sobie?

Sporo słyszałem wcześniej o Polakach oraz o tym, że w czasie oficjalnych spotkań przywiązywali niezwykłą wręcz wagę do właściwych procedur, etykiety i zachowania stosownej hierarchii. A jeśli uznali, że ktoś ich zlekceważył lub zszargał ich honor, potrafili być naprawdę nieprzyjemni. W końcu któż inny, jak nie król Władysław, kazał żywcem poćwiartować pięć tysięcy gdańskich mieszczan, którzy zbyt późno doszli do wniosku, że niewpuszczenie polskiej armii przez bramy miasta może zostać uznane za zniewagę? Nie sądzę więc, by wydarzenie, w którym uczestniczyło polskie poselstwo, podniosło w jego oczach prestiż Najjaśniejszego Pana.

– Albo go zwolni ze stanowiska i uwięzi – stwierdziłem – albo możemy zapomnieć o traktacie.

– Kanclerza? – Ritter otworzył szeroko oczy. – Nie myślicie chyba...

– I tak źle, i tak niedobrze. – Pokręciłem głową. – Jeśli mu daruje, Polacy uznają, że jest słabym człowiekiem bez honoru, i z raportem utrzymanym w takim właśnie duchu wrócą do swego króla. A wiecie przecież, jak bardzo są nam potrzebni.

– Królestwo trzech mórz... – bąknął Ritter.

– Czort z ich morzami. Ważne, że mają armię, która, chcąc nie chcąc, strzeże naszych wschodnich granic. Natomiast jeśli cesarz każe ukarać kanclerza, narazi się Tettelbachom, Falkenhausenom, Neubacherom i komu tam jeszcze... Ba, nawet areszt domowy z przymusową opieką lekarską może być dla nich za trudny do przełknięcia.

– Nie rozumiem go – pokręcił głową Ritter. – I bardzo mnie to złości!

– Kanclerza czy Najjaśniejszego Pana?

– Pewnie, że kanclerza. – Wzruszył ramionami, jakby dziwiąc się mojej niedomyślności.

– A to czemu?

Wylał do kubka resztę wina z dzbana i smętnie zajrzał do pustego już naczynia. Westchnął. Nagle ktoś rozjazgotał się za jego plecami, zobaczyliśmy wielką kobietę o tłustej, czerwonej twarzy i skołtunionych włosach. Wyciągała za ucho jegomościa przypominającego przerażonego szczurka. To właśnie ta kobieta tak potwornie wrzeszczała, prosząc wszystkie piekielne i boskie siły, by zabrały od niej pijacką zakałę nazywaną ślubnym małżonkiem.

– Z buta ją, z buta! – ożywił się na chwilę Ritter, ale widząc, że mężczyzna ma oczy wybałuszone ze strachu, znowu tylko westchnął. Obrócił się z powrotem do mnie.

– Jako poeta, dramaturg oraz pisarz powinienem znać tajniki duszy ludzkiej i prawa rządzące zachowaniem człowieka. Sami przecież wiecie, że by opisać naturę, trzeba wpierw poznać kierujące nią mechanizmy. Natomiast w tym wypadku... – pokręcił głową – jestem bezradny.

– Tak jak każdy, kto stanie w obliczu szaleństwa – pocieszyłem go.

– Bogu dziękować, że przynajmniej potrafię rozpoznać brzmienie dźwięku strun poruszających kobiece serca – stwierdził nie na temat i jeszcze raz zerknął do dzbana w próżnej nadziei, że naczynie cudownym sposobem zdołało się napełnić. – Postawicie jeszcze kolejkę, panie Madderdin?

– Postawię – westchnąłem. – Bo cóż mam zrobić?

Roześmiał się serdecznie.

– Wiedziałem, że dobry z was człowiek – powiedział, przechylając się w moją stronę. – Ale do kobiet jakoś szczęścia nie macie... – dodał.

– Taki już mój los – odparłem spokojnie. – Cieszę się jednak, że wy macie szczęście za nas dwóch.

– No, to akurat prawda – stwierdził bez zbędnej skromności i pomachał wskazującym palcem prawej dłoni. – Żebyście wiedzieli, jak dobrze być artystą opromienionym sławą oraz szacunkiem...

– A to niby wy jesteście? – przerwałem mu.

– Jakbyście zgadli – roześmiał się ponownie, nie wyczuwając ironii w moim głosie. – Mój blask przyciąga kobiety niczym ćmy. – Zerknął jeszcze raz na dno dzbana. – Mieliście postawić kolejkę – rzekł oskarżycielskim tonem.

Podniosłem się z miejsca i skinąłem na karczmarza.

– Jeszcze raz to samo – rozkazałem, a on uśmiechnął się, ukazując spróchniałe zęby.

Wróciłem do Rittera, który nerwowo bębnił palcami po blacie.

– Jak zacznę, nie mogę przestać – burknął niezadowolony i pokręcił głową. – Cóż zrobić, skoro artystyczna inwencja potrzebuje widać, by napędzać ją zbawiennymi likworami.

– A dużo ostatnio napisaliście pod wpływem tego napędzania? – spytałem złośliwie.

– Na razie poprzestaję na twórczym myśleniu – odparł wyniośle, patrząc gdzieś nad moją głowę, jakby w zbutwiałym, okopconym suficie karczmy chciał odnaleźć muzę. – Ale wierzcie, że rychło zbiorę bogaty plon z zasianych ziaren mego talentu... I zaufajcie, że wtedy – znowu pokiwał palcem – nie zapomnę również o was.

– Serdecznie wam dziękuję – mruknąłem.

– Tak, tak, nikt nie powie, że mistrz Heinz Ritter zapomina o przyjaciołach. Wyobrażacie sobie, jakie będę miał wpływy, kiedy zostanę cesarskim dramaturgiem? A ile kobiet... – Zamyślił się i uśmiechnął do siebie.

– Sądziłem, że nie brakuje wam szczęścia w miłości.

– Kobiet nigdy dość, panie Madderdin – rzekł sentencjonalnie. – Taka już nasza męska natura, która każe nam rzucać nasienie na płodne łona. Bo oto obdarzacie swymi łaskami jasnowłosą młódkę o zgrabnym tyłeczku i niewielkich piersiątkach, a już, niemal w tym samym momencie, marzycie, by spędzić słodką chwilę z dojrzałą czarnulą o nogach niczym greckie kolumny i piersiach przypominających sztormowe fale.

– Czyli z rozbryzgami piany na szczytach? – zapytałem niewinnym tonem.

– Nie znacie się na sztuce. – Zmarszczył brwi, zrozumiawszy, że z niego kpię. – Przenośnia oraz porównanie są środkami artystycznego wyrazu, a autor może w tym wypadku puścić wodze fantazji, by słuchaczowi lub czytelnikowi tym wyraźniej zarysować przed oczami obraz, który powstał w jego bogatej imaginacji.

Mogłem sobie kpić z Rittera, niemniej miał zapewne rację. Najpiękniejszy jest przecież ten ląd, który dopiero jawi się na horyzoncie, natomiast najwonniejsze kwiaty rosną w ogrodzie sąsiada. Westchnąłem nad niedostatkami ludzkiego charakteru i pomyślałem: jakież to szczęście, że to, co się tyczy zwykłych ludzi, nie odnosi się do wiernych służebników Pańskich.

 

Karczmarz wychynął zza zasłony i postawił przed nami dzban z winem.

– Może poleweczki? – zaproponował przymilnie. – Dopiero co zrobiona z kruchutkiego mięseczka, podlana wybornym sosikiem. A do tego podam świeżunio upieczony chlebuś... Życzą sobie panowie?

Spojrzałem bez słowa, uśmiech powoli gasł na jego pucułowatej twarzy.

– No to już nie przeszkadzam – wyszeptał i zniknął za kotarą.

– W sumie bym coś zjadł... – wymruczał Ritter, wlewając wino do kielichów. Ręka mu trochę drżała, lecz nie uronił ani kropli.

– Jedzcie a pijcie, bo jutro pomrzemy – powiedziałem ironicznym tonem.

– Nie troszczcie się tedy o jutro, albowiem jutrzejszy dzień sam o siebie troskać się będzie – poeta był na tyle przytomny, by odpowiedzieć również cytatem z Pisma, i z radości, że udała mu się zręczna riposta, klasnął dłońmi w uda.

Przechyliłem kubek do ust i posmakowałem trunku. Wino było całkiem niezłe jak na swoją cenę i szybko szło do głowy.

Przynajmniej szło Ritterowi, gdyż ja potrzebowałem nieco więcej, by ugasić ponure myśli, które ostatnio rzadko kiedy raczyły mnie odstępować.

– Może pośpiewamy? – zaproponował Ritter, choć głos mu się już trochę plątał. – Znam pewną prowansalską piosnkę...

– Nie – rzekłem stanowczo. – Jestem zbyt trzeźwy na prowansalskie piosnki.

Ritter zakręcił się niespokojnie na krześle, a krzesło niebezpiecznie zaskrzypiało.

– Jakbyśmy się tak przeszli po mieście? – Machinalnie pogładził kozią bródkę.

– Heinz, czy ty wiesz, ile w Akwizgranie kosztują dobre kurwy? – zapytałem, ponieważ wiedziałem, co ma na myśli. – Cena za ich usługi jest odwrotnie proporcjonalna do stanu mojej sakiewki – dodałem.

Przez chwilę rozważał dopiero co usłyszane słowa i wpatrywał się we mnie, przygryzając usta.

– Nie musimy od razu iść na dobre. – Wzruszył ramionami. – Aaa, no chyba że to znaczy, iż nie macie w ogóle pieniędzy?

– Geniusz – potwierdziłem ze sztuczną emfazą. – Czysty geniusz! Jak na to wpadliście?

– Zdecydowanie za dużo wydajecie – stwierdził, celując we mnie wskazującym palcem. – Z całym szacunkiem, panie Madderdin, ale pieniądze coś się was nie trzymają... Powinniście mnie powierzyć pieczę nad wspólną kasą.

– Wspólną? Ha, nie omieszkam skorzystać w przyszłości z tej znakomitej rady – powiedziałem kwaśno, gdyż Ritter zaczynał mi działać na nerwy.

Taka ta kasa była wspólna, że ja do niej wkładałem, a on wyjmował. I podobny stan rzeczy tolerowałem w zasadzie tylko z jednego względu. Wiedziałem, że gdyby Heinz miał pieniądze, to nie chowałby ich po kieszeniach, lecz zaprosił waszego uniżonego sługę na solidną popijawę połączoną z innymi atrakcjami. Taką już miał szczodrą naturę, choć szkoda, że nie szła za nią zamożność.

Dramaturg znowu rozlał wino do kubków. Cóż, nie da się ukryć, że piliśmy w szybkim tempie. Ja coraz bardziej wściekły, iż trunek w ogóle na mnie nie działa.

– Zaśpiewałbym wam pieśń o księżniczce Indze, która dawała wszystkim okolicznym pastuchom... Chcecie?

– A co im dawała? – spytałem bez zainteresowania.

– Co miała najlepszego – zaśmiał się Ritter, zakrztusił winem i długo kasłał. Nie poklepałem go po plecach. – Źle poszło – wycharczał wreszcie i otarł lśniące od śliny usta. – No i? – zagadnął po chwili wesołym już tonem, choć nadal ździebko chrypiał. – O Indze? Szybko nauczycie się refrenu...

– Na gwoździe i ciernie! Skąd ja biorę tyle cierpliwości?! – warknąłem.

– Jak tam szło? – Ritter wydawał się nie zwracać na mnie uwagi. – A płeć miała jak śnieg białą, drżała, gdy ją częstowali pałą – zanucił zacinającym się głosem.

– Jeśli to jest prowansalska piosnka, to ja jestem polskim wojewodą – powiedziałem.

– No, ta akurat moja – mruknął i zaczął wybijać rytm palcami po blacie stołu, mamrocząc jednocześnie coś pod nosem.

– Akurat – prychnąłem. – Zostańcie lepiej przy dramatach. – Machnąłem ręką. – I tak nie dorównacie Piedrowi...

– Piedro Usta ze Złota? – spytał, podnosząc oczy. – Znacie go?

– Znam – odparłem, gdyż słynny bard miał kiedyś wobec mnie dług wdzięczności, który udało mu się spłacić z nawiązką.

– Jest tu – rzekł Ritter i zabrzmiało to jak „jesssu”. Był chyba bardziej pijany, niż myślałem. – Robi karierę... – żachnął się. – Wierszokleta... – dodał szyderczo.

– Zazdrość przez was przemawia...

– Eeee tam. – Zamachał ręką tak szybko, że ledwo co zdołałem unieść kielich, o który w innym wypadku niechybnie zawadziłby rękawem. – Wiecie, że stracił oko?

– Coś takiego! – zdumiałem się. – Bandyci? Pojedynek?

– Eee tam – powtórzył. – Konkurencja, nie bandyci.

– Konkurencja?

– Rita. Złotowłosa. Mówi wam to coś?

Mówiło, i to sporo. Ale na razie nie zamierzałem informować o tym Rittera.

– I? – spytałem.

– Wydrapała mu oczy, oko znaczy się. Jedno. Bo napisał o niej balladę, gdzie nazwał ją Ritą Padłocycką. I od tej pory wszyscy tylko tak o niej mówili, a jak przyjeżdżała na występy, śmiali jej się prosto w gębę. Ach, panie Madderdin, kobiety są wielce czułe na punkcie swych wdzięków...

Ucieszyłem się, iż moja dawna intryga dała tak znaczące rezultaty, niemniej trochę mi było żal Piedra Usta ze Złota, który stracił oko na skutek pożałowania godnej zapalczywości Rity. No cóż, nikt go do niczego nie zmuszał, a za artystyczną swobodę czasami należało, jak widać, płacić wysoką cenę.

– Za Piedra. – Uniosłem kielich. – Żeby mu to ostatnie oko dobrze służyło!

– Za Piedra – podchwycił Ritter, stukając swoim kielichem w mój. Dobrze, iż trochę odsunąłem dłoń, bo ani chybi w innym wypadku rozlałby obie porcje trunku.


Zaproszenie do pałacu zajmowanego przez polskie poselstwo szczerze mnie zdumiało. O moim pobycie w stolicy nie miał pojęcia nawet lokalny oddział Świętego Officjum, chociaż grzeczność nakazywała, bym nawet nie przebywając w sprawach służbowych, zameldował się starszemu Inkwizytorium, którym aktualnie i od lat był Lukas Eichendorff. Na razie jednak nie dopełniłem tej formalności, więc zastanawiałem się, skąd polski poseł – wojewoda Andrzej Zaremba – dowiedział się o pobycie waszego uniżonego sługi w Akwizgranie. No i ciekawe, czegóż ode mnie chciał...

Siedziba zajmowana przez Polaków znajdowała się tuż za katedrą Jezusa Triumfatora, pośrodku pięknego, rozległego ogrodu. Był to dwupiętrowy pałac z wieżą w kształcie kopuły, do wejścia prowadziły białe kolumny i szerokie marmurowe schody. Strażnikom przy bramie pokazałem list z pieczęcią i wtedy służący bez zwłoki zaprowadzili mnie do komnaty, w której urzędował poseł. Wojewoda był wielkim, brzuchatym mężczyzną o długich, siwych wąsiskach i czaszce okolonej wianuszkiem równie siwych włosów. Miał roześmiane niebieskie oczy i mięsiste usta, znamionujące obżartucha oraz smakosza. Z wyglądu przypominał bogatego, swawolnego kupca lub poczciwego właściciela ziemskiego. Z tego, co wiedziałem, nie był jednak ani swawolny, ani poczciwy. Za to nieprawdopodobnie bogaty. Polskie poselstwo na ulice naszej stolicy wjechało, prowadząc czterdzieści rumaków szlachetnej krwi, z których każdy miał kopyta podkute złotymi podkowami. I Polacy nie przejmowali się, kiedy konie je gubiły. Oczywiście ku ogromnej uciesze gawiedzi. Podobno nawet padło kilka trupów w zażartej walce, jaką nasi mieszczanie stoczyli o złote podkowy.

– Wasza dostojność. – Pochyliłem się na tyle głęboko, by ukłon można było uznać za wystarczający dowód szacunku, lecz nie na tyle, by odebrano go jako oznakę służalczości.

– Siadajcie no, siadajcie, mistrzu inkwizytorze – zaprosił Zaremba po łacinie. – Gość w dom, Bóg w dom, jak powiadają. – Gestem rozkazał służącemu, by nałożył mi jedzenia i nalał wina.

Podziękowałem, siadając w fotelu obitym purpurowym jedwabnym adamaszkiem.

– Słyszeliście o wypadkach, jakie zaszły w czasie audiencji, której raczył nam udzielić Najjaśniejszy Cesarz? – spytał prosto z mostu.

– Kto nie słyszał, jaśnie panie. Całe miasto...

Pokiwał głową, na widelec o dwóch ostrzach nasadził ogromny kawał mięsiwa, przeżuł i popił winem. Służący bez słowa napełnił jego kielich.

– Pijcie, inkwizytorze, bo nie lubię sam zalewać pały.

Posłusznie wziąłem kielich i nim wypiłem, przyjrzałem się temu kosztownemu naczyniu. Na podstawie stała figura brodatego Atlasa, który mocarnymi ramionami podtrzymywał czarę kielicha niczym sklepienie niebieskie. Oczywiście wszystko było rzeźbione w złocie, zaś na boku czary pysznił się wizerunek wspiętego na dwie łapy lwa, górującego nad hełmem w koronie. Herb Zarembów. Wypiłem. Mlasnąłem, gdyż wino było naprawdę przedniej próby. Sługa natychmiast dolał mi do pełna.

– Dziwne to wydarzenie, nie sądzicie?

– Zgadzam się, wasza dostojność. Lecz już starożytni lekarze pisali, że szaleństwo objawia się u niektórych ludzi jak piorun z jasnego nieba. Bywa skutkiem przemęczenia, obżarstwa, opilstwa, życiowych tragedii... Czai się niby wąż, bezgłośne, niewidoczne, by nagle zaatakować i ukąsić z całej mocy.

– Być może. – Wypił znowu, przechylając głowę mocno do tyłu. Policzki pokryły mu się lekkim rumieńcem. – Pijcie, pijcie – ponaglił mnie.

Wojewoda, jak widać, był człowiekiem niestroniącym od trunkowych uciech, a ponieważ wino z jego zapasów było najwyższej jakości, więc mogłem się tylko cieszyć, że nie ma nawyku, by skąpić go gościom.

– Słyszałem o was – rzekł pozornie nie na temat. – Doniesiono mi, żeście są przyjacielem przyjaciół. – Poczułem na sobie badawczy wzrok niebieskich oczu.

– Staram się pomagać bliźnim, kiedy są w potrzebie – odparłem.

– I słusznie. – Polak skinął głową. – Więc teraz pomożecie mnie.

Nie powiem, iż nie spodziewałem się podobnego obrotu spraw, ale nie powiem też, że nie zaniepokoił mnie fakt tak szybkiego spełnienia przewidywań.

– Jestem lojalnym sługą Najjaśniejszego Cesarza – rzekłem oględnie.

– I słusznie – powtórzył wojewoda. – Tej lojalności nikt nie zamierza wystawiać na próbę. Każdy poddany powinien dochować wiary swemu suzerenowi, gdyż właśnie tak, nie inaczej ułożono świat. Zdrowie cesarza! – Wzniósł kielich.

– Posłuchajcie, inkwizytorze – ciągnął dalej, kiedy już spełniliśmy toast. – Wiem, żeście człowiek biegły w odkrywaniu wszelakiego plugastwa, które Szatan w swej złości zsyła na lud Boży. I do tego właśnie was potrzebuję.

Zrozumiałem, rzecz jasna, że chodzi mu o odkrywanie tajemnic, nie zsyłanie plugastwa, niemniej uśmiechnąłem się w myślach. Tylko w myślach, ponieważ wojewoda nie sprawiał wrażenia człowieka, którego bawiłoby, iż wytyka mu błędy ktoś niższego stanu.

– Jeśli macie jakiekolwiek podejrzenia co do zbrodni czarostwa bądź herezji, dostojny panie, być może należałoby oficjalnie powiadomić Inkwizytorium...

Huknął pięścią w stół, aż zadrżały talerze i kielichy, a ja urwałem w pół zdania.

– Sto złotych dublonów – oznajmił – za twój czas, fatygę oraz zdolności. Kolejne trzy setki, jeśli znajdziesz coś, za co warto zapłacić.

Spojrzał na mój wypełniony (znowu!) po brzegi kielich.

– A wy co? Ślubowaliście wstrzemięźliwość?

– Z całą pewnością nie, jaśnie oświecony panie – odparłem. – I pokornie proszę, by wolno mi było wznieść toast za zdrowie znamienitego króla Władysława.

– Zezwalam. – Wojewoda opróżnił kielich pomiędzy sylabami „zez” i „walam”, ale tak szybko, iż przerwy niemal nie dało się usłyszeć.

– To królewskie honorarium – wróciłem do rozmowy, a ponieważ faktycznie byłem zdumiony wysokością oferowanej kwoty, musiało to zabrzmieć bardziej niż szczerze. Wojewoda się uśmiechnął. – Lecz nadal nie wiem, za jakie usługi miałbym je otrzymać.

– Dziwne przypadki zdarzają się ostatnio w otoczeniu twego władcy, inkwizytorze. Morderstwo żony, kradzież klejnotów, napaść na samego cesarza, a teraz to...

– Zaraz...

– Nie dziw się, że o tym nie słyszałeś. – Wzruszył ramionami. – Niemniej wierz mi, iż kanclerz jest już czwartą osobą z dworu, której przydarza się zdumiewający... – zawiesił głos – przypadek. Poprzedni trzej zostali odesłani do rodowych włości i oddani pod opiekę medyków, gdyż stan ich umysłów budził, i z tego, co wiem, nadal budzi, obawy... Lubię grać w kości, inkwizytorze – dodał po chwili. – Ale jeśli komuś cztery razy pod rząd wypada szóstka, czuję się w obowiązku sprawdzić, czy aby ich nie sfałszowano.

 

– Wasza dostojność pozwoli... Kim są poprzednie trzy osoby, których zachowanie było tak niezwykłe? I co ma z tym wspólnego śmierć cesarzowej?

Nie było nic dziwnego, iż wiedział więcej ode mnie. Tylko idiota mógł się łudzić, że Polacy nie utrzymywali szpiegów na cesarskim dworze. A Zaremba był jednym z najbardziej zaufanych doradców polskiego króla. Zapewne właśnie do niego trafiały raporty agentów.

– Słyszeliście, że zmarła w czasie połogu, tak? – spytał i roześmiał się. – No pijcie, pijcie, ciągle mi się ociągacie... – dodał. – Z przykrością stwierdzam, że próżno w was szukać dionizyjskiego ducha!

Odwołania do pogańskich wierzeń nie były u nas mile widziane, lecz nie było sensu, by informować o tym Zarembę. Słyszałem, że w czasie poprzedniej wizyty na cesarskim dworze pijany w siwy dym wojewoda zaczepił szambelana i zapytał: „Powiedzcie no, dobry człowieku, gdzie tu się mogę wysrać?”. „Pan, wojewodo? Wszędzie” – odpowiedział szambelan uprzejmie i zgodnie z prawdą. Bo też Zarembie wolno było sto razy więcej niż zwykłemu zjadaczowi chleba. Dlatego gdyby mi kazał przed każdym toastem skrapiać ziemię na cześć Bachusa, również bym nie protestował.

– Pokornie upraszam o wybaczenie, wielmożny wojewodo – powiedziałem, chwytając kielich.

Znów wychyliliśmy do dna i znów służący dolał do pełna.

– Czy on...? – Pokazałem oczami sługę.

– Nie obawiajcie się. Jest niemy i głuchy, lecz nie z fizycznego defektu, a z własnej woli.

– Nie rozumiem...

– Nigdy nie wyjawi nawet słowa, które tu wypowiedziano, gdyż łączy nas przelana krew – wyjaśnił Zaremba. – Oddałby za mnie życie, jak i ja za niego.

– Ależ, panie, różnica stanów... – ośmieliłem się powiedzieć.

– Różnica stanów – parsknął pogardliwie i spojrzał na mój pełny kielich. Uniósł swój. – Po raz kolejny chcecie mnie obrazić abstynencją?

– Nigdy bym nie śmiał! – Wypiliśmy.

– Dla nas liczą się krew i honor – wyjaśnił wojewoda. – Na polu bitwy wszyscy żeśmy równi, bo i krew sączy się taka sama z naszych żył, i boli nas jednako.

Wojewoda Zaremba najwyraźniej był romantycznym idealistą. A ponieważ ten właśnie romantyczny idealizm łączył nasze natury, więc przepiłem do niego prawdziwie szczerze.

– Tylko co ja mogę, jaśnie panie wojewodo? Powiem szczerze: nie znam Akwizgranu i przyjechałem jedynie, korzystając z krótkiego urlopu, jakiego raczył mi udzielić Jego Ekscelencja biskup Hez-hezronu. Co gorsza, nie mam tu informatorów, wręcz można powiedzieć, że nikogo nie znam. W Hezie mógłbym starać się wam usłużyć, lecz tutaj... – rozłożyłem dłonie – wybaczcie.

Przyglądał mi się chwilę spod zmarszczonych brwi, potem się uśmiechnął.

– Jesteście uczciwym człowiekiem – stwierdził. – Z radością więc zauważam, że nie mylono się co do was.

Zastanawiałem się, któż udzielił Polakowi informacji na mój temat, ale ani nie zamierzałem pytać, ani nie sądziłem, by odpowiedział.

– Taaak. – Potarł palcami bulwiasty nos. – Ja przecież to wszystko wiem, inkwizytorze, i nie zaprosiłem was, byście grzecznie odmawiali. Słyszałem o pewnym człowieku, który może być nam pomocny. A wy go znacie jeszcze z czasów studiów w Akademii.

– Z Akademii Inkwizytorium? Któż taki, jeśli wolno wiedzieć?

– Franz Luthoff – wyjaśnił.

Zastanowiłem się. Niestety, nie miałem genialnej pamięci mego przyjaciela Kostucha i odnajdywanie nazwisk z dawnych lat nie przychodziło mi z łatwością. Zwłaszcza że, jak widać, Franz Luthoff nie zaznaczył się ani dobrze, ani źle w moim życiu, skoro nie byłem w stanie go sobie przypomnieć.

– Nie pomnę – mruknąłem, lecz już za moment klepnąłem się w kolano, gdyż coś mi zaczęło świtać. – Chociaż zaraz, czy to przypadkiem nie taki rudy, z piegami?

– O! – Wojewoda wzniósł palec. – Ciepło, ciepło. No, napijmy się, bo wino nam wyparuje.

Każdy powód był dobry, więc znowu przechyliliśmy do dna.

– Luthoff niespełna rok temu prowadził pewne przesłuchania, z których protokoły zniszczono. A ja, inkwizytorze, chcę wiedzieć, cóż takiego zapisano w tych protokołach.

Niszczenie dokumentów było zbrodnią. Tego się w Inkwizytorium nie praktykowało i nie słyszałem o podobnym wypadku. Owszem, niektóre śledztwa utajniano, a podejrzani trafiali do wyższych instancji wraz ze wszystkimi dotyczącymi ich papierami. Powiedziałem o tym Zarembie.

– Wiem. – Skinął głową. – Mam jednak powody wierzyć, że w tym wypadku postąpiono inaczej, łamiąc prawa, które was obowiązują.

– Ośmielę się spytać, jaśnie wielmożny wojewodo, dlaczego nie przepytacie samego Luthoffa?

– Luthoff od wielu miesięcy leży w lazarecie akwizgrańskiego Inkwizytorium. I podobno niedługo pociągnie. Wy się możecie do niego dostać, kiedy poprosicie o gościnę tutejszych inkwizytorów.

Oczywiście mogłem tak zrobić. Przynajmniej miałbym zapewniony darmowy nocleg oraz wikt, co w mojej sytuacji finansowej nie byłoby wcale takie głupie. Mogłem również zachorować i trafić do lazaretu, tam szczerze porozmawiać sobie z Luthoffem, jak jeden doświadczony chorobą człowiek z drugim doświadczonym chorobą człowiekiem.

– Czy byłby pan łaskaw, jaśnie oświecony wojewodo, wyjawić mi, czego w przybliżonym zakresie dotyczyło śledztwo? A przynajmniej kogo przesłuchiwano?

– Zjedzcie coś, inkwizytorze, bo mi się tu zaraz zalejecie. – Zaremba przełożył na mój talerz solidny kawał pieczeni, a gest ten miał zapewne świadczyć o jego życzliwości.

Talerze były ze srebra. Na ich środku wygrawerowano herb Zarembów, a boki pokryte były scenami z Drogi Krzyżowej.

– Uniżenie dziękuję waszej dostojności.

Spróbowałem i rozmarzyłem się. Pieczeń była znakomita. Krucha, wonna, świetnie przyprawiona. A sos? Nad opisaniem smaku tego sosu musiałby pochylić się poeta!

– Pana kucharz, wielmożny wojewodo, jest... – urwałem. – Słów nie znajduję na oddanie jego talentu.

Chyba uwierzył, że nie pragnę mu schlebiać, gdyż sam we własnym głosie słyszałem szczery zachwyt. Również spróbował.

– Niezłe, niezłe. – Zamlaskał. – Tacy już po prostu jesteśmy – dodał bez zbędnej skromności. – W żadnym innym kraju nie ma tak walecznego rycerstwa, tak gładkich niewiast i tak wyśmienitych kucharzy. Ale do rzeczy... Przesłuchiwano pewnego czarownika – wyjaśnił, wracając do mego pytania – znanego między innymi pod imieniem doktora Magnusa z Padovy.

– Nigdy nie słyszałem – odparłem, kiedy tylko zdążyłem przełknąć. – Wśród tego tałatajstwa co drugi każe zwać się Magnusem.

Pokiwał głową, przyznając mi rację.

– Przez długie lata był mnichem, potem uciekł z klasztoru i włóczył się po całej Europie. Wiem, że wydano za nim nawet listy gończe, ponieważ podejrzewano go o sprawki niezgodne z naszą świętą wiarą. Jednak udało mu się uniknąć zarówno stryczka, jak i waszej opieki – mrugnął do mnie – i zniknąć na kilka lat. No ale wreszcie pojawił się w Akwizgranie, gdzie wasz bystry kolega całkiem przypadkowo go złapał i aresztował.

– Co stało się dalej? – pozwoliłem sobie zapytać, gdyż Zaremba przerwał i wyraźnie czekał właśnie na pytanie.

– Przesłuchiwano go i torturowano. Umarł.

Syknąłem. Śmierć podejrzanego w czasie śledztwa świadczyła o rażącym braku profesjonalizmu. Owszem, kiedyś i mnie taka rzecz się zdarzyła, lecz ośmielałem się twierdzić, że nie nastąpiło to z mojej winy, bo nie zdążyłem nawet dotknąć przesłuchiwanego, gdy wytrzeszczył oczy, poczerwieniał i zmarł. A ja wyjaśniałem mu tylko zasady działania piły do cięcia kości, ponieważ prezentacja narzędzi była przecież zwyczajowym początkiem każdego kwalifikowanego przesłuchania.

– Dokumenty zniszczono – dodał, jednak to już przecież słyszałem.

– Z całym szacunkiem, jaśnie wielmożny panie wojewodo, muszę odmówić – powiedziałem z prawdziwym żalem, gdyż sto złotych dublonów bardzo by mi się przydało.

Zaremba spojrzał na mnie nawet nie rozzłoszczony, lecz zdziwiony. Chyba rzadko zdarzało mu się słyszeć odmowy.

– Znowu macie pełny kielich – stwierdził oskarżycielskim tonem. – Boicie się, że dosypałem wam trucizny? A może wino wam nie smakuje?

– Jest wyśmienite, jaśnie panie, o ile może to ocenić podniebienie człowieka tak ubogiego jak ja – powiedziałem i wypiliśmy po raz kolejny do dna. Służący niemal natychmiast dolał trunku.

– Dlaczego chcecie mi odmówić przysługi? – Zaremba spojrzał na mnie ciężkim wzrokiem.

– Treść przesłuchań prowadzonych przez Święte Officjum może zostać ujawniona publicznie tylko za specjalną zgodą przełożonego lokalnego oddziału Inkwizytorium. W niektórych sprawach wymaga się nawet zgody kancelarii Jego Ekscelencji. Nie wolno mi złamać prawa, którego ślubowałem przestrzegać – wyjaśniłem.

Przyglądał mi się uważnie i stukał pierścieniami w blat stołu.

– Zawrzyjmy więc umowę – rzekł w końcu. – Rozpoznacie sprawę i sami zdecydujecie, czy chcecie się ze mną podzielić pozyskanymi informacjami. Sto dublonów, tak czy inaczej, jest wasze.

Zaremba był nie tylko hojnym człowiekiem. Był człowiekiem wzbudzającym sympatię oraz szacunek. Najbardziej podobało mi się to, że nie próbował kupić moich wyrzutów sumienia i łapówką nakłonić, bym złamał przepisy Officjum. Ale jego decyzja oznaczała też jedno: wojewodzie bardziej od poznania tajników sprawy zależało na tym, by została ona rozwiązana. Oczywiście, jeśli w ogóle istniała jakakolwiek „sprawa”. Nie miałem wątpliwości, że byłem tylko jednym z narzędzi, których zamierzał użyć. Zapewne w ten czy inny sposób uruchomił swych agentów na cesarskim dworze, choć najpewniej do tej pory nic nie osiągnęli.