palkiewicz.com

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
palkiewicz.com
palkiewicz.com
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 92,80  74,24 
palkiewicz.com
palkiewicz.com
Audiobook
Czyta Gracjan Kielar
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Każdemu dwugarbnemu dromaderowi, a było ich 80, przytroczono z boku cztery bloki solne. Jeden taki blok ważył 40 kilogramów. Zwierzęta parły niestrudzenie, wciąż tym samym miarowym rytmem. Obserwując ich cienie, można było określić dokładną godzinę. Bardzo długie z rana, stopniowo stawały się krótsze, by w południe zniknąć pod brzuchami zwierząt i następnie pojawić się już po drugiej stronie. Ulgę przynosił dopiero wieczór, kiedy rozkoszny chłód regenerował siły, a ceremonia picia mocnej i słodkiej herbaty podnosiła nadwyrężone morale. Nie wiem, czy istnieje coś bardziej majestatycznego niż noc spędzona na pustyni. Wieczorne ognisko nie oznacza tylko ciepłej strawy, zapewnia też dobre samopoczucie i możliwość kontemplowania aksamitnego nieba, na którym miriady gwiazd migoczą jaśniejszym niż gdzie indziej blaskiem.

Rano, na długo przed wschodem słońca, kiedy obóz zalewała srebrna poświata księżyca, jeden z Berberów piekł na rozżarzonych węglach przysypanych piaskiem chleb kessera. Przed godziną szóstą horyzont jaśniał, pojawiało się słońce. Wielbłądnicy starannie sprawdzali stan gerb, bukłaków z koziej skóry mogących pomieścić co najmniej 20 litrów wody, która jest w nich zawsze chłodna. Jeśli pojawiły się przecieki spowodowane przez kolczaste krzewy, to uszczelniali malutkie dziurki skręconym włosiem wielbłąda. Masę czasu pochłaniało oporządzenie zwierząt, które z niechęcią dawały się osiodłać. Bulgotały z irytacji i wydawały gniewnie pomruki, szczerząc pożółkłe zęby, gryząc i plując śliną niczym kobra jadem. Może to trochę dziwić, jeśli wspomni się saharyjskie przysłowie: „Ze wszystkich rzeczy, które Bóg dał człowiekowi, najpiękniejsze są dwie: uśmiechnięta twarz młodej kobiety i wielbłąd”. Ten ostatni powinien posiadać miękki grzbiet, posłusznie reagować na polecenia i nie zmuszać właściciela do użycia bicza.

W trakcie tej wędrówki nie było czasu na obiadowe przerwy, zwykle w marszu zjadaliśmy kilka garści orzeszków ziemnych i daktyli, ale nie miękkich i lepkich, które sprzedaje się w Europie. Na pustynię zabiera się tylko daktyle twarde i suche, aby pył czy piasek ich nie zabrudził. Kilkakrotnie w ciągu dnia żylasty bosonogi poganiacz serwował kilka łyków gorącej zielonej herbaty.

Na naszym szlaku była tylko jedna oaza, czyli ksar, z glinianymi chatami, palmami daktylowymi i uprawą warzyw. Zagubiona pośród piasków zapewniała przybyszom bezpieczeństwo i relaks po trudach podróży. Dwa dni odpoczynku wypełnione zakupem pokarmu dla zwierząt, drewna na opał i napełnianiem gerb na kolejne 10 dni marszu. Wody mieliśmy wprawdzie wystarczający zapas, ale nasycona żelazem i siarką była obrzydliwa w smaku. Dla każdego przewidziano 4 litry wody na dobę, zaś dromadery mogą się bez niej obyć przez wiele dni, ale kiedy dotrą do wodopoju, wypijają w ciągu kwadransa nawet 100 litrów.

Wiele razy mijaliśmy wypolerowane do połysku przez piasek szkielety wielbłądów, niekiedy okryte jeszcze wyschłą na pergamin skórą. Sępy wykonywały szybko i dokładnie swoją pracę, a zdumiewająco suche powietrze nie pozwalało na rozprzestrzenianie się epidemii na pustyni. Po siedemnastu niekończących się dniach, ostatkiem sił trzymając się na nogach, dowlokłem się do końca tej niesamowitej marszruty, gdzie przez tydzień kurowałem poranione stopy. Wtedy w Timbuktu mogłem też się kąpać i pić. Bez ograniczeń. Klimatyzacja, posiłek przy stole, zimne piwo, świeże owoce i filiżanka czarnej kawy. Pełnia szczęścia. Takiego luksusu nie jest w stanie docenić człowiek, który nie przeżył podobnego doświadczenia. W wygodnym łóżku delektowałem się myślą, że następnego dnia będzie tak samo. Już bez spartańskich niewygód.

A cóż ciekawego można powiedzieć o samym Timbuktu? Miasto bardzo mnie rozczarowało. Średniowieczne relacje wędrowców arabskich przyczyniły się do stworzenia mitu, że Timbuktu to niedostępna dla niewiernych forteca. Krążyły opowieści o nieprzebranych bogactwach, minaretach pokrytych złotem, o kości słoniowej, o uwodzicielsko cudownych i wyuzdanych kobietach. Wszystko to drażniło wyobraźnię Europejczyków. Miasto, stanowiące integralną część pustyni, bez asfaltu i kanalizacji, pokryte grubą warstwą pyłu i zdominowane przez obezwładniający upał, nie przypadło mi do gustu.

Trudno nie przyznać racji znakomitemu autorowi literatury podróżniczej Brusowi Chatwinowi, który był zdania, że „wędrówka posiada dwa aspekty: realny i wyidealizowany. W tym drugim można dostrzec obrazy atrakcyjniejsze od realiów”. Dla mnie liczył się jednak azalai, nad wyraz surowy test charakteru i możliwości człowieka w ekstremalnym środowisku. To dowód, że każdego człowieka wystawionego na ciężką próbę stać na przekroczenie własnych barier psychicznych. Wystarczą motywacja i niezłomna wiara w pokonanie przeszkody, wsparta determinacją.

Dzięki determinacji człowiek, sięgając do niewykorzystywanego potencjału siły ducha, zdolny jest do wielu zaskakujących wyczynów. Potrafi wygrywać z ograniczeniami, które wydaje się narzucać mu własny organizm. Świadczą o tym niesamowite historie, które wprawiają w osłupienie naukowców. W 1942 roku rozbitek z brytyjskiego statku „Ben Lemond” chiński marynarz Poon Lim przetrwał trzy miesiące uczepiony tratwy na wodach Atlantyku. W 2008 roku siedemdziesięciosześciolletni Nepalczyk Min Bahadur Sherchan zdobył szczyt Mount Everest. Dziewięć lat wcześniej, norweska lekarka, dwudziestodziewięcioletnia Anna Bagenholm, przeżyła własną śmierć. Jeżdżąc na nartach, zaklinowała się w szczelinie lodowej pod strumieniem lodowatej wody z wodospadu. Po 40 minutach jej puls zanikł, krew przestała krążyć, a temperatura ciała spadła do 13,7 stopnia. W stanie śmierci klinicznej przewieziono ją helikopterem do szpitala w Tromso, gdzie po dziewięciu dniach przywrócono ją do życia. Medycyna nie do końca potrafi to wytłumaczyć, bo wiadomo, że normalna temperatura ciała człowieka to 36-37 stopni Celsjusza. Kiedy obniży się choćby do 32 stopni, tracimy przytomność, a przy około 28 stopniach teoretycznie umieramy. Stan jeszcze głębszej hipotermii przydarzył się w 2014 roku dwuipółletniemu dziecku w podkrakowskiej wsi, u którego odnotowano temperaturę zaledwie 12,7 stopnia Celsjusza. Dziecko przeżyło.

W 1997 roku podjąłem nowe wyzwanie, bazując na zdobytej wiedzy i specjalistycznych umiejętnościach. Pewnego dnia w mojej szkole pojawili się antyterroryści. To eksperci do zadań specjalnych, specjaliści od uwalniania zakładników, zabijania, usuwania zagrożeń, wyszkoleni i przygotowani do działań w warunkach występujących w ich własnych krajach. Jednak obserwowane w ostatnich latach umiędzynarodowienie terroryzmu i fanatyzm ekstremistów wymagały konsolidacji świata, poszerzenia współpracy, zawierania dyplomatycznych porozumień. Dlatego rządy niektórych krajów postanowiły przygotować brygady antyterrorystyczne do działań w każdych warunkach: w głębokiej dżungli, w piaskach pustyni, w arktycznym zimnie i na niebotycznych wysokościach. Z różnych powodów nie robią tego w swoich oficjalnych strukturach, a kontraktują usługi w sektorze prywatnym.

Andrzej Kapłanek, mój biograf, tak o tym pisał:

„Organizację tych innowacyjnych ćwiczeń, odbywanych na różnych szerokościach geograficznych, powierzono Pałkiewiczowi. To było ukoronowanie jego survivalowej kariery, laurka za profesjonalizm, a jednocześnie niebłahe obciążenie psychiczne. Jacek zdawał sobie sprawę, że w przypadku kłopotów nikt nie poda mu ręki, a sukces nie przyniesie zaszczytów, nikt nie podziękuje. Wchodził do elitarnego środowiska, ukierunkowanego na zwalczanie terroryzmu. Specyfika tych działań wymaga ustalonego systemu wartości, braku uprzedzeń o charakterze politycznym oraz elastyczności. Wiedział, że niektóre programy będą miały oficjalną osłonę, inne naznaczone zostaną piętnem najściślejszej tajemnicy. Przynależność do tych struktur oraz specyfika pracy będą go obligować do absolutnej lojalności wobec mocodawców i zachowania dyskrecji. Zobowiązania te nie wygasną nigdy. Nie mogąc liczyć na aplauz otoczenia, będzie miał prawo czuć się niedowartościowanym. Lecz godził się z tym, bo takie były reguły gry. Podejmowali ją ludzie, którzy swoje życie podporządkowali idei chronienia świata przed zbrodniczymi zagrożeniami. Pałkiewicz został członkiem tego niezwykłego klanu, poddawał się tym samym regułom, obciążeniom i obowiązkom”.

W szkoleniach uczestniczyli również polscy policjanci i oficerowie Straży Granicznej czy z formacji specjalnej GROM. W zajęciach w dżungli wenezuelskiej wziął udział „Diabeł”, czyli podpułkownik Leszek Drewniak, współtwórca tej formacji i zastępca dowódcy. To dusza człowiek, niedościgniony profesjonalista i arcymistrz sztuk walki. Poznaliśmy się w 1969 roku, kiedy jako delegat Międzynarodowej Akademii Karate propagowałem tę dyscyplinę w Polsce. Leszek był jednym z najbardziej zaawansowanych adeptów, którzy otrzymali wówczas od dyrektora technicznego Europejskiej Unii Karate Augusto Basile czarne pasy. Bardzo sobie ceniłem znajomość z nim. Aktywność w sytuacjach ekstremalnych przy dużej adrenalinie i stresie w pełnych niebezpieczeństwa, surowych warunkach skrajnego środowiska lasu tropikalnego mogły podkopać siły życiowe nawet takich ludzi jak Leszek. Po powrocie do jednostki podzielił się opinią: „Wilgoć i żar zbijały nas z nóg, żarło nieustannie robactwo. Mieliśmy dwa komplety ubrań. W mokrym chodziliśmy przez cały dzień, w suchym zaś spaliśmy”. Docenił to doświadczenie, podkreślając, że dzięki temu formacja zyskuje większe uznanie partnerów z NATO.

Jeszcze trudniej było w Centro de Instrução de Guerra na Selva, centrum szkoleniowym do walki w selvie w Manaus. To najbardziej wymagający na świecie specjalny ośrodek przygotowujący do efektywnego działania we wrogim dla człowieka „zielonym piekle”. Kilkanaście lat wcześniej zdobywałem tam pierwsze szlify, teraz wraz z miejscowymi instruktorami prowadziłem zajęcia dla typowych ludzi bez twarzy. Nie wszyscy zaliczyli piekło kursu. Pomimo godnej podziwu kondycji fizycznej u trzech oficerów zawiodła psychika. Złamali się na finiszu. Pozostałych czterech przeżyło dramat, bo zawiodło ich zdrowie.

 

Działalność ta została pozytywnie oceniona pod względem międzynarodowej przydatności przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego: „Bazując na pozytywnych rezultatach przedsięwzięcia Pałkiewicza, udział w takich zajęciach negocjują służby antyterrorystyczne niektórych państw Europy Zachodniej. W dobie rozwoju zagrożeń terrorystycznych o różnorakich odcieniach ideowych doskonalenie sił przeznaczonych do ich zwalczania, jak też współdziałania sił specjalnych wielu państw, szkolonych w zunifikowanym programie treningowym, wydaje się przedsięwzięciem ze wszech miar godnym rekomendowania”.

W czerwcu 2004 roku doprowadziłem do zorganizowania wielostronnego szkolenia w Morskim Oddziale Straży Granicznej w Gdańsku, w którym wzięły również udział jednostki z Rosji. Jego celem było doskonalenie umiejętności specjalistycznych z zakresu elementów taktyki antyterrorystycznej, nurkowania, survivalu morskiego oraz technik strzeleckich. Obie strony nie ukrywały zadowolenia. Polacy uczyli się od bardziej doświadczonych Rosjan uwalniania zakładników w autobusie, zaś goście chętnie przyswajali metody wejścia z wody na płynący statek. Naturalnie Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego dokładnie sprawdziła moją lojalność. Aby otrzymać certyfikat dostępu do informacji niejawnych, musiałem pomyślne przejść procedury sprawdzające i kontrolne. Wcześniej przeprowadzono obszerny wywiad środowiskowy. Byłem dwukrotnie poddawany powszechnie wzbudzającym stres badaniom wariografem. Wykrywacz kłamstw analizuje reakcje organizmu i jeśli ktoś chce udzielić nieprawdziwej odpowiedzi na pytanie, organizm zareaguje skokiem ciśnienia, przyspieszeniem oddechu, zmianą tętna i potliwości. Przypięte na ciele czujniki umożliwiają dokładne pomiary, a ich wykres pozwala specjalnie wyszkolonej osobie stwierdzić, czy u badanego pojawiły się jakieś emocje towarzyszące zdarzeniu.

Niektórzy dopatrywali się w mojej działalności drugiego dna, które publicysta „Newsweeka” Rafał Geremek, tak skomentował:

— Jacka Pałkiewicza znam osobiście od ponad pięciu lat. Mam okazję konfrontować to, co o nim pisano, z własnymi doświadczeniami. Jest to człowiek, który na pewno wyrósł ponad rodzime grono podróżników, zwłaszcza tych „koncesjonowanych” w czasach PRL. Nie na darmo rozpowiadano o nim różne plotki, sugerując tajną współpracę z najróżniejszymi wywiadami i służbami specjalnymi. Gdyby to wszystko było prawdą, Jacek z pewnością zostałby uznany za agenta wszech czasów.

Ponad podziałami partyjnymi

Nie jestem misjonarzem, nie mam specjalnej potrzeby czynienia dobra, ale też nie pozostaję bierny wobec waśni narodowych, które tak bardzo nadwyrężyły więzi międzyludzkie. Odcinam się od konfliktów wzniecanych przez walczące ze sobą obozy polityczne. Nie trawię pogardy i moralnego cynizmu niektórych polityków. Z żenadą obserwuję dziś „wojnę polsko-polską” oraz antagonizmy „my–oni”. Rozumiem takie batalie w Papui Zachodniej, gdzie żyje kilkaset plemion uwikłanych w etniczne niesnaski, mogę pojąć niezgody społeczne u wschodniego sąsiada, gdzie czysty genetycznie Rosjanin jest rzadkością. Albo kłótnie narodowościowe, które rozbiły Jugosławię, czy nawet zjednoczone ponad 150 lat temu, zdawałoby się, homogeniczne Włochy, dziś podzielone na Północ i Południe i zdominowane przez separatyzmy i regionalizmy, podnoszące hasła autonomiczne. Bo mieszkaniec Półwyspu Apenińskiego częściej odczuwa swoje przywiązanie do danego regionu niż do całego kraju. Wszędzie tam awantury wewnętrzne można sobie wyjaśnić, bo wynikły z antagonizmów narodowościowych, zaś u nas szaleństwo podziału zafundowali nam obrzucający się obelgami i insynuacjami politycy.

Nie ma zaufania w życiu publicznym, nie ma rozsądnych kompromisów, za to są biurokraci walczący o intratne posady dla zdobycia uprzywilejowanej pozycji i w konsekwencji dla wszelkiego rodzaju beneficjów. Z nieuczciwością i wykorzystywaniem władzy wiążą się korupcja, nepotyzm i inne grzechy. To niestety nasza codzienność, bo osoby na świeczniku czują się bezkarne. Co jakiś czas wybuchają kolejne afery, skandale z udziałem polityków czy innych prominentnych działaczy, którzy w większości wypadków są chronieni przez swoich protektorów i odsyłani do politycznego czyśćca. A to oznacza, że nie ponoszą żadnych konsekwencji, a rzeczony czyściec to po prostu mniej eksponowane stanowisko. Patrzę na skalę tego zjawiska, jak wielu innych, z obrzydzeniem. Kontrowersyjne zachowania polityków nie wywołują już żadnych emocji. Ludzie to zaakceptowali, bo chyba nie mają złudzeń, że mogą w tym względzie liczyć na uczciwość. Wielka szkoda, że nie przekłada się to na spadek szans wyborczych tych, którzy już raz nadużyli zaufania społeczeństwa.

Ileż to razy byłem bliski, by powiedzieć pewnym osobom, że politykiem się tylko bywa, a człowiekiem się jest. I zdarzyło się, że kiedyś nie byłem w stanie się już opanować. Jednemu z podsekretarzy stanu w Ministerstwie Kultury powiedziałem: — Ja, ministrze, byłem wczoraj, jestem dzisiaj i będę jutro. Pan jest tylko dzisiaj. Śmiertelnie obrażony, postanowił zamknąć przede mną podwoje swojego resortu.

Władza niestety deprawuje i wyzwala poczucie bezkarności. To nic nowego, bo takim pokusom nie potrafili się oprzeć nawet słynni mężowie stanu decydujący o losach świata czy liderzy społecznych ruchów. Miesiąc po rewolucji październikowej jeden z najwybitniejszych pisarzy rosyjskich Maksym Gorki odnotował: „Lenin i Trocki nie mają pojęcia o wolności i prawach człowieka. Już zepsuła ich trucizna władzy”.

W mojej profesji podróżnika jestem rad, że mogę być człowiekiem niezależnym i stać ponad wszechobecnymi dzisiaj podziałami. Często podkreślam, że jestem politycznym daltonistą. Nie sympatyzuję z żadną partią i nie interesują mnie ich ideologie. Uważam, że nie manifestując moich poglądów i przekonań, wnoszę wkład do współpracy na rzecz wspólnego dobra. Takie podejście pozwala mi na kruszenie murów między Polakami głęboko podzielonymi na dwa zwalczające się politycznie obozy, którzy już nie potrafią spokojnie rozmawiać nawet przy niedzielnym obiedzie. A przecież pamiętam, że w czasach PRL-u, kiedy wróg był jeden, ludzie potrafili się zjednoczyć.

Długoletnia praca we włoskim „Corriere della Sera” nauczyła mnie zachowywania dystansu. Tam nie było miejsca dla dziennikarzy prezentujących swoje poglądy polityczne, bo tacy są niewiarygodni. To ich po prostu dyskwalifikuje w tym zawodzie. Dlatego mogę pozwolić sobie na rozległe kontakty towarzysko-przyjacielskie z notablami władzy reprezentującymi różne opcje polityczne i w pewnych kwestiach mogę się z nimi zgadzać, a w innych nie. Cenię sobie bardzo to, że darzą mnie zaufaniem w szerokich kręgach. Na piątkowych kolacjach w moim domu bywali ministrowie, przedstawiciele finansjery, olimpijczycy, artyści, ambasadorzy. Był generał Wojciech Jaruzelski i prezydent Bronisław Komorowski z małżonką, a Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski gościli mnie u siebie. Bo, jak by nie było, wszystkim przecież zależy na naszej ojczyźnie. Bez wzajemnego działania i akceptacji odmiennych poglądów nie będzie silnej Polski. Pozostaniemy odseparowani od Europy.

W 2017 roku Konferencja Episkopatu Polski opublikowała dokument o chrześcijańskim kształcie patriotyzmu, w którym biskupi zwrócili uwagę na to, że w sytuacji głębokiego sporu politycznego, jaki dzieli Polskę, patriotycznym obowiązkiem wydaje się zaangażowanie w dzieło społecznego pojednania poprzez niezbędną dla kraju współpracę ponad podziałami. Chciałem wówczas wierzyć, że dzięki nauce i spuściźnie św. Jana Pawła II ten katolicki przekaz trafi do serc skłóconych aktorów sceny politycznej. Niestety, przeliczyłem się.

Za to sporo zadowolenia przynosi mi misja ocieplania stosunków międzysąsiedzkich i polepszenia wzajemnego postrzegania się Polaków i Rosjan. Pół wieku doświadczeń eksploratorskich na wszystkich szerokościach geograficznych pozwoliło mi poznać kultury zarówno narodów wysoko cywilizowanych, jak i zachowujących własne dziedzictwo kulturowe plemion tubylczych, od których wiele się nauczyłem. Dlatego zawsze powtarzam, że ważniejszy jest sąsiad za miedzą niż brat za daleką górą. Moralnego wsparcia dodaje mi Krzyż „Pro Ecclesia et Pontifice”, który otrzymałem od Benedykta XVI w dowód „zaangażowania w pracę na rzecz wspólnego dobra”.

Żywię przekonanie, że Polacy nie są rusofobami. Nie obawiam się iść pod prąd potocznych antyrosyjskich opinii, wzajemnych fobii i stereotypów, które zamiast dialogu i próby porozumienia wznoszą mur niechęci między Polakami a Rosjanami. I choć mieszkam poza swoim krajem, bardzo mi zależy na poprawie katastrofalnych dzisiaj stosunków międzysąsiedzkich. To dla mnie duże wyzwanie, w którym widzę sens moich wysiłków.

W kwietniu 2020 roku minister spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej Siergiej Ławrow zaskoczył komentatorów politycznych zapowiedzią, że Moskwa liczy na pokonanie kryzysu w relacjach z Polakami. Podkreślił, że istnieje wiele kanałów współpracy, które można odmrozić. „Naprawdę mam nadzieję, że my i nasi polscy sąsiedzi i, nie boję się użyć tego słowa, przyjaciele, a mam wielu przyjaciół w Polsce, przezwyciężymy obecny kryzys i nie przetrwają próby sztucznego tworzenia powodów separacji naszych narodów” — cytowała go RIA Novosti.

To krok ze strony Kremla zapowiadający gotowość do ułożenia się. Zadzwoniłem do naczelnego redaktora ważnej gazety, że napiszę tekst. „Z całym szacunkiem dla ciebie, ale tego nie wydrukuję” — usłyszałem. Skontaktowałem się z innym opiniotwórczym dziennikiem i... ręce mi opadły. „Zrozum — tłumaczył szef redakcji — to drażliwy temat, nie chcę w to wchodzić”. Nie dyskutowałem, choć jeszcze niedawno w prywatnej rozmowie całkowicie podzielał moje zdanie w tej kwestii.

Nie tylko media nie mają ochoty angażować się w temat zbliżenia ze wschodnim sąsiadem. Żaden polityk, bez względu na przynależność partyjną, nawet jeśli jest rusofilem, nie przyzna się do tego publicznie. To niechlubne faryzeuszostwo, bo w prywatnych rozmowach wszyscy są zgodni, że trzeba szukać drogi do normalizacji tych stosunków.

Wielowiekowa historia relacji między naszymi krajami nie była pozbawiona, napięć, animozji. Wszelkie konflikty z przeszłości zostawiły ślad w świadomości Polaków, co dzisiaj próbuje się jeszcze wykorzystywać. Sto lat temu rosyjski filozof i największy myśliciel prawosławny Nikołaj Bierdiajew podkreślał, że przynależymy do jednej duchowej wspólnoty, do dwóch spokrewnionych słowiańskich dusz, mających wspólny rodowód, język, ogólnosłowiańskie cechy rasowe, oraz że polsko-rosyjskie relacje mają swój bardzo głęboki, duchowy wymiar. „Naród rosyjski powinien odkupić swoją historyczną winę wobec narodu polskiego, zrozumieć inność Polski i nie traktować jako zła, różnicy duchowej między oboma narodami — pisał. — Polacy zaś powinni starać się zgłębić duszę Rosji, uwolnić się od awersji wobec odmiennego typu duchowości”.

Stalin twierdził, że „naród Kraju Rad lubi Polaków, ale władze Kraju Rad mają prawo się mylić”, zaś noblista Czesław Miłosz z kolei powiedział, że „jak każdy Polak lubi Rosjan, lecz nie lubi Rosji”. To dość istotna kwestia, bo oznacza, że władza nie zawsze znaczy naród . Dlatego inaczej postrzegamy Rosjan, „zwykłych ludzi”, a zupełnie inaczej widzimy Rosję jako państwo, co wynika z długiej historii wzajemnych antagonizmów, poczucia krzywdy za przymusową sowietyzację kraju oraz represje bezpieki bolszewickiej stworzonej, o ironio, przez Polaka Feliksa Dzierżyńskiego.

Bez wątpienia istnieją niemałe rozbieżności we wzajemnym postrzeganiu się Polaków i Rosjan. Nie ma jednolitego „dobrego” lub „złego” wizerunku, anonimowa niechęć do Rosjan znika, kiedy spotykamy konkretnego Rosjanina. Znam dobrze Rosjan, przemierzyłem ich kraj wiele razy i nie zdarzyło mi się spotkać z nieżyczliwością. Każdego dnia natykałem się na propolską sympatię rosyjskiej inteligencji, która z sentymentem wspominała, jak to w czasach komuny „europejska” Polska była dla nich oknem na świat. Fascynacja naszym krajem wynikała z filmów Wajdy i Zanussiego, z serialu Czterej pancerni i pies, kiełbasy krakowskiej, sklepów Mody Polskiej, wreszcie z cieszących się popularnością w społeczeństwie rosyjskim piosenkarek i aktorek takich jak Anna German, Maryla Rodowicz, Beata Tyszkiewicz czy Barbara Brylska.

Przychylność widoczna była też ze strony prostych ludzi z klasy robotniczo-chłopskiej, którym przez 70 lat komunizmu wmawiano, że należą do uprzywilejowanej kasty bezklasowego społeczeństwa. Choć byli też i tacy, którzy potrafili wytknąć „dumnym z wiekowymi tradycjami szlachcicom” ich lekceważącą postawę i inklinacje do wielkopańskości. O polskiej rogatej duszy, o poczuciu lepszej „inności”, obcej Rosjanom zarozumiałości, wybujałym ego słyszałem wiele razy od moich przyjaciół. Dostojewski w Braciach Karamazow daje obraz „Polaka — człowieka wyniosłego i pyszałkowatego”.

 

Nastawienie do Polski w czasach sowieckich było ciepłe i serdeczne, ale to się zmieniło, gdy runęła żelazna kurtyna. Bezstronną ocenę utrudnia też nieokreśloność tożsamości narodowej Rosji, skoro istnieje pojęcie russkij, czyli etniczny Rosjanin, i rossijanin — obywatel Federacji Rosyjskiej. Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich stanowił skomplikowany konglomerat najrozmaitszych nacji, które mieszały się, ale też przez kilka pokoleń zachowały swój charakter, zatem nie mają one wiele wspólnego ze Słowianami.

Dorzućmy jeszcze Rosjan polskiego pochodzenia, którzy po pierestrojce nie bali się już przyznawać do polskich korzeni. Nadwiślańskie rodowody ma tam wielu uczonych, przedsiębiorców, ludzi kultury, a także rzesze zwykłych ludzi o polskich nazwiskach. I chociaż nie znają języka przodków, to ich poczucie przynależności do narodu polskiego jest niekłamane i głębokie.

Jeszcze przed upadkiem Związku Radzieckiego dyplomaci radzieccy mówili, że 30 procent Polaków przychylnie wyraża się o ich kraju. Tyle samo czuje niechęć, a stosunek pozostałych zależy od sytuacji politycznej w obu krajach bądź od kreowanych przez środowiska opiniotwórcze wyobrażeń. Dwa lata temu podczas mojego uniwersyteckiego wykładu w Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych, rosyjskim Harvardzie, „kuźni” kadr dyplomatycznych, studenci potwierdzili mi te same proporcje.

A jak Rosjanie postrzegają Polskę? Odnoszę wrażenie, że procentowo wygląda to tak: 60–20–20. Chociaż moja przyjaciółka, Mołdawianka Irina, twierdzi, że nie ma Rosjanina, który byłby zdystansowany wobec Polski czy jej nieprzyjazny. Podkreśla, że wprawdzie Rosjanin nie czuje uprzedzenia do Polaka za stare „grzechy”, związane z Moskwą w 1612 lub 1812 roku, ale boleśnie rani go burzenie pomników ku czci wojennych bohaterów.

Dołączam do tych osób, które poznały Rosjan i zaręczają, że to ludzie serdeczni, towarzyscy, gościnni i uczuciowi. Bezkompromisowi, oszczędni w okazywaniu emocji, przywiązani do swojego punktu widzenia. Potrafią zawzięcie bronić własnych racji. Obce są im patos, wygórowane ambicje czy gloryfikacja swojej pozycji zawodowej. Tu, zwracając się do wybitnego chirurga, cenionego naukowca czy uznanego profesora akademickiego, używa się tylko imienia odojcowskiego, zastępującego pospolity zwrot grzecznościowy „pan”, „pani”. Jakże inaczej wygląda to na przykład u Włochów, którzy uwielbiają być tytułowani. W Rzymie uliczni naganiacze parkingowi zawsze zwracają się do kierowcy dottore, czyli panie magistrze, a każdy absolwent wydziału prawa jest tam tradycyjnie nazywany avvocato.

Wiele dobrego mógłbym też powiedzieć o Sybirakach, których poznałem w przeróżnych zauralskich zakątkach. To ludzie zaradni, twardzi i zahartowani, zdolni do największych poświęceń. Zmarły w 1979 roku rosyjski poeta Nikołaj Tichonow niezwykle trafnie ich opisał: „Gdyby gwoździe robić z tych ludzi, nie byłoby mocniejszych gwoździ na świecie”. Nie widziałem, aby rozczulali się nad sobą, zwykle żyją skromnie. Nie przywiązują większej wagi do dóbr materialnych. Częstokroć byłem świadkiem ich bezinteresowności i gotowości do podzielenia się ostatnią kromką chleba, do której zawsze znalazł się jeszcze kieliszek wódki.

Nie mam wątpliwości, że wzajemne postrzeganie Polaków i Rosjan na poziomie ludzkim, z dala od polityki i mediów, jest więcej niż życzliwe.

W historii obu krajów znajdziemy wiele wspólnych punktów. Nasze narody to dwie forpoczty słowiaństwa w Europie, połączone nie tylko wielowiekowym sąsiedztwem, ale także pokrewieństwem językowym i antropologicznym. Zawsze miałem poczucie, że jakaś niewidzialna nić łączy naszą słowiańską wspólnotę jak w legendzie o trzech braciach — Lechu, Czechu i Rusie, którzy założyli trzy słowiańskie narody: Czechów, Lechitów, czyli Polaków, oraz Rusów, inaczej Rusinów. Władcy ci byli zarówno mężni w boju, jak i mądrzy, a poddani, żyjąc w zgodzie ze sobą, wiedli wspaniałe życie, ciesząc się dobrobytem, który nastał za panowania trzech braci.

Niezaprzeczalnie Polacy silniej się utożsamiali ze Słowianami niż na przykład Holendrzy z Germanami. A jednak ta słowiańskość się rozpłynęła. Dziś to pojęcie jest już tylko romantycznym wspomnieniem. Każdy kraj stara się po swojemu szukać inspiracji we własnej tradycji, a Polska, Bułgaria, Słowacja, Czechy i Chorwacja szukają jej w kulturze zachodniej, do której silnie aspirują. Ale pamiętać trzeba, że Słowian wciąż łączą wspólne korzenie oraz wykazująca wiele podobieństw kultura, język, podobne doświadczenia, niektóre tradycje, a nawet upodobania kulinarne.

W trosce o zauralskie dziedzictwo naukowe, przy wsparciu mojego przyjaciela Andrzeja Mańkowskiego z Uzdrowiska Szczawnica, zorganizowałem w 2013 roku wyprawę szlakiem polskich zesłańców wywiezionych w XIX wieku w głąb Imperium Rosyjskiego za występki przeciwko carskiej władzy w Polsce i na Litwie. Honorowego patronatu wyprawie udzielił ówczesny minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski, a także ambasady obu krajów. Od dawna chciałem przypomnieć o tych wybitnych ludziach, dla których Syberia była nie tylko miejscem zsyłki, ale i polem do badań naukowych. Była to również nadzwyczajna sposobność, aby przybliżyć Rosjanom współczesną Polskę, przezwyciężać urazy i wzmocnić więzi między naszymi krajami. Starając się odciąć od naukowego polonocentryzmu, postanowiłem oddać cześć dziesiątkom tysięcy Polaków, stanowiących w dużej mierze elitę intelektualną, a przy tym wielkim patriotom, którzy z konieczności, jako poddani, oddawali swoje serca i umysły Imperium Rosyjskiemu. Wśród nich byli ludzie nauki, których osiągnięcia na polu badawczym i naukowo-odkrywczym z powodu braku własnej państwowości często były zapisywane na konto Rosji.

Wśród rzeszy zesłańcow na specjalne wyróżnienie zasłużył znamienity tercet: Aleksander Piotr Czekanowski, Jan Czerski i Benedykt Dybowski. Oni to odcięci od warsztatu naukowego, w spartańskich warunkach i skrajnie nieprzyjaznym klimacie zajmowali się badaniem Syberii. Wszyscy zostali uhonorowani najwyższym odznaczeniem — Wielkim Złotym Medalem Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego, Czerski nawet trzykrotnie. Pierwszy z nich to uczestnik powstania styczniowego 1863 roku, z wykształcenia medyk i geolog, swoje wielostronne obserwacje zawarł w publikacjach o pionierskim charakterze. Czerski zaś prowadził badania z zakresu zoologii, paleontologii i meteorologii. W 1881 roku opracował pierwszą mapę geologiczną wybrzeża jeziora Bajkał. Benedykt Dybowski natomiast, zaliczany do najznakomitszych badaczy Syberii Wschodniej i Dalekiego Wschodu, zajmował się przede wszystkim badaniami zoologicznymi. Przedterminowo zwolniony z zesłania wrócił do Warszawy, ale nie zagrzał tam długo miejsca i wrócił do przybranej ojczyzny. Na Kamczatce badał kultury Ajnów, Itelmenów i Korjaków, prowadził działalność charytatywną, by wreszcie objąć stanowisko lekarza okręgowego.

Zesłańcy pozostawili po sobie trwałe ślady. Mapa azjatyckiej części Rosji aż roi się od nazw nadanych na cześć naszych rodaków. Wszystko zaczęło się w roku 1889, kiedy na posiedzeniu zarządu Imperatorskiego Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego w Petersburgu wybitny geolog i badacz Arktyki Edward Toll zaproponował, aby odkryty niedawno w Jakucji przez Aleksandra Czekanowskiego duży łańcuch górski nazwać imieniem odkrywcy. Wniosek został przyjęty i wkrótce w ten sam sposób upamiętniono Benedykta Dybowskiego, Jana Czerskiego czy Karola Bohdanowicza, nazywając ich imionami pasma górskie, szczyty, przełęcze, doliny, miasta.