Ja, inkwizytor. Bicz Boży

Tekst
Z serii: Cykl inkwizytorski #8
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Czy powiadomisz Hez, Gregorze? – ośmielił się zapytać Hoffman.

Vogelbrandt zapatrzył się w płomień świecy i nie odzywał tak długo, że zastanawiałem się, czy w ogóle zechce odpowiedzieć na pytanie.

– Na razie nie – zdecydował w końcu.

W Hez-hezronie, drugim co do świetności mieście naszego przesławnego Cesarstwa, znajdowała się główna siedziba Świętego Officjum. Tam też urzędował biskup, który był nominalnym zwierzchnikiem wszystkich inkwizytorów na świecie. Na miejscu Vogelbrandta nie wahałbym się przed zawiadomieniem kancelarii Jego Ekscelencji, iż ktoś właśnie spalił na stosie biskupa. Co prawda emerytowanego i pozostającego bez diecezji, ale zawsze biskupa. W dodatku człowieka niezwykle bogatego i, jak mówiono, świetnie ustosunkowanego. Jednak Gregor Vogelbrandt był naszym przełożonym i on miał zaszczyt podejmowania decyzji oraz obowiązek wzięcia odpowiedzialności za ich skutki. Skoro uznał, że nie należy niepokoić heskiej kancelarii naszymi kłopotami, widać miał w tym jakiś cel.

Rozdział II. Pałac

Pałac biskupi. Ha, cóż to był za budynek! W jakiż wyrafinowany sposób łączył prostotę i wygodę z elegancją kształtu (o ile oczywiście na tak hermetyczny temat mógł wypowiadać się prostak podobny do mnie). Po pałacu i jego otoczeniu łatwo było poznać, że biskup dorobił się albo ogromnego majątku, albo też ogromnych długów (jedno zresztą nie wykluczało drugiego). Na mnie szczególne wrażenie zrobił prezentowany w westybulu cykl fresków, który przedstawiał wszystkie etapy zarówno Męki Pańskiej, jak i Zstąpienia. Później przekonałem się, że freski miały swą kontynuację, gdyż na sklepieniu biskupiej kaplicy wyobrażono ogromne malowidło obrazujące zdobycie Rzymu przez armię Jezusa. Zwłaszcza ciekawa wydała mi się perspektywa, z której autor ujął te wydarzenia. Zwykle bowiem przedstawiano na pierwszym planie Jezusa i Apostołów, tutaj natomiast przez otwarte bramy wlewało się wojsko Chrystusa, a gdzieś na uboczu stał Jezus pogrążony w rozmowie z człowiekiem ubranym w senatorską togę. Dałbym sobie głowę obciąć, że był to nikt inny jak Marek Kwintyliusz, pierwszy ze znaczących Rzymian, którzy otworzyli serca i umysły przed Jezusem, a który w nagrodę otrzymał zadanie stworzenia Świętego Officjum, instytucji mającej stać na straży wiary oraz wiernych. Tak, tak, to Marek Kwintyliusz był tym, który położył solidne fundamenty pod późniejszą chwałę Inkwizytorium, on stworzył zasady, jakimi kierowaliśmy się aż do dzisiaj. Przyglądałem się dłuższą chwilę temu obrazowi i zauważyłem, że malarz ukazał wyraźnie oblicze Jezusa, natomiast Marek Kwintyliusz stał obrócony profilem, a cień padający od drzewa zasłaniał mu częściowo twarz. Jak widać, artysta zręcznie wybrnął z kłopotu, jakim był fakt, iż nie zachowało się do współczesnych czasów żadne wiarygodne świadectwo mówiące o wyglądzie naszego fundatora. Ani dokładny opis, ani rycina, ani płaskorzeźba, ani pomnik, ani tym bardziej obraz. O Marku Kwintyliuszu mówiono jako o człowieku wysokim i dobrze zbudowanym. To wszystko, co o nim wiedzieliśmy, gdyż istniały nawet spory co do tego, czy miał jasne, czy ciemne włosy, cerę bladą, czy też spaloną słońcem. Tak jak nie znaliśmy wyglądu najsłynniejszego i najbardziej pobożnego z Rzymian, tak nie wiedzieliśmy, co się z nim stało w tym smutnym czasie, kiedy Jezus opuścił swój lud. Czy nasz Pan zabrał ze sobą Marka Kwintyliusza, by ten cieszył się wieczną łaską w Bożej chwale? Tak przynajmniej twierdziły oficjalne pisma, lecz jak było naprawdę, nikt nie umiał powiedzieć...

Na nasze żądanie już wcześniej żołnierze biskupa otoczyli główny budynek oraz budynki gospodarcze, nie pozwalając nikomu do nich wejść ani nikomu z nich wyjść bez specjalnej przepustki. Przynajmniej dzięki temu mieliśmy pewność, że służący oraz dworzanie nie rozbiegną się na cztery strony świata, jak to często bywało, kiedy umierał arystokrata. No i kiedy w dodatku umierał w tak straszny sposób jak Jego Ekscelencja, mogło to spowodować dające się wytłumaczyć przerażenie u wszystkich mu bliskich ludzi, począwszy od ogrodników i stajennych aż po ulubionych paziów.

A skoro o paziach mowa, to z tego, co się dowiedziałem i co nie było dla nikogo w okolicy żadną tajemnicą, biskup przedkładał towarzystwo złotowłosych efebów nie tylko nad towarzystwo dam, lecz nawet nad towarzystwo świętych ksiąg czy świętych mężów. Ponoć młodzieniec, by zyskać względy biskupa, musiał być delikatnej urody, wiotkiej sylwetki, łagodnych obyczajów oraz kląskać słodko niczym słowik. A czy taki człowiek byłby zdolny do przeprowadzenia śmiałej akcji porwania i spalenia swego suzerena? Raczej nie. Za to, kto wie, może ojciec lub starszy brat jednego z biskupich ulubieńców uznał, że pała Jego Ekscelencji dodana do herbu nie przynosi wcale rodowi sławy, i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce? Ale niby dlaczego miałby wtedy palić biskupa i w dodatku powiadamiać o wszystkim Inkwizytorium? Nie prościej byłoby nasłać zbójów albo sprowokować wypadek na polowaniu, zwłaszcza że biskup wręcz przepadał za konną jazdą i tropieniem zwierzyny? Wiadomo przecież, że nie jeden, nie dwóch i nie dziesięciu feudałów zginęło w naszym przesławnym Cesarstwie w czasie polowań. Bo a to koń się potknął w galopie (wcześniej dziwnym trafem nie dociągnięto popręgów), a to nagły poryw wiatru odmienił lot strzały i zamiast w bok jelenia trafiała ona w plecy nieszczęśnika, a to spragniony gonitwą myśliwy przyjmował bukłaczek wina od któregoś z towarzyszy i, nie wiedzieć czemu, chwilę potem konał w boleściach. I tak dalej, i tak dalej. Krótko mówiąc, polowania w naszym chwalebnym Cesarstwie miały to do siebie, że nie do końca było wiadomo, kto w nich jest myśliwym, a kto zwierzyną, i myśliwi często przeżywali w związku z tym bolesne rozczarowanie. Jednak w tym wypadku zabójca zdecydował się na przeprowadzenie operacji nie tylko skomplikowanej, lecz również jakże widowiskowej! A przecież musiał wiedzieć, że tak ostentacyjne zamordowanie kościelnego dostojnika rozwścieczy zarówno duchownych, jak i inkwizytorów, którzy poświęcą wiele starań i sił, by wyśledzić grzesznika. Najwyraźniej morderca był więc człowiekiem zuchwale pewnym siebie, co mogło oznaczać, że albo ogarnęło go szaleństwo, albo działał na polecenie kogoś niezwykle wysoko postawionego, albo niespecjalnie zależało mu na życiu. Zabawne, że Gregor Vogelbrandt w dość dobry sposób opisał tego człowieka na podstawie jego charakteru pisma. Oczywiście uznawałem to jedynie za zbieg okoliczności, wyraźnie ukazujący, iż w pracy inkwizytora należy odrzucać nawet dowody prowadzące do prawidłowych rozwiązań, jeśli zostały wysnute na podstawie wyimaginowanych przesłanek.

Zająłem osobiste apartamenty biskupa, bynajmniej nie z uwagi na panującą w nich wygodę, lecz uznałem, że powaga śledztwa wymaga, bym przesłuchiwał dworzan w miejscu, które kojarzy im się z majestatem władzy. Człowiek mniej oddany swemu zajęciu mógłby zapewne przy okazji rozkoszować się przestrzenią, pięknymi przedmiotami oraz wygodnymi sprzętami, mnie jednak zbyt pochłaniało samo śledztwo, bym miał czerpać przyjemność z korzystania z biskupich luksusów.

Rozpocząłem od wezwania efebów usługujących Jego Ekscelencji, lecz nie udało mi się niczego dowiedzieć poza tym, że stwierdziłem, iż wszyscy są głupi oraz zestrachani. No ale świętej pamięci biskup nie mądrości w nich szukał, a bojaźń przed inkwizytorskim śledztwem łatwo można pojąć. Przez pięć dni, godzina po godzinie, kwadrans po kwadransie i minuta po minucie, przesłuchiwałem wszystkich dworzan biskupa. Zyskałem nieoczekiwaną pomoc, gdyż Gregor wyjawił mi, że jeden z oficerów studiował dawnymi czasy w prześwietnej Akademii Inkwizytorium. Oczywiście z tego faktu nikt na biskupim dworze nie zdawał sobie sprawy. Oficer nazywał się Konrad Peiper i był szpakowatym, zasuszonym mężczyzną o pobrużdżonej zmarszczkami twarzy i haczykowatym nosie. Wezwałem go zaraz po przesłuchaniu biskupiego haremu.

– Mam nadzieję, że będziecie mogli mi pomóc – rzekłem, ściskając dłoń Peipera.

– Nie sądzę – odparł. – Jednak zrobię, co w mojej mocy.

Zaprosiłem, by usiadł, i postawiłem przed nim kielich wina.

– Dlaczego nie sądzicie?

– Bo nie wiem nic o nikim, kto mógłby źle życzyć Jego Ekscelencji.

– Coś podobnego! A z tego, co ja wiem, biskup prowadził tak bujne życie, że dziwnym się wydaje, iż zabito go dopiero teraz.

– To nie tak – rzekł pewnym tonem oficer. – Rzecz jasna, wiecie, że Schaeffer nie tylko nie przepuścił żadnemu chłopakowi o jędrnych pośladkach, ale też golił poddanych podatkami. Tylko zastanówcie się, mistrzu Madderdin, jak wielu znacie wielkich panów, którzy nie zdzieraliby skóry z włościan i mieszczan? A cudzołożenie czy sodomia? Toż świat nie widział większych zbereźników nad starych biskupów lub kardynałów. A to otaczają się chłopcami, a to sprzedajnymi dziewkami. Zwykła rzecz w naszym Cesarstwie. A w Italii rzecz ma się jeszcze gorzej. Po cóż by zabijać, skoro to zwyczajna sprawa?

– Trudno wam w pewnej mierze nie przyznać racji – zgodziłem się. – Przynajmniej w tym, że trudno o większą świnię niż leciwy biskup. Jednak... – zawiesiłem głos – musicie sami dobrze wiedzieć, że nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś posunie się o krok za daleko. Nigdy nie wiadomo również, co zrobią krewni takich chłopaczków. Może ojcom, wujom lub starszym braciom nie podobało się, że Jego Ekscelencja kręci swym wiertłem w tyłkach ich krewniaków? Może to ludzie nie tak nowocześnie patrzący na świat jak wy tutaj, na biskupim dworze? Może nie uznawali sodomii za, jak to żeście rzekli...? „zwyczajną sprawę”?

Peiper wzruszył ramionami. Najwyraźniej w ogóle nie przejął się moją ironią.

– Ekscelencja zawsze hojnie obdarzał rodziny tych dupodajów, tak żeśmy ich tu zwali, za waszym przeproszeniem. A to puścił wioskę w dzierżawę, a to podarował konika z rzędem, nie uskarżali się. A nikogo też siłą na figle nie ciągnął. To pamiętajcie. – Peiper uniósł wskazujący palec. – Nikogo.

 

– Wzór cnót z tego biskupa – zadrwiłem, a policzki oficera pokryły się ceglastym rumieńcem.

– Ja go nie bronię. Tylko mówię prawdę, by wasze śledztwo nie zeszło na manowce.

– Wielce wam jestem wdzięczny – powiedziałem. Rumieniec Peipera nabrał barw. – Wyjawcie mi, z łaski swojej, czy w ciągu ostatnich kilku miesięcy któryś ze sług nie targnął się na własne życie? Nikt tu się nie utopił, nie powiesił, nie poderżnął sobie żył?

Oficer potrząsnął głową.

– Jeden stajenny zginął, będzie dwa miesiące. Konik go kopnął w skroń. Czaszkę mu rozłupał kopytem, jak nie przymierzając orzech młotem.

– Młody? Urodziwy?

Peiper prychnął.

– Jeśli lubicie siwobrodych starców, którzy nie kąpali się od ostatniej krucjaty, pewnie wydałby się wam powabny.

– Cieszę się, że humor wam dopisuje – życzliwie skwitowałem te słowa, z rozbawieniem zauważając, że wygasający już rumieniec na policzkach mojego rozmówcy znowu ściemniał. – Zacznijmy od innej strony – zaproponowałem. – Opowiedzcie mi o dniu, w którym zginął biskup. Droga na wzgórze, na którym go spalono, na tę, jak ją nazywają, Szubieniczną Górę, zajmie spokojnie jadącemu konnemu co najmniej cztery godziny. Kiedy widzieliście Schaeffera po raz ostatni?

– Ja widziałem go rano, ale wiem, o co wam chodzi. Jego Ekscelencja opuścił pałac w południe. Kazał osiodłać konika i odjechał.

– Sam?

– Ano sam.

– Często udawał się na takie samotne wycieczki?

– A wiecie co...? – Peiper spojrzał na mnie uważnie. – Jak tak pomyślę, to nigdy.

– Zawsze ktoś mu towarzyszył?

– Zawsze – z wyraźnym zdumieniem odparł oficer. – Czasami nawet ja, ale częściej albo sekretarz, albo któryś z tych tam... chłoptasiów.

– A tym razem nikt... – zawiesiłem głos. – Dziwne, prawda?

– Taaak. – Skinął wolno głową. – Wypytajcie stajennych i odźwiernego. Skoro wyjechał sam, właśnie oni musieli go widzieć jako ostatni.

– Nie omieszkam usłuchać waszej rady. Jego Ekscelencja, płonąc na stosie, odziany był w liturgiczne szaty. Nikogo nie zdziwiło, że wyjeżdża z pałacu w tak uroczystym stroju?

– Srogi Boże, macie rację! – Peiper plasnął się dłonią w czoło. – Ale ja nic o tym nie wiem! Sądzę, że by mi doniesiono o czymś takim. – Wzruszył ramionami. – Wybaczcie, naprawdę musicie wypytać służących.

– A powiedzcie jeszcze, jak układało się biskupowi z sekretarzem? Bo wielu znałem ludzi, którzy potrafili nieźle dać popalić swoim pomagierom... Tak im życie obrzydzali, że wydawało się, iż śmierć milsza od ich towarzystwa. A w podobnym nastroju łatwo o popełnienie głupstwa.

– Nic z tych rzeczy – zaprzeczył Peiper. – Teobald Krankl jest człowiekiem uczonym. A w dodatku delikatnym i miłych obyczajów, a sami pewnie wiecie, że prędzej świnię się nauczy fruwać, niż zmusi jednego z tych uniwersyteckich mędrków do godnego zachowania. – Chciał splunąć, ale zdał sobie sprawę, gdzie jest, i powstrzymał się w ostatniej chwili. – Jeżeli Schaeffer miał szacunek dla kogokolwiek, to właśnie dla sekretarza – dokończył.

– A może był zazdrosny?

– Myślicie, że on ten tego tam z Jego Ekscelencją? – Oficer roześmiał się głośno. – Nie, nie, zapewniam was. Przy całej swej uczoności Teobald to chłop na schwał. Wszystkie już tu służki wymłócił, nawet co szpetniejsze. Biskup wiedział o tym i żartował sobie, że niby taki z niego ogier.

– Nawet najśmieszniejszy żarcik może się z czasem przejeść – zauważyłem.

Peiper pokręcił głową z poważną miną.

– Wasza sprawa, mistrzu inkwizytorze, w którą stronę obrócicie swe podejrzenia – rzekł niemal uroczyście. – Jednak jak dla mnie, a przecież jestem tu domownikiem od wielu lat, to oni byli serdecznymi przyjaciółmi. Zresztą od pewnego czasu Krankl mniej interesował się dziewkami, więc nie było powodów do takich żartów.

Uśmiechnąłem się jedynie w myślach, gdyż miałem swoje zdanie na temat serdecznych przyjaciół i ich zachowań. Któż skuteczniej naciągnie cię na wielkie sumy, jak nie serdeczny przyjaciel? Któż w czasie twej nieobecności lepiej się zajmie twoją żonką, jak nie ukochany kamrat? Któż chętniej sprzeda twoje tajemnice, jak nie ten, który je wcześniej poznał, a więc ulubiony druh? Ha!

Tegoż, jak powiadał Peiper, serdecznego przyjaciela biskupa miałem okazję poznać wcześniej, gdyż nie tylko oprowadził mnie po pałacu, lecz również przygotował listę osób do przesłuchania. Widziałem, że bardzo stara się być pomocny, co obudziło moje natychmiastowe podejrzenia, ponieważ mogło znaczyć, że spolegliwym posłuszeństwem stara się zatrzeć winy, o których jeszcze nie wiem. Pomyślałem jednak, że nie przesłucham go ani jako pierwszego świadka, ani jako dziesiątego. Jeżeli miał coś wspólnego ze śmiercią Jego Ekscelencji, niech teraz bije się z myślami, niech dręczą go obawa, niepewność lub wyrzuty sumienia, niech zastanawia się, czemu inkwizytor nie wzywa go na przesłuchanie albo czy ktoś wcześniej badany nie dostarczył temuż inkwizytorowi obciążających dowodów. Krótko mówiąc: niech gryzie się ile wlezie. A gdy już skruszeje od tego gryzienia, wtedy dopiero wezwę go na rozmowę. Z doświadczenia i opowieści wiedziałem, że nie raz i nie dwa zdarzało się, iż taki przetrzymany w niepewności oskarżony całkowicie się załamywał po pierwszych pytaniach. Okazywało się bowiem, że nieznośna chęć zrzucenia balastu z sumienia była silniejsza niż strach przed karą lub pragnienie ukrycia zbrodni.

Zgodnie z sugestiami Peipera wcześniej kazałem wezwać wszystkich, którzy jako ostatni widzieli żywego biskupa, a więc stajennych, ogrodnika i odźwiernego. Już po wymianie kilku zdań z każdym z nich wywnioskowałem, że to ludzie o lotności wbitych w ziemię i omszałych głazów. Nie była to informacja zła, gdyż nie wyobrażałem sobie, by którykolwiek nawet nie uknuł intrygę mającą na celu pozbawienie życia biskupa, lecz chociażby w niej uczestniczył. Nie mogłem jednak wymagać od podobnych kreatur, by w czymkolwiek mi pomogli. Chociaż nie powiem: olśnieni inkwizytorską powagą pomóc się starali. Wyjawili jednak jedną niezwykle istotną rzecz: biskup nie wyjechał za bramy pałacowe w stroju liturgicznym. Stajenni, ogrodnik i odźwierny nie do końca mogli się zgodzić, opisując strój Schaeffera, lecz jedno było pewne: nie był ubrany w sutannę, infułę oraz mucet. W dłoniach nie trzymał pastorału, aczkolwiek odźwierny wyjawił, że widział przy końskim boku jakiś długi, owinięty płótnem pakunek. Wszystko wskazywało więc, że Jego Ekscelencja zabrał ze sobą uroczysty ubiór, by przebrać się i wejść w nim na stos. Było to co najmniej dziwne, choć my, inkwizytorzy, widzieliśmy już tak wiele szatańskich sprawek, że niewiele rzeczy na tym nie najweselszym ze światów jest w stanie nas zdumieć.

Wezwany wreszcie przeze mnie Teobald Krankl zawiódł oczekiwania na całej linii. Wydawał się szczerze zasmucony śmiercią biskupa, ale ani nie przestraszony, ani nie roztrzęsiony.

– Jego Ekscelencja żył, jak żył – odpowiedział na pytanie, czy biskup miał wrogów, a jeśli tak, to kogo. – W takim wypadku o nieprzyjaciół nietrudno.

– Macie na myśli fakt, iż był... – chciałem powiedzieć „sodomitą”, ale uznałem, że być może zręczniej będzie użyć nieco bardziej delikatnego sformułowania – iż przedkładał szorstką męską przyjaźń nad niewieście wdzięki?

Krankl zerknął na mnie z zaskoczeniem, którego nie udało mu się ukryć.

– Tak. To właśnie miałem na myśli – odparł wyraźnie zdumiony, iż nie użyłem bardziej dosadnego sformułowania, opisując nieszczęsne zwyrodnienie, któremu ulegał Schaeffer.

– Kogo biskup mógł darzyć tak wielkim zaufaniem, by wyjechać samotnie w kilkugodzinną podróż na spotkanie z nim? Może jakaś nowa miłość? Wiecie coś na ten temat?

Krankl rozłożył ramiona.

– Mówiąc szczerze, inkwizytorze, starałem się trzymać z dala od prywatnego życia Jego Ekscelencji. Wiedziałem pewne rzeczy, bo każdy je wiedział, ale ani ja się nie dopytywałem, ani Augustyn mi się nie zwierzał. Tak, tak: Augustyn – powtórzył, dostrzegając moje spojrzenie. – Znaliśmy się od dwudziestu pięciu lat i zezwolił mi zwracać się do niego w konfidencjonalnej formie.

– Wszystko bardzo pięknie – powiedziałem. – Ale, na gniew Jezusa! musiała być jakaś przyczyna, że biskup zachował się tamtego dnia nietypowo oraz niezgodnie z zawsze przestrzeganymi obyczajami. Wyjechał samotnie i nikomu nie mówiąc w jakim celu. W dodatku podróż w obie strony miała potrwać co najmniej osiem godzin. Co się stało, panie Krankl? Co się wcześniej wydarzyło, że biskup powziął tak dziwny zamiar? W jakim celu zabrał ze sobą strój liturgiczny?

Sekretarz Schaeffera pokręcił głową, potem rozłożył ręce. Na jego twarzy odmalowała się nieudawana konsternacja.

– Nie wiem. Bogu przysięgam, że nawet najmniejsze podejrzenie nie świta mi w głowie. Tamtego dnia nie zdziwiłem się, że wyjechał, bo zwykle podejmował decyzje szybko i nie zwierzał mi się z nich. Dopiero potem... kiedy dowiedziałem się, że wyjechał sam, to trochę zbiło mnie z tropu. Ale szczerze mówiąc, pomyślałem jak i wy, że wybrał się gdzieś niedaleko poigrać z jakimś chłopaczkiem.

– Lubił tak sobie poigrać, czy w lesie, czy na łące?

– A to musielibyście jego spytać – odparł Krankl niemal obrażonym tonem.

– Panie Krankl, jesteście szlachcicem, prawda?

– Tttak. – Nagły obrót rozmowy najwyraźniej go zaskoczył.

– Bogatym? Ustosunkowanym na dworze? Należycie może do grona bliskich przyjaciół cesarza lub papieża?

– Trzy razy nie. – Uśmiechnął się blado. – Chociaż mój dziad był bogaczem, a majątek miał tak ogromny, że nawet ufundował dzielnicę dla biedoty w Koblencji.

Teraz przypomniałem sobie już, skąd znane mi jest nazwisko Krankla. Rzeczywiście na kilku czynszowych kamienicach w Koblencji znajdowały się napisy ku czci Tybalda Krankla.

– Skoro nie jesteście ani ustosunkowani, ani bogaci, nie utrudniajcie mi śledztwa, bardzo was proszę, i odpowiadajcie na zadane wam pytania. Bo torturować i spalić możemy każdego człowieka w Cesarstwie, ale za kimś, kto nie jest bogaczem ani przyjacielem dostojników, nie ujmie się nawet pies z kulawą nogą. Rozumiecie, co mam na myśli?

Milczał przez chwilę, lecz po jego minie widziałem, że nieszczególnie przestraszył się tych gróźb. Wreszcie ku mojemu zaskoczeniu uśmiechnął się.

– Wyłuszczyliście wszystko tak jasno, że tylko głupiec by nie pojął – rzekł, a ja nie usłyszałem w jego głosie ani zdenerwowania, ani urazy. – Więc odpowiem wam, że Jego Ekscelencja wolał raczej miękkie materace i puchowe kołdry niż mrówki żrące w tyłek i wiatr gwiżdżący w jajach.

– O, widzicie! Jak chcecie, to potraficie – pochwaliłem go. – Opisaliście upodobania Jego Ekscelencji nie dość, że obrazowo, to jeszcze dokładnie.

Podziękował mi oszczędnym skinieniem głowy, najwyraźniej niepewny, czy mówię serio, czy też kpię sobie z niego.

– A teraz zastanówcie się, drogi panie sekretarzu, jako człowiek znający biskupa od tak wielu lat: czym można by go skusić do podobnego samotnego wyjazdu? Kto i jakich mógłby użyć argumentów, by wywabić Schaeffera z pałacu?

Myślał dłuższy czas, potem ze zdenerwowaniem potarł pięścią szczękę.

– Życzyłbym sobie, byście nie potraktowali moich słów jako obstrukcji śledztwa – odezwał się w końcu. – Przysięgam wam jednak, że nie mam najmniejszego pojęcia. Ja... ja... Naprawdę w głowie mi się to nie mieści...

– Samotne polowanie? – poddałem pomysł.

– Nigdy w życiu! Zawsze brał łowczego.

– Sekretna rozmowa? Może z czyimś wysłannikiem zabiegającym o dyskrecję?

– Nie wiem... Niby czemu miałby nie wezwać mnie...

– A jeśli ktoś przedstawił się jako, no chociażby, poseł od papieża i poprosił o spotkanie w cztery oczy, jak wtedy zareagowałby Schaeffer?

– Natychmiast by mi o tym powiedział – odparł bardzo zdecydowanym tonem Krankl.

W tym wypadku był tak pewien siebie, że i ja nabrałem pewności, iż albo znajdował się w bardzo bliskiej konfidencji ze swym pryncypałem, albo przynajmniej o takowej konfidencji był święcie przekonany.

Zadałem jeszcze kilka pytań, które nie wniosły niczego do sprawy, po czym podziękowałem mu i poleciłem zajmować się wszystkimi kwestiami administracyjnymi oraz informować mnie, jeśli tylko zdarzyłoby się coś niespodziewanego lub niepokojącego.

– Jeszcze jedno – rzekłem, gdy sekretarz kierował się do drzwi. – Mówią, że podobno niezły z was ogier. To prawda?

 

– Lubię towarzystwo kobiet – odparł niespeszony.

– Podobno ostatnio jakby mniej...

– Nie wiem, dlaczego to, z kim sypiam i jak często to robię, zajmuje czcigodnego mistrza Inkwizytorium, ale zapewniam was, że wszystkiego możecie się dowiedzieć od mojego lekarza – powiedział z uprzedzającą grzecznością – który wyłuszczy wam dokładnie, czemu od pewnego czasu i, niestety, jeszcze przez pewien czas będę zmuszony pędzić żywot ascety. Co, możecie mi wierzyć na słowo, bardzo mi nie odpowiada.

– Dziękuję wam, panie Krankl. – Skinąłem głową.

– Naprawdę dobrze wam życzę. – Krankl odwrócił się, kiedy już stał w progu. – Augustyna śmiało mogłem nazywać przyjacielem, więc szczerze pragnę, by ktoś, kto go zamordował w tak okrutny i hańbiący sposób, poniósł stosowną karę.

– I tak się stanie – odparłem poważnie. – Wierzcie mi, że tak się stanie.

Tego samego dnia przeprowadziłem jeszcze wiele rozmów na wiele tematów. Odwiedziłem kuchnię oraz pralnię, gdyż zwykle są to dwa miejsca, w których nietrudno zapoznać się z interesującymi ploteczkami, nietrudno też usłyszeć człowieka, któremu żartem, w gniewie lub ze zwykłej próżności wypsnie się jedno lub kilka słówek za dużo.

Kiedy następnego dnia na wezwanie Gregora opuszczałem posiadłość biskupa, ku mojemu zdziwieniu dostrzegłem starca przycupniętego w pełnym kolorowych kwiatów ogrodzie. Ku zdziwieniu, gdyż nie przypominałem sobie, nie tylko bym przesłuchiwał tego mężczyznę, ale bym go nawet kiedykolwiek widział.

– Hej, ty! – krzyknąłem. – Chodź no tu!

Powtórzyłem wezwanie jeszcze dwa razy, aż wreszcie, chcąc nie chcąc, zsiadłem z siodła i skierowałem się w stronę starca. Uznałem, że widocznie wraz z wiekiem dopadła go głuchota i nie słyszał moich nawoływań. Zdążyłem tylko zejść ze ścieżki, by szybciej przedostać się w pobliże mężczyzny, kiedy...

– Złaź stąd! – zawołał. – Ale już, huncwocie jeden! Po ścieżce masz iść, a nie kwiaty będziesz deptał!

Pogroził mi sękatym, zarośniętym brudem palcem.

– Jesteście ogrodnikiem? – zapytałem, posłusznie wchodząc tam, gdzie mi nakazał.

– Nie, chłopcze. Podczaszym koronnym. Nie widać? – Pokręcił głową z politowaniem, jakby dziwiąc się mojemu brakowi rozumu. – Nie jestem ogrodnikiem – rzekł już rzeczowo. – Lecz przełożonym wszystkich biskupich ogrodników. Mistrzem sztuki ogrodniczej.

Wyprostował się, jakby chciał urosnąć pod wpływem przed chwilą wypowiedzianych słów. Już na kilka kroków przed sobą roztaczał intensywny zapach, czy raczej lepiej powiedzieć: smród surowej cebuli. No cóż, z dwojga złego wolałem jednak surową cebulę niż odór gnijącego ścierwa, którym to odorem część mieszkańców naszego błogosławionego Cesarstwa chodziła otulona niczym całunem.

– A dlaczego was nie widziałem wcześniej?

– Łatwiej mi będzie odpowiedzieć na to pytanie, jeśli się dowiem, kim jesteś, chłopcze.

– Mordimer Madderdin, inkwizytor – odrzekłem.

– Ach tak... Słyszałem, słyszałem. – Obrócił na mnie spojrzenie, nie dostrzegłem jednak, by skonfundował się tym, iż przed chwilą nazywał mnie chłopcem. – Nie widzieliście mnie, mistrzu inkwizytorze, gdyż zaledwie dzisiaj rano wróciłem z Luthoff, gdzie gościłem u mojej najmłodszej córuni, za wiedzą i pozwoleniem Jego Ekscelencji, świeć Panie nad jego duszą.

– Rzeczywiście. – Pstryknąłem palcami, gdyż przypomniałem sobie w tym momencie, iż Peiper mówił mi o nieobecności głównego ogrodnika oraz o powodach tej nieobecności.

– Urodziła szczęśliwie?

– Z łaską Bożą.

– Jakim imieniem ochrzczono dziecko?

– Anna Zofia.

– Bardzo ładnie.

– I ja tak sądzę, mistrzu inkwizytorze.

– A kto jest ojcem?

– Beniamin Straub, mistrz cechu bławatników. Człowiek wielce szanowany i w Luthoff, i w szerokiej okolicy.

Pokiwałem głową, jakbym zgadzał się z rozmówcą, chociaż oczywiście pierwszy raz w życiu słyszałem o Beniaminie Straubie, a jeśli chodzi o cech bławatników, to nawet nie wiedziałem, że istnieje w Luthoff.

– No cóż, pomożecie mi w czymś? Wiecie o czymś, czym chcielibyście się podzielić z inkwizytorem?

– Wybaczcie, lecz niewielką uwagę zwracam na ludzi – rzekł z uśmiechem. – Patrzę raczej w ziemię niż ponad nią.

– I cóż w niej widzicie interesującego?

– Życie – odparł. – I walkę o to życie.

Roześmiałem się.

– A któż tak zawzięcie walczy?

– A dla przykładu pożyteczne rośliny z chwastami. I na tym polega zadanie ogrodnika, by im pomóc, chociażby przez pielenie.

– Pielenie. No tak. – Skinąłem ogrodnikowi głową. – Bywajcie – rzekłem – i opiekujcie się tymi swoimi kwiatkami.

– Pielenie, mistrzu inkwizytorze, nie wiecie nawet, jakże to trudne i odpowiedzialne zajęcie.

– Czyżby? – spytałem grzecznie, lecz stałem już plecami do mężczyzny.

– Oczywiście! Trzebaż by wam tłumaczyć, jak wielkie znaczenie dla jarzyn, ziół i ozdobnych roślin ma to, by nie przeszkadzały im chwasty, by nie wyciągały z ziemi sił życiowych, by nie zasłaniały im słońca, nie wypijały wody? Można rzec, że wy i ja trudnimy się tym samym. Ja usuwam z ogrodu chwasty, by chronić pożyteczne rośliny, tak jak wy usuwacie ludzkie chwasty z ziemskiego ogrodu, by poprzez to działanie ocalić niewinne stworzenia boże.

– Słyszę sporo racji w tym, co mówicie – stwierdziłem i obróciłem się w jego stronę, gdyż musiałem przyznać, że człowiek ten znacząco odbiegał lotnością umysłu od swych pomocników i całkiem interesująco się z nim gawędziło. Wyciągnął z kieszeni fartucha dorodną, pozbawioną łupiny cebulę i wgryzł się w nią łapczywie, jakby była jabłkiem. Sok spłynął mu po ustach i brodzie. Aż mnie oczy zapiekły, kiedy na to patrzyłem. Tymczasem ogrodnik zmiażdżył odgryziony kęs w zębach i przełknął. Chuchnął z zadowoleniem, a mnie owiał cebulowy wiatr.


– Pielenie – odezwał się takim tonem, jakby było to jedno ze świętych słów. – Nie wyobrażacie sobie nawet, ilu ludzi staje bezradnych w obliczu zabiegu pielenia.

– A czemuż to?

– Bowiem nie patrzą w głąb. – Pokiwał surowo wskazującym palcem. – A jedynie na zewnętrzną powłokę. Wydaje im się, że wszystko jest dobrze, kiedy oczyszczą ziemię z wyrastających ponad nią traw, perzów czy ostów.

– A to nie wystarcza? – na pół stwierdziłem, na pół spytałem, gdyż kwestiom związanym z ogrodnictwem nie poświęciłem w życiu na tyle dużo czasu, bym się mógł uważać za człowieka biegłego w owej sztuce.

– Oczywiście, że nie wystarcza! – wykrzyknął oburzony. – Jak mogliście sądzić, że wystarcza? – Spojrzał na mnie rozżalonym wzrokiem.

– Wybaczcie. – Rozłożyłem dłonie.

– Trzeba sięgnąć głębiej, pod ziemię, wyrwać korzeń po korzeniu, tak by chwast już nie ożył. Samo wyrastające ponad ziemię zielsko, mistrzu inkwizytorze, to jedynie sygnał dla ogrodnika, że musi zanurzyć dłonie pod ziemię i poszukać korzeni. Ci, którzy zapominają lub nie chcą pamiętać o korzeniach, rychło stracą cały ogród, zwłaszcza że chwasty najsilniej się plenią i są najbardziej żywotne oraz odporne. Można je wyrywać, palić, a one i tak prędzej czy później znowu się pojawią. Dlatego też praca pielącego nigdy nie ma końca.

– Coś takiego – powiedziałem. – Wasze zajęcie rzeczywiście coraz bardziej przypomina moje. Widzę tylko jedną różnicę.

– A mianowicie?

– Chwast staje się chwastem przez sam fakt swego narodzenia. To znaczy wykiełkowania, czy co one tam robią – poprawiłem się. – Tymczasem człowiek zawsze ma wybór, a do zostania ludzkim chwastem nie przymusza go nikt poza jego grzeszną wolą.

– Dobrze powiedziane! – Klasnął w dłonie ubrudzone tłustą, czarną ziemią. – W pełni się z wami zgadzam, mistrzu inkwizytorze. Zdajecie się całkiem rozsądnym młodym człowiekiem.

W innych ustach takie słowa mogłyby zabrzmieć protekcjonalnie, wręcz obraźliwie, lecz starzec wypowiedział zdanie z prawdziwym przekonaniem i niedającą się ukryć życzliwością.