Ja, inkwizytor. Bicz Boży

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział IV. Klasztor

Peiper wybrał mi trzech zuchów służących w biskupiej milicji. Tych ludzi przesłuchano już wcześniej i nic nie świadczyło, by mieli w jakikolwiek sposób uczestniczyć w zbrodni. Poza tym od wielu lat służyli w charakterze najemników, a wiadomo, że najemni żołnierze z reguły trzymają się z dala zarówno od skomplikowanych religijnych sporów, jak i herezji. Owszem, nader często zdarzało się, że praktykowali coś na kształt prymitywnej magii. Chętnie kupowali zaklęcia mające wzmocnić ich broń czy pancerze, obwieszali się talizmanami, o których bajali, że chronią ich od strzały, ostrza lub złego uroku. I tak dalej, i tak dalej. Oczywiście prawdziwej magii nie było w tym za grosz, a żołnierze, ludzie o umysłach prostych niczym klingi ich mieczy, po prostu dawali się nabrać wszelakiej maści szarlatanom i szalbierzom.

Moi podkomendni nosili imiona Kuno, Bruno oraz Giuseppe Francisco i sprawiali wrażenie prostodusznych, szczerych chłopaków, którzy bez pytania i bez szemrania poderżną gardło każdemu człowiekowi wskazanemu przez dowódcę. Właśnie tego typu ludzi potrzebowałem. Można powiedzieć, że tacy ludzie zawsze są potrzebni, gdyż od podwładnych oczekuje się szybkiego i ścisłego wykonywania rozkazów, a nie że siądą sobie przy kominku z kielichem wina w garści i będą leniwie debatować, które polecenia wykonać, których spełnienie odłożyć na później, a które w ogóle zlekceważyć. Demokracja rządziła w Atenach, lecz po pierwsze, ten eksperyment zdarzył się wiele wieków temu, a po drugie, ciężko powiedzieć, by Ateny dobrze na nim wyszły.

Do klasztoru można było dotrzeć, omijając łukiem wzdłuż rzeki miasto Luthoff, ale po dwudniowej podróży byłem na tyle zmęczony, iż życzyłem sobie odpocząć w solidnym zajeździe i miałem nadzieję, że takowy znajdzie się w Luthoff. Jakoś nie miałem okazji wcześniej odwiedzić tego miasta, może dlatego, że żniwo naszego poprzedniego śledztwa nie zaprowadziło nas aż tak daleko, ale słyszałem, iż Luthoff niegdyś było bogatsze niż obecnie. Może miał coś na rzeczy konflikt z potężnym magnatem, którego dobra rozpościerały się nieopodal, a który podobno dawał się mieszczanom we znaki. Słyszałem o jakichś skargach, oskarżeniach o łupienie kupców, o bezprawnie pobierane myta, o przetrzymywanie i zabór towarów. Cóż, zwyczajna sprawa, kiedy w jednej okolicy krzyżują się interesy możnego (ale zawsze potrzebującego gotówki) feudała oraz mieszczan. Prędzej czy później feudał zawsze uzna, że mieszczanie przypominają mu krowy, gdyż są łagodni, powolni i łatwo dają się doić. Jednak mieszczanie, jak wiadomo, potrafili czasem solidnie wierzgnąć. Ci z Luthoff na razie zajmowali się wysyłaniem skarg i wytaczaniem procesów. Takie skargi, z tego, co wiedziałem, trafiły nawet do naszego oddziału Inkwizytorium, lecz przecież nie do nas należało zajmowanie się konfliktem pomiędzy mieszczanami a szlachtą. Chyba żeby ktoś w tej walce zaczął wykorzystywać siły czarnej magii. Wtedy i owszem. Inkwizytorium chętnie rzuciłoby na sprawę miłosiernym okiem.

W każdym razie znaleźliśmy w Luthoff całkiem przyjemną gospodę i biorąc wzór z Gregora, kazałem właścicielowi wyrzucić na zbity pysk wszystkich gości z piętra, tak bym mógł tam spokojnie się rozgościć. Widziałem, że moich zuchów aż ręce świerzbiły, by zająć się kimś, kto zechce się sprzeciwiać temu żądaniu, ale nikt na tyle zuchwały się nie trafił. Zresztą na piętrze tegoż zajazdu mieściły się zaledwie dwa pokoje, więc i nie było wielu ludzi do wyrzucania.

Wyspałem się całkiem nieźle, dużo lepiej niż poprzednich nocy, choć trzeba też przyznać, że gorzej, niż miałem nadzieję. A to nie ze względu na towarzystwo jakiejś pięknej damy (no, niech będzie, że nawet nie do końca pięknej, za to świeżej, wesołej i chętnej do baraszkowania), lecz towarzystwo pluskiew. Okazało się, że obrzydliwe robaki miały w moim łóżku swoje królestwo i, co gorsza, postanowiły wysłać z niego armię na zbadanie nowej istoty, która się w tym królestwie pojawiła. Skończyło się więc tym, że zawinięty w koc i płaszcz spałem na podłodze, pozostawiając przy pluskwach wojenne zwycięstwo.

Do klasztoru wyruszyliśmy wcześnie rano, a sądząc po tym, jak moi żołnierze drapali się i czochrali, pluskwy musiały również im dobrać się do skóry. Mogło to dziwić, gdyż tego typu służebne kreatury powinny mieć przecież skórę grubą i przyzwyczajoną do ugryzień. A tu proszę bardzo: delikatne kwiatuszki mi się trafiły, które nie dość, że drapały się ile wlezie, to jeszcze głośno wyrzekały na jakość noclegu. Zamiast cieszyć się, że jaśnie mistrz inkwizytor zezwolił im spać pod ludzkim dachem, a nie przegnał do stajni.

Klasztorne budynki znajdowały się na niewysokim wzgórzu, górującym nad malowniczą rzeczną doliną. Otoczono je murem na tyle wysokim i solidnym, iż widać było, że klasztor został zbudowany jako warowna siedziba. No cóż, w naszym przesławnym Cesarstwie nie zawsze przecież panował pokój. Wiele przetoczyło się buntów, wojen domowych czy rewolt. Zresztą w licznych miejscach podległych cesarskiej władzy do dzisiaj grasowali groźni rabusie, i to czasami rabusie ze szlacheckim rodowodem, którzy potrafili zebrać naprawdę sporej wielkości oddziały i mocno zaleźć za skórę okolicznym mieszkańcom. A klasztorów, rzecz jasna, nie oszczędzali, zwłaszcza żeńskich, gdzie prócz zrabowania bogactw można było poużywać sobie z młodymi mniszkami.

Zeskoczyłem z siodła, rozejrzałem się, ale nie zauważyłem kołatki, więc pięścią zastukałem do bramy. Potem drugi i trzeci raz. Odczekałem długą chwilę, jednak nic nie wskazywało, by ktokolwiek po drugiej stronie murów słyszał moje dobijanie się. A nawet jeśli słyszał, nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia.

– Może zaczekamy, aż ktoś będzie wychodził? – zaproponował Giuseppe Francisco. – Kiedyś muszą otworzyć te bramy.

Słowo „kiedyś” nie brzmiało dobrze, zważywszy na fakt, że w tym wypadku nie chodziło o czas, lecz również o inkwizytorski autorytet. A tenże autorytet niewątpliwie ucierpi, jeśli będę musiał rozłożyć się obozem pod klasztorem, w którym nikt nie zwraca na mnie uwagi. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy. Otóż pod murami zakonnych siedzib bardzo często zbierają się ubodzy bezdomni. Czekają na datki, na żywność, na ubranie. W wielu zgromadzeniach praktykuje się wciąganie biedaków na specjalne listy, dzięki którym pobierają codzienną jałmużnę, najczęściej zresztą nie w gotówce, lecz w naturze. Ma to swe wyjaśnienie w wypadkach z dalekiej przeszłości. W końcu, kiedy armia naszego Pana szturmowała Rzym, to najpodlejsi nędzarze stanęli u jego boku: niewolnicy, biedni wyzwoleńcy czy wygłodniała hałastra żyjąca z państwowych datków i rozdawnictwa zboża. Senat, ekwici, wojsko i rzymski patrycjat pozostali z reguły wierni cesarzowi Tyberiuszowi. I wiernie razem z nim zginęli w czasie tumultów, które objęły Wieczne Miasto zaraz po jego zdobyciu. Z tego właśnie powodu Kościół kazał chrześcijanom szanować i wspierać biedaków, by cały czas przypominać, iż właśnie oni wszczęli w Rzymie bunt, który pozwolił świętej armii naszego Zbawcy na skuteczny atak. Klasztory na ogół chętniej lub mniej chętnie (wiele zależało zarówno od reguły, jak i od zawiadującego danym przybytkiem przeora) stosowały się do tej reguły. A przed tym klasztorem nie działo się nic. Panowały błoga cisza oraz święty spokój. Jak widać, okoliczna i nie tylko okoliczna ludność nauczyła się, że w siedzibie adelanek nie znajdzie miłosiernego przyjęcia. To też sporo mówiło o zakonnicach, zwłaszcza o ich przeoryszy.

– Podaj miecz – rozkazałem najemnikowi, a kiedy podszedł do mnie z bronią, z całych sił uderzyłem w bramę żelazną rękojeścią. Trzeba przyznać, że tym razem zabrzmiało to dużo głośniej niż łomotanie pięścią.

– Może głusi albo co – burknął Kuno.

– Ano widziałem kiedyś taką starą klucznicę – ożywił się Bruno. – Mogłeś stukać, pukać do śmierci, ona nawet nie drgnęła. Siedziała se jak ten żółw w słońcu.

Muszę przyznać, że nie spodziewałem się podobnego obrotu spraw. Liczyłem się z tym, iż nie zostanę wpuszczony na teren klasztoru, że spotkam się z mniej lub bardziej stanowczą odmową, ale natrafiłem po prostu na, mówiąc dosłownie i w przenośni, niemy mur nie do przebycia. Zresztą zadarłem już wcześniej głowę i sprawdziłem, czy na ten prawdziwy mur okalający klasztor nie dałoby się jakoś wspiąć, lecz bez długiej drabiny albo przynajmniej liny z hakiem nie było tu czego szukać. Poza tym nie zamierzałem przecież wdzierać się do siedziby adelanek niczym rabuś czy najeźdźca. Przynajmniej do czasu, póki nic mnie nie skłoni ku podobnemu postępowaniu.

– Możemy poczekać – bąknął Kuno. – Przekąsimy coś, wypijemy winko, bo akuratnie wziąłem ze sobą butelczynę... Jakoś czas nam zleci.

Oczywiście. Mogliśmy jeszcze zagrać w karty lub kości, pobrzdąkać na lutni. A okolica miałaby z czego żartować przez dłuższy czas. To nie był sposób na wejście do klasztoru, gdyż na dobrą sprawę zakonnice mogły nie otwierać wrót aż do niedzieli, kiedy odwiedzi je ksiądz kapelan. A nie zamierzałem koczować przed bramą niczym trędowaty czekający na miłosierny datek.

– Wracamy – zdecydowałem. – Nic tu po nas.

– A jakby im tak podłożyć ogień? – Giuseppe Francisco podrapał się po bulwiastym nosie. – Patrzcie, mistrzu, brama drewniana, raz-dwa się zajmie. Zara kto przyleci patrzeć, co tak dymi...

To, że wydarzenia potoczyłyby się zgodnie z przewidywaniami najemnika, wydawało się wysoce prawdopodobne. Ale już wyobrażałem sobie skargi trafiające do władz kościelnych i do moich zwierzchników w Inkwizytorium. Oj, pewien byłem, że waszego uniżonego sługi nie pogłaskano by po głowie za podpalenie klasztoru. A jakby rachunek za szkody próbowano pokryć z mojego skromnego wynagrodzenia, to dług spłacałbym chyba do końca życia.

 

– Innym razem – odparłem.


Nie pozostawało mi nic innego, niż poprosić o pomoc kapelana klasztoru. Ksiądz dobrodziej nie tylko co niedziela odprawiał dla zakonnic mszę świętą, lecz był również spowiednikiem siostrzyczek. Zarówno z doświadczenia, jak i z opowieści wiedziałem, że księża opiekujący się klasztorami i ich mieszkankami wiedzą czasem bardzo wiele, a najczęściej jest to wiedza, której nikt nie wypuszczałby chętnie na światło dzienne. Zdarzało się również, że duchowni, zwłaszcza ci młodsi i jurniejsi (choć bywały odstępstwa od normy), chwacko poczynali sobie z zakonniczkami, co przynosiło efekt w postaci zamiany przyklasztornych ogródków na sekretne cmentarzyki, gdzie chowano płody lub wcześniej uśmiercone niemowlęta. Nie raz i nie dwa Inkwizytorium zajmowało się podobnymi sprawami, wykazując się zresztą wtedy pełną surowością, gdyż nauczono nas, że jednym z największych grzechów jest grzech przeciw życiu, zwłaszcza kiedy odbierane jest ono najsłabszym i najbardziej niewinnym, takim jak nienarodzone jeszcze dzieci lub bezbronne niemowlęta. Mógł to być rzymski, pogański obyczaj, by wyrzucać zawadzające rodzicom potomstwo na śmietnik niczym stare szmaty, mógł to być zwyczaj Spartan, by zrzucać niewiniątka z wysokiej skały, by tam ginęły rozszarpane przez psy, ale prawowierny chrześcijanin musiał się brzydzić podobnymi zbrodniami i jego obowiązkiem było zwalczać je bez litości.

Niestety, kapelana nie zastałem w domu (a próbowałem zajść do niego trzykrotnie), więc postawiłem w końcu pod jego drzwiami Kuna, który to żołnierz prezentował się najgroźniej z całej przydzielonej mi do pomocy trójki. A nabiegłe ropą wągry, jakimi była upstrzona cała jego twarz, nadawały mu iście przerażający wygląd.

– Cokolwiek by mówił, jakkolwiek by się opierał i cokolwiek by obiecywał, masz mi go przyprowadzić, rozumiesz? – przykazałem surowo. – Staraj się po dobroci, ale jeśli po dobroci się nie da, bierz za kark.

– Jak rozkażecie. – Odsłonił w uśmiechu połamane zęby i byłem pewien, że odrobina przemocy nie jest tym, przed czym szczególnie by się wzdragał.

Na szczęście dla kapelana, a zapewne ku zmartwieniu Kuna okazało się, że duchowny nie zamierza stawiać oporu. Przyprowadzony do mej kwatery nie sprawiał co prawda wrażenia zachwyconego ani formą zaproszenia, ani moim widokiem, lecz inkwizytorzy rzadko kiedy bywają chętnie oglądanymi gośćmi lub urokliwymi gospodarzami. Taka to już specyfika profesji, którą wykonujemy z pełnym poświęcenia zapałem. Jednak krzyż osamotnienia, a nawet ludzkiej złości i niechęci, jaki dźwigamy na poranionych ramionach, jest dla nas najsłodszym ciężarem, którego za nic w świecie nie wymienilibyśmy na płaszcze ze złotogłowiu.

Kapelan był starym człowiekiem o twarzy zmiętej i szarej niczym ściera, którą wytarto zabłoconą podłogę. Miał zmęczone oczy i wiecheć siwych włosów sterczący pośrodku pokaźnej łysiny. Ciężko mi przyszło zawyrokować, czy wygląda bardziej żałośnie, czy bardziej pociesznie.

– Mordimer Madderdin, inkwizytor – przedstawiłem się i uścisnąłem dłoń, którą po chwili wahania wyciągnął w moją stronę. Miał tak wątłe palce, że byłem pewien, iż mógłbym bez trudu je połamać, gdybym wzmocnił uchwyt. Ale czas łamania palców był jeszcze daleko przed nami. Jeśli w ogóle nadejdzie, bo niby dlaczego miałby nadejść?

– Witajcie, mistrzu – powiedział grzecznie. – Nazywam się Bazyli Kornhacher, ale jak rozumiem, to już wiecie.

Spodziewałem się, że jego głos będzie drżący, szeleszczący, starczy, a tymczasem okazał się głosem, który raczej pasowałby do krzepkiego, leciwego chłopa niż do wysuszonego na wiór kapłana.

– Pragnąłbym skorzystać z waszej uprzejmości – przeszedłem od razu do rzeczy – byście wyświadczyli mi tę łaskę i umożliwili rozmowę z przeoryszą...

– Tak, tak, słyszałem już. – Przetarł rękawem siedzenie krzesła i przycupnął na brzeżku. – Obawiam się jednak, że to niemożliwe.

– Z jakich powodów, jeśli wolno wiedzieć?

– Szacowna przeorysza Konstancja nie żyje – wyjaśnił smutnym tonem. – Pan zabrał ją do swej światłości niespełna tydzień przed waszym przyjazdem. Przykro mi, mistrzu.

Ha, mnie może nie było szczególnie przykro, lecz trudno powiedzieć, że nie spodziewałem się, iż sprawy mogą przybrać taki właśnie obrót. Ciekawe, czy Gregor Vogelbrandt to właśnie miał na myśli, mówiąc, że podejrzewa, iż nie zostanę dopuszczony przed oblicze przeoryszy.

– Cóż takiego się wydarzyło? Bo jak wiem, była kobietą w sile wieku.

W rzeczywistości przeoryszę Konstancję można było nazwać wręcz osobą dość młodą. Gregor poinformował mnie przecież, że nie ukończyła dwudziestu sześciu lat, a wysoką pozycję w zakonie zawdzięczała świetnym koligacjom i ogromnemu posagowi, jaki złożył zakonowi jej ojciec, książę Crescenza. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego ten wielki pan zdecydował się wysłać córkę tak daleko od domu? Czy w słonecznej Italii nie było klasztoru, który mogłaby objąć? Czemu dziewczyna z południa przyjechała spędzić resztę życia na północno-wschodnich rubieżach Cesarstwa?

– Och tak – westchnął kapelan. – Była niczym topola. Silna i piękna. Lecz piękno jej oblicza niczym nie dorównywało piękności duszy oraz żarliwości, z jaką chwaliła Pana Boga Wszechmogącego oraz z jaką oddawała się pod pieczę Kościoła Jedynego i Prawdziwego.

– Nie jesteśmy na kazaniu, ojcze – rzekłem – więc raczcie odpowiedzieć na moje pytanie.

– A jakież ono było, przypomnijcie... – Spojrzał na mnie wypłowiałymi oczami.

– Pytałem o przyczyny śmierci przeoryszy Konstancji – przypomniałem.

– Ach tak, tak, oczywiście. Czasem tak bywa, inkwizytorze, że wątłe i mdłe ciało nie jest w stanie udźwignąć ciężaru ogromnej pobożności. I że to grzeszne, słabe ciało buntuje się, kiedy je smagać plagami, doświadczać włosienicą czy głodzić. Że to grzeszne, słabe ciało odmawia posłuszeństwa, kiedy kazać mu leżeć krzyżem na zimnej posadzce kaplicy, kiedy kazać mu klęczeć na klęczniku nabijanym ostrzonymi guzami, kiedy kazać mu zamiast wody poić się jedynie pokorną modlitwą, a zamiast pokarmu najadać się jedynie wyśpiewywaniem psalmów.

No cóż, mogłem sobie to wyobrazić, gdyż podobne przypadki znałem jeśli nie osobiście, to chociaż z opowieści lub pism.

– Czy zakonnice wzywały medyka do przeoryszy?

– Nie, nie, nie! – niemal się oburzył. – Święte siostrzyczki podlegają bardzo surowej regule i obecność mężczyzn na terenie klasztoru jest surowo zakazana. Jedynie ja odwiedzam je raz w tygodniu, w niedzielę, lecz sami przecież widzicie, co ze mnie za mężczyzna...

– Co się stało z ciałem?

– Biedactwo, pragnęła pochówku bez rozgłosu, w klasztornym ogrodzie wśród róż, których pielęgnowanie było jej jedynym nałogiem i słabością i z której to słabości wielokrotnie mi się spowiadała.

– Czyli już ją zakopano?

– Sam odprawiłem mszę nad grobem tej wiernej owieczki pańskiej.

– Widzieliście ciało?

– Rzecz jasna! A któż, jak myślicie, udzielił Konstancji ostatniego namaszczenia? Któż wyspowiadał to biedne dziecko i pobłogosławił je na ostatnią z dróg?

– Szczerze wzruszające doświadczenie – powiedziałem.

– Och tak, szczerze wzruszające – przyznał i zapatrzył się we mnie załzawionymi oczyma. – Mówię wam, mistrzu, że kiedyś ta słodka duszyczka zostanie świętą. Mówię wam...

– Bardzo żałuję, że przeorysza umarła, zwłaszcza że, jak mówicie, była tak czcigodną niewiastą. Powiedzcie mi więc, z łaski swojej, kiedy odwiedzicie klasztor, a chętnie wam będę towarzyszył.

– To niedobry pomysł. – Pokręcił głową. – Te biedne mniszeczki pogrążone są w tak bolesnej żałobie, jakby zmarła ich ukochana matka. Nie należałoby zakłócać tej boleści i trzeba dać zrozpaczonym sercom czas, by ją odchorowały.

– Księże – przerwałem mu – wydano mi ścisłe polecenia, a brzmią one tak, że muszę się zobaczyć jeśli nie z przeoryszą, to z siostrą, która ją zastępuje.

– Oczywiście, że możecie wejść na teren klasztoru – powiedział, a jego ton zmienił się na niemal opryskliwy. – Nie uszanować tej żałości, która ciemnym woalem rozpostarła się nad całym klasztorem. Wiem, jakie są uprawnienia inkwizytorów, wiem również, że muszą się oni tłumaczyć z ich wykonania. Jeśli wydacie mi taki rozkaz, wprowadzę was do klasztoru, lecz liczcie się z tym, że władze kościelne stanowczo zaprotestują przeciw podobnemu postępowaniu u waszych przełożonych.

– Kiedy?

– Co kiedy?

– Kiedy mnie wprowadzicie?

– Czy wy Boga w sercu nie macie? Czy nie dość jasno...

– Kiedy?

Opuścił głowę, jakby przytłoczony niezmiernym ciężarem.

– Za dwie niedziele, ale...

– Za dwa dni – rzekłem stanowczo, gdyż właśnie był piątek. – Ani dnia później. Zjawię się u księdza na plebanii z samego rana. I serdecznie doradzam, by ksiądz tam był, gdyż w innym wypadku będą musiał wejść na teren klasztoru siłą. A tego chyba obaj chcielibyśmy uniknąć.

Ukrył twarz w dłoniach.

– Mój Boże, na co mi przyszło na stare lata – wystękał.

Coś tam jeszcze mruczał do siebie, aż wreszcie odsłonił twarz.

– Będę na was czekał w niedzielę rano – zapowiedział słabym głosem. – Bądźcie jednak pewni, że biskup zażąda wyjaśnień od Świętego Officjum.

– Jestem przekonany, że moi przełożeni udzielą mu ich niezwłocznie. A teraz serdecznie dziękuję za pomoc, księże kapelanie.

Wstał z westchnieniem wysiłku, nakreślił w powietrzu wielki znak krzyża i oddalił się, lekko utykając na prawą nogę. Poczekałem, aż zatrzasną się za nim drzwi, a potem podszedłem do okna, stanąłem bokiem, tak by widzieć podwórze, lecz samemu nie zostać zauważonym. Ksiądz pokuśtykał do połowy podwórza, potem zerknął w moje okna i kiedy nie ujrzał w nich nikogo, przyspieszył kroku. A prawej nogi nie wlókł już za sobą, lecz dzielnie przebierał obiema. Może mu po prostu zdrętwiała na krześle, a teraz chwilowy paraliż odpuścił? A może chciał się wydać słaby i bezbronny? Jeśli tak, to z jakiego powodu? Hm, ciekawe pytanie... Ale dużo ciekawsze pytanie brzmiało inaczej. Dlaczego kłamałeś, kapelanie? – spytałem w myślach. Dlaczego z całej twojej opowieści uwierzyłem tylko w jedno: w to, że przeorysza Konstancja umarła.


Nie byłem na tyle naiwny, by przypuszczać, że księżulo będzie pokornie czekał na mnie w niedzielny ranek, powita szerokim uśmiechem, ugości śniadaniem, po czym zabierzemy się jego powozem i serdecznie objęci pojedziemy w stronę klasztoru, wyśpiewując po drodze psalmy w zgodnym duecie. Byłem przekonany, iż w niedzielę rano okaże się, że czcigodny kapłan musiał pilnie pojechać do umierającego chrześcijanina albo sam tak zachorował, że znajduje się na skraju śmierci. Bynajmniej nie odmówi mi wspólnych odwiedzin w klasztorze, a jedynie pokornie poprosi o odrobinę cierpliwości i zapewne użyje nawet słów „w najszybszym najdogodniejszym terminie”. To wytrąciłoby mi częściowo oręż z ręki, gdyż przecież nikt nie broniłby mi wstępu do klasztoru, a jedynie zaszłyby niespodziewane okoliczności opóźniające wizytę. I surowo egzekwując należne mi prawo, mógłbym się poważnie narazić. Oczywiście tylko w przypadku, gdybym na terenie klasztoru nie odkrył niczego niezgodnego z prawem. No ale tego nikt mi przecież nie mógł zagwarantować. Postanowiłem więc pokonać księdza nie brutalną siłą, ale podstępem. W końcu to nie Agamemnon, Ajaks czy Achilles wdarli się za mury Troi, lecz przebiegły Ulisses.

Kiedy byłem już na kwaterze, wezwałem najbystrzejszego z moich najemników.

– Giuseppe, weźmiesz Kuna i dyskretnie będziecie obserwować plebanię oraz to, co robi kapelan. Rozumiesz, co oznacza słowo „dyskretnie”?

Wyszczerzył zęby.

– Ukryjemy się jak dwa zajączki pod krzaczkiem.

– Właśnie tak. – Skinąłem głową, myśląc, że miałem rację: Giuseppe był denerwujący. – Jeśli tylko zobaczycie, że gdzieś się wybiera powozem czy konno, o ile on w ogóle jeździ konno, będziecie go śledzić. A jeśli skieruje się na północ, natychmiast wyślesz Kuna, żeby dał mi znać.

– Sie rozumi, mistrzu. Nie dośpimy i nie dojemy, a będziemy czuwać.

Może nie byłem bardzo stary i doświadczony, jednak doskonale zdawałem sobie sprawę, w jaki sposób spryciarze pokroju Giuseppe Francisca wykonują rozkazy. Zamiast czuwać niedaleko plebanii, znajdą sobie świetny punkt obserwacyjny w pobliskiej oberży. A z każdym wypijanym kubkiem wina jakoś zacznie im umykać właściwy cel, dla którego właśnie tam się pojawili. No i skończy się na tym, że ksiądz opuści wieś, a skacowany Giuseppe Francisco doniesie mi, że nic nie widział, nic nie słyszał i ani chybi za wszystkim stoi diabelska siła, która go omamiła. Mogłem próbować najemnika zastraszyć, jednak świetnie wiedziałem, że niedobrze jest mieć za plecami zbrojnych ludzi, którzy się ciebie boją i nienawidzą. Nigdy nie wiadomo bowiem, kiedy drgnie im ręka lub kiedy odwrócą wzrok akurat wtedy, gdy odwracać go nie powinni. Dlatego uśmiechnąłem się szeroko, jakbym wziął słowa najemnika za dobrą monetę.

 

– Jeśli dobrze się spiszecie, dostaniecie dziesięć koron do podziału, jak tylko wrócimy do mistrza Vogelbrandta – obiecałem. – A ty, Giuseppe, sam zdecydujesz, kto zasłużył i na ile.

Pomyślałem, że Gregor nie będzie zachwycony moją hojnością, ale cóż robić, skoro ludzie najszybciej biegali poganiani batami ze złota. Taka już była nasza grzeszna natura... Tymczasem najemnik się rozpromienił.

– Nie zawiodę was, mistrzu! – obiecał z żarliwością, która tym razem wydała mi się szczera. – Będę warował jak pies i wytężał oczy jak sokół.

– Świetnie – powiedziałem, zastanawiając się, o czym może świadczyć jego zamiłowanie do zoologicznych porównań. Najpierw zając, potem pies, teraz znowu sokół... Mój Boże...

Pomysł śledzenia księdza okazał się znakomity, gdyż jeszcze tego samego dnia wczesnym popołudniem do stołu, gdzie jadłem posiłek, który można było nazwać drugim, późnym śniadaniem, podbiegł zdyszany Kuno.

– Jedzie – wysapał. – Wsiadł na powóz i jedzie.

– Sam? Z woźnicą?

– Sam.

– Na północ?

– Tak jest.

– Skocz więc po Bruna i osiodłajcie konie. Skończę jeść i ruszamy.

Nie było sensu się spieszyć, gdyż wiedziałem przecież doskonale, dokąd kieruje się ksiądz. Ponieważ jechał powozem, byłem pewien, że dziesięciomilowa wędrówka zajmie mu o wiele więcej czasu niż nam, podróżującym w siodle. Sądziłem, iż będzie najlepiej, jeśli poczekamy już przy bramie klasztoru, a ujawnimy się dopiero wtedy, kiedy zobaczymy, że brama ta się otwiera.


Wjeżdżającego na wzgórze kapłana obserwowałem zza rozłożystej wierzby, której spływające do ziemi gałęzie ukryły mnie niczym w zielonej altanie. Trzeba przyznać, że staruszek się spieszył. Stał na koźle z batem w dłoni i nerwowo pokrzykiwał, a od czasu do czasu nawet zacinał końskie boki. Nie zaskarbił tym sobie mojej sympatii, gdyż, łagodnie mówiąc, nie przepadam za ludźmi dręczącymi zwierzęta. Zwłaszcza że widziałem, iż szkapa zipie ostatkiem sił, a okładanie batogiem na pewno nie pomoże jej w ich odzyskaniu. Wreszcie powóz zatrzymał się przy bramie, ksiądz dziarsko zeskoczył z kozła i zaczął łomotać w drewno rękojeścią bata. Był spocony, twarz miał czerwoną, jakby za chwilę miała go trafić apopleksja, a po rozwartych ustach poznałem, że zapewne dyszy niczym wyciągnięta z głębiny ryba, lecz nie ustawał w wysiłkach. Wreszcie usłyszałem, że coś pokrzykuje podniesionym tonem, nie usłyszałem jednak słów. Brama zaczęła się uchylać.

– Giuseppe, za mną – rozkazałem.

Od wrót i powozu dzieliło nas mniej więcej pięćdziesiąt kroków, więc byłem pewien, że dobiegniemy na czas. I rzeczywiście. Powóz nie zdążył nawet wtoczyć się za próg klasztoru, kiedy już byliśmy tuż przy nim.

– Dzień dobry, drogi księże! – wykrzyknąłem. – Co za przemiła niespodzianka! Tak sobie tu spacerowaliśmy z moim towarzyszem, podziwiając piękne okoliczności przyrody, a tu patrzymy: jegomość kapelan. No to chyba spędzimy już razem ten dzień, skoro Bóg tak chciał.

Trzeba przyznać, że zaskoczenie staruszka było ogromne, jednak trzeba też przyznać, że błyskawicznie doszedł do siebie.

– Niespodzianka? – spytał zdumiony. – Przecież wysłałem chłopaka, by was powiadomił, że będę dzisiaj w klasztorze i byście przyjechali, to was przedstawię i oprowadzę. Nie dotarł do was, huncwot? Nie przekazał wiadomości? Już ja mu natrę uszu!

Nie dało się ukryć: kłamał jak z nut. Tym jednak lepiej, gdyż przekonałem się, że mam do czynienia z przeciwnikiem, którego nie należy całkowicie lekceważyć. To prawda, iż dał się przyłapać jak dziecko i wpadł wprost w zastawioną przeze mnie pułapkę, lecz z drugiej strony wywinął się z niej niczym piskorz.

– Zachodźcie, mistrzu inkwizytorze, zachodźcie. – Serdecznym, zapraszającym gestem rozłożył ramiona.

Skinąłem na najemnika, lecz wtedy ksiądz zamachał rękoma.

– Nie, nie i jeszcze raz nie – zaprotestował stanowczo. – Tylko wy, nikt poza tym. Żadnych innych mężczyzn.

Nie zamierzałem się wykłócać. Nie sądziłem, by cokolwiek groziło mi w klasztorze, gdyż raczej trudno sobie wyobrazić, że oszalałe mniszki wyskoczą z nożami w dłoniach i zakłują inkwizytora na dziedzińcu. Nie przyniosłoby im to niczego poza tym, że czarne płaszcze zleciałyby do ich siedziby niczym pszczoły do miodu. Wszyscy przecież wiedzieli, że starałem się o rozmowę z przeoryszą, a świadkami moich odwiedzin byli trzej najemnicy. Sądzę, że niełatwo byłoby ich zarówno ukatrupić, jak przekupić. Bowiem zniknięcie inkwizytora na służbie wywoływało taki smród, że niewielu miało odwagę znaleźć się w pobliżu.

– Zaczekajcie na mnie, Giuseppe – rozkazałem. – Jeśli będę miał dalsze rozkazy, wydam je osobiście. Zrozumiałeś?

– Tak jest, mistrzu.

Mimo wszystko zdecydowałem się na małe zabezpieczenie. Wolałem, by nikogo nie wysłano z klasztoru niby to z rozkazami w moim imieniu. Nie sądziłem, naprawdę nie sądziłem, by zagrażało mi tu fizyczne niebezpieczeństwo, lecz pamiętałem doskonale, że prawdziwie alabastrową skórą mogą pochwalić się jedynie te damy, które nawet w pochmurny dzień zabierają ze sobą parasolkę mającą je chronić przed słonecznymi promieniami (a co za tym idzie – przed chłopską, ogorzałą cerą).

– Zaprowadzę was do siostry Matyldy. Ona teraz, do czasu, aż zostaną podjęte inne decyzje, zarządza tym domem boleści. – Dolna warga kapelana zadrżała, jakby miał się zaraz rozpłakać.

– Pokornie wam dziękuję. Cieszę się, że dzięki przypadkowi udało nam się spotkać pomimo zaniedbania waszego sługi. Kiedy was odwiedzę na plebanii, pozwólcie, że sam wygarbuję mu skórę, by zapamiętał do końca życia, że nie należy lekceważyć poleceń tak zacnego człowieka jak wy.

Ksiądz uśmiechnął się wyrozumiale.

– Nie przypadek to, lecz łaskawa Opatrzność Boża. – Podniósł oczy do nieba, jakby oczekiwał, że zaraz zza chmur wyłoni się dobry Bóg i powie dobrotliwie: „Tak, tak, właśnie ja w podobny sposób pokierowałem sprawami”.

Minęliśmy postawną klucznicę, kobietę o twarzy jakby ciosanej młotkiem przez niezręcznego rzeźbiarza. Obrzuciła mnie ponurym spojrzeniem, a zauważyłem też, że jej palce zacisnęły się na masywnej główce klucza, niczym na rękojeści broni. Na dziedzińcu poza tą kobietą nie było żywej duszy.

– Mniszki oddają się modlitwom i kontemplacji w klasztornej kaplicy – wyjaśnił ksiądz.

– Ile zakonnic mieszka w tej chwili w klasztorze?

Zawahał się. Bardzo wyraźnie się zawahał. A przecież był kapelanem zgromadzenia od wielu lat, czy więc nie powinien znać tej liczby na pamięć? Oczywiście liczba mniszek zmieniała się, jedne umierały, inne przychodziły, ale, na Boga, nie działo się to w takim tempie, by człowiek nie mógł spamiętać.

– Dwadzieścia cztery – rzekł. – Było dwadzieścia pięć. – Otarł wierzchem dłoni łzę z kącika oka. – Dopóki matka Konstancja nie odeszła do chwały Pana. Zaczekajcie, z łaski swojej, mistrzu inkwizytorze, tu, w refektarzu, a ja tymczasem...

– Będę wam towarzyszył – przerwałem mu stanowczo.

– Ależ to żeński klasztor i...

– Powiedziałem, że będę wam towarzyszył – rzekłem jeszcze ostrzej niż poprzednio.

Kapelan zwiesił głowę i przygarbił ramiona, jakby moje słowa położyły mu się na barkach powodującym niezwykłą udrękę ciężarem. Nic już nie powiedział, tylko noga za nogą powlókł się przodem. Przeszliśmy przez wewnętrzną bramę, potem wyślizganymi, stromymi schodami na pierwsze piętro. Nadal nie spotkaliśmy nikogo po drodze. W pewnym momencie ksiądz przystanął i zastukał w drzwi.