Ja, inkwizytor. Bicz Boży

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Wejdź – rozległ się z wnętrza mocny, dźwięczny głos, z całą pewnością należący do młodej kobiety.

– Tak jak zapowiadałem, matko – zaczął mówić szybko kapelan już w momencie, kiedy drzwi były zaledwie uchylone. – Przyprowadziłem do ciebie inkwizytora, który pragnął rozmawiać z naszą nieodżałowaną matką Konstancją.

Nawet idiota by się zorientował, że ksiądz, mówiąc w ten sposób, uprzedza, że nie przybył sam, i ostrzega mniszkę, by nie okazała w żaden sposób zdziwienia.

– Zaczekajcie, moi mili! – Czyżbym usłyszał w głosie siostry Matyldy nutę paniki? – Muszę skończyć modlitwę.

Ksiądz posłusznie przymknął drzwi.

– Bogobojne dziecko o sercu pełnym żarliwej wiary – westchnął.

Drzwi były grube, lecz mimo to wydawało mi się, że słyszę odgłosy, które świadczyły nie o spokojnej modlitwie, lecz raczej nerwowej krzątaninie. W końcu uchyliły się znowu i przez szparę pomiędzy ich krawędzią a futryną prześliznęła się siostra Matylda.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powiedziała. – Zapraszam do refektarza. Inkwizytorze, księże kapelanie.

Zastępczyni zmarłej Konstancji była postawną, najwyżej trzydziestoletnią kobietą o jasnej cerze i ogromnych niebieskich oczach. Choć spod kornetu nie widziałem jej włosów, to wyobrażałem sobie, że muszą być koloru dojrzałego zboża. Nie była może olśniewającą pięknością, lecz mężczyzna, który odmówiłby jej wstępu do swego łoża, musiałby albo być pomylony, albo gustować we własnej płci. Miała na sobie tradycyjny strój adelanek: szary habit przepasany białym sznurem. Jednak gdy ruszyła, prowadząc nas do refektarza, zobaczyłem coś, co mnie bardzo zastanowiło. Od kiedy to bowiem mniszki paradowały w delikatnych atłasowych pantofelkach z wyciągniętymi noskami i złotymi klamerkami? Zawsze wydawało mi się, że do habitu bardziej pasują drewniane chodaki lub skórzane sandały, ale być może nie nadążałem po prostu za zakonną modą. Kapelan musiał dostrzec to, co i ja, gdyż zauważyłem, jak jego policzki pokrywają się rumieńcem. Roztropnie jednak nie odezwał się ani słowem. Idąc za odzianą w habit siostrą Matyldą, mogłem się tylko domyślać kształtów jej ciała, a byłem pewien, iż nie zawiódłby się ten, przed kim zrzuciłaby odzienie. Uroda oczywiście nie była w żadnej mierze czynnikiem obciążającym. Wśród mniszek trafiały się czasami wyjątkowe piękności, choć trzeba też przyznać, że zdecydowaną większość stanowiły kobiety tylko trochę ładniejsze od niechlujnie ułożonego stosu drewna.

Zakonnica wprowadziła nas do niewielkiego refektarza, w którym dominowała wielka rzeźba Jezusa Karzącego. Artysta znakomicie uchwycił dynamikę postaci i wydawało się, że Chrystus już za moment spuści ostrze miecza na głowy ludzi, którzy wchodzili do komnaty. Siostra Matylda przysiadła na skraju ławy i zauważyłem, że tak zręcznie ułożyła nogi, by kraj habitu osłonił jej stopy. Najwyraźniej sama już zorientowała się w niestosowności swego stroju.

– Przybywacie w czas żałości, smutku i boleści, mistrzu inkwizytorze – rzekła znękanym, cichym głosem. – W czym wam mogę usłużyć?

– Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona – wypowiedziałem z namaszczeniem zdanie z listu i pilnie obserwowałem reakcję zakonnicy oraz księdza.

Siostra Matylda nadzwyczaj szczerze się zdumiała.

– Słucham? Co to ma znaczyć?

– Takie przesłanie dotyczyło matki Konstancji – odparłem. – I chciałbym się dowiedzieć, czy dla was, siostro Matyldo, brzmi ono znajomo?

Mniszka miała tak jasną cerę, iż nie wyobrażałem sobie, że mogłaby zblednąć i że ktokolwiek mógłby tę bladość dostrzec. Ale czyżby mi się tylko zdawało, że ujrzałem w jej oczach zaniepokojenie? A może nawet strach?


– To cytat z Pisma, tyle każdy wie – powiedziała. – Ale cóż mogę wam powiedzieć więcej?

– A wy, księże kapelanie? Może wy coś wiecie?

– Ja? Ja? Skądże znowu... – Nerwowo wzruszył ramionami. – Wyjaśnijcie, jeśli łaska, o co wam chodzi?

Już zawczasu przemyślałem sobie, co zrobię, kiedy rozmowa dojdzie do tego właśnie punktu.

– Doręczono nam pismo z tym samym cytatem z Biblii tuż przed dramatyczną śmiercią biskupa Augustyna Schaeffera. Nie wiem, czy siostra słyszała, iż biskup został spalony na stosie...

– I do nas, choć zamkniętych w klasztorze, dochodzą wieści ze świata. Modliłyśmy się za pokój jego duszy.

– Słyszałem, że był to człowiek wielkiej świętości – rozczulił się ksiądz.

– W takim razie świętość tę starannie ukrywał – stwierdziłem – gdyż z zachowania i pozorów był krzywdzącym pacholęta sodomitą, sybarytą, próżniakiem, opojem i zdziercą.

– Jak możecie w ten sposób...

Stanowczym gestem uniosłem dłoń. Nie wiem, czy sądził, że chcę go uderzyć, ale zamilkł w pół słowa i szarpnął się do tyłu.

– Taka jest prawda – rzekłem spokojnie – którą znać trzeba, ponieważ inaczej nie można prowadzić skutecznego śledztwa. Kilka dni temu otrzymaliśmy list od tej samej osoby, prawdopodobnego zabójcy biskupa. Tym razem dotyczył matki Konstancji. I okazało się, że dziwnym zbiegiem okoliczności – popatrzyłem wprost w twarz kapelana – matka Konstancja właśnie umarła. Mówicie, że naturalną śmiercią, prawda?

Gorliwie pokiwał głową.

– A czy jesteście kwalifikowanym medykiem, by stwierdzić, że jej nie otruto?

– Oczywiście, że nie, ale przecież...

– Będę musiał przeprowadzić oględziny zwłok – przerwałem mu.

– Nie pozwalam – wreszcie odezwała się siostra Matylda. – Bez zgody biskupa nie możecie nic uczynić, a ręczę, że biskup takiej zgody nie wyda.

– Droga siostrzyczko. Ja mogę wszystko. – Spojrzałem prosto w jej oczy. – Nawet rozpocząć teraz i tutaj kwalifikowane przesłuchania połączone z torturami.

– Oczywista bzdura – syknął ksiądz. – Nie słuchaj go, Matyldo. Inkwizytorzy mają ogromne uprawnienia, ale kiedy są na tropie herezji lub czarnoksięstwa, a nie ot tak, dla własnego widzimisię.

– A nie jestem na tropie? Spalony na stosie biskup to mało? A jeszcze dochodzi martwa przeorysza...

– Czemu łączycie te dwa dramaty? – wykrzyknął kapelan.

– Bo listy pochodziły od tej samej osoby i występował w nich identyczny cytat. Zastanawia mnie tylko jedno. – Wpatrywałem się w staruszka, a on wyglądał niczym mysz sparaliżowana kocią obecnością. – Dlaczego ten sam człowiek miał zapowiadać śmierć grzesznika, jakim był biskup, i świętej, jak mówicie, kobiety, jaką była matka Konstancja. Zresztą... – Machnąłem ręką. – Może mu było po prostu wszystko jedno.

Potem uśmiechnąłem się.

– Zastanawia mnie również, kto będzie następny. – Potarłem kciukiem podbródek.

Ksiądz aż podskoczył. Zakonnica zachowała o wiele więcej zimnej krwi, lecz wydawało mi się, że zadrżały jej ramiona.

– Jaki następny? Co za następny?

– Byli już biskup i przeorysza, więc znowu pewnie zginie ktoś z duchowieństwa... Nie żeby mnie to szalenie martwiło, ale rozumiecie sami: obowiązki inkwizytora wymagają, bym zajął się tą sprawą.

Siostra Matylda wstała.

– Inkwizytorze, wysłuchałam was grzecznie i uważnie. Wiem, że macie kłopot i musicie rozwiązać tajemnicę tragicznej śmierci Jego Ekscelencji biskupa Augustyna Schaeffera. Ale nie życzę sobie, byście łączyli z tym dramatem imię naszej ukochanej matki Konstancji oraz narażali na szwank dobre imię zgromadzenia adelanek. Matka Konstancja zgasła w pokoju ducha, przyjęła święte sakramenty i wyraziła ostatnią wolę. Zaręczam wam, że nie została przez nikogo otruta, bo nawet gdyby ktoś był na tyle szalony, by zdobyć się na podobnie grzeszny uczynek, to sami widzieliście, iż niełatwo obcemu wejść na teren klasztoru...

– Ile zakonnic mieszka teraz w klasztorze?

– Cco takiego? – Przerwałem siostrze tak niespodziewanie, że zupełnie się zmieszała.

– Ile zakonnic mieszka teraz w klasztorze? – powtórzyłem ostrzejszym tonem.

– A co wam...

– Ile?!

Widziałem, że kapelan chce coś powiedzieć, lecz chwyciłem go tak silnie za dłoń, że aż przyklęknął.

– Dwadzieścia sześć – odparła wreszcie siostra Matylda.

Puściłem rękę księdza, wtedy on uniósł się z kolan ze zbolałym wyrazem twarzy.

– Oszalał ten inkwizytor – warknął. – Jeszcze dzisiaj wyślę pismo do biskupa, by powiadomił waszych przełożonych o waszej niesłychanej bezczelności. – Teraz spojrzał prosto na mnie i widziałem, że jest autentycznie wściekły. Aż szczęki mu drgały ze złości. Pociesznie wyglądał, trzeba przyznać.

– Nikt wam nie może odmówić takiego prawa.

– Opuśćcie już mój klasztor, inkwizytorze. – Siostra Matylda stała nade mną niczym surowa królowa nad tarzającym się w pyle złoczyńcą. – I nie wracajcie nigdy!

Wstałem z ławy.

– Uważajcie na siebie – poradziłem serdecznie. – Bowiem ktoś rozpoczął polowanie i kto wie czy któreś z was nie jest upatrzone na następną ofiarę.

Oboje zamarli, więc pochyliłem uprzejmie głowę.

– Dziękuję za miłe przyjęcie i proszę wybaczyć kłopot, jaki sprawiłem. Cieszę się, że siostrę poznałem. – Uśmiechnąłem się samymi kącikami ust. – Piękne pantofelki – dodałem, odwróciłem się i ruszyłem w stronę drzwi.

Mogłem zażądać otwarcia grobu przeoryszy. Owszem, mogłem. Tyle tylko, że nic by mi to nie dało. Byłem pewien, że siostra Matylda natychmiast zwołałaby wszystkie mniszki, które zasłoniłyby mogiłę murem z własnych ciał. I co wtedy? Miałem walczyć z dwudziestoma czterema lub dwudziestoma sześcioma zakonnicami? Zdeterminowanymi kobietami, które niedopuszczenie mnie do grobu uznałyby za najważniejsze zadanie ich życia? No cóż, nawet jeśli wyszedłbym z klasztoru żywy, to na pewno nieźle pokiereszowany, a to nie zrobiłoby dobrze ani mojej reputacji, ani reputacji Świętego Officjum. Dlatego lepiej było wycofać się i zadowolić faktem, że mocno wstrząsnąłem tym ulem. Bo w klasztorze coś się działo, coś złego, czego nie chciano ujawniać przed nikim z zewnątrz. Oczywiście nie musiało to mieć nic wspólnego z zadaniami inkwizytorskimi. Może mniszki prowadziły nazbyt światowe życie i nie stroniły od uciech właściwych ludziom świeckim? Może przeorysza umarła w czasie spędzania płodu? A może została zabita przez siostrzyczkę, której nazbyt dała się we znaki, które zbyt surowo karała czy złośliwie upokorzyła? Nie takie rzeczy zdarzały się w klasztorach, zwłaszcza żeńskich. Przyznam, że zawsze z niezwykłą podejrzliwością przyglądałem się zakonnicom. Kobiet nie stworzono przecież, by spędzały życie w zimnej celi klasztoru, zajmując się jedynie modlitwą i umartwieniami. Kobiety stworzono, by grzały męskie łoża (i męskie serca) oraz by zajmowały się rodzeniem dzieci i pielęgnowaniem ogniska domowego. Jeśli jakaś niewiasta tego nie rozumiała lub nie chciała rozumieć, oznaczało to, że nie jest przy zdrowych zmysłach. Dlatego też, jak mówiłem wcześniej, przyglądałem się ogromnie podejrzliwie żeńskim klasztorom, jako siedliskom ludzi mających kłopoty z pojmowaniem właściwego znaczenia spraw.

 

Nurtował mnie jeszcze jeden problem. Ile w klasztorze mieszkało, tak naprawdę, zakonnic? Dwadzieścia cztery, jak chciał kapelan, czy dwadzieścia sześć, jak powiedziała siostra Matylda? I czy ta kwestia w ogóle była istotna?


Czekającym przed klasztorem żołnierzom sprawa mojego bezpiecznego powrotu najwyraźniej nie spędzała snu z powiek, gdyż wszyscy trzej drzemali sobie na słoneczku, a obok nich leżało kilka butelek po winie. Albo naprawdę szybko pili, albo wizyta w klasztorze zajęła mi więcej czasu, niż sądziłem... Szturchnąłem Giuseppe Francisca w żebra i ledwo zdążyłem odsunąć stopę, kiedy jego sztylet wbił się w ziemię tuż przed czubkiem mojego buta. Żołnierz poderwał się na równe nogi, lecz kiedy mnie zobaczył, wstrząsnął głową.

– Wybaczcie, mistrzu inkwizytorze – powiedział wcale nie skruszonym tonem. – Ja to śpię czujnie jak zając pod krzaczkiem. Nie wiedziałem, że to wy. Bóg łaskaw, że przez przypadek was nie trafiłem.

– Nie trafiłeś, boś zbyt powolny – odparłem.

Nabierałem coraz większej pewności, iż uderzenie było zamierzone. Cóż, nie takie rzeczy wymyślali żołnierze, by poddać testowi nowych dowódców. Nie przypuszczałem jednak, że ktoś spróbuje podobnych figli z inkwizytorem.

– Ano mówię: rozespany jak ten suseł. – Najemnik wyszczerzył zęby. – Gdyby nie to, nie ucieklibyście z nogą, już ja wam mówię.

– Gdyby nie to, nie celowałbyś przecież we mnie nożem. – Spoglądałem mu prosto w oczy. – Bo gdybyś, nie daj Bóg, mnie przez przypadek zabił, przecież naraziłbyś siebie i swych kolegów na trwające wiele dni tortury, po których śmierć zdawałaby się wybawieniem. Tak, tak. – Odwróciłem spojrzenie i podszedłem do konia. Celowo ustawiłem się plecami do żołnierzy i udawałem, że sprawdzam popręg. – Tak to już właśnie jest, że Święte Officjum nie zna się ani na żartach, ani na wypadkach, a po śmierci inkwizytora jego bracia zlatują się zewsząd wokół niczym pszczoły do miodu.

Teraz obróciłem się i zobaczyłem, że wszyscy trzej mężczyźni stoją. Zdawało mi się, że słuchają uważnie, i zdawało mi się również, że Kuno oraz Bruno nieszczególnie są zachwyceni żarcikiem swego kompana.

– Ludzie nam niechętni powiadają co prawda: jak muchy do ścierwa – dokończyłem z szerokim uśmiechem.

Kuno i Bruno wybuchnęli rechotem, w którym chyba czułem nutę ulgi, a może również przypochlebne brzmienie. Giuseppe Francisco szybko się do nich przyłączył, nawet z wielkiej uciechy plasnął mocno dłońmi w uda. Cóż, pomyślałem, nie tak trudno zapanować nad ludźmi, kiedy jest się inkwizytorem i kiedy za plecami człowieka stoi potęga wielkiej instytucji, instytucji bezlitosnej i, tak jak mówiłem, nieznającej się na żartach. Ale czy poradziłbym sobie z tymi obwiesiami, gdybym był zaledwie oficerem w jakimś miejskim garnizonie? Czy potrafiłbym ich wytresować jak psy, by grzecznie jedli mi z ręki? Zapewne tak, ponieważ przewyższałem ich inteligencją w stopniu, w jakim doświadczony szczurołap przewyższa inteligencją szczura. A bitwy wygrywa się nie tylko za pomocą miecza, lecz przede wszystkim za pomocą rozumu. Czyż nie tego uczyły nas galijskie pamiętniki Juliusza Cezara, który to wódz gromił armie nawet i dziesięciokroć przewyższające liczebnością jego szczupłe oddziały?

– Wszystko dobrze, mistrzu inkwizytorze? Jak tam mniszeczki? Warte grzechu? – Giuseppe Francisco przymrużył porozumiewawczo oko. Pragnął zatrzeć złe wrażenie teatralnie wymuszaną konfidencją, lecz nie widziałem powodu, by mu w tym nie pomóc, gdyż miałem nadzieję, że dzisiejsza lekcja przemówiła żołnierzom do rozumu i nie ma potrzeby jej ciągnąć.

– Słodkie niczym miód z piołunem – odparłem zgodnie z prawdą.

– Mieliśmy kiedyś takie... – mlasnął Kuno. – Zakonniczki – wyrzekł to słowo z takim zapałem, jakby opisywał niezwykle ekscytujące postaci.

– He, he – zarechotał Bruno. – Jak żeśmy poszli na księcia padańskiego, co? Oj, działo się wtedy, działo.

– Służyliście papieżowi?

– Ano – do dyskusji włączył się Giuseppe Francisco i kiwnął głową. – Papież miał z księciem rachunki do policzenia i nas wynajął jako biegłych rachmistrzów. Toteż i całe padańskie księstwo żeśmy od korzonków traw po szczyty drzew dobrze porachowali.

Przytaknąłem, gdyż wiedziałem, o czym mówią. Spór papieża z padańskim księciem odbił się szerokim echem na całym świecie, a po wielkim triumfie papieskich wojsk znaczenie Rzymu nie tylko w Italii, lecz i w całej Europie ogromnie wzrosło. A księstwo rzeczywiście dobrze, jak powiedział najemnik, „porachowano”. Czyli mówiąc prościej, zrównano z ziemią. Nieszczęsnego księcia i jego rodzinę pochwycono, po czym ukamienowano w Watykanie na oczach tłumów. Podobno Ojciec Święty sam raczył rzucić pierwszym kamieniem.

No ale nie byłem tu przecież, by z najemnikami gawędzić o obronie wiary, zwłaszcza że duża część inkwizytorów po cichu sprzyjała księciu, który w przeciwieństwie do większości papieży nigdy nie krył, iż serdecznie myśli o Świętym Officjum. Cóż jednak mieliśmy zrobić? Ta wojna nie dotyczyła kwestii wiary, lecz podatków, ceł, praw własności i urażonych ambicji. Inkwizytorium ani nie mogło, ani nie chciało się do niej mieszać.

– Mam dla was robotę, moje wy zuchy – powiedziałem serdecznym tonem. – Robotę, która, dam sobie rękę uciąć, bardzo przypadnie wam do gustu.

– Aż się boję zapytać... – mruknął Giuseppe Francisco, znowu pokazując, że jest nie tylko najbardziej bystry, lecz i najśmielszy.

– Waszym zadaniem jest to, że dostajecie wolny wieczór i możecie szaleć po karczmach oraz pić ile wlezie.

Kuno i Bruno roześmiali się ze szczerą, spontaniczną radością, lecz trzeci z żołnierzy nie dał się tak łatwo chwycić na wędkę.

– Co mamy robić poza tym, mistrzu?

– Szczerze i wesoło rozmawiać z ludźmi. Jak również słuchać rozmów.

– Czy interesować nas będzie jakiś szczególny temat? – Zmrużył porozumiewawczo oczy.

– Otóż to. – Skinąłem głową. – Interesować was będzie klasztor adelanek oraz jego zmarła przeorysza Konstancja. Posłuchajcie, co ludzie mają do powiedzenia na jej temat. Plotki, legendy, żarciki, a może, może coś więcej...

– Uszczypliwości, szyderstwa, a nawet, nawet – przyciszył teatralnie głos – os-kar-że-nia...

– Właśnie tak – zgodziłem się, znowu mając nieodparte wrażenie, że Giuseppe Francisco jest męczącym towarzyszem.

Rozdział V. Informator

List znajdujący się na blacie stołu obróciłem w palcach po raz nie wiedzieć który, a przeczytałem tyle razy, że nauczyłem się go na pamięć. I cały czas nie miałem pojęcia, co sądzić o propozycji w nim zawartej. Choć znałem siebie na tyle, by wiedzieć, że jeśli tylko nie zdarzy się nic niespodziewanego, to z tej propozycji skorzystam. Być może na własne nieszczęście. List bowiem umawiał mnie na nocne spotkanie nad rzeką, za portowymi magazynami. Widziałem wcześniej te okolice, z mulistym, zarośniętym chaszczami brzegiem, i sprawiały one wrażenie świetnego miejsca na to, by kogoś zarżnąć bez zwracania na siebie uwagi i potem bez trudu pozbyć się trupa. Czy ktoś mógł pragnąć mojej śmierci? Ba, niejeden znalazłby się taki człowiek! Pytanie należało postawić inaczej: czy ktoś tak bardzo się mnie obawiał, że gotów był zadrzeć z potęgą Świętego Officjum? Wszyscy przecież znali powiedzenie: „Kiedy ginie inkwizytor, czarne płaszcze ruszają do tańca”. Naprawdę dbaliśmy o swoich towarzyszy i nie puszczaliśmy płazem ich śmierci. Ale czasami zdarzało się, że przez naszych wrogów przemawiała desperacja. Poza tym zawsze można było rozpuścić plotki mówiące, że pijany inkwizytor wybrał się na dziwki, a wtedy ktoś przypadkowo w ciemnościach zasiekł go na nabrzeżu i zabrał gotówkę. Ot, historia jak tysiące innych, a inkwizytor sam był sobie winien, gdyż należało paradować w oficjalnym czarnym płaszczu z krzyżem i nie pozbywać się wynajętych do ochrony żołnierzy. Rzeczywiście ktoś mógł liczyć, że sprawa zostanie w ten sposób potraktowana. Musiałem jednak zaryzykować. Nie mogłem prowadzić śledztwa i jednocześnie kryć się ze strachu w mysiej norze. Trzeba podjąć rękawicę, którą mi rzucono.

Nie wiem, czy istnieje miasto, w którym okolice portu lub przystani, czy to rzecznych, czy morskich, należą do miejsc bezpiecznych. Zwykle stają się one siedliskiem przeróżnej maści włóczęgów, rozbójników, a co najmniej wydrwigroszy. Razem z takimi nicponiami można się natknąć na pokątnych handlarzy, a także na całe stada sprzedajnych dziewek. Nie inaczej działo się w Luthoff. Taki teren nie jest bezpieczny dla człowieka, który wygląda, jakby za zdarte z niego odzienie można było kupić kilka kolejek gorzałki, i który jednocześnie nie wzbudza szacunku posturą lub orężem albo też nie otacza się zbrojnymi towarzyszami. Ja musiałem przyjść sam, nie zamierzałem również wygłupiać się zakładaniem kolczej koszulki i przypasywaniem miecza, zwłaszcza że podobny strój nie tyle zwiększyłby moje bezpieczeństwo, ile zwiększyłby zainteresowanie moją osobą. Dlatego zdecydowałem się pożyczyć od Kuna jego długi, podarty płaszcz z kapturem. U właściciela tawerny wypatrzyłem krótką laskę obciążoną ołowiem i bez trudu uprosiłem go, by mi jej użyczył na jeden wieczór. Był więcej niż zadowolony z faktu, iż może wyświadczyć przysługę inkwizytorowi. Schowałem laskę za pazuchę i przejrzałem się w lustrze. Wyglądałem co najmniej podejrzanie, a w dodatku raczej ubogo. A więc dokładnie tak, jak powinien wyglądać w czasie eskapady do dzielnicy portowej ktoś, kto nie chce wyróżniać się z tłumu.

Wedle polecenia autora listu miałem przejść za portowe magazyny i stanąć na skraju rzeki, tak by wyrastająca na drugim brzegu, jasno oświetlona wieżyca kościoła Świętego Marka znajdowała się dokładnie naprzeciwko mnie.

Na wyznaczone miejsce udało mi się przyjść bez szczególnych problemów. Parę razy ktoś mnie potrącił, zaczepiło mnie kilka zionących trunkowymi oparami i pijanych nierządnic, ktoś próbował mnie okraść (połamałem złodziejowi za to palce), a ktoś inny naciągnąć na kolejkę napitku. W sumie więc wszystko poszło jak z płatka. Kiedy znalazłem się na brzegu rzeki, mając po prawej stronie oświetlony kościół, zrozumiałem, dlaczego spotkanie zostało wyznaczone właśnie w tym, nie innym miejscu. Mocny blask bijący od wież Świętego Marka kładł się jasnym pasmem zarówno na wodzie, jak i brzegu, na którym stałem. Natomiast po mojej lewej ręce w odległości kilkunastu kroków rosły gęste i wysokie krzewy, tak więc byłem wystawiony na widok, jednocześnie nie będąc w stanie dostrzec tego, kto mnie zaprosił na to spotkanie.

– Przyszliście sami? Nie odwracajcie się! – dobiegł mnie stłumiony męski głos. Tak jak się spodziewałem, wołano z krzaków za moimi plecami.

– Nie odwracam się – odparłem spokojnie.

Nie chciałem, by stojący za mną człowiek rozzłościł się z jakiegokolwiek powodu. Wyobrażałem sobie, ba, byłem niemal pewien! że opuszka wskazującego palca jego dłoni spoczywa teraz na spuście kuszy. I wolałem, by ten palec nie zadrżał.

– I owszem, przyszedłem sam, tak jak kazaliście.

– Dobrze, bardzo dobrze. Siadajcie.

– Tu? W tym śmierdzącym błocku? Oszaleliście?

 

– No tak – wyraźnie się zacukał. – Co by tu...

– Myślcie – westchnąłem. – W końcu sami mnie zaprosiliście, więc pewnie wiecie, co robić dalej.

Usłyszałem, jak na środku rzeki ktoś głośno klnie, i zaraz potem zamigotało tam światełko latarni. Oczywiście ukrytego w zaroślach mężczyzny nikt nie mógł stamtąd wypatrzyć, lecz najwyraźniej ten odgłos i te światła go zdenerwowały. Zamamrotał coś szybko pod nosem.

– Kim jesteście i czego ode mnie chcecie? – spytałem, by zająć czymś jego myśli i by myśli te nie skupiły się na kwestii „co zrobić z kuszą?”.

– Słyszałem, że pytacie o klasztor. I o przeoryszę – odparł po chwili.

– Tak właśnie jest. Chcecie mi się z czegoś zwierzyć?

– Na pewno jesteście inkwizytorem? – usłyszałem w głosie mężczyzny niedowierzanie zmieszane z obawą.

– Jak mogę wam to udowodnić?

– Na którym piętrze w Akademii znajduje się dormitorium uczniów? – zadał pytanie tak szybko, iż byłem pewien, że miał je zawczasu przygotowane.

– Na parterze – odparłem spokojnie. – Jednak sądząc po brzmieniu waszego głosu, za waszych czasów było jeszcze w drewnianym budynku obok głównego gmachu.

– Za moich, za moich... Skąd wiecie, na gniew Jezusa?!

– Czy pytalibyście o to, gdybyście sami nie byli kiedyś uczniem Akademii? Czy chcielibyście mi pomóc, gdybyście nie czuli, że dawniej w waszym sercu drżała słodka nuta powołania?

Zaśmiał się, wyraźnie uspokojony. Potem usłyszałem, jak przedziera się przez krzewy. Jego buty mlaskały w gęstym błocku.

– No, teraz wam prawdziwie wierzę – powiedział. – Obróćcie się, jeśli chcecie.

Stanąłem plecami do rzeki, nadal nie widząc twarzy, a tylko barczystą, krzepką sylwetkę. W chwilę potem mężczyzna zbliżył się do mnie z wyciągniętą ręką. Kuszę zdążył rozładować i z powrotem zarzucić sobie na plecy.

– Witajcie, mistrzu Madderdin, witajcie. I wybaczcie moją ostrożność, ale sami niebawem zrozumiecie co i czemu.

– Nie wybaczyłbym, gdyby ten bełt trafił w moje plecy – odparłem, ściskając dłoń, która była twarda niczym deska. – A tak to z radością wybaczam. Jesteście żołnierzem?

– Sierżant Adolf Gruber z piechoty szwarcwaldzkiej – rzekł z dumą i podkręcił sumiastego wąsa. – Teraz na służbie jego miłości barona Sterna.

– Baron Stern – zamyśliłem się. – Przecież to ten, na którego ciągle skarżą się mieszczanie w Luthoff, czy nie tak? Coś tam o nim słyszałem... ale niewiele...

– I nie dziwota, bo tytuł na milę śmierdzi farbami.

– To znaczy?

– Dziadek pana barona miał farbiarnię, ojciec już i farbiarnie, i przędzalnie, i garbarnie, i sklepy, a pod koniec życia nawet szlachectwo. A pan baron dostał tytuł, bo dobrze wiedział, do czyjego łóżka na cesarskim dworze posłać własne siostry.

– Zdolni ludzie – mruknąłem.

– O tak, zdooolni – przyznał mi rację i zrozumiałem, że łagodnie mówiąc, nie przepada za swoimi chlebodawcami.

– Tu będziemy rozmawiać? – Uniosłem stopę, a błocko mlasnęło i z trudem, niechętnie ją wypuściło. – Buty mi zaraz przemokną.

– Pewnie, że nie tu. Chodźcie za mną.

– Dokąd?


– Nie bójcie się, nie do portu – zaśmiał się. – Tam byśmy spokojnie nie pogadali. Znam taki jeden stateczek, który cumuje zawsze w tym samym miejscu. Strażnik wpuści nas na pokład, bo to mój znajomek.

Hm, ciekawe, że Gruber miał znajomka, który wpuszczał go na pokład łodzi. Co tam robił ten dawny sierżant? Zajmował się przemytem? Mordował lub torturował ludzi? A może po prostu sprowadzał sobie kochanki lub ladacznice, by w bezpiecznym, spokojnym miejscu oddawać się rozpuście?

Mniej więcej milę przeszliśmy w milczeniu i jedynym dźwiękiem nam towarzyszącym był chlupot błocka oraz ciężkie sapanie sierżanta. Jak widać, Gruber najlepsze lata miał już za sobą.

W końcu przedarliśmy się przez zasłonę trzcin, a kiedy odgarniałem mięsiste, mokre liście, miałem niemiłe wrażenie, jakbym przedzierał się przez truchło rozkładającego się trupa. Bo też i śmierdziało w tym miejscu niemiłosiernie zgniłym błockiem.

– Ale żeście sobie miejsce wybrali – burknąłem, lecz sierżant nic nie odpowiedział.

– Ahoj, ahoj – zawołał półgłosem. – To ja, Gruber. Jesteś tam?

– Jestem! – zawołał ktoś i zobaczyłem, jak zza sitowia unosi się kula światła. Zapewne czuwający na łodzi człowiek podniósł właśnie latarnię.

Okazało się, że łódź cumowała przy starym molo, o tak podziurawionych i przegniłych deskach, iż zastanawiałem się, czy wytrzymają te kilka kroków, które dzieliły nas od pokładu. Jakoś wytrzymały...

– Właźże, Gruber, właź i ty, chłopaku – rzekł strażnik. – Chcecie butelkę albo i dwie? – Uniósł latarnię i dostrzegłem, że mi się przygląda. – Niezły towar żeś przywlókł, stary capie – powiedział z rubaszną życzliwością. – Lepszy niż to, co tu zwykle ściągasz.

Sierżant zerknął spłoszony w moją stronę, ale tylko zacisnąłem usta. Nietrudno było się teraz domyślić, do czego przyboczny barona Sterna potrzebuje łodzi ukrytej w ustronnym miejscu.

– Yhhh, kwiatuszek! – zawarczał przyjaźnie strażnik i zauważyłem, że najwyraźniej chciał mnie klepnąć w pośladki. Odsunąłem się.

– Dawaj tę butelkę – rozkazał ostro Gruber swemu znajomkowi, a mnie niemal wepchnął do kajuty. – Zejdźcie po schodach, tylko uważajcie, bo ciemno – zaszeptał mi w ucho.

– Nie bądź taki nieużyty, Gruber. Powiedz mu, że takiemu chłopakowi jak on nikt nie dogodzi tak, jak ja dogodzę. Bo mówię ci, że...

– Dasz wreszcie to wino? – w głosie Grubera zabrzmiała na tyle groźna nuta, że na miejscu strażnika dwa razy bym się zastanowił, zanim kontynuowałbym dyskusję.

– Masz, masz, zazdrośniku – burknął strażnik, po czym usłyszałem ciężkie kroki sierżanta na schodach. Niósł przed sobą małą oliwną lampkę.

Gruber zatrzasnął za sobą drzwi i przysiadł naprzeciwko mnie. Lampkę postawił ostrożnie na deskach podłogi.

– Ten dureń jest przygłuchy, jednak na wszelki wypadek lepiej mówić ściszonym głosem. Nie żeby podsłuchiwał ze złej woli, ale wiecie, nudzi się człowiekowi, to i może... – nie skończył zdania i westchnął.

Położył sobie dłonie na kolanach, po czym uniósł głowę, by spojrzeć na mnie. Zaraz potem uciekł ze wzrokiem.

– Wiecie, co do tego, co żeście właśnie usłyszeli, powiem wam...

– Sierżancie Gruber – przerwałem stanowczo – ani Inkwizytorium, ani ja nie jesteśmy zainteresowani, kogo hołubicie pod kołdrą, abyście tylko nie chędożyli demona lub czarownicy.

– Nie, no nie, co też wy... – roześmiał się.

Chociaż domyślałem się, że był to śmiech mocno wymuszony, wydawało mi się, że jednak nieco się uspokoił.

– Wiecie, jak się w wojsku rzeczy miały... – Spoglądał gdzieś w bok kajuty. – Kręciło się trochę kobiet przy obozie, ale to były brudne wywłoki, śmierdzące. Każdy im przetrzepał futro po sto razy albo i więcej, więc aż obrzydzenie brało, by w taką wkładać podobnie delikatny instrument co mój...

– Rozumiem – odparłem z kamienną miną.

– A rekruci. Ha! – Aż cmoknął głośno. – Było wśród nich kilku grzecznych, dbających o siebie chłopaczków, słodkich niczym cukiereczki i schludnych, jakby dopiero co wyszli spod igły. Toteż i posmakowałem zakazanego owocu. – Westchnął ciężko. – I strach powiedzieć: zasmakowałem.

Nie zamierzałem ani ganić Grubera, ani przerywać mu opowieści, niezależnie od tego, jaki sam miałem stosunek do sodomicznych wynaturzeń. Ten człowiek mógł mi bardzo pomóc, więc nie zamierzałem go sobie zrażać. Postanowiłem, że zachowam uprzedzającą grzeczność. No, chyba że zażądałby mojego tyłka jako zapłaty...

– Bo wiecie, w wojsku jest tak samo jak na statku płynącym w daleki rejs czy jak w seminarium. Trudno się oprzeć pokusie męskiego ciała. Któż wie o tym lepiej od naszych księży?!

To akurat była święta racja. Od samego Watykanu aż po najmniejszą parafię, od samego początku chrześcijaństwa aż po dzień dzisiejszy trwało wielkie tarło, w którym w roli trącego występowali świątobliwi duszpasterze, a w roli tartych ponętni młodzieńcy. Pół biedy, jeśli rzecz się toczyła pomiędzy dorosłymi mężczyznami, gdyż ciężko mówić, by komuś działa się wtedy krzywda. Gorzej, że często nasi proboszczowie, biskupi, arcybiskupi i kardynałowie gustowali w chłopięcych ciałkach, bezczeszcząc nawet kilkuletnie dzieci, a krzywdzeni nie mieli do kogo zwrócić się o pomoc. I wiedziałem, że nie raz i nie dwa jedynie funkcjonariusze Świętego Officjum wywierali na tych parszywych owcach pomstę Bożą. Chociaż najczęściej unikali drogi oficjalnej... Cóż, nie da się ukryć, że wielu z nas serdecznie nie znosiło watykańskiego bydła, począwszy od papieży, a kończąc na prostych wikarych, i najchętniej wszystkich duszpasterzy użyłoby w charakterze opału, uważając, że to jedyne, na co mogą się przydać.