Ja, inkwizytor. Dotyk zła

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #7
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wzdrygnęła się.

– Nie wiecie, o czym mówicie – powiedziała, ale tym razem nie usłyszałem w jej głosie ani śmiałości, ani bezczelności, ani chęci dopieczenia mi. Po prostu stwierdzała fakt.

– Może i nie wiem – zgodziłem się. – Powiedz mi jednak, czy to pani Esmeralda poskarżyła się mężowi na kradzież?

– Tak. Potem stara jędza opluła panią na ulicy i ledwo ubłagałyśmy pana Pleissa, żeby nie kazał jej wychłostać.

– Właściwie: dlaczego nie? Przecież i tak... – przerwałem w połowie zdania i wstałem, gdyż zobaczyłem zbliżającego się truchtem prawnika.

– Już, już, już! – zawołał. – Wszystko załatwione wedle waszej woli ku powszechnemu dobru. Panowie Gneumann opuszczają nieruchomość, zostawiając ją w najlepszym z porządków, na jaki pozwalają okoliczności.

– Czyli niezłego burdelu narobili – stwierdziłem z przekąsem.

Po minie prawnika poznałem, że utrafiłem w sedno i dobrze zinterpretowałem jego ostrożne słowa.

– Zostaniecie tu – rozkazałem mu. – A ty – odwróciłem się do dziewczyny – podyktujesz mu protokół strat. Znaczy co zginęło, co się zniszczyło...

– Wiem, co to protokół – przerwała mi.

– I bardzo dobrze.

– Ale jakże tak?! – gorąco zaprotestował Reissberg. – Przecież to dziewka służebna. Co ona tam wie!

– Służący najlepiej wiedzą, co mają ich państwo – powiedziałem. – Tyle lat żyjecie na świecie i jeszcze nie poznaliście tej prostej prawdy?

– No może i tak. – Rozłożył ręce. – Ale wiecie, ja z chęcią, tyle że obowiązki...

– W takim razie protokół powstanie bez waszego udziału, a ja doradzę panu Pleissowi, żeby oskarżył was o pomoc w napaści i grabieży mienia. Z całą pewnością zdajecie sobie sprawę, że roszczenie w razie skazania i śmierci Roberta Pleissa przejdzie na jego spadkobiercę, więc tak czy inaczej nie wymigacie się od kary oraz odszkodowania.

Reissberg ku mojemu zdumieniu roześmiał się.

– Macie w garści przekonujące argumenty – powiedział. – I już coś mi się widzi, że Gneumannom ten dom przeszedł koło nosa. Nie mam racji?

Oho, pan kauzyperda starał się być zabawny oraz przyjacielski. Niech i tak będzie...

– Najzupełniejszą, szanowny doktorze – odparłem. – A teraz pozostawiam pana z tą oto damą oraz obowiązkami. Żegnam.

Skinąłem głową, ale zanim zdołałem odejść, powstrzymał mnie głos Margarity. Tym razem zdumiewająco pokorny.

– Mistrzu inkwizytorze, jeśli wolno zapytać, czy ja mogę zostać w tym domu?

– A któż ci zabrania? – Wzruszyłem ramionami.

– Skoro go przejmujecie...

– Dziecko drogie, to tylko formuła prawna – pospieszył z wyjaśnieniem Reissberg. – Przecież mistrz inkwizytor nie będzie tu mieszkał. A gdyby nawet, to z całą pewnością nie miałby nic przeciwko obecności takiej ślicznotki. – Mrugnął w moim kierunku, a dziewczynę chciał uszczypnąć w pierś, ale ona błyskawicznie uchyliła się, po czym z rozmachem huknęła mężczyznę otwartą dłonią w policzek. Prawnik aż się zachwiał na nogach, nie wiem, czy pod wpływem siły ciosu, czy pod wpływem szoku oraz zdumienia, ale sądząc po mocy klaśnięcia, uderzenie musiało być bolesne. Wybełkotał coś, co na pewno nie było błogosławieństwem, jednak nie śmiał zrewanżować się dziewczynie. Może dlatego, że stała przed nim wściekła niczym Furia i najwyraźniej gotowa rzucić się na niego, a może dlatego, że nie chciał wszczynać bitki w mojej obecności.

– Panie Reissberg, okażcie odrobinę szacunku płci niewieściej. Czy chcielibyście, aby ktoś traktował w podobny sposób waszą siostrę?

– Nie mam siostry – burknął.

– Jesteście prawnikiem, więc zdobądźcie się na abstrakcyjne myślenie i wyobraźcie sobie, że macie – podpowiedziałem mu i odwróciłem się, by wreszcie odejść.

Już idąc, uniosłem palec nad głowę.

– I zachowujcie się grzecznie, panie Reissberg – przykazałem poważnym tonem. – Zarówno w sferze zawodowej, jak i obyczajowej.

Miałem co prawda wrażenie, że Margarita poradziłaby sobie świetnie bez mojej obecności i bez mojego wsparcia, lecz nauczyłem się już, że niewymuszona życzliwość w stosunku do kobiet jest siewem, który zwykle przynosi piękne żniwo.


Otton czekał już niecierpliwie na wieści (zdążył w trakcie tego czekania nieźle sobie podpić) i był bardzo usatysfakcjonowany, kiedy opowiedziałem mu o przegnaniu braci Gneumann i powstrzymaniu ich łajdackich zapędów.

– Doskonale, Mordimerze, doskonale. – Rozpromienił się, kiedy wysłuchał całej opowieści. – Wierz mi, że wpłynę na Roberta, by okazał się dla ciebie więcej niż hojny.

– Zbytek łaski – mruknąłem, gdyż ton wielkopańskiej wyższości, który usłyszałem w głosie Ottona, nie do końca mi się spodobał.

– Stać go. – Mój towarzysz machnął lekceważąco ręką. – Te kilka koron go nie zuboży, a dla ciebie będzie niespodziewaną fortuną. I później pamiętaj, komu zawdzięczasz przychylny obrót losu. – Chciał mnie stuknąć wskazującym palcem w pierś, ale udało mi się tak przesunąć, że dziobnął jedynie powietrze.

Nie widziałem wcześniej pijanego Ottona i teraz zdałem sobie sprawę, że należy on do tych ludzi, którzy upiwszy się, stają się dla swej kompanii zbyt ciężkim do udźwignięcia brzemieniem. Do tej pory poznałem, niestety, wielu podobnych osobników, choć cechował ich różny stopień uciążliwości. Szczerze mówiąc, najbardziej nie lubiłem takich, którzy całymi godzinami potrafili opowiadać jedną anegdotę, a szło im to tak niezręcznie, iż słuchający w połowie historii zapominał, co wydarzyło się na początku. A kiedy opowiadający docierał wreszcie do epilogu i wybuchał perlistym śmiechem, zawsze okazywało się, że jest jedynym, którego historia rozbawiła. No, ale Otton należał do równie denerwującego gatunku pijaków, mianowicie takich, u których po stosownej dawce trunków ujawniał się protekcjonalny stosunek do całego świata, a w szczególności do osób mu towarzyszących.

– Wyobraź sobie, że byłem, tak, tak, byłem dziś u naszego drogiego Roberta, by go powiadomić, że posłałem cię na ratunek jego mienia. I wyraziłem opinię, że pomimo młodego wieku oraz braku doświadczenia spiszesz się całkiem do rzeczy. Cieszę się, że twoje postępowanie potwierdziło moje słowa. – Spojrzał na mnie niczym dobrotliwy feudał na ulubionego giermka.

– Bardzo jestem kontent, Ottonie, jednak teraz wybacz... – Usiłowałem wstać, lecz Otton chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął z powrotem na krzesło.

– Kwitnie ten nasz Robert, po prostu kwitnie. – Uśmiechnął się szeroko. – Jak widać, służy mu kuchnia u burmistrza. Myślałby kto, że smutek go zeżre. – Sposępniał i pokręcił głową. – A tu jakby na odwrót... Cóż, nie ma to jak zacny wikt. Chociaż – podrapał się po podbródku – ich kucharka znakomicie gotowała... No to ja już nie wiem...

– Twój kuzyn wyraził przypuszczenie, że Bóg chce, by doświadczył kaźni, będąc w pełni sił, i by świadomie przeżył każdą chwilę męki.

– Taaak? No tak. Tak. To wydaje się rozsądne wytłumaczenie, nie uważasz?

– Tak sądzę. A teraz pozwól, że...

Tym razem umknąłem z dłonią, a kiedy próbował protestować, przybrałem poważny wyraz twarzy.

– Wieczorna modlitwa. Wybacz, lecz nigdy nie opuszczam tej okazji, by podziękować Bogu za kolejny przeżyty dzień i wznieść błagania, by następny nie był gorszy od tego, który właśnie minął.

Otton zmrużył oczy, najwyraźniej starając się dotrzeć do sedna usłyszanego zdania.

– Ze mną się nie napijesz? – Naburmuszył się w końcu i długo przyglądał mi się ze skrzywioną twarzą i wydętymi ustami. – No dobrze, pomódl się i zaraz wracaj – zadecydował wreszcie.

– Oczywiście, Ottonie. Nie omieszkam.

Z ulgą pozbyłem się towarzystwa mego uciążliwego kompana i zdałem sobie sprawę, że bynajmniej nie czeka mnie jeszcze nocny odpoczynek, a wręcz przeciwnie: krótki spacer. Od pewnego czasu ośmielałem się bowiem żywić pewne podejrzenia, które tylko podsyciła uwaga Ottona dotycząca kwitnącego stanu zdrowia Roberta Pleissa.


Brama nie została zamknięta na klucz, więc pchnąłem jej skrzydło i wszedłem na teren posesji. Załomotałem pięścią do drzwi domu. Raz, drugi i trzeci.

– Kto tam? – usłyszałem głos Margarity. Chłodny i opanowany.

– Inkwizytor – warknąłem. – Puszczaj mnie, dziewczyno.

Szczęknęły skoble i drzwi się uchyliły. Na progu zobaczyłem srebrnowłosą pannę trzymającą lichtarz w dłoni. Miała na sobie długą, sięgającą kostek nocną koszulę, której materii, zwłaszcza podświetlonej blaskiem świec, nie można było nazwać całkiem nieprzezroczystą.

– Wiedziałam, że przyjdziecie – powiedziała Margarita bezbarwnym tonem.

Obrzuciłem dziewczynę spojrzeniem.

– Czyżby?

Ponieważ nadal nawet nie drgnęła z miejsca, więc przesunąłem ją niecierpliwym gestem, choć na tyle delikatnie, by nie uczynić jej krzywdy ani nie przestraszyć.

– Zostawcie – wyszeptała. – Nie na siłę... Ja sama...

Przez chwilę nie pojmowałem, co ma na myśli. Wreszcie domyśliłem się i tylko machnąłem ręką.

– Zanadto sobie pochlebiasz, dziewczyno. – Roześmiałem się. – Pokaż mi pokój swojej pani.

– Co... co takiego? – zapytała nieprzytomnie.

No proszę, udało mi się chyba wyprowadzić Margaritę z równowagi! Oto spodziewała się, że jaśnie inkwizytor zaszczyci ją swą uwagą, a została potraktowana jak odźwierna albo przewodniczka. I rzeczywiście niczego innego od niej nie chciałem. Tak jak mówiłem, mogła uchodzić za powabną istotę, lecz dla tych raczej mężczyzn, którzy lubią mieć w łóżkach porcelanowe laleczki i z każdym ruchem uważać, by się one nie stłukły. Tymczasem wasz uniżony sługa lubi kobiety z krwi i kości. Może nie takie, pod których zadami pękają orzechowe skorupy, a pomiędzy piersiami może zniknąć głowa dorosłego mężczyzny, ale na pewno nie przepadałem za eterycznymi sylfidami sprawiającymi wrażenie, że uniesie je w dal niewielki nawet podmuch wiatru.

 

– Pokój pani Esmeraldy – powtórzyłem spokojnie. – Czy byłabyś uprzejma zaprowadzić mnie do niego?

– Tak, oczywiście – odparła już spokojnie i zakręciła się na pięcie. – Pozwólcie za mną, mistrzu.

Weszliśmy na piętro, a ja miałem okazję w rozchwianym blasku świec przyjrzeć się spustoszeniom, jakie poczynili bracia pani Pleiss.

– Nawet u niej pozrywali gobeliny i zdarli dywany. Kufer rozpruli łomem – poskarżyła się Margarita, jakby odgadywała moje myśli.

Sypialnia Esmeraldy nie wyglądała w tej chwili jak miejsce, gdzie można oddawać się słodkiemu odpoczynkowi, przypominała raczej pole bitwy. Z ogromnego łóżka ściągnięto nie tylko kołdry i pościel, z rzeźbionych kolumn sterczały też resztki atłasowego baldachimu. Masywna, inkrustowana szafa rozwierała oba skrzydła drzwi, a jedno z nich smętnie wisiało na naderwanych zawiasach. W szafie kłębił się stos sukien, jak widać, złodzieje nie zdążyli jeszcze ich spakować i wynieść.

– Gdzie jest skrytka? – spytałem ostro.

– Co takiego?

– Skrytka albo tajne przejście. Ukryte drzwi. Gdzie są? Oszczędzisz mi czasu na szukanie, dziewczyno.

– Nie rozumiem, o czym mówicie, mistrzu inkwizytorze. Ja wiem, wypiliście coś dzisiaj, więc może jutro wrócicie... A może poczęstuję was, na co tam macie ochotę?

Klepnąłem ją w tyłek. Nie mogłem się powstrzymać, ponieważ od pewnego czasu zadawałem sobie pytanie, czy jest chudy i kościsty, czy też po prostu jędrny niczym serce wycięte z jabłka. Był jędrny. Margarita krzyknęła i odskoczyła.

– Dzisiaj nie na ciebie, dziewczyno – odparłem żartobliwie. – Ale możesz przynieść butelkę wina, a ja tymczasem zajmę się poszukiwaniami.

Wpatrywała się we mnie, a ja nie wiedziałem, czy jest bardziej zła, czy bardziej zaskoczona. A może... może tylko maskowała strach?

Inkwizytorzy są szkoleni w wielu różnych sztukach. Jesteśmy ludźmi, którzy nad tępą specjalizację w jednej dziedzinie przedkładają wszechstronne wykształcenie pozwalające nam zarówno jeździć konno i władać orężem, jak i ze znawstwem dyskutować na temat dzieł doktorów Kościoła. Umiemy prowadzić spory z heretykami, rozpoznawać czarnoksiężników oraz wiedźmy i przesłuchiwać ich wedle wszelkich zasad prawa, które to prawo nie jest nam obce w żadnej z doktryn. A jednym z talentów, którym powinien dysponować każdy inkwizytor, jest umiejętność odnajdywania schowków, skrytek czy tajemnych przejść. Bowiem heretycy, wiedźmy i czarnoksiężnicy częstokroć starają się w sposób niezwykle przemyślny zamaskować ślady swej nikczemnej działalności. I tu przydaje się inkwizytor potrafiący posłuchać mruczenia drewna, śpiewu kamienia, szeptu cegieł. Czyli, wyrażając się w sposób mniej poetycki: skutecznie zbadać i osłuchać podłogi oraz ściany. Oczywiście umiałem sobie poradzić z podobnym zadaniem, w czym pomagał mi nie tylko trening, lecz również iście genialna intuicja (właśnie dzięki niej nie tak dawno temu odkryłem tajne przejście prowadzące do siedziby czarnoksięskiej sekty w mieście Christiania). Dlatego też niewiele minęło czasu, kiedy natknąłem się na pierwszy ślad. Oto na tapiserii za odsuniętą sekreterą zauważyłem niemal niewidoczną rysę rozcięcia. Pomacałem najpierw opuszkami palców, potem ostrzem noża. Zgadzało się. W tym miejscu z całą pewnością przechodziła rama tajnych drzwi. Mogłem poszukać ukrytej klamki, dźwigni czy czegokolwiek, co te drzwi otwierało. Mogłem. Ale po co? Dom był już i tak zniszczony, więc uszkodzenie jednej ściany więcej nie powinno nikomu wadzić. Wziąłem za nogi ciężki dębowy taboret i z rozmachem, zza pleców grzmotnąłem nim o ścianę.

– Jezus Maria! – wrzasnęła Margarita, która zdążyła wrócić z butelką wina.

– Nie wzywaj imienia Pana Boga swego nadaremno – przykazałem jej, nie nazbyt jednak surowym tonem, gdyż właśnie spod drzazg zobaczyłem pustą przestrzeń.

A więc za ścianą sypialni znajdował się sekretny pokoik. Świetnie, zaraz sprawdzimy, po cóż potrzebowała go miła pani Pleiss. Uderzyłem jeszcze kilka razy, później usunąłem wyłamane deski, uważając, żeby nie wbić sobie drzazg w dłonie. Deski były cienkie, z miękkiego drewna, więc wszystko poszło całkiem szybko. Komnatka, która się wyłoniła zza tej przegrody, nie była duża, ot tyle, żeby stanąć pośrodku z rozłożonymi ramionami, a palce wtedy dotykały ścian. Ale za to jak solidnie została zaopatrzona! Przypatrzyłem się dokładnie zasuszonym roślinom, powąchałem proszki zamknięte w niewielkich słoikach oraz maści i płyny z buteleczek.

– No, no, można by wytruć pół miasta – mruknąłem do siebie, po czym odwróciłem się w stronę bladej jak prześcieradło Margarity. – Teraz wszystko powiesz – rzekłem twardo, patrząc na jej zaciętą twarz. – Bo jak nie – dodałem łagodniej – to przyprowadzę tu zacnych rajców i pokażę im gniazdo ohydnej zbrodni. A jeśli znam się na prawie i ludziach, zostaniesz uznana za współwinną, a przynajmniej będą cię torturować tak długo, póki do winy się nie przyznasz. Szkoda byłoby tej jasnej, delikatnej skóry, dziewczyno... – Ująłem jej zimną dłoń.

Milczała długo, a ja pozwoliłem na to milczenie, gdyż wiedziałem, że szuka w myślach drogi ucieczki. I jeśli jest roztropną kobietą, to tę drogę znajdzie. Gdyż jedyna droga ucieczki prowadziła przeze mnie.

– A jeśli powiem, co wiem? – szepnęła wreszcie. – Co stanie się wtedy?

– Święte Officjum chroni nienaruszalnych zasad naszej błogosławionej wiary, broni owieczek pańskich przed herezją oraz magią – wyjaśniłem. – Nie naszym zadaniem jest ściganie oraz karanie złodziei, trucicieli czy gwałtowników. Jeśli okażesz się prawdomówna i lojalna, zapomnę o wszystkim, co tu zobaczyłem.

Dałem jej chwilę, by mogła spokojnie przetrawić moje słowa.

– No dobrze, Margarito, siadaj – rzekłem w końcu i poczekałem, aż przycupnie na łóżku. – Powiedz mi, proszę, kto truł Roberta Pleissa? Ty czy Esmeralda? A może wy obie?

– Skąd mam wiedzieć, czy mnie nie wydacie? Kiedy nie będę wam już potrzebna? Nie jestem niczemu winna, ale też napatrzyłam się wiele w życiu. Za to, co tu znaleźli, będą mnie torturować, a potem skażą i ugotują...

Miała rację. Karą dla trucicieli oraz fałszerzy monet było gotowanie w kotle z wrzącym olejem. Wprawny kat potrafił egzekucję przeprowadzić na tyle zgrabnie, że skazany przed śmiercią mógł zobaczyć, jak ugotowane mięso odpada od jego własnych kości.

Usiadłem obok dziewczyny i objąłem jej ramiona.

– Margarito, jestem inkwizytorem, ale również miłośnikiem piękna. Dziewczyna taka jak ty powinna żyć i cieszyć się życiem, nie podrygiwać w kotle z wrzątkiem. Po co miałbym cię doprowadzać do zguby, skoro mogę cieszyć się twoją urodą? – Zbliżyłem usta do jej ust i pocałowałem delikatnie. Oddała pocałunek, potem wtuliła się we mnie. Pachniała świeżo wypraną i suszoną na słońcu bielizną oraz tym charakterystycznym zapachem, jaki niesie ze sobą skóra dbającej o czystość młodej i zdrowej kobiety.

– Nie wydacie mnie, kiedy wszystko powiem? Nie wydacie? Na pewno?

– Daję ci słowo – rzekłem uroczyście.

Potem pomyślałem, że słowo, które dałem, jest tak czy inaczej moją własnością. Odbiorę je, jeśli podobne postępowanie uznam za stosowne. Miałem jednak nadzieję, że nie dojdzie do równie pożałowania godnego rozwiązania.


Odsunąłem delikatnie dziewczynę i otarłem łzy z jej policzków.

– Opowiedz mi wszystko, moja śliczna – poprosiłem. – Ze mną nie musisz się niczego bać.

– Oprócz was – szepnęła.

Rzeczywiście, miała niezaprzeczalną rację. Cóż, jak widać, była nie tylko powabna, ale i mądra. Nieczęsty mariaż w dzisiejszych podłych czasach. Zresztą czy kiedykolwiek będzie inaczej? Śmiałem w to wątpić, gdyż piękne kobiety zwykle miały ptasie móżdżki (pozwalające im na urocze ćwierkanie oraz porywanie błyskotek), natomiast niewiasty uczone były tak powabne, że nawet świątobliwy eremita mógłby ich używać w charakterze siennika i nie popaść w grzech nieczystości.

– Mów, Margarito, i daj sobie pomóc – poprosiłem.

– Esmeralda truła pana Pleissa – zdecydowała się wreszcie. – Truła stopniowo, rozważnie, od wielu miesięcy. Tak, by wszyscy myśleli, że umiera na płucną chorobę. Tak, żeby nikt niczego nie podejrzewał.

– I nie podejrzewał, prawda? Do czasu, aż syn Grolschowej coś spostrzegł. A może coś usłyszał?

– Chyba zobaczył, jak Esme wlewa truciznę do talerza. Nie wiem nawet, czy wiedział, o co chodzi, ale Esme się przeraziła i zaraz oskarżyła go o kradzież.

To było nierozważne, pomyślałem. Należało raczej udać, że nic się nie stało, albo całą rzecz obrócić w żart. Człowiek pochwycony na przestępstwie powinien zachowywać się niczym niewiniątko, gdyż jego konfuzja, złość czy strach tylko potwierdzają wszelkie podejrzenia. No cóż, ludzie są słabi. Nie każdego przecież ulepiono z inkwizytorskiej gliny.

– Czemu go truła? Dla majątku?

– Oczywiście, że dla majątku. – Margarita wzruszyła ramionami. – Pan Pleiss jest bogaty. Mogłaby żyć jak królowa.

– Przecież i tak mogła – zdziwiłem się. – Z tego, co wiem, Robert ją bardzo kochał. Skąpił jej czegoś czy...

– Och, jak wy nic nie rozumiecie. – Uśmiechnęła się. – Co komu po majątku męża, kiedy trzeba właśnie z mężem ten majątek dzielić? A nienawidzi się go jak psa.

Z właściwą sobie bystrością pojąłem, że dziewczyna ma na myśli męża, a nie majątek, ponieważ z tego, co usłyszałem, pani Esmeralda wydawała się kochać bogactwo ponad życie. A przynajmniej ponad życie innego człowieka.

– Z jakiego powodu go nienawidziła?

– A z jakiego powodu nienawidzi się męża? Bo głupi i nudny. Ona przynajmniej tak uważała. Poza tym... – pokręciła głową – tylko podejrzewam, ale...

– Miała gacha... – poddałem.

– Tak sądzę, mistrzu. Kilka razy w roku przyjeżdżał taki jeden, a Esme mało oczu nie pogubiła, tak za nim ślepiła. Jakby było za czym, bo...

– Czy nie nazywa się przypadkiem Otton Pleiss? Nie jest kuzynem Roberta? – przerwałem jej.

Spojrzała na mnie zdumiona.

– Matko Boża, po co mnie wypytujecie, jak sami wszystko wiecie?

– Wszystko wie jedynie Pan Bóg. – Uśmiechnąłem się, bo zdziwienie Margarity mile połechtało moją próżność. – Ale powiedz mi, dlaczego nie wyznałaś wszystkiego Robertowi? Wiesz, że w ten sposób stałaś się współwinna, gdyż nie ujawniłaś ohydnej zbrodni?

– Widzicie, mistrzu... – zaczęła po chwili milczenia. – Esme powiedziała, że kiedy wszystko się wyda, to oskarży również mnie o trucie jej męża. Powie, że obie wlewałyśmy mu trutkę do jedzenia czy napojów. Nic nie mogłam zrobić. Naprawdę nic.

Uwierzyłem dziewczynie tylko częściowo. Z całą pewnością Esmeralda Pleiss nie ograniczyła się do pogróżek, lecz starała się również, by związać służącą ze sobą. A łatwiej dochować sekretu, kiedy ten sekret jest osłodzony prezentami. Zapewne życie Margarity w domu Pleissów zmieniło się na lepsze, gdy odkryła tajemnicę swojej pani.

– Robert nic nie dał znać po sobie, kiedy odkrył, że żona go truje?

– Myślicie, że odkrył?

– Dziewczyno... – Pokręciłem pobłażliwie głową. – A z jakiego innego powodu by ją zatłukł? I to właśnie przy stole.

– Mógł ją wydać – westchnęła. – Ale co ja tam wiem. Pewnie jest, jak mówicie.

Nad tym, czy aby na pewno jest tak, jak mówię, musiałem się jeszcze zastanowić. Skłaniałem się jednak ku myśli, że przejrzał intrygę Esmeraldy.

– Po co twojej pani tyle tego było? – spytałem jeszcze. – Przecież tym, co tu przyrządziła, można by struć kilka setek ludzi.

– Ja tego pokoju nigdy nie widziałam. Przysięgam na Boga! Jeśli coś dolewała, to z takiej brązowej buteleczki. I tyle.

Nie wiedziałem, czy mogę wierzyć Margaricie, lecz w tej chwili nie miało to istotnego znaczenia. Może Esmeralda Pleiss lubiła po prostu przyrządzać i kolekcjonować trucizny? Jedni zbierają księgi, inni ozdobny oręż oraz pancerze, a ona miała kolekcję śmiercionośnych proszków, maści i napojów. A może lubiła mieć poczucie władzy nad ludzkim życiem? Zastanawiała się, jak by to było, gdyby zatruła miejskie studnie, i rezygnowała z tej myśli, utwierdzając się w poczuciu, jak szlachetną jest osobą. A może planowała, że kiedyś odrzuci moralne skrupuły i zaznajomi mieszczan z działaniem swej kolekcji? Któż to mógł wiedzieć i kogo to tak naprawdę mogło obchodzić? Esmeralda Pleiss nie żyła, co wydawało się najkorzystniejszym z możliwych rozwiązań.

 

Nie zamierzałem odwiedzać Roberta jeszcze tej samej nocy, gdyż nie chciałem wywoływać zamieszania, które niewątpliwie może spowodować tak późna wizyta w domu burmistrza. Sprawa mogła zupełnie spokojnie poczekać do rana, zwłaszcza że musiałem zlikwidować zbiór Esmeraldy. Ta sprawa coś mi przypominała. Wydawało mi się, że już kiedyś widziałem podobną sekretną komnatkę, tyle że w tamtej znajdowały się nie tylko trucizny, lecz również tajemnicze księgi, figurki i amulety. Skąd mogły pochodzić tego rodzaju wspomnienia? Może tak naprawdę nie były wspomnieniami, a obrazami powstałymi na skutek czyichś opowieści? W końcu w Akademii Inkwizytorium nie raz, nie dwa i nie dziesięć opowiadano i przypominano historie wielu przestępców oraz odstępców. Kazałem Margaricie przynieść młotek i gwoździe, a potem starannie zabiłem deskami drzwi do pokoju Esmeraldy.

– Niech cię ręka boska broni, by tu wejść bez mojej zgody albo kogoś wpuścić – przykazałem.

– Tak silną fortecę żeście zrobili, że nawet jakbym chciała, to się nie przedrę.

– Lepiej nie próbuj, Margarito. – Spojrzałem na nią poważnie. – I nie bój się, że zostaniesz oskarżona o współudział. Nie zamierzam mieszać cię do tej sprawy.

Zagryzła usta.

– To bardzo wielkoduszne z waszej strony, mistrzu. Rozumiem, że mam u was dług, który wypadałoby spłacić. – Opuściła oczy. – A dziewczyna tak uboga jak ja nie ma wiele do zaoferowania poza...

Z pełną pokorą przyznam, że od kilku minut zastanawiałem się, czy nie skorzystać z nadarzającej się okazji i nie spędzić nocy z młodą służącą, by udowodnić jej, że inkwizytorski zapał przejawia się nie tylko w tępieniu herezji. W końcu doszedłem do wniosku, że to nie najlepszy pomysł.

– ...modlitwą na moją intencję – dokończyłem za nią i uśmiechnąłem się. – Dobranoc, Margarito.

Zdumienie, jakie ujrzałem w oczach dziewczyny, było całkiem zabawną zapłatą za decyzję, którą podjąłem.


Dom burmistrza odwiedziłem jeszcze przed południem, trafiając akurat na porę, kiedy gospodarz wraz z rodziną i znajomymi siedzieli przy stole, racząc się jadłem oraz zacnymi napitkami. Zaproszono mnie do kompanii i nie mogłem sobie odmówić, by z tego zaproszenia nie skorzystać. Co prawda po śniadaniu u Grunnów wydawało mi się, że nic już nie zmieszczę w brzuchu, lecz okazało się, iż kilka kieliszków gdańskiej wódki znakomicie pobudziło mój apetyt.

– Nie ma to jak gdańska gorzałeczka – westchnął burmistrz z wyraźną lubością. – Żaden napitek tak aksamitnie nie mości się w żołądku i w tak dużym stopniu nie wyostrza umysłu.

– Zmysłów! Zmysłów również! – zawołał jeden z gości. – Ja jak się napiję gorzałki, to od razu bym pędził do zamtuza. A takie mam wtedy niespożyte siły, że dziewki wołają, że mi dopłacą, abym tylko je zostawił w spokoju.

Człowiek ten zapewne nie zdawał sobie sprawy, iż wystawia sobie niepochlebne świadectwo. Ja sam zdecydowanie wolałem, kiedy dziwki namawiały mnie, żebym został, i kiedy godziły się nie pobierać za ten czas dodatkowej opłaty. Ale cóż, człowiek uprzejmy w mowie oraz zręczny w łożu potrafi zjednać sobie nawet tak nędzne istoty jak ladacznice. Można powiedzieć, że nie raz i nie dwa dziewczęta podobnej profesji jadały mi z rąk. Gwoli ścisłości mogę tylko dodać: nie zawsze jedynie z rąk, gdyż przypominałem sobie, jak pewnego razu postanowiłem wykorzystać miseczkę puszystego waniliowego kremu, a to w tenże sposób...

– Mistrzu inkwizytorze? – głos burmistrza przerwał mi rozmyślania w najsłodszym ich momencie.

– Tak?

– Pytałem właśnie, czy nie jest wam może znane nazwisko jakiegoś szczególnie biegłego w swym fachu kata. Bo wiecie, kiedy już dojdzie do egzekucji Pleissa, chcielibyśmy, żeby wszystko odbyło się z prawdziwym hukiem. I żeby na długo zapamiętano, jak w naszym mieście rajcy potrafią się przygotować do podobnej uroczystości.

– Sąd nie wydał jeszcze wyroku – przypomniałem.

– To zaledwie formalność. – Bromberg machnął lekceważąco dłonią.

– Gdy wyrok zapadnie, wtedy będę służył wam pomocą w sprawie wyboru kata – rzekłem i wstałem. – A teraz serdecznie dziękuję za poczęstunek, lecz obowiązki wzywają. Możecie mnie zaprowadzić do pana Pleissa?

Burmistrz westchnął z żalem i na do widzenia opróżnił jeszcze dwa kieliszki gdańskiej wódki, jeden po drugim. Odsapnął i uśmiechnął się błogo, po czym wzmocniony trunkiem ruszył szybkim krokiem.

– Pijcie, jedzcie, mili goście, czym chata bogata. Zaraz do was wrócę – oznajmił.

Zeszliśmy do piwnicy i powtórzył się ten sam rytuał co poprzednio z zamknięciem drzwi, kiedy już znalazłem się w środku celi, w której przetrzymywano Pleissa. Kuzyn Ottona nawet nie drgnął, kiedy mnie zobaczył. Leżał na kocu i gapił się w sufit.

– Witajcie, panie Robercie – rzekłem serdecznym tonem.

– Witajcie – odparł, nie odwracając na mnie wzroku. – Wiecie, że od świtu patrzę na tego pająka. O tam, widzicie, pomiędzy tymi dwiema szparami w suficie...

Powiodłem w ślad za jego wzrokiem i rzeczywiście dostrzegłem nieruchomo tkwiącego pająka.

– Nawet o cal się nie ruszył od tych kilku godzin. Czemu? Na co czeka?

– Może śpi? – poddałem.

– Może i tak – westchnął Pleiss. – Ale jaki jest sens jego istnienia? Co robi poza spaniem i polowaniem w poszukiwaniu pokarmu? Poza tym, że biegnie w stronę ofiary i biegnie również, kiedy chce uciec jak najdalej od napastnika. Czy jego życie polega na czymś innym, jak nie na ciągłej walce o przeżycie kolejnego dnia?

Niespecjalnie interesowało mnie życie emocjonalne pająków, lecz wiedziałem z własnego doświadczenia, iż myśli ludzi zagrożonych śmiercią błąkają się czasami na dziwnych pustkowiach. I zastanawiają się oni wtedy nad kwestiami, które w innej sytuacji nie zaprzątałyby wcale ich uwagi.

– Każde zwierzę, każdy najmniejszy robak ma jedną cechę – rzekłem. – A jest nią instynkt przetrwania. My, ludzie, czasem o tym zapominamy.

– My, ludzie, czasem wiemy, że nie mamy już po co żyć – sprzeciwił się i wreszcie na mnie spojrzał. – Straciłem ukochaną, straciłem dobre imię, straciłem nadzieję na przyszłość. Co mnie jeszcze trzyma na tym padole łez?

Przysiadłem obok na krześle.

– Czemu chcecie się poddać? I powiedzcie przede wszystkim, panie Pleiss: dlaczego nie wyznaliście mi prawdy? – zapytałem z rozżaleniem. – Dlaczego zatailiście przede mną tak ważne fakty?

Skrzywił się.

– A co niby przed wami zataiłem?

– Wstydziliście się tego? Nie wy pierwsi i nie wy ostatni staliście się zabawką w ręku złych ludzi.

– O czym wy, do diabła, mówicie?! – niemal wrzasnął.

– Panie Pleiss, kiedy zeznacie wszystko na śledztwie, sąd weźmie to pod uwagę. Jak znam życie, zostaniecie uwolnieni. Przecież sędziami również są mężczyźni i każdy z nich zada sobie pytanie, co sam zrobiłby, gdyby znalazł się w sytuacji podobnej do waszej.

Szlachcic wpatrywał się we mnie, jakbym był jakimś zamorskim dziwem, nieznanym do tej pory i niespotykanym.

– Na gwoździe i ciernie, na miecz Pana naszego, nie mam najmniejszego pojęcia, o czym wy gadacie, mości inkwizytorze! Może zechcecie rzec wprost, co macie do powiedzenia, a nie dręczyć mnie zagadkami!

No dobrze, skoro tego sobie właśnie życzył...

– Odnalazłem schowek w pokoju waszej żony. A w nim truciznę, którą od miesięcy dolewała wam do posiłków. To dlatego tak strasznie kasłaliście i dlatego od kiedy przebywacie w więzieniu, już nie męczy was podobnie silna dolegliwość. Sądzę, że rychło będziecie zdrowi...

– Mówicie, że Esme mnie truła? – Wpatrzył się we mnie szeroko otwartymi oczami.

– Dokładnie tak.

Wybuchnął szczerym śmiechem i aż plasnął dłońmi w kolana z tej wielkiej uciechy.

– Chyba rozum wam odebrało! Ta kobieta mnie kochała, kto wie czy nawet nie bardziej niż ja ją.

– Tak właśnie sądzą wszyscy zdradzani mężowie – powiedziałem ze współczuciem. – Rozumiem, że kiedy dowiedzieliście się o zbrodni, to nie wytrzymaliście dłużej i zaatakowaliście żonę. Panie Pleiss, opowiedzcie mi wszystko, a w świetle faktów i dowodów już jutro uwolnią was z aresztu. I spokojnie wrócicie do domu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?