palkiewicz.com

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
palkiewicz.com
palkiewicz.com
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 92,80  74,24 
palkiewicz.com
palkiewicz.com
Audiobook
Czyta Gracjan Kielar
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rodziny patrycjuszowskie swoje wielkie kapitały lokowały w weneckim przemyśle jedwabniczym, szklarskim, solnym czy transporcie morskim. Powstawały banki. Nastąpił rozkwit rzemiosł artystycznych, szczególnie złotnictwa, krawiectwa i dekoracji wnętrz, zaspokajający liczne zamówienia uwielbiającego zbytek patrycjatu weneckiego. To bogactwo i przepych do dziś są świadectwem wspaniałości owych czasów.

Armatorzy brali na siebie odpowiedzialność za transport, pobierając za to 3 procent wartości frachtu. W czasach Marco Polo większość transportu morskiego stanowiły małe statki żeglugi przybrzeżnej o ładowności około 100 ton, które mogły wpływać do portów w ujściach rzek, i lepiej rozkładały ryzyko handlowe w przypadku zatonięcia czy rabunku. Były zapokładowane i posiadały jeden lub dwa maszty z łacińskimi, trójkątnymi żaglami rozpiętymi na ukośnych rejach. Niektóre dysponowały dodatkowo rzędem wioseł z każdej burty, które służyły do manewrów przy wchodzeniu i wychodzeniu z portu, a dodatkowo pomagały w ucieczce przed wrogiem. Bywało, że na pokładzie znajdowało się stanowisko łuczników ochraniających statek przed grabieżcami. Zaczęto używać kompasu okrętowego, który uzupełniał mapy i portolany. Na wody wypływały również niemałe trzypokładowe statki żaglowe, osiągające długość 35 metrów i zabierające 800 ton towarów. Na jednym z dwóch masztów nosiły żagiel nawet o powierzchni 370 metrów kwadratowych. Pod koniec XIV wieku flota wenecka liczyła ponad 300 jednostek różnej wielkości. Dla bezpieczeństwa żeglugi okazałe konwoje kilkudziesięciu frachtowców kierujących się do Lewantu, Bizancjum czy na Morze Czarne eskortowane były przez okręty wojenne.

Wenecja była związana i z Jedwabnym Szlakiem, i z nie mniej ważnym bursztynowym, który brał początek w Akwilei i biegł przez Alpy, Dolinę Dunaju, Kotlinę Kłodzką, Opole, Kalisz, aż do Bałtyku. Czasem kupcy przemieszczali się drogą wodną, spływając wygodnie i bezpiecznie korytami rzek naszej Wisły i Odry. Znaczącą, w zasadzie końcową faktorią był Pruszcz Gdański, położony w epoce brązu nad brzegiem płytkiego jeziora lagunowego, które gwarantowało łatwy dostęp do Bałtyku. Zalew Wiślany sięgał wówczas aż po dzisiejszy Malbork, pozwalając drogą wodną sprowadzać do Pruszcza worki pełne bursztynu pozyskanego z sambijskiego klifu.

Wenecja to miasto, które można pokochać lub znienawidzić. Trzeba przyznać, że w dwa wieki po zmierzchu Republiki Weneckiej wciąż walczy o przetrwanie, bo po prostu podupada i powoli pustoszeje. Powodów jest wiele: wysokie koszty utrzymania, niewygodna w użyciu komunikacja miejska, brak nowoczesnych udogodnień, dające się we znaki bezrobocie czy nieustanne problemy związane z remontem mieszkań.

Historia Giancarla Prandiego, znajomego wenecjanina, którą zanotowałem, jest odzwierciedleniem wszystkich problemów, z jakimi borykają się wenecjanie:

„Urodziłem się w biednej rodzinie. Po wojnie mieszkaliśmy na 90 metrach kwadratowych w dziewięć osób: rodzice, dwóch braci, ciocia wdowa i jej trójka dzieci. Pomagałem ojcu domokrążcy w sprzedawaniu artykułów kuchennych i na chodnikach Cannaregio nauczyłem się wszystkiego. Poznałem znój pracy i siłę własnej determinacji. W połowie lat 60. żyliśmy już dostatnio. Stać nas było na wakacje zagraniczne czy pójście do teatru. Teraz czasy się zmieniły, cofamy się. Pustoszeją domy, w ciągu kilku miesięcy zostały zamknięte pobliska piekarnia, kiosk, bar i sklepik tytoniowy, a wszystko po to, aby zrobić miejsce dla fast foodów, lodziarni i stoisk z tandetnymi gadżetami. W okolicach Canal Grande, na trasie z dworca kolejowego do placu św. Marka, panują zgiełk i tłok. Nikt nie wie, ilu turystów odwiedza nasze miasto na jeden dzień, nie zatrzymując się na nocleg. Do niedawna każdego ranka musiałem przeciskać się przez tabuny zwiedzających, aby kupić gazetę i wypić espresso. Dlatego postanowiłem przenieść się poza centrum, na Santa Maria Formosa, ale restrukturyzacja kosztuje mnie fortunę i tu też robi się podobnie. Najładniejszy pałacyk przerabiają na hotel. Często jeżdżę autobusem do położonego na stałym lądzie Mestre, gdzie toczy się zwykłe życie i gdzie bez dwóch zdań skoncentruje się przyszłość. Wenecja jest tylko wizytówką, placówki handlowe są właśnie tam i w przemysłowej dzielnicy Marghera”.

Specjaliści prorokują, że jeśli nic się nie zmieni, to za kilkadziesiąt lat ostatni mieszkaniec Wenecji umrze lub przeniesie się na stały ląd. Do niedawna jedynymi, którzy migrowali do anonimowego, pozbawionego historii Mestre, byli ludzie starsi, zmuszeni przez rosnącą drożyznę do sprzedania swoich posiadłości. Ładowali meble na łodzie i niczym wysiedleńcy z terenów ogarniętych pożogą przenosili się na ląd. Dziś dołącza do nich młode pokolenie poszukujące normalnego życia, centrów handlowych, fitness klubów, dyskotek czy pizzerii po przystępnych cenach. Depopulacja miasta jest widoczna. W gminie mówią, że każdego roku wyjeżdża około półtora tysiąca osób.

Coraz częściej wielu dziennikarzy i naukowców, zarówno włoskich, jak i zagranicznych, twierdzi, że Wenecja umiera i jej zagłada jest nieunikniona. W ciągu ostatnich 70 lat miasto straciło 120 tysięcy mieszkańców. To zatrważające, zważywszy, że odnotowano przy tym dramatyczny wzrost liczby odwiedzających: szacunkowo 23 miliony rocznie, co oznacza 63 tysiące turystów dziennie w porównaniu z liczbą 54 308 mieszkańców.

Ale prawdą jest i to, że zmierzch Wenecji zapowiadano już w XIX wieku. Wielu „ekspertów” i literatów ogłaszało śmierć „królowej Adriatyku” tyle razy, że dziś przybysz nie może się wprost nadziwić, że miasto wciąż żyje i zachwyca swym pięknem.

Zapewne lord Byron, który w hotelu Gran Bretagna nad Canal Grande spędził pięć lat, wiodąc życie libertyna, byłby dziś zaskoczony. Angielski poeta zapowiadał plajtę miasta, opisując z z nostalgią ginącą chwałę: „Budynki są niszczone, muzyki już nie słychać, dobre dni minęły, pozostał tylko artyzm...”.

Honoriusz Balzak postrzegał „królową Adriatyku” jako „miasto kresu życia, zapadające się w swoim grobie”, zaś Guy de Maupassant pisał o „charyzmie dumy dawnej świetności, gdzie wszystko wydaje się leżeć w ruinach i w każdej chwili może zatopić się w wodzie, która je podpiera”.

I jeszcze ciekawostka. Otóż w Wenecji zameldowanych jest kilkanaście tysięcy majętnych obcokrajowców. Wielu z nich kupiło lub wynajęło wraz ze służbą apartament w którymś z siedemnastowiecznych palazzi i kreują się na arystokratów. Przez wiele lat nabywcy pochodzili przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, a teraz dominują Rosjanie i Chińczycy, którzy tylko od czasu do czasu pojawiają się w swoich rezydencjach. Inni kupują nieruchomości w celach inwestycyjnych albo jako pied-à-terre i spedzają w nich wakacje.

A jednak masowy najazd turystów nie ustaje, oblegają to miasto, które stopniowo przeistacza się w Disneyland laguny. Trudno nie przyznać racji Tomaszowi Mannowi, który w 1912 roku widział w Wenecji „miasto na pół bajkę, na pół turystyczną pułapkę”.

Nie ma jednak nic gorszego niż codzienna inwazja gigantycznych, górujących nad pejzażem wycieczkowców, z pokładów których pasażerowie mogą dotknąć ręką kamienic na kanale Giudecca, Riva degli Schiavoni, a nawet przy ujściu Canal Grande. Te współczesne świątynie konsumpcjonizmu kolonizują miasto i, gardząc nim, degradują panoramę Wenecji. Podobne do kolosalnych hoteli w Las Vegas luksusowe transatlantyckie liniowce przypominają zagęszczone w jednym wieżowcu kilkutysięczne miasto, z centrami handlowymi, siłowniami, teatrami, kasynami, lodowiskami, ścieżkami do joggingu, boiskami sportowymi. Kolosy swoim szpanerstwem i pompatyczną arogancją przeżywają chwile glorii, mogąc zapewnić pasażerom bezprecedensowy widok. A że ta fanfaronada jest afrontem naruszającym historyczny spokój tysiącletniej bazyliki czy skrzydlatego lwa nad portalem do Pałacu Dożów, to już zupełnie inna sprawa.

Temat od lat wywołuje dyskusje. W 2018 roku prawie 600 takich wielkich statków o wyporności trzy razy większej od Titanica dowiozło tutaj ponad półtora miliona urlopowiczów. W każdej chwili może wydarzyć się jakaś tragedia, nie mówiąc o tym, że przemieszczają one setki tysięcy metrów sześciennych wody, niebezpiecznie naruszając delikatne fundamenty miasta.

Zakończę jednak optymistycznym tonem.

Pozostawiając w Niemczech stanowisko ministra, w 1786 roku przybył tu Johann Wolfgang Goethe. On również spełniał, jak ja, młodzieńcze marzenia o tym, by zagubić się w „labiryncie wąskich uliczek i pływać godzinami gondolą”. Poeta dzielił się wrażeniami: „Wszystko, co mnie otacza, jest pełne szlachetności. To wielkie i godne szacunku dzieło kunsztu ludzkiego, wspaniały pomnik, nie monarchy, lecz ludu. Nawet, jeśli komercyjny duch Serenissimy wiotczeje, to jednak jej godna podziwu struktura i charakter ani na chwilę nie przestają egzaltować”. Wielkim admiratorem Wenecji był też słynny niemiecki filozof Friedrich Nietzsche, który wielokrotnie tu powracał i przez pewien czas mieszkał w jednym z apartamentów Pałacu Berlendis. Zakochał się w tym mieście i u schyłku życia, w swojej ostatniej książce Ecce Homo: Jak się staje, czym się jest, pisał: „Gdy szukam synonimu muzyki, znajduję jedynie słowo «Wenecja»”. W połowie lat 50. ubiegłego wieku amerykański pisarz Truman Capote zauważył: „Być w Wenecji, to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz”. Zachwycali się nią Jean Jacques Rousseau, Tomasz Mann, Francesco Petrarka. Natchnienie czerpali tu Richard Wagner, Wolfgang Amadeusz Mozart, Georg Friedrich Händel, a z Polaków Maria Konopnicka, Stanisław Wyspiański, Stefan Żeromski czy Józef Ignacy Kraszewski.

O olbrzymiej popularności Wenecji świadczy fakt, że stworzono imponującą liczbę jej imitacji. Dla Amerykanów stała się rodzajem obsesji, tę nazwę nosi tam 27 miast, nie mówiąc o Brazylii, gdzie jest tylko o kilka mniej. Jeden ze stanów w Wenezueli to również Wenecja. W Polsce, a dokładnie w województwie kujawsko-pomorskim, także mamy Wenecję. Wcześniej ta wieś nazywała się Mościska, ale jeszcze w XIV wieku właściciel osady, możnowładca wielkopolski Mikołaj Nałęcz, po powrocie ze studiów w mieście Dożów, przemianował Mościska na Wenecję. Dzisiaj, z racji posiadania chociażby kilku kanałów, szczycą się porównaniami do Wenecji: Aveiro w Portugalii, Brugia w Belgii, Amsterdam nazywany „Wenecją Północy”, Petersburg, Hamburg i Sztokholm. Niewielu wie, że do naszego rodzimego Pułtuska za sprawą Narwi, która szerokim łukiem opływa rynek miejski, przylgnęło określenie „Wenecja Mazowsza”.

 

Z takiego wspaniałego, kapiącego przepychem miasta wyruszył w świat osiemnastoletni Marco Polo, by przebyć Azję, poznać Chiny i zapisać się w naszej pamięci jako jeden z najsłynniejszych eksploratorów.

I to właśnie stąd również i ja wyruszałem na odległe szlaki.

Dziękuję, Marco! Za każdym razem, gdy wracam tu z kolejnych wypraw, mój podziw dla Ciebie wzrasta.

O krok przed innymi

Na zajęciach ze studentami uczelni akademickich zawsze zadaję podchwytliwe pytania. Kto pamięta, jak się nazywał żeglarz, który jako drugi po Krzysztofie Kolumbie dopłynął do Ameryki? Nie wiecie? Dobrze, a kto przypomni nazwisko drugiego wspinacza na szczycie Mount Everest? Też nikt nie wie? A kto w drugim locie postawił nogę na Księżycu? Czasami słyszę odpowiedź, że Buzz Aldrin, ale to nieprawda. On towarzyszył Neilowi Armstrongowi w pionierskim locie. Druga para to Pete Conrad i Alan Bean, ale tego już nikt nie wie. To znaczy, że drugi nigdzie się nie liczy, ważny jest tylko ten pierwszy. Pierwszy znaczy najlepszy! Ten, który jest o krok przed innymi.

Pomysł bycia najlepszym narodził się swego czasu w Japonii i opierał się na samurajskich tradycjach. Później dotarł do Stanów Zjednoczonych, które edukację menedżerską mają na najwyższym poziomie. Z czasem program takich treningów dla liderów biznesu i finansjery, za którymi oglądają się head hunterzy, znalazł się w mojej szkole survivalu we Włoszech. Tu został zmodyfikowany i przystosowany do europejskiej mentalności. Certyfikat szkoły pod patronatem Ministerstwa Obrony Cywilnej stał się dla kursantów szczytnym i nobilitującym dokumentem. Zajęciami survivalowymi kierowali wymagający instruktorzy, wśród których wyróżniał się ich szef Alberto Giustetto, z długim stażem w Legii Cudzoziemskiej, oraz sierżant Zielonych Beretów Scott Penn, kuzyn znakomitego aktora Seana Penna. Dodatkowo odbywały się lekcje i warsztaty prowadzone przez doświadczonych trenerów rozwoju osobistego, którzy zastrzegali, że magiczna formuła na sukces nie istnieje. To sekwencja żmudnych i powtarzalnych działań wymagających wielu wyrzeczeń, dyscypliny, determinacji i wytrwałości. Zwycięstwo przewidziane jest tylko dla tych, którzy są gotowi zapłacić za nie odpowiednią cenę. Trenerzy przekazywali szereg złotych zasad i sprawdzonych strategii, które tylko z pozoru są pustą teorią, bo pozwalają rozwijać się, uczyć i czynić postępy na drodze do samodoskonalenia.

Chcę napiętnować popularny u nas zwrot, którego nie znoszę, a mianowicie „udało się”. Piłkarzom udało się wygrać ciężki mecz. Bokserowi udało się wejść do finału olimpijskiego turnieju. Sąsiadce udało się kupić cebulę cukrową. Ta defensywna strategia leży chyba w naszej naturze, a to niedobrze. W życiu nic nie jest dziełem przypadku. Gdy się do czegoś zabieram, to do celu dążę z pasją i całkowitą determinacją, a przede wszystkim z niezachwianą wiarą w sukces. Nie liczę na fart, bo udać może się raz czy dwa.

Za rzadko słyszymy: „Mecz się zupełnie nie układał i chociaż jeszcze kilka minut przed końcowym gwizdkiem przegrywaliśmy, zdołaliśmy odwrócić niekorzystne losy spotkania. Mimo beznadziejnej sytuacji uwierzyliśmy we własne siły i wywalczyliśmy awans”. Albo: „Potrafiliśmy wygrać w zasadzie przegrany mecz. Udźwignęliśmy presję, pokazaliśmy waleczność i pewność siebie”.

Jeżeli chce się wyróżnić z tłumu i coś w życiu osiągnąć, trzeba mieć wielkie marzenia i celować w gwiazdy, myśląc przy tym nieszablonowo. Droga do sukcesu nie jest taka prosta. Tu nie ma skrótów, liczą się tylko ciężka harówka, żelazna konsekwencja, entuzjazm i przekonanie.

Za sukces z góry płaci się pewną cenę, nie mając przy tym gwarancji zwrotu. Jak wiadomo, trzeba myśleć pozytywnie, nie przejmować się niezdrową krytyką konkurencji ani nie słuchać opinii negatywnie nastawionych ludzi. Jak to mówią Hindusi: „Słoń nie zatrzymuje się, gdy psy wokół szczekają”.

Nigdy nie wolno się poddawać, bo potknięcia są nieuniknione, i nie wolno bać się porażki. Jeśli się nie uda, zawsze można spróbować ponownie. Droga do sukcesu wymaga również podejmowania ryzyka. Zdarzają się okazje, które mogą się już więcej nie powtórzyć. Bez ryzyka niełatwo osiągnąć cel i pić szampana. David Lloyd George, brytyjski polityk i mąż stanu, lubił powtarzać: „Nie bój się dużego kroku. Nie pokonasz przepaści dwoma małymi”. Popełniony błąd to nie powód do tragedii, a tylko lekcja. To okazja, aby się rozwijać i uczyć. Podobno tylko ten się nie myli, kto nic nie robi. Jeżeli nie popełniasz błędów, znaczy to, że za mało robisz, za mało ryzykujesz. Jeśli się upadnie, należy wstać, otrzepać się z kurzu i iść dalej. Nieraz trzeba się cofnąć, ale tylko po to, żeby wziąć rozbieg.

Jedną z lekcji, której nie udzielają w szkole biznesu, jest upoważnienie pracowników do tego, by popełniali błędy, a potem się na nich uczyli, bo siłą, prawdziwym motorem każdego biznesu i źródłem sukcesu firmy są zwykle ludzie. Stąd wniosek, że wprawdzie samemu można wiele, ale w grupie wartościowych osób nie ma rzeczy niemożliwych.

Arnold Schwarzenegger, który jest inspiracją dla setek tysięcy miłośników sportów siłowych, zawsze stawiał wszystko na jedną kartę. „Zapomnij o planie B. Jeśli wiesz, co chcesz osiągnąć w życiu, nie potrzebujesz siatki ochronnej — podkreśla do dzisiaj. — Takie podejście może negatywnie wpłynąć na realizację celu, bo potrafi osłabić”. Ja podczas samotnego rejsu przez Atlantyk też musiałem zastosować tę zasadę, ale z innego powodu. Nie miałem kontaktu ze światem zewnętrznym.

Pranie mózgu w mojej szkole zawierało obfitość przykładów czerpanych ze sportu. Dlaczego słabszy zawodnik niejednokrotnie wygrywa z silniejszym? Bo silniejszego zawiodła psychika. Wielokroć drużyna potrafi wygrać mecz w zasadzie przegrany, bo umie udźwignąć presję. To się nazywa mentalnością zwycięzców.

Wiara w zwycięstwo graniczy często z wiarą w cuda. Świadczy o tym przykład amerykańskich hokeistów amatorów, zebranych z zespołów uniwersyteckich, którzy w 1980 roku na zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Lake Placid upokorzyli niezwyciężoną Sborną Związku Radzieckiego. Była to jedna z największych sensacji w dziejach sportu. Drużyna, która teoretycznie nie mogła liczyć na nawiązanie wyrównanej walki, dzięki determinacji dokonała niemożliwego, wygrała 4:3. To symbol tego, do czego zdolny jest zgrany kolektyw.

„Sportowiec musi wierzyć w siebie wtedy, gdy nikt inny w niego nie wierzy — to czyni go wygranym już na początku” — głosiła podwójna mistrzyni olimpijska, amerykańska tenisistka Venus Williams. W krytycznej chwili nie wolno zwątpić, ważne, aby wierzyć w siebie. Przegrać i być pokonanym to nie to samo. Przegrywają ci, którzy nawet nie próbowali walczyć, a pokonanymi są, którzy walczyć potrafili. Taka porażka nie przynosi wstydu. Trener drużyny lekkoatletycznej Stanów Zjednoczonych Terrence Mahon uczył: „Zachowuj się tak, jakbyś już osiągnął cel. Aby fizycznie przekroczyć pewną granicę, musisz najpierw przekroczyć ją w swojej psychice, musisz złamać barierę, która powstrzymuje cię przed sukcesem”.

Przykład biblijnej walki niepozornego Dawida z olbrzymem Goliatem to metafora nieoczekiwanego triumfu odniesionego przez słabszego nad kimś znacznie silniejszym. Z pozoru przegrany pokonuje giganta. Nie wolno umniejszać swoich możliwości i tracić nadziei nawet w najgorszych okolicznościach, bo zawsze jest jakieś wyjście. Trzeba pamiętać, że w potyczce decydującym czynnikiem jest nie siła fizyczna, a nastawienie mentalne, wola walki i wiara we własne możliwości.

Swego czasu jeden z moich oponentów usłyszał ode mnie: „Wygram z tobą w każdej konkurencji, jaką wybierzesz, nie dlatego, że jestem silniejszy czy inteligentniejszy, tylko ja nigdy się nie zmęczę, a ty tak”, co niektórzy moi adwersarze odebrali jako zarozumialstwo.

W pewnym momencie założona przez mnie szkoła przetrwania zainicjowała cykl szkoleń pod nazwą „Challenging”. To była prawdziwa próba siły, czy jak ktoś woli, wyzwanie do ekstremalnego pojedynku. Twarda rzeczywistość pośród piasków pustyni czy dżungli amazońskiej, obciążenia na łonie nieprzyjaznej natury, gdzie wszystko ogranicza się do esencjonalnego minimum, wystawiają każdego na surową próbę charakteru. Wystarczy kilka dni poza własnym środowiskiem, aby najbardziej pewni siebie stracili grunt pod nogami. „Propozycja Pałkiewicza — napisał włoski «Corriere della Sera» — to bezwzględny test ludzkich możliwości, gdzie do przekraczania barier nie wystarczą wyrazista osobowość, kompetencje czy autorytet”.

Miałem bogaty bagaż doświadczeń. Najcenniejsze wyniosłem z samotnego rejsu szalupą ratunkową przez Atlantyk. W 1975 roku postanowiłem przepłynąć ocean w roli dobrowolnego rozbitka, bez radia i sekstantu. Zamierzałem udowodnić, że ofiara morskiej katastrofy, mając do dyspozycji tradycyjną łódź ratunkową, może ocaleć, jeśli się nie podda. Bo siła ducha i pragnienie życia są w stanie ją uratować.

Przez 44 dni czułem się zawieszony w przestrzeni i czasie. Towarzyszył mi wciąż mroczny szum morza i palące promienie słońca. Kiedy pojawiało się stado wdzięcznie harcujących delfinów, mogłem się trochę zrelaksować. Bezmiar oceanu napawał zgrozą. Podczas sztormu byłem odcięty od reszty świata, nie jadłem, nie spałem, trząsłem się z zimna i ze strachu. Z każdym dniem ubywało mi sił. Bałem się, że mogę upaść na duchu, stracić instynkt samozachowawczy. Czułem się bardzo osamotniony. Szukałem u Stwórcy pocieszenia, nadziei i otuchy. Modliłem się, ponieważ wiara w krytycznych momentach wzmacnia morale. Nie poddałem się, kiedy napotkany statek zaofiarował mi bezpieczeństwo, suchą koję, ciepły posiłek i gwarancję powrotu do domu. To „nie” przy burcie statku uznaję za najwartościowszą lekcję i największy sukces swojego życia. Takie autentyczne doświadczenie niezwykle skutecznie przemawia do słuchaczy na różnych szkoleniach. Zdecydowanie bardziej niż lekcje na temat sukcesu uznanych guru, którzy swoją wiedzę czerpali z literatury. Moja samotna żegluga była też wędrówką w głąb siebie, stała się źródłem refleksji dotyczących ludzkiego losu. W obliczu potęgi żywiołu uświadamiałem sobie własną mizerność i ulotność życia.

W trosce o wykształcenie cech przywódczych nowoczesnego menedżera, wzbogacenie jego osobowości i poczucia wartości pewna korporacja postanowiła zainwestować w rozwój osobisty swoich pracowników, wysyłając ich ze mną w „zielone piekło” wyspy Borneo. Dzisiaj takie praktyki to już nie luksus, a konieczność. Jeśli ktoś się nie rozwija, to po prostu się cofa.

Ostrzegałem podległych mi kursantów, że dżungla nie toleruje słabeuszy, nie ukrywałem, że w drodze będą poddani nieustannej presji. Moja prawa ręka, Alberto Giustetto, dodawał: „Dobrniecie do bram piekła, aby stać się silniejszymi. A potem musicie stamtąd jeszcze wrócić”. I miał całkowitą rację, bo dzisiaj życie nie wymaga, tak jak niegdyś, niezniszczalnej siły przetrwania, a to z kolei przyczyniło się do tego, że współcześni ludzie wydelikatnieli, stracili pazury, gubią się przy pierwszej przeciwności losu.

Wyprawa w zabójczym klimacie dżungli, pełnej pełzającego robactwa, pijawek i dokuczliwych insektów żądlących nawet przez przepoconą, przylepioną do ciała koszulę, trwała trzy tygodnie. Pot zmieszany z repelentem szczypał boleśnie oczy. Nie dawały spokoju komary roznoszące zarodźca malarii czy wirusa żółtej febry. Spadające z gałęzi za kołnierz czarne mrówki cięły boleśniej niż osy, a kolczaste pnącza drapały ręce, co groziło infekcją. A co powiedzieć o wszechobecnych jadowitych wężach? Kiedy czarna kobra ukąsiła jednego z uczestników, wysysaliśmy jad, nawet jeśli tego nie rekomendują medyczne podręczniki, bo rzekomo ratownik sam ryzykuje wtedy życie, jeśli nie ma zdrowych dziąseł. Po zszyciu rany modliłem się przez całą noc o przeżycie nieszczęśnika. Parna atmosfera powoli wysysała siły i spowalniała ruchy. Katorżniczy marsz w korytach rzek, nieraz po pas w wodzie, wydawał się nie mieć końca. Na zdradliwych rzekach górskich niski stan wody przyprawiał o gęsią skórkę, kiedy stępka łodzi alarmująco zgrzytała o kamieniste dno, grożąc rozpruciem kadłuba. Taka podróż to nieustanne zmagania z żywiołem i własnymi słabościami. O cenie, jaką się tam płaci, mówi dajackie porzekadło: „Kto czterokrotnie przepłynął w górą rzekę i spłynął z jej prądem, staje się starcem”.

 

Na Borneo, jak było do przewidzenia, życie w izolacji, obciążenia, niepewność i strach okazały się wielkim testem charakteru i możliwości człowieka.

Kursanci przekonali się też, że w sytuacji gdy stawką jest przetrwanie, istotna jest rola lidera. Jego postawa może nieraz decydować o życiu lub śmierci. Powinien on inspirować, nieustannie podtrzymywać morale, rozwiązywać konflikty oraz promować kreatywność i współpracę, bo prawdziwa siła tkwi właśnie w zgranym i spójnym zespole.

W sercu wyspy trafiliśmy do otoczonych złą famą Dajaków, legendarnych „łowców głów”, żyjących daleko poza zasięgiem działania prawa i mających mgliste pojęcie o tym, że ich kraj to Indonezja. Napotkana wspólnota składała się z kilkunastu rodzin mieszkających w długim domu na palach. Czas stał tam w miejscu, bo chrześcijańska kolonizacja jeszcze ich nie dosięgła. Pozostali animistami, o czym świadczyły liczne wyrzeźbione w drzewie posążki. To spotkanie wywołało paraliżujący lęk, kiedy w chatce natknęliśmy się na wiszące w rotangowej siatce zakurzone, zasnute pajęczyną, poczerniałe od kuchennego dymu ludzkie czaszki. Nieco wcześniej stary wojownik opowiadał o swoich wojennych wyczynach, demonstrując, jak owijał sobie wokół pięści włosy ofiary i zdecydowanym uderzeniem mandau, na którego krawędzi widniało kilkanaście nacięć — tyle ile trofeów wrogów — odrąbywał głowę. Pamiętam, że przez całą noc nie zmrużyłem oka.

Wreszcie wyczerpani, dotknięci przez dyzenterię i malarię, ale dumni z sukcesu, dowlekliśmy się do Samarindy, ostoi cywilizacji na drugim krańcu wyspy. Za nami zostało 2 tysiące kilometrów lasu tropikalnego. Wyprawa sięgnęła do niewykorzystywanego potencjału siły ducha, zatem nic dziwnego, że certyfikat z unikatowego stażu stanowił potem dla wszystkich nobilitację oraz element godny umieszczenia na czołowym miejscu w swoim życiorysie.

Specjalistycznych umiejętności survivalowych uczyłem jeszcze w innym środowisku, gdzie najmniejszy błąd może okazać się fatalny w skutkach.

Prawdopodobnie nigdy nie zostałbym zaproszony do współpracy z rosyjskim Centrum Szkolenia Kosmonautów w Gwiezdnym Miasteczku, gdyby nie dramatyczne wydarzenie, jakie miało miejsce podczas powrotu na Ziemię Aleksieja Leonowa i Pawła Bielajewa. Krótko przed lądowaniem system orientacji uległ awarii i załoga musiała zdać się na intuicję. W skutek błędnej nawigacji kapsuła wylądowała w głębokiej tajdze. Przez ponad dwie doby, w siarczystym mrozie kosmonauci żyli na krawędzi, czekając na przybycie ekipy ratunkowej. Przyszło im też odganiać watahę wygłodniałych wilków. W prywatnej rozmowie bohaterowie kosmosu nie ukrywali, że to strach dodawał im siły do desperackiej walki o przetrwanie w zabójczym zimnie. Nie znali zasad, których powinno się przestrzegać w takich sytuacjach. Jedli śnieg, pocili się przy zbieraniu drewna na ognisko, nie potrafili zbudować właściwego schronienia. Po tym negatywnym doświadczeniu wprowadzono zasadę, że każdy przyszły kosmonauta musi przejść 48-godzinny staż survivalowy w tajdze, na morzu, w regionie polarnym i na pustyni.

Najtrudniejsze chwile przeżyłem podczas szkolenia w rejonie Workuty, wśród mroźnych pustkowi Arktyki, gdzie we wszechobecnej bieli niebo zlewa się z horyzontem, powodując całkowitą dezorientację.

Wprawdzie słupek rtęci wskazywał minus 30 stopni, ale przy wściekłym wichrze rzędu 45 kilometrów na godzinę temperatura odczuwalna wynosiła jeszcze raz tyle, a to znaczy, że tkanki ludzkie na osłoniętej skórze zaczynają zamarzać w ciągu zaledwie 30 sekund. W tym skrajnie surowym środowisku mieliśmy wykazać, że nawet przy szczupłym zasobie środków, można przeżyć. Pod warunkiem, że potrafi się utrzymać właściwą temperaturę ciała.

W prymitywnym schronieniu ze śniegu, zabezpieczającym przed lodowatym wichrem, ale nie przed siarczystym mrozem, czas płynął coraz wolniej i wolniej. Razem z trzema współtowarzyszami musiałem pokonać wiele groźnych momentów. Już po kilku godzinach pojawił się proces wyziębiania organizmu. Wychłodzone mięśnie pracowały wolniej, grabiały palce, zmniejszała się sprawność manualna. W pewnym momencie ciało zaczynało niepowstrzymanie, gwałtownie dygotać, uruchamiając mechanizm obronny, by wyprodukować trochę dodatkowego ciepła. Niestety, tylko na chwilę. To już była łagodna hipotermia, wróg numer jeden człowieka wystawionego na zimno. Co raz przypominaliśmy sobie nawzajem o obserwowaniu twarzy, czy nie pojawi się czasem biała plama, oznaka początku odmrożenia.

Chociaż mam za sobą wyprawę na biegun zimna w Jakucji, gdzie niegdyś temperatura spadła do minus 72 stopni, nie czułem się najpewniej. Fizjologia jeszcze nie do końca rozpoznała zdolności adaptacyjne człowieka w ekstremalnym zimnie. Byłem świadom, że w tych warunkach ruch powinien być ograniczony do minimum, ponieważ powoduje spalanie niebłahej ilości kalorii, a jednak, od czasu do czasu, musiałem wzmocnić krążenie krwi ocieplającej organizm. Podskakiwałem na jednej nodze, wymachiwałem rękami, poruszałem palcami dłoni i stóp. Marszczyłem twarz, robiłem różne dziwne grymasy, aby zapobiec jej drętwieniu. Dawało się we znaki częste oddawanie moczu, a to świadczyło o postępującym odwodnieniu, a wiadomo, że utrata płynów w niskiej temperaturze może tylko przyczynić się do pogorszenia sytuacji.

W pewnej chwili jeden z moich współtowarzyszy, wykazując się poczuciem humoru, opowiedział anegdotę na temat zimna.

Alosza telefonuje z Moskwy do Wołodii na Syberii. — Słyszałem, że u was sroga zima — mówi. — Ależ skąd, jaka tam sroga. Raptem minus 25 stopni mrozu — odpowiada Wołodia. — Tak? A ja słyszałem w radio, że minus 60. — A, chyba że na dworze!

Niestety, dowcip jakoś nie doczekał się uznania.

W drugiej dobie znajdowałem się u kresu wytrzymałości. Ataki senności nie ustawały, w głowie miałem zamęt. Chciałem zasnąć chociaż na chwilę, ale musiałem z tym walczyć, bo mógłby to być już sen wieczny. Na szczęście ta walka dobiegła końca. Niewiele później piłem z okazałego kubka gorącą, osłodzoną herbatę i wszystkie męczarnie poszły w niepamięć. Wypełnił mnie błogostan.

Inny surowy test przeszedłem na Saharze. W latach 80. odbyłem jedyną w swoim rodzaju wyprawę w słynnej solnej karawanie azalai, przemierzającej jeden z najstarszych saharyjskich szlaków handlowych. 800 kilometrów z kopalni w malijskiej oazie Taoudenni do otoczonego legendą Timbuktu. W ciągu 10-12 godzin pokonywaliśmy odległości równe maratonowi. Miałem otarte stopy i znosząc nieustanne fizyczne cierpienie dzięki sile ducha, pokonywałem każdego dnia granice ludzkiej wytrzymałości. Wokół nas rozciągała się kosmiczna, pokryta żwirem pustka ze swoją martwą, złowrogą ciszą. Żadnego punktu odniesienia, ani śladu cienia, podczas gdy z niebieskiego nieba buchał piekielny żar paraliżujący ruchy. Na dodatek skwar potęgował gorący i suchy wiatr, który osuszał organizm z resztek życiowych soków. Miałem poranione wargi, czułem suchość w gardle i z trudem wciągałem rozpalone powietrze. Moje ciało było obolałe od nieustannego ruchu w twardym siodle. Droga przez mękę osiągnęła apogeum. Wielogodzinna wędrówka, wściekły upał i monotonia surowego krajobrazu wprowadziły mnie w stan odrętwienia. Chwilami popadałem w swoiste delirium, przed oczami migały mi czerwono-czarne płatki. Modliłem się choćby o jeden lekki, przynoszący ulgę powiew wiatru i marzyłem o rzeźwiącym chłodzie nocy.