palkiewicz.com

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
palkiewicz.com
palkiewicz.com
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 92,80  74,24 
palkiewicz.com
palkiewicz.com
Audiobook
Czyta Gracjan Kielar
49,90  36,93 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tak czy owak, zaistniałem w liczących się mediach. Powiodło mi się. Byłem wolny, miałem „europejski” paszport i mogłem realizować moje credo: „Życie daje każdemu tyle, ile sam ma odwagę sobie wziąć, a ja nie zamierzam zrezygnować z niczego, co mi się należy”. Nie przyjmowałem do wiadomości, że coś jest niemożliwe, zatem wszystko, co robiłem, było zwykle wyzwaniem dla projektów, wydawałoby się, nieosiągalnych i zawsze wymagało wysiłku i poświęcenia.

Niejednokrotnie realizowałem młodzieńcze marzenia w świecie niezmienionym od jego zarania. Tego, co wyniosłem z pasjonujących dzieł Roberta Stevensona czy Daniela Defoe, mogłem dotknąć własną ręką, zweryfikować prawdziwość epizodów wyrosłych z fantazji niektórych autorów. Obracałem się po wielokroć tam, dokąd nie dotarli podziwiani przeze mnie bohaterowie ich opowieści. Kiedyś w Wenezueli wspiąłem się na tajemnicze tepui, góry o płaskich wierzchołkach opisane przez Arthura Conana Doyle’a w Zagubionym świecie. Było to niezwykłe przeżycie, bo miejsce stanowiące temat wielu legend, które autor znał tylko ze słyszenia, ja podziwiałem osobiście. Zmuszające do wielkiego wysiłku podróże po bezdrożach stały się dla mnie podstawą egzystencji i inspirowały do podejmowania nowych wyzwań.

Byłem menedżerem własnego sukcesu, osobiście pisałem scenariusz swojego życia. Z zagubionego, nieśmiałego chłopaka z prowincjonalnego miasteczka wyrósł mężczyzna, który wypracował sobie absolutną wolność i którego stać było na realizację swoich upodobań.

Zabrzmi to trochę przemądrzale, ale jak twierdzi Jarosław Łoskot, mój najbliższy, wielkoduszny sąsiad, w powszechnym odbiorze zbudowałem własną markę, markę odpowiedzialną nie tylko za kreowanie podróżniczej wyobraźni, ale i za burzenie murów uprzedzeń między „swoimi i obcymi”. Ale ja naprawdę nie szukam poklasku, to nie jest egocentryzm czy buta. Po prostu wiem, że w dzisiejszych czasach nie warto być skromnym, bo to nie popłaca w rozwoju kariery. Przebojowość, odwaga i nieustępliwość — tego oczekuje rynek pracy i bossowie firm.

A przecież jeszcze nie tak dawno umiar był w naszym kraju uznawany za jedną z najbardziej cenionych i pożądanych cnót. Moja mama na przykład wyśmienicie czuła się w otoczeniu takich wyciszonych, pokornych osób. Ta mentalność pokutuje w Polsce do dzisiaj. Mnie z kolei trudno sobie wyobrazić, że można w ten sposób postępować, bo to oznacza brak asertywności, zgodę na niskie poczucie własnej wartości. To tak, jakby nie chciało się awansować w pracy czy osiągnąć czegoś więcej w życiu.

Każdy, kto chce wejść na podium i być bardziej rozpoznawalny, nie może biernie czekać, aż zostanie doceniony. Musi budować sieć relacji, szukać sposobów na otwarte komunikowanie swoich zasług i pozytywnych cech. Trzeba umiejętnie podkreślać swoją wartość i osiągnięcia, dbać o autopromocję i w nią inwestować.

Nie miałem własnego agenta, sam musiałem prowadzić jednoosobową agencję public relations. Dzisiaj nie wystarczy coś zrobić. Ktoś musi to zauważyć i kupić. Guru zarządzania powtarzają przy każdej okazji, że możesz być genialnym fachowcem w jakiejś dziedzinie albo posiadać najlepszy wyrób na świecie, ale nikt się o tym nie dowie, dopóki nie rozgłosisz tego światu i nie nauczysz się sprzedawać swojego produktu.

Fałszywa skromność jest mi obca. Nie umniejszam swoich zasług ani sukcesów, ale wbrew temu, co niektórzy mi wytykają, nie uprawiam lansu. Po prostu dbam o swój wizerunek i nie ograniczam się wyłącznie do „opakowania”, wyglądu zewnętrznego czy sposobu mówienia i poruszania się, bo to rzeczywiście zostaje dostrzeżone, ale tylko na początku. Potem trzeba wykazać się osobistym potencjałem i profesjonaliści doceniają to, co robię. Nieraz czytałem o sobie w mediach społecznościowych, że jestem nadętym narcyzem, który afiszuje się swoimi sukcesami. Ale szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to. Na szkoleniach menedżerów marketingu podkreślają, że tak myślą tylko biedni. Bogaci powinni dbać o promocję siebie i swojej wartości.

Moja przyjaciółka Halina Łakota, która ze swoim seksapilem mogłaby stanowić wzorzec urody kobiecej, napisała kiedyś: „Prawdą jest, że Jacek kultywuje wizerunek twardziela. Przesadzają jednak ci, którzy widzą w nim zadufanego w sobie narcyza, z dużą dozą pychy eksponującego swoje dokonania. Chłodno reaguje na komplementy i kiedy powiedziałam mu niedawno: wyglądasz wspaniale, w odpowiedzi mruknął: i tak się czuję. Nie zdarzyło się, abym kiedykolwiek zauważyła, że Jacek z próżnością akceptuje tanie pochlebstwa. Niektórzy go nie lubią, chociaż nie zawsze wiedzą dlaczego. Bez wątpienia przebija z niego poczucie własnej wartości i niezachwiana pewność siebie, będąca nieodłącznym elementem jego nieuleczalnego egocentryzmu. Nie przebiera w słowach, używa barwnego, agresywnego języka. Nie jest też facetem, który mówi «przepraszam», gdy ktoś w tramwaju nadepnie mu na nogę”.

Rzeczywiście taki jestem. Trochę oschły, szorstki. Nigdy nie godzę się na kompromisy, jeśli zagrażają realizacji nakreślonych celów. Nie boję się poruszać na krawędzi oddzielającej obszar zachowań ryzykownych od niezagrożonych. Nie przebieram w słowach i posługuję się barwnym, dosadnym językiem. Moja mama zawsze miała mi to za złe. Przekleństw używam nieraz jako przerywnika dla wzmocnienia jakiejś konstatacji lub by dać upust nagromadzonym emocjom.

Bywało, że igrałem z ogniem, świadomie podejmowałem ryzyko, ale nie po to, by poczuć w żyłach pulsującą adrenalinę. Na wyprawach z dala od utartych dróg ciekawość jest silniejsza od lęku. Kto boi się ryzyka, nie zazna nigdy smaku przygody.

Oczywiste, że w bilansie dokonań zdarzały się też porażki, błędy, grzechy, do których trudno było mi się nieraz przyznać. Nie wszystko mi wychodziło. Zapewniam.

W 2002 roku zamierzałem zlokalizować mityczne miasto Paititi, amazońskie Eldorado. Znaleźliśmy ślady, o których mówią źródła pisane i ustne tradycje. O tym rejonie jest też mowa w rękopisie jezuitów z XVI wieku, który oglądałem w watykańskich archiwach. Niestety, musiałem przerwać poszukiwania. Dawały się we znaki przekraczające miarę zmęczenie, długotrwała izolacja, malaria, deprywacja, kończyła się żywność. Groziło nam też, że łodzie, które czekały na niższym odcinku rzeki, ze względu na opóźnienie mogłyby odpłynąć. Zatem najsłynniejszy mit Ameryki Południowej pozostanie nadal w strefie imaginacji. Chociaż wielu myśli, że to i lepiej, bo ta biała plama w dalszym ciągu czeka na odkrycie.

Stawianie czoła wyzwaniom to rodzaj gry. Jeśli zrezygnuję, nigdy nie wygram. A jeśli gram, muszę też zakładać, że czasem przegram, kierując się dewizą Benjamina Franklina że „nawet największe niepowodzenie, najgorszy, nieodwracalny błąd jest sto razy lepszy niż niepodjęcie próby”.

Do porażek podchodziłem z pokorą. Z każdej starałem się wyciągać wnioski. Każda była dla mnie lekcją. Jak się potknąłem, przyrzekałem sobie, że to się nie może powtórzyć. Nad sukcesem człowiek przechodzi do porządku dziennego, a błędy i nieraz bolesne porażki zawsze go wzbogacają. Te ostatnie mnie ukształtowały i niejednokrotnie stanowiły trampolinę dla nowych zwycięstw. Nie potrzebowałem mądrych akademickich publikacji na temat kształtowania charakteru. Po prostu żeby osiągnąć cel,zawsze, pomimo trudności, parłem do przodu. I nigdy się nie poddawałem. A momentów najeżonych komplikacjami, kiedy wydawało mi się, że nie mam już siły, było naprawdę wiele. Zwykle wspomagały mnie optymizm i przede wszystkim hart ducha, który nie pozwalał mi na rezygnację mimo znikomych szans na powodzenie. Wierzyłem, że wytrwałość, determinacja i wiara w sukces muszą być wynagrodzone.

Żyjąc na krawędzi, myśli nie raz i nie dwa biegły ku Stwórcy, szukając wsparcia. To na pewno nie ja odkryłem, że religia jest potężnym narzędziem przetrwania. Ale doświadczyłem tego osobiście w trakcie samotnego, atlantyckiego rejsu łodzią ratunkową, podczas apokaliptycznej burzy piaskowej na pustyni Takla Makan czy we wrogiej białemu człowiekowi dżungli Papui Zachodniej.

W godzinach ciężkiej próby wiara była dla mnie cennym źródłem siły, otuchy i optymizmu. Bo jak podkreśla moja przyjaciółka Iwona Bogucka, optymista wierzy, że żyjemy w najlepszym ze światów, podczas gdy pesymista obawia się, że może to być prawda. Wiara uskrzydlała mnie, sprawiała, że nie czułem się sam na polu walki. Psycholodzy potwierdzają, że modlitwa i ufność w Boga nie tylko podnoszą na duchu, ułatwiając pokonanie przeciwności losu, ale na dodatek wzmacniają siłę fizyczną. Ja nazywam to ekwipunkiem ratunkowym rozbitka, pozwalającym mu utrzymać się na powierzchni wody.

Zaduma nad własnym życiem i przeszłością pozwoliła mi wysnuć wnioski, że nigdy specjalnie nie narzekałem ani nie zazdrościłem innym. Nie oglądałem się też do tyłu i nie zawracałem sobie głowy rozmyślaniem nad tym, co by było, gdyby... A czy nad czymś ubolewam? Czy czegoś żałuję? Kiedyś twierdziłem, że nie, ale to nie do końca prawda. Żal ściska mi serce, że nie znalazłem niezbędnej równowagi między karierą a rodziną. Przegapiłem dzieciństwo swoich synów, bo byłem gościem w domu. Nie poświęciłem wystarczająco dużo czasu mojej żonie Lindzie, kobiecie inteligentnej, o niebywale bogatym wnętrzu, wielkim wyczuciu artyzmu i wrażliwości. Śródziemnomorska ponadczasowa piękność była ozdobą każdego towarzystwa. Nie zmęczę się powtarzaniem, że składam jej hołd za to, że stworzyła mi doskonałe warunki do pracy i potrafiła być wyrozumiała dla moich częstych nieobecności w domu.

Monika Kwiatosz, nasza serdeczna przyjaciółka z Wrocławia, utrzymuje, że Linda potrafi słuchać, zapewniając mi wsparcie emocjonalne i ostoję w postaci stabilnego życia prywatnego. A Beata Tyszkiewicz, oczarowana moją ładniejszą i lepszą połową, twierdziła: „Gdyby nie ona, Jacek nie byłby tym, kim teraz jest. Swoją mądrością, miłością i determinacją skrywaną w jego cieniu wyniosła go na wyżyny, bo za każdym sukcesem mężczyzny stoi wyjątkowa, mądra kobieta”.

 

Linda zauroczyła też Jurka Owsiaka, który tak wspomina pierwszą wizytę w naszym domu: „Powiem wam tak. Może sobie mieć Jacek tysiąc pięćset dzid, maczet, przerażających masek ze swoich eskapad. Może mieć foty z odlotowych wypraw, może mieć w słoiku cztery węże i wodę wprost ze źródeł Amazonki. Może jeszcze mieć tysiąc innych cudów, które zdobią mieszkanie niejednego globtrotera. Ale wszyscy oni, żeby nie wiem jak się natężali, jak by nie kombinowali, nie wyrwą Włochom takiej kobiety jak Linda, żona Jacka, dla której każda wyprawa warta jest powrotu, a dla nas słuchaczy i twoich gości — smaku kawy, którą byliśmy poczęstowani”.

Linda urodziła mi dwójkę wspaniałych synów, Konrada i Maksymiliana. Bywa, że z rozgoryczeniem wspominam, iż nie mieli oni na co dzień ojca, bo zawsze byłem w drodze. Żyjący w cieniu autorytetu synowie na próżno oczekiwali ojcowskiej miłości i czułości. Dziś mam z tego powodu wielkie poczucie winy. Dręczy mnie również świadomość, że synowie nie mówią po polsku. Wmawiam sobie, że tak się ułożyło i tego już nie zmienię, ale zgryzota pozostaje.

Na szczęście Linda okazała się godnym podziwu pedagogiem. Zadbała o to, czego nie zrobił ojciec, aby synowie wyrośli na pewnych siebie, wartościowych ludzi. Od najmłodszych lat zachęcała ich do samodzielności, uczyła podejmowania decyzji, współpracy z innymi. Kładła nacisk na to, że trzeba być uczciwym i szczerym. Odciągała chłopców od telewizora i komputera, zapewniając im ruch na świeżym powietrzu. Oswajała ich z lękiem i uczyła przezwyciężać strach. Przez pozytywnie zmotywowaną zabawę uświadamiała synom, że jak coś robią, to muszą w to włożyć serce i pasję. Rozwijała otwartość na nowe rzeczy czy kreatywne podejście do życia, połączone z umiejętnością adaptowania się do różnych sytuacji. Wpajała synom, że dzięki ambicji mogą dokonać nawet tego, co wydaje się niemożliwe. Chwaliła i nagradzała za dobre wyniki, dowodziła, że warto jest doceniać i cieszyć się z tego, co mają. Zaszczepiła w nich też szacunek o drugiego człowieka. Taka modelowa edukacja sprawiła, że świetnie sobie radzą w życiu, o czym zresztą obaj często z wdzięcznością mamie przypominają. Już nie mówię o tym, jak istotnym dłużnikiem za to wszystko ja sam pozostaję.

Dziś synowie są dorosłymi ludźmi. Maksy kocha wolność i wszystko, co przyjemne w życiu. W tym przypomina ojca. Opuścił Bassano i zakotwiczył w Szanghaju, bo twierdzi, że Europa nie zapewnia młodemu człowiekowi szans na rozwój. Ma ambicje. Postanowił zostać milionerem, aby przez pół roku pracować jak mrówka, na pełnych obrotach, a przez drugą połowę cieszyć się życiem w różnych zakątkach świata. W przeszłości puszczał mimo uszu moje relacje z egzotycznych podróży. Kiedy swego czasu wystąpiłem w spocie reklamowym firmy rowerowej, wygłaszając tam sentencję: „Gdziekolwiek byście dojechali, my już tam byliśmy”, naśmiewał się ze mnie, deprecjonując ten mój świat. Teraz jest go bardzo ciekawy i po latach docenił ojca. Powiedział mi, że kiedy pewnego dnia na słynnej ulicy Orchard Road w Singapurze dostrzegł billboard z moim wizerunkiem na reklamie Diesla, poczuł prawdziwą dumę, że nosi nazwisko Pałkiewicz.

Wychowanie Konrada było trudniejsze. W okresie dorastania widział we mnie apodyktycznego tyrana. Uważał, że jestem zbyt wymagający. Po którymś konflikcie przez kilka miesięcy nie odzywałem się do niego, a kiedy mu przebaczyłem i objąłem, Konrad się rozpłakał. Teraz mówi, że im lepiej mnie poznaje, tym bardziej mnie szanuje. Odziedziczył po mamie talent artystyczny i pracuje w zawodzie kreatywnego designera. On również mieszka w Szanghaju.

Kiedy dziesięć lat temu Andrzej Kapłanek spisywał dla wydawcy Zysk i S-ka losy mojego życia, twierdził, że nie ułatwiałem mu zadania. Choć nie taiłem szczegółów biograficznych, to rzeczywiście niechętnie obnażałem duszę. Trudno było nakłonić mnie do rozbudowania niektórych wątków. Wiele razy odpowiadałem: „nie pamiętam”, „to było dawno”, „idziemy dalej”. „Cóż takiego przeszkadzało mu uczynić jeden krok więcej? — pytał Kapłanek. — Pieczołowicie tkany wizerunek macho, który nie ma wewnętrznych rozterek, nie jest zdolny do tkliwych westchnień, nigdy nie uroni łzy? (...) Nie potrafiłem rozbić tej żółwiej skorupy, szczelnej zbroi wojownika, pod którą kryła się wewnętrzna filmoteka z rejestrem dawnych zdarzeń, wspomnień i marzeń. Widać każdy człowiek, nawet ten największy, niektóre obszary wrażliwości zostawia wyłącznie dla siebie. Może nie nadszedł czas, a on sam nie dojrzał jeszcze do takiej decyzji”.

Autor, który starał się wiernie oddać mój wizerunek, bez wyolbrzymiania, pisząc ostatnie zdania, zafrasował się. Uważał, że wyszło pomnikowo. „Czy to wina braku dociekliwości, nietrafienia do właściwych osób? — zastanawiał się. — A może informatorzy nie chcieli powiedzieć wszystkiego, brzydząc się plotką i pomówieniem, odcinając od dyskredytujących sensacji? Czuję niedosyt, bo przecież nie ma ludzi bez wad i popełnionych kiedyś błędów”.

Kapłanek przyznał potem, że obawiał się krytyki, iż ta biografia w swej monumentalności przypomina wyrzeźbione w brązie moje popiersie autorstwa moskiewskiego artysty Iwana Korżewa.

Waga gniotących go rozterek zmniejszyła się po otrzymaniu listu Beaty Zalewskiej — dyrektorki biblioteki miejskiej w Polkowicach, która przeczytawszy pierwszą wersję książki, napisała: „Wcale nie trzeba ściągać Jacka z pomnika. Ma się czym chwalić. I warto to robić. Zawsze istniała potrzeba funkcjonowania ludzi wybitnych, którzy zadziwiają, są wzorem do naśladowania. Czytelnicy naszej biblioteki są pod ogromnym wrażeniem, urzeczeni jego energią i entuzjazmem. Zadziwił na spotkaniu autorskim bezpośredniością, szczerością, możliwością nawiązania rozmowy tak, jakby znało się go od dawna. To silna duchowo indywidualność”.

A Irena Kościółek z Rzeszowa dodała: „Osoba Pałkiewicza budzi zaciekawienie z przyczyn oczywistych i dobrze się stało, że nareszcie czytelnicy będą mogli poznać go wieloaspektowo. Biografia spełnia przesłanie, jeżeli uwypukla nieprzeciętność charakteru i dokonań przedstawianej osoby oraz jeżeli jest do bólu prawdziwa. Moim zdaniem ta biografia taka właśnie jest, zaspokaja ciekawość i pozwala podglądać Pałkiewicza w sytuacjach, które nie wszyscy chcą upubliczniać. Daje to gwarancje autentyzmu. Poznałam Jacka z jednej strony jako człowieka nieskorego do pójścia na układy, z drugiej zaś prącego z determinacją do osiągnięcia celu, ale na wskroś uczciwego i nieprzekraczającego określonych granic”.

W zakończenie biografii autor zastanawiał się: „Czy kiedyś Jacek pozwoli zajrzeć do swego wnętrza? Może gdy zrealizuje wszytko, czego chciał i mógł dokonać, a nieubłagane prawa biologii zweryfikują jego «chciejstwo». Gdy zamiast odkrywania odległych lądów, zachwycania się wdziękami najpiękniejszych kobiet, pozostanie mu już tylko wspominanie”.

Liczę, że czytając tę książkę, mój biograf chociaż w pewnym stopniu poczuje się usatysfakcjonowany. Tym bardziej że nawet mój ukochany brat Mietek wyznał kiedyś, po wysłuchaniu mojego wystąpienia publicznego w Olecku, że wcześniej nie był świadom niektórych zakamarków mego wnętrza.

Wenecja — duma dawnego splendoru

Uwielbiam Wenecję. Samo to słowo wydaje się wyzwalać w duszy największego nawet racjonalisty pokłady romantyzmu i egzaltacji. Nie ma miasta bardziej opiewanego przez poetów, bardziej pożądanego przez kochanków, częściej odwiedzanego przez turystów i słynniejszego. Przypuszczam, że w żadnym znanym mi języku nie ma określenia, które byłoby w stanie wyrazić piękno, urok i tajemniczość Wenecji.

Kiedy po raz pierwszy znalazłem się na placu św. Marka, byłem zagubiony i przez długi czas nie mogłem uwolnić się od przytłaczającego poczucia, że to nie jest realne miejsce, a pełen sztuki, historii i harmonii teatr na świeżym powietrzu. Wenecja to miasto, gdzie światło i woda przenikają się, tworząc magiczną atmosferę. To coś między snem a jawą, rodzaj pomostu między teraźniejszością a przeszłością. I to nie tylko moje odczucia. Fascynująca nierealność Wenecji wywarła wrażenie na wielu znanych postaciach. Podobno Anselm Kiefer, jeden z najwybitniejszych malarzy współczesnych, kiedy przyjechał tu po raz pierwszy, usiadł i zapłakał. Miejsce wydało mu się spełnieniem wszystkich pragnień i marzeń artysty. Krytyk sztuki John Ruskin w swoim trzytomowym dziele Kamienie Wenecji zachwycał się majestatem, niepowtarzalnością, ale i kruchością tego fantasmagorycznego miasta. Z kolei powieściopisarz Herman Melville podobno skonstatował: „Wolę być w Wenecji w jeden deszczowy dzień, niż w pogodny w każdej innej stolicy”. Coś w tym rzeczywiście musi być.

Moje zainteresowanie miastem na wodzie liczy ponad pięć dekad. To tam wypatrzyłem Lindę, moją przyszłą żonę. Gdy mieszkaliśmy w Bassano del Grappa, które w XV wieku stanowiło część Republiki Weneckiej, bywaliśmy tam często, najchętniej poza sezonem, kiedy ruch turystyczny jest mniej odczuwalny, a to wyjątkowe miasto staje się bardziej autentyczne.

Panuje przekonanie, skądinąd słuszne, że nie ma nic lepszego, niż zagubić się w weneckich zaułkach. Bywa, że nieraz porzucam rozbrzmiewające gwarem zwiedzających tradycyjne szlaki z ogranym turystyczno-pocztówkowym blichtrem i ruszam w pierwszy lepszy zakamarek, bez wcześniej ustalonego planu. Urokliwa, nadszarpnięta zębem czasu dzielnica Cannaregio ze swoim charakterystycznym klimatem jest wprawdzie uboższa od oderwanego od rzeczywistości centrum, ale zapewnia klimat epoki mojego idola, weneckiego obieżyświata. W tej części miasta czas biegnie bardziej ospale, a ludzie żyją tu innym rytmem.

Wąziutkie, kręte uliczki pełne ukrytych zakamarków prowadzą przez opustoszałe przecznice. Wszystko tchnie nieziemskim spokojem. Brak tutaj jakichkolwiek oznak nowoczesności, która zwykle wszystko ujednolica i stępia, tylko stare kamienice ze zniszczonymi fasadami, obdrapanymi starymi murami, z łuszczącą się farbą, odpadającym tynkiem, zaciekami wilgoci, pogłębiającą się korozją fundamentów. Niektóre z nich wyglądają, jakby za chwilę miały się rozpaść. Ale ani te usterki, ani unoszący się z wody w niektórych porach roku zapach glonów nie są w stanie odebrać uroku temu hipnotyzującemu, dumnemu ze swojej przeszłości miastu.

Podczas jednej z moich wędrówek po zaułkach Wenecji wyszedłem przez uchyloną bramę z zaciemnionej i duszącej przestrzeni na przytulny, pełen światła placyk, za którym widniał kanał z zacumowanymi towarowymi barkami i gondolami. Tu i tam, w różnych klimatycznych zakamarkach, ukryto mikroskopijne ogródki, w których zadomowiły się sikorki i jerzyki, i słychać było trzask drewnianych okiennic. Nad wąskim kanałem otarłem się o zardzewiały wiekowy łańcuch zamykający przejście. To pamiątka po czasach, kiedy szlaki wodne zamykano na noc i gaszono światło w mieszkaniach, a na porosłych trawą przestrzeniach wielkości znaczka pocztowego pasły się krowy i kozy. Wenecka codzienność to rozwieszone między domami girlandy suszącego się prania, pod którymi gawędzą kobiety z siatkami pełnymi zakupów. To także głośne rozmowy mieszkańców, by przekrzyczeć na przykład grupkę chłopców grających w piłkę nad niezabezpieczonym brzegiem kanału. Jak to się dzieje, że nie wpadają do wody ani piłka, ani dzieci? A potem znów labirynt zaułków prowadzących nie wiadomo dokąd oraz wszechobecnych marmurowych mostków niedbale zawieszonych nad wąskimi kanałami. Żadnego zgiełku, tylko chlupot wody o mury kamienic. Prawdziwa natura „królowej Adriatyku”, jak Włosi często nazywają Wenecję, tkwi w barokowej ornamentyce, efektownych fasadach domów na drewnianych palach, które wbito w bagniste dno, ukwieconych balkonach, urokliwych dachach, bezszelestnie sunących po wodzie eleganckich czarnych gondolach, błyszczących kopułach, strzelających w niebo wieżach kościołów, które swym ciężkim, smętnym dźwiękiem dzwonów wyznaczają tu czas. Dekadencka magia i nostalgia za czasami świetności tworzą niepowtarzalny nastrój. Myślę, że tak samo musieli widzieć to miasto jego średniowieczni mieszkańcy. I za każdym razem, gdy tu przyjeżdżam, zakochuję się w nim od nowa.

Gdy dotarłem nad otwartą wodę, która zawsze była oznaką łączności z dalekimi krajami, mogłem cieszyć wzrok widokiem wpisanej na listę światowego dziedzictwa UNESCO lagunę z jej malowniczymi wyspami: Murano, Lido, Burano czy Torcello. Chwilę później zatrzymałem się, aby sfotografować wspaniały pałac Mastelli nad kanałem Rio della Madonna dell’Orto. Został zbudowany w XII wieku przez przybyłą z Półwyspu Peloponeskiego bogatą rodzinę kupców importujących przyprawy z Dalekiego Wschodu. Ma szereg widocznych blizn i uszkodzeń wymagających renowacji, ale moją uwagę zwróciła kontrastująca z fasadą płaskorzeźba wielbłąda prowadzonego przez zmęczonego wędrownika — średniowieczny obrazek żywcem wyjęty z historii Jedwabnego Szlaku. Pewnie bywał tu Marco Polo. Czy też zerkał na ten relief?

 

Wreszcie dotarłem na tętniący życiem plac św. Marka, by podziwiać Pałac Dożów, mieniące się złotem mozaiki w bazylice św. Marka oraz wystawne pałace przy Canal Grande, które oczarowują przyjezdnych.

Magię Wenecji tworzą też charakterystyczne bacari. To małe knajpki urządzone w prostym, rustykalnym stylu, gdzie konsumuje się przy długim przeszklonym kontuarze. Miejscowi odwiedzają je w południe lub po pracy, aby spotkać się ze znajomymi per cichetar e ciacolar, pogadać i wypić. A pije się, rzecz jasna, ombrettę, kieliszek domowego wina Soave czy Valpolicella, które przegryza się cichetti, maleńkimi kanapeczkami w stylu hiszpańskich tapas, z pastą rybną, mięsem, warzywami, krewetkami, łososiem lub suszonymi pomidorami. W zależności od nastroju, czasu i towarzystwa niektórzy zatrzymują się w jednym bacari na cały wieczór, inni zaliczają wiele takich knajpek.

Gdy odwiedzam Wenecję, zwykle wpadam do „Al Timon”. To kwadrans piechotą od dworca kolejowego. Za każdym razem zamiast tradycyjnej ombretty, proszę o moje ulubione prosecco Borgo Molino, pochodzące z Valdobbiadene. Alessandro, właściciel lokalu, jest moim wiernym fanem. Ostatnio, ponieważ wiedział, że piszę nową książkę, interesował się, czy będzie przetłumaczona na włoski. Zawsze też dopytuje o moje wyprawy i jest niezmiernie ciekaw, czy napotkałem nowe ślady Marco Polo.

Każdy gondolier wie, gdzie znajduje się dom rodzinny tego kupca, który owładnięty marzeniem o dalekich krajach jako pierwszy Europejczyk dotarł na Daleki Wschód, i niezmiennie włącza to miejsce do swojej trasy. Po opuszczeniu Canal Grande wpływa na San Lio i, przepłynąwszy pod malowniczym mostkiem, zatrzymuje się w ciasnym miejscu przed teatrem Malibran. Tu niegdyś stał dom rodziny Polo, zniszczony trzy wieki później przez pożar. Niedawno, podczas wykopalisk archeologicznych, znaleziono tu niewielki dziedziniec ze studnią oraz dostęp do kanału. Na zapleczu teatru widnieje tablica przypominająca, że: „Tu był dom Marco Polo, który podróżował po najodleglejszych regionach Azji i je opisywał”. Z jego postacią wiąże się też pobliska rustykalna osteria „Il Milione”, od przydomka nadanego kupcowi przez współmieszkańców. Kusi ona potrawami tradycyjnej kuchni weneckiej i oferuje lokalne delicje: baccalà, dorsza po wenecku z sosem czosnkowym i polentą, sardynki w sosie, przegrzebki, spaghetti z małżami czy domowe pierogi. Dwa kroki stąd mieści się jeszcze księgarnia „Marco Polo”, specjalizująca się w książkach podróżniczych, z odrębną półką poświęconą różnym edycjom i przekładom średniowiecznego bestsellera Opisanie świata.

Niewiarygodna odyseja wenecjanina na Jedwabnym Szlaku i jego niesamowite podróże opisane w tej książce przez długie lata były źródłem wiedzy o odległych krainach, zwyczajach i życiu codziennym wielkich władców i ich poddanych. Barwnie odmalowana dzięki talentowi gawędziarskiemu podróżnika relacja z nieprawdopodobnego, a jednak prawdziwego świata z niezwykłą siłą oddziaływała na wyobraźnię czytelników. Opisanie świata to zarówno kronika różnorodności zamożnych cywilizacji i bezimiennych ludów, jak i traktat historyczno-geograficzny. Publikacja ta położyła podwaliny pod literaturę podróżniczą, a wyczyny autora do dziś są inspiracją wielu eksploratorów.

Relacje Marco Polo były tak pełne pasjonujących wydarzeń, że ludzie, którzy nigdy nie wychylili nosa za próg własnego domu, przyjmowali je z niedowierzaniem. Wielu podejrzewało, że nigdy nie dotarł do Chin i nie odwiedził wszystkich opisanych miejsc. Nad wiarygodnością słynnej wyprawy debatowali różni historycy i badacze, odnotowując rozbieżności i przeoczenia. Warto wspomnieć, że na łożu śmierci rodzina i przyjaciele błagali Marco o sprostowanie opowieści, „aby stał się bardziej wiarygodny”. On zaś odparł, że to zaledwie połowa tego, co widział na własne oczy w swojej długiej peregrynacji, podczas siedemnastoletniej służby na dworze wielkiego mongolskiego chana — najstraszliwszego i najpotężniejszego ówczesnego władcy na świecie.

Historycy rozwiali jednak wątpliwości związane z peregrynacjami weneckiego podróżnika. Co ciekawe, jego najwierniejsi obrońcy, którzy rozstrzygnęli kluczowe kwestie na korzyść Marco Polo, pochodzą z Kraju Środka. I chociaż pierwszy zachodni autor opisujący ten kraj doczekał się tłumaczenia dopiero w 1913 roku, to Chińczycy uważają go za jednego ze swoich mężnych śmiałków.

W leżącej przy placu św. Marka Bibliotece Narodowej Marciana, sięgającej swoimi korzeniami XV wieku, oprócz testamentu Marco Polo oglądałem, ukrytą za zasłoną, obok okna wychodzącego na Piazzetta San Marco, monumentalną mapę świata. To jedno z najznakomitszych dzieł w historii kartografii. Ma formę koła o dwumetrowej średnicy, została wyrysowana na pergaminie i zamontowana na kwadratowej drewnianej desce obwiedzionej pozłacaną ramą. Początkowo nie potrafiłem się w niej rozeznać i dopiero po chwili przyszło mi do głowy, że mapa ta ma po prostu orientację południową. Opracował ją w roku 1459 Fra Mauro, oddając wizję świata rozpowszechnioną jeszcze przed odkryciem Ameryki. Kustosz biblioteki, z którym zamieniłem kilka słów, twierdził, że autor skartował Azję na podstawie relacji Marco Polo.

Któregoś dnia chciałem jednak zobaczyć, jak rzeczywiście mógł wyglądać dom Polo. Historycy podpowiadają, że prawdopodobnie tak jak kamienica Corte Botera, stojąca naprzeciwko mostu Conzafelzi za Campo San Giovanni e Paolo. Została zbudowana w charakterystycznym dla XII-wiecznej architektury tego miasta stylu wenecko-bizantyjskim. Ten dom nigdy nie był rozreklamowany, bo jako własność prywatna nie leżał na turystycznej trasie. Miałem trochę szczęścia, bo skorzystałem z uprzejmości powracającej z zakupami gospodyni, która pozwoliła mi wejść do środka. Mury kamienicy zostały wzniesione z czerwonej cegły, dziś już zupełnie wyblakłej. Parter tworzy szeroki portyk wgłębny złożony z trzech arkad zamkniętych półokrągłymi łukami I służył jako magazyn wszelkich wyrobów, ma też bezpośredni dostęp do wody, tak by można było ładować i rozładowywać towary. Na wyłożonym kamieniami dziedzińcu odcinają się jasno studnia i schody zewnętrzne, które wiodą wzdłuż spłowiałej ściany na pierwsze piętro do loggi.

Dokumenty poświadczają, że Wenecja została założona w roku 452 przez uciekinierów z sąsiedniej Akwilei, którzy postanowili wśród bagien i wysp schronić się przed nękającym upadające Cesarstwo Rzymskie barbarzyńskim najazdem Wizygotów. Położenie w bezpiecznym, ale również ważnym strategicznie miejscu dało osadnikom możliwość znacznej samodzielności. Na dziesiątkach tysięcy dębowych pali wbitych w lagunę powstało miasto, które od VII do XI wieku było największą potęgą morską w rejonie Morza Śródziemnego.

Od IX wieku Wenecja pośredniczyła w handlu między Wschodem a Zachodem, a podczas wypraw krzyżowych podbiła szereg miast w Syrii i na Półwyspie Bałkańskim, co przyniosło jej ogromne zyski z handlu i w efekcie niebywały rozkwit ekonomiczny i polityczny. W latach 726–1797 była stolicą zasobnej Republiki Weneckiej, która stanowiła jedną z największych potęg handlowych Morza Śródziemnego. Ponura, błotnista wyspa przekształciła się w wystawne, zamieszkałe przez patrycjuszy i kupców miasto ze wspaniałymi marmurowymi pałacami i bogato zdobionymi kościołami. Było to też miasto wielonarodowościowe, wielokulturowe i wieloreligijne. Mieszkali tu Grecy, Słowianie, Żydzi, prawosławni, protestanci. Bardzo aktywna była kolonia armeńska, chociaż widoczni byli także Turcy oraz Niemcy. Kroniki wspominają, że w 1509 roku Wenecja liczyła 110 tysięcy mieszkańców, w tym 4 tysiące obcokrajowców, którzy mieli prawo zakupu ziemi i nieruchomości.