Ja, inkwizytor. Bicz Boży

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wybaczcie, że tak się zagalopowałem w ocenie, ale tak to już jest w zdaniu prostego żołnierza, że co w umyśle, to i na języku... – Gruber źle pojął moje milczenie, a obawa, jak widać, dodała mu swady.

– Nie, nie, nie. – Zamachałem dłonią, by go uspokoić. – Widzicie, zamyśliłem się tylko. Natomiast nie ganię was za szorstkie słowa o naszym duchowieństwie, bo jak by nie patrzeć i jak by nie oceniać, to cóż zrobić, panie Gruber, skoro tak się sprawy ułożyły, że... – zawiesiłem głos, po czym dokończyłem już pogodnym tonem: – Jak ksiądz nie jest złodziejem, to jest cudzołożnikiem. Jak nie jest ani złodziejem, ani cudzołożnikiem, to najpewniej sodomitą albo dręczycielem dzieci. A jak ani nie kradnie, ani nie grzeszy cieleśnie, to nie czyni tak bynajmniej z nabytej cnoty, lecz z wrodzonego bałwaństwa. Takie jest właśnie moje zdanie na wzmiankowany temat, sierżancie Gruber.

Zarechotał i dostrzegłem, że aż chciał mnie klepnąć w ramię, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał. Rozsądny człowiek...

– Z ust mi wyjęliście te słowa, mistrzu Madderdin – powiedział z uczuciem.

Uderzył pięścią w denko butelki, zgrabnie odbijając tym sposobem korek. Podał mi flaszę.

– Pewnie kwaśne, ale jeśli chcecie...

Nie sądziłem, by zamierzał mnie otruć, lecz uczono nas, że zaufanie do nieznajomych zazwyczaj nie jest dobrą inwestycją. Posmakowałem więc ostrożnie i roztarłem trunek językiem po podniebieniu. Wydawało się, że to po prostu dość podłego gatunku, kwaskowate wino. Nie wyczułem smaku trucizny, a przecież również takiej umiejętności uczono nas w przesławnej Akademii Inkwizytorium, więc albo wino nie było zatrute, albo trucizna świetnie przyrządzona. Upiłem niewielki łyk i oddałem butlę Gruberowi. Przechylił ją i zagulgotał. Jeśli miałbym jakieś wątpliwości, czy naprawdę pije, czy udaje, to pozbyłem się ich, spoglądając na linię płynu w butelce. Miał niezłe pragnienie ten sierżant, nie ma co... Dlatego kiedy oddał mi flaszkę, już sobie nie pożałowałem.

– Kwaśne siki – mruknąłem, ocierając usta.

– Sikowaty kwach – przyznał mi rację i oblizał się.

– Cóż, wyjawcie, z czego pragniecie mi się zwierzyć – powiedziałem. – Bo po przygotowaniach, jakie przedsięwzięliście, sądzę, że sprawa jest poważna.

– Ba!

Zadumał się po tym okrzyku i widziałem, że zastanawia się, od czego zacząć. W końcu zdecydował.

– Widzicie, mistrzu Madderdin. Święte Officjum pomogło mi, nie powiem. Dali rekomendacje, dali też pieniądze, żebym kupił sobie patent sierżanta, bo wiecie, zawsze marzyła mi się wojaczka... – Uśmiechnął się tak szeroko, że aż obnażył dziąsła.

– Wojaczka piękna rzecz – przyznałem mu rację.

– Ale nie z tego powodu jestem wam wdzięczny, nie z tego... Wyobraźcie sobie, panie Madderdin, że kilkanaście lat temu zachorowała moja córeczka...

Uniosłem jedynie brwi (czego Gruber nie mógł zresztą zauważyć, gdyż opuścił głowę), ale nie skomentowałem tej sprawy, gdyż wiedziałem, że mężczyźni lubujący się we wdziękach przedstawicieli własnej płci często zakładali rodziny, by ich grzeszne żądze nie wyszły na wierzch i by przed sąsiadami uchodzić za przykładnych ojców familii. Nie było tajemnicą, że jeśli taki delikwent uważał na swe zachowanie, to mógł bardzo długo lub do samej śmierci uchodzić za chrześcijański wzór cnót. A jeśli był człowiekiem możnym i z koneksjami, wtedy w ogóle mógł się nie przejmować ludzką opinią, tak jak chociażby postępował zamordowany biskup.

– ...strasznie zachorowała – ciągnął smutnym tonem sierżant. – Lekarze nie wiedzieli, jak jej pomóc, a potem to i pieniądze na lekarzy się nam skończyły. – Westchnął z głębi serca. – Nie wiecie, jak to jest patrzeć na cierpienie własnego dziecka. Kiedy boli je wszystko, kiedy patrzy na was i mówi: „Pomóż mi, tatusiu”, a wy nic nie możecie uczynić, choćbyście nawet diabłu duszę za nią oddali... – Spojrzał na mnie hardo, jakby chciał specjalnie podkreślić, że to nie był tylko przypadkowy retoryczny zwrot. Jednak oczy miał pełne łez.

– I poprosiliście o pomoc inkwizytorów – domyśliłem się.

– Ano tak. Zaprosili i moją małą, i mnie jako gości Inkwizytorium do samego Engelstadt.

– Mają tam doskonale prowadzoną infirmerię – przypomniałem sobie.

– Przeszło miesiąc pozwolili nam zostać. Karmili nas oboje, leczyli malutką, modlili się za nas...

– Wyzdrowiała?

– Nie – westchnął znowu. – Widać Bóg chciał ją już mieć u siebie. Ale przynajmniej umierała w czystej pościeli, niegłodna i przy ojcu, co trzymał ją za rączkę. Wasi dawali jej też takie zioła, które łagodziły ból i kaszel, więc nie cierpiała jak przedtem. Pamiętam też jednego z inkwizytorów, jakie piękne jej bajki opowiadał. O księżniczkach, rycerzach, złych czarodziejach i smokach. O zaklętych lasach i szklanych górach. Wszystkie dobrze się kończyły... – Uśmiechnął się do wspomnień. – Ach, jak pięknie ten inkwizytor gadał, powiadam wam: pięknie. I zawsze bez zniecierpliwienia czekał, aż moja córeczka uśnie.

No, no, muszę przyznać, że koledzy inkwizytorzy zasiali przedniej jakości ziarno w sercu tego człowieka. A ja teraz miałem nadzieję zebrać z zasiewu bogaty plon! Oczywiście inna sprawa, że musieli naprawdę polubić dziewuszkę, przynajmniej ten inkwizytor, który opowiadał jej bajki. Bo dbanie o naszych niedoszłych kolegów miało przecież swoje granice, a w tym wypadku najwyraźniej inkwizytorzy bardzo się starali, by dziecku niczego nie zabrakło. Cóż, słyszałem, że tak bywa, iż dzieci znajdujące się na skraju śmierci stają się wzruszająco słodkie, jakby wiedziały, że nadchodzi kres ich ziemskiej wędrówki i jakby chciały swą słodyczą obdzielić wszystkich bliskich ludzi, wiedząc, że niewiele już im zostało czasu.

– Dlatego chcę wam pomóc. Bo dobrzy z was ludzie. – Popatrzył mi prosto w oczy.

Albo był prostodusznie szczery, albo znakomicie wyszkolony w udawaniu prostodusznej szczerości. Wolałem, by prawdą okazała się ta pierwsza ewentualność, ale kto wie...

– Cieszę się, że tak sądzicie, sierżancie – odparłem. – Choć weselsza byłaby ta historia, gdyby w Inkwizytorium udało się uratować waszą córeczkę.

– Bóg dał, Bóg wziął.

– Chwała Panu – dokończyłem.

Westchnął i osuszył butlę. Odstawił ją w zacieniony kąt.

– Już bym nawet i nie chciał mieć drugiego dziecka. Zbyt wielki ból, kiedy takie maleństwo odchodzi. – Pochylił głowę.

No dobrze. Grzecznie wysłuchałem opowieści o jego życiu, grzecznie poużalałem się nad losem jego dziecka, teraz wreszcie miałem chęć wysłuchać, w jakim właściwie celu Gruber ściągnął mnie na tę zakazaną łajbę. Bo choćby umarło mu i dziesięć córeczek, to zarówno ich los, jak i ojcowski żal interesowały mnie dużo mniej niż wynik śledztwa, jakie miałem przeprowadzić. Czy Gruber w ogóle mógł mi w czymkolwiek pomóc? Jakaś szczególnie spora fala uderzyła w burtę łodzi i zachybotała nią. Sierżant w ostatniej chwili pochwycił lampę i teraz dla bezpieczeństwa postawił ją na skrzynce pomiędzy nami.

– Zmówmy wspólnie krótką modlitwę za spokój duszy waszej córeczki – zaproponowałem. – Natomiast potem spokojnie wyjawicie, co leży wam na sercu i w czym może wam dopomóc Święte Officjum.

Wzruszony sierżant z wdzięcznością przystał na moją propozycję, po czym kiedy zmówiliśmy już wspólnie pacierz, otarł oczy wierzchem dłoni.

– Jak żywa stanęła mi przed oczami... Moja córunia... Dziękuję wam, mistrzu Madderdin, dziękuję. – Uścisnął mi serdecznie dłoń.

Poklepałem go po ramieniu, zastanawiając się, jak długo potrwa, zanim dojdziemy do sedna sprawy. I tak Bogu dziękować, że umarło mu tylko jedno dziecko, nie pięcioro, bobyśmy chyba przemodlili tu całą noc.

– Narobiliście huczku swoim przyjazdem, samym pojawieniem się – rzekł wreszcie rzeczowym tonem.

– Huczku?

– Wśród miejscowych. Wszyscy tu się boją, mistrzu. Boją się jak czorta.

– Czegóż to się boją?

– Was. – Sierżant uśmiechnął się, odsłaniając zęby, które wyglądały niczym żółty płot postawiony przez pijanego cieślę.

– Mnie? – zdumiałem się.

– Was, inkwizytorów – objaśnił już ściślej. – Świętego Officjum. Że jak raz tu wejdziecie, to tak szybko nie wyjdziecie. I że sporo ludzi zmieni się w czasie waszej wizyty w garść popiołu.

Cóż, i takie wypadki się zdarzały. Ale podobne podejście nie wynikało przecież z jakowegoś kaprysu, lecz z pieczołowitej skrupulatności i skrupulatnej pieczołowitości charakteryzującej funkcjonariuszy Świętego Officjum.

– Mówią, że dla was bezgrzeszna jest tylko ta ziemia, którą wypalicie do samych kamieni – dodał Gruber.

Westchnąłem.

– Albo że szpilkę w stogu siana znajdziecie jedynie wtedy, kiedy podpalicie stodołę...

– Panie Gruber, darujcie sobie, z łaski swojej, te złośliwości. Przecież ja nie urodziłem się dzisiaj i sam dobrze wiem, jakie bzdury wygaduje się na temat zbożnego trudu inkwizytorów. Godzimy się z tym z sercami pełnymi pokory, tak jak Jezus godził się, by Go wyszydzono, ubiczowano i ukrzyżowano, zanim... – Spojrzałem poważnie na Grubera. – Zanim zdecydował się zstąpić w chwale i ukarać oprawców.

– Tak wam tylko mówię, żebyście wiedzieli – zmieszał się. – Przez ostatni rok tutaj u nas dużo sobie opowiadano o tym, co działo się w Bielstadt i ilu czarodziejów i inszych heretyków żeście popalili. Toteż wszyscy się boją i wszyscy będą trzymać język za zębami. I ci, co wiedzą, i na wszelki wypadek nawet ci, co nic nie wiedzą.

– O czym wiedzą, sierżancie?

– O tym, że pan baron z miejscowego klasztoru uczynił zamtuz dla siebie i swoich przyjaciół – rzekł twardym głosem Gruber. – A z miejscowych mniszek zrobił kurwy. A które się kurwić nie chciały, to je, psiekrwie, pozabijali...

– Ha – powiedziałem tylko i zamyśliłem się.

 

Takie sprawy, cóż rzec, nie były obce inkwizytorskiemu doświadczeniu. Zdarzało się tu i ówdzie, że klasztory zamieniały się w przybytki rozpusty, karczmy lub domy gry. Zdarzało się również, że zamieniały się w miejsca demonicznych kultów, gdzie zamiast pochylać głowy przed Jezusem Chrystusem, całowano w dupę kozły.

– Lepiej powiedzcie, czy wszyscy tacy tu solidarni w dotrzymywaniu tajemnicy?

– Przynajmniej ci, co wiedzą, co się działo. A ci, co jedynie coś zasłyszeli, gdzieś im się obiło o uszy, ci są nieważni. Kto będzie słuchał pijaczków po karczmach?

– Ja – powiedziałem. – Ale macie rację, że słuchanie to jedno, dowody to drugie.

– Wszyscy są utaplani w gównie po same uszy – obniżył głos.

– Wszyscy znaczy tyle samo co nikt. Konkrety, panie Gruber, konkrety...

– Długo by wymieniać. – Machnął dłonią.

– Nie przeszkadzajcie sobie i wymieniajcie.

– Baron Stern i jego syn. Chłopaka ponoć dosiadała sama przeorysza Konstancja, tak często i chętnie, że aż musiała spędzać płód.

– Przeoryszę Konstancję zmuszano do tego?

Roześmiał się chrapliwie.

– Gdzie tam zmuszano! Mistrzu inkwizytorze, z tego, co wiem, to ta wywłoka sama przyszła do Sterna, wiecie, jak tylko została przeoryszą, i powiedziała, że umyśliła sobie, żeby razem, wspólnie z klasztoru zrobili burdel. A to i dla zarobku, i dla wszetecznej rozrywki.

Podejrzewam, że bardziej chodziło o to, co sierżant nazywał „wszeteczną rozrywką”. Bo przecież baron Stern nie potrzebował korzystać z wdzięków mniszek, skoro mógł mieć zarówno piękne ladacznice, jak chłopki czy mieszczki z własnych dóbr. Mało było takich, które rozłożyłyby nogi przed wielkim panem, nawet nie dla pieniędzy czy prezentów, ale by pochwalić się przed przyjaciółkami, że instrument znanego człowieka zagrał im pomiędzy udami? Toteż sądziłem, że Sternowi bardziej podobała się wizja plugawienia świętego przybytku, jakim był klasztor, i świętych kobiet, jakimi przynajmniej w założeniu powinny być mniszki. Przecież nie raz i nie dwa słyszeliśmy o mężczyznach, którzy szczególnie upodobali sobie, by kurtyzany przebierały się za mniszki i udawały skromnisie lub, lepiej jeszcze, gwałcone dziewice. Jakie natomiast pobudki przyświecały młodej przeoryszy? Cóż, mogłem się teraz domyślać, z jakich powodów książę Crescenza chciał widzieć córkę tak daleko od siebie. Zapewne była do gruntu zepsutą kobietą, szukającą rozrywki w upodlaniu zarówno siebie, jak i innych. Podejrzewałem również, że dużą rolę mogły odgrywać pieniądze. W końcu dama przyzwyczajona do zbytku książęcego dworu chciała zapewnić sobie szybki zarobek...

– Kto jeszcze bierze w tym udział oprócz Sterna?

– Kto? Wszyscy! Cała okoliczna szlachta. Wszyscy oni tańczą jak im Stern zagra, a Stern w zamian za to zaszczyca ich swoim towarzystwem. – Sierżant prychnął.

– I pewnie szczodrze dzieli się zawartością kiesy? – dodałem.

– Ano tak. Tutaj wszyscy to albo jego klienci, albo przyjaciele. Jak miał kiedyś wrogów, to ich wyrugował, zresztą mnie wtedy jeszcze u niego nie było.

– I wszyscy tak waszego barona kochają?

– Kochają, kochają, od razu kochają... Zależą od niego albo się boją, ale głowę dam, że niektórzy żywcem by go zjedli. Choćby jedynie dlatego, że jest majętny, ustosunkowany i odgrywa wielkiego pana, niczym jakiś książę albo królewicz.

Oho, najwyraźniej maniery Sterna musiały dojeść również mojemu rozmówcy. Bardzo dobrze, gdyż my, inkwizytorzy, wręcz przepadamy za ludźmi, którzy wylewają przed nami swe urazy w stosunku do bliźnich. Zawsze z takiego mętnego strumienia można wyłowić jedną czy drugą tłustą rybkę...

– Zastanówcie się i później podacie mi dokładnie nazwiska przyjaciół oraz klientów Sterna, no i kogo podejrzewacie o to, że za nim nie przepada...

– Najbardziej to mieszczanie – przerwał mi.

– Mieszczanie?

– Tutejsi, z Luthoff. Pomiata nimi jak bezpańskimi psami. Sam raz byłem świadkiem, jak taki jeden Brongang, Erich Brongang znaczy, wytargał burmistrza publicznie za brodę i zasadził mu takiego kopa w zadek, że chłopina się potem kurował przez kilka dni. – Gruber uśmiechnął się na wspomnienie zajścia. – A wiecie, człowieka bogatego, niby jak to mówią, miejskiego patrycjusza, boli, kiedy go tak traktować, zwłaszcza na oczach gawiedzi.

– Macie rację. Coś jeszcze?

– Stern im dojadł do żywego. – Pokręcił głową. – Ja tam, widzicie, nie znam się na interesach, bo moja rzecz to wojaczka, nie księgi rachunkowe, tyle wiem, że pan baron mocno im szkodzi w interesach. Ale co dokładnie, to wypytajcie kogo innego. – Rozłożył dłonie.

Ha, oto potwierdzały się moje informacje o sporach barona z mieszczanami. Ten konflikt mógł się w przyszłości przydać, nie powiem... Bo gdzie wrzała kłótnia, tam istniała spora nadzieja, że inkwizytor coś na tym wrzątku ugotuje.

– Nie omieszkam. Bardzo mi pan pomógł, sierżancie Gruber. Jestem pewien, że będziecie mogli liczyć na wsparcie Inkwizytorium, jeśli o takie wsparcie kiedyś poprosicie.

– Jeszcze jedna sprawa. – Podniósł palec.

– Tak?

– Zajmijcie się tym starym. Ichnim kapelanem znaczy.

– Bo?

– Kanalia jedna! – Gruber aż zgrzytnął zębami. – On, wiecie, lubi zabawić się z co młodszymi siostrzyczkami, najlepiej nowicjuszkami. Nazywa to ujeżdżaniem dzikich klaczek.

– No, no, jak widać, w starym kotle diabeł pali. – Pokręciłem głową. – A na wygląd złamanego szeląga by się za niego nie dało.

– Zabawiał się z nimi nie po bożemu, wiecie, tak jak z kobietą przystało, ale jak, no... niby jak z chłopakiem.

– Proszę, proszę.

– O nim to mówią jeszcze... – Gruber przyciszył głos do szeptu.

– Śmiało – zachęciłem go. – Nie sądzę, by ktoś nas tu podsłuchiwał.

– Wy nie wiecie, mistrzu Madderdin, wy nic nie wiecie – nadal szeptał. – Tutaj narazić się któremuś z nich, to jak wypisać sobie wyrok na czole.

– Tym bardziej musicie mi wszystko powiedzieć, by Święte Officjum mogło zaprowadzić wreszcie porządek.

– Niby tak. – Potarł kostkami palców chrzęszczący zarost.

– Co więc z księdzem?

– Mówią, że ten instrument, wiecie sami, co za jeden, nie chce mu czasami zagrać... I taka go złość chwyta, kiedy nie może zaspokoić żądzy, że bije te dziewczyny...

– Bije na śmierć, jak się domyślam.

– A skąd wiecie?

– Gdyby nie bił na śmierć, tobyście się tak nie przejęli.

– Ano – zgodził się bez trudu. – Dać babie po gębie albo nawet raz, drugi przeciągnąć rózeczką po plecach rzecz zwyczajna i każdemu chłopu w złości, słusznej czy nie, może się przytrafić. Ale tak bić, panie Madderdin, tak bić, żeby zatłuc na śmierć boże stworzenie, tak postępować się nie godzi.

– Macie rację – przyznałem. – Wiele takich... przypadków mu się zdarzyło?

– A bo to kto policzy? – Wzruszył ramionami. – Wiecie przecież, jak jest z młodymi zakonniczkami, tymi, co pochodzą z gminu. Nikt o nie nie dba, nikt się nimi nie zajmuje. Pomrą, to pomrą, wola Boska.

Tak właśnie wyglądała sytuacja, jak przedstawiał ją Gruber. Młode zakonnice z ubogich rodzin często były traktowane w klasztorach w sposób tak bezwzględny, że gorszy niż niewolna służba. Karmiono je byle czym, skazywano na pracę ponad siły, a przerwy pomiędzy jednym zajęciem a drugim mogły co najwyżej umilać sobie modlitwą. Kiedy pozwolono im już zasnąć, to spały na gołych kamieniach w pomieszczeniach, które latem przypominały wnętrze hutniczego pieca, a zimą lodową jaskinię. Jeśli dodać do tego, że za każde przewinienie, wyimaginowane lub nie, karano je bezwzględną chłostą lub głodówką w ciemnicy, to nic dziwnego, że marły jak muchy. Oczywiście inaczej sprawa wyglądała, kiedy chodziło o panny z dobrych i bogatych domów, chociaż i w tym wypadku zdarzały się tragedie, jeśli taka młoda zakonnica miała nieszczęście nie spodobać się przeoryszy.

– Gdzie jest słabe ogniwo w tym łańcuchu, panie Gruber? Jak sądzicie?

– Czyli niby co?

– Kogo z nich, z tych, co chodzą do klasztoru, można zastraszyć, zmusić do uczciwej spowiedzi? Ja po prostu muszę mieć pierwsze zeznanie, panie Gruber, pierwsze świadectwo naocznego świadka. Potem już pójdzie jak z płatka.

– Jakbym niby nie wiedział. – Zmrużył porozumiewawczo oko. – Nasze Inkwizytorium i z kamienia by wycisnęło przyznanie do winy – usłyszałem wyraźną dumę w jego głosie.

– W to właśnie wierzymy – przyznałem sierżantowi rację. – Ale sami rozumiecie, że nie mogę zabrać się na poważnie za miejscowego barona lub jego rodzinę, kiedy mam do dyspozycji jedynie niejasne pogłoski. To samo z księżulkiem.

– Wycisnęlibyście z niego przyznanie raz-dwa.

– A jeśli nie? Jeśliby zdechł, nawet nie od narzędzi, a ze zwyczajnego strachu, bo i takie rzeczy się przecież zdarzają? Co wtedy? Wyobrażacie sobie, jakie miałbym kłopoty? I w dodatku w ten sposób ostrzegłbym wszystkich zamieszanych w sprawę.

– Na pewno macie rację – przyznał smętnie. – Widać, że z was jest inkwizytor, a ze mnie tylko prosty sierżant.

– Ale bez waszej pomocy donikąd nie zajadę – powiedziałem, by podnieść go na duchu. – A już udzieliliście mi bezcennych informacji.

– Cieszę się – rzekł ze szczerą radością. – I Bóg da, pomogę wam najlepiej jak będę mógł.

– No to kogo byście nabili na haczyk?

– Nie wiem, mistrzu Madderdin, naprawdę nie wiem... – Z tego zakłopotania aż podrapał się po kroczu, a ja pomyślałem, iż podobną reakcję zapewne wywołały słowa „nabili na haczyk”. – Do klasztoru zjeżdżała okoliczna szlachta – kontynuował. – Ale ja tylko przywoziłem pod furtę barona i jego syna.

– Nie widzieliście innych karet?

– Prosta rzecz: widziałem. Ale żadna nie miała herbu, nikogo też przy nich nie zobaczyłem. Ja miałem za zadanie zawieźć Sternów, potem przyjechać po nich następnego wieczora. I to wszystko.

– No to skąd wiecie o kapelanie i o dziewczynach? A o tym, że Konstancja szczególnie upodobała sobie baroneta?

– Tu padło słowo, tam padło słowo. Oni nie wracali zwykle trzeźwi, a i jeszcze w drodze popijali, więc i języki mieli długie. A pozwolicie, że o coś was spytam, mistrzu Madderdin.

– Pytajcie.

– Czemu zajmuje was klasztor i nieobyczajne prowadzenie się mniszek? Czy to należy do obowiązków Officjum?

Odpowiedź na jego drugie pytanie nie mogła być jednoznaczna. Inkwizytorium zwykle nie interesowało się obyczajami i etyką, ale nauczyliśmy się, że wiele zła rozpoczyna się od hołdowania rozpasanym żądzom. Wpierw zwykłe cudzołóstwo, potem orgie, potem bluźnierstwa i profanacje świętych miejsc i przedmiotów, aż wreszcie kończy się na wzywaniu demonów bądź odprawianiu czarnoksięskich rytuałów. Nie raz i nie dwa Inkwizytorium miało do czynienia z takimi przypadkami, zdarzały się one również w żeńskich klasztorach. I nic dziwnego, skoro młode kobiety zamykano w celach i poddawano bezwzględnej tresurze. A jeśli nawet tej tresurze poddawały się ich umysły, to ciała częstokroć rozpalane były przez niemożliwe do stłumienia żądze oraz pragnienia. Tak więc zaczynało się od tego, że dwie lub kilka mniszek nader czuło tuliło się jedna do drugiej, a kończyło na opętaniu przez demony. Dlatego i tylko dlatego zwracaliśmy również uwagę na kwestie obyczajności. By zło niszczyć, zanim jeszcze zdoła się narodzić.

– Panie Gruber – powiedziałem po dłuższym zastanowieniu – jesteście niemal jednym z nas, więc będę z wami szczery i opowiem wam, jaka sprawa tak naprawdę mnie tu sprowadziła.

Dawny sierżant aż pokraśniał z dumy, kiedy usłyszał słowa „jesteście niemal jednym z nas”, a potem słuchał mnie bardzo uważnie, nie przerywając pytaniami. Opowiedziałem mu o obu listach oraz o biskupie, który spłonął na stosie. Zresztą o biskupie sam już wiedział, gdyż jak widać, stugębnej plotce nie dało się uciąć wszystkich języków. Nie sądzę, by Gregor Vogelbrandt był zachwycony, że opowiadam o śledztwie obcemu człowiekowi, ale w Akademii Inkwizytorium uczono nas przecież, by kierować się nie literą praw, lecz ich duchem. By nie podlegać w każdej mierze sztywnej procedurze, lecz by postępować elastycznie, mając na uwadze dobro sprawy.

– Na gwoździe i ciernie – mruknął, kiedy skończyłem mówić. – A to wam się trafiło.

– Nieprawdaż?

– Zastanawiacie się, kto będzie następny?

– A sądzicie, że będzie?

– A wy, mistrzu, za pozwoleniem, nie sądzicie?

Skinąłem głową.

– I owszem. Ale nawet jeśli tak się stanie, Bóg jeden tylko wie, kto będzie następną ofiarą mordercy.

– Widać spodobała mu się nasza okolica.

– I ludzie tu mieszkający – dodałem. – No dobrze, sierżancie Gruber, powiedzcie mi, jak mogę się z wami porozumieć czy...

 

– Boże broń! – zakrzyknął. – Jak mnie zobaczycie na ulicy, odwróćcie się w drugą stronę, błagam was!

– Wiem, oczywiście, wiem – powiedziałem łagodnie i uspokajającym tonem. – Nie musicie się martwić o moją dyskrecję. Jednak mogę was potrzebować i chciałbym wiedzieć, jak was mogę znaleźć.

– No tak, no tak. – Potarł szczękę kostkami dłoni i widziałem, że nie jest zachwycony perspektywą naszego następnego spotkania. – Hm, co by tu...

– Często bywacie na tej łodzi?

Wzruszył ramionami jeszcze bardziej zakłopotany, lecz tym razem już z innego powodu.

– Tak raz na tydzień to się zdarzy. Pan baron zwykle daje mi wolne piątki, to i korzystam...

– Dobrze. Czekajcie na mnie tutaj w następny piątek wieczorem. Jak nie przyjdę, bądźcie w kolejny piątek. Zrozumieliście?

– Co bym miał nie rozumieć...

– Sierżancie Gruber – położyłem mu dłoń na kolanie i spojrzałem szczerze w oczy – spiszcie się dobrze, a nie tylko zyskacie odpuszczenie grzechów, lecz wdzięczność Świętego Officjum. A wiecie pewnie sami, że pomocni inkwizytorzy mogą się czasem przydać każdemu człowiekowi... Prawda?

– Ano prawda.

Wstałem.

– Wiem, że zgłosiliście się do nas z potrzeby serca, ale jak wszystko dobrze się skończy, każę was również nagrodzić. Sowicie nagrodzić.

– Myślicie, myślicie, że starczy, żebym wziął w dzierżawę jakąś oberżę? – spytał nieśmiało, kiedy już przekraczałem próg.

– Jak wszystko pójdzie naprawdę po naszej myśli, to wystarczy wam nie tylko na dzierżawę, ale kupicie sobie piękny, duży zajazd i będzie z was panisko całą gębą.

Skinąłem mu jeszcze na pożegnanie i zostawiłem na chyboczącej łodzi, pogrążonego w słodkim rozmarzeniu. Dumał zapewne o wielkiej, pełnej klientów karczmie, szufladach złocących się od denarów i młodych posługujących chłopaczkach, którzy będą biegać między gośćmi, kręcąc jędrnymi tyłkami. Kto wie, kto wie, jeśli wszystko ułoży się naprawdę dobrze, to marzenia sierżanta Grubera mogą stać się rzeczywistością.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?