OdmętTekst

Z serii: Krąg Painera #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Jacek Łukawski, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Marketing i promocja: Anna Rychlicka-Karbowska

Redakcja: Mirosław Ruszkiewicz

Korekta: Gabriela Niemiec, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Fotografia na okładce: © Will Swann / Unsplash

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66553-20-0

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Wydarzenia i postaci opisane w książce stanowią wymysł autora.

Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest niezamierzone i przypadkowe.

Moim Rodzicom i Teściom

ROZDZIAŁ 1

Czwartek

1

Czasami ucieczka jest najlepszym wyjściem. Damian Wolczuk zrozumiał to w chwili, gdy zastał ich oboje w sypialni. W łóżku wypatrzonym w katalogu Ikei, który wciąż leżał przy lampce nocnej. Na okładce napisano, że drobne rzeczy nadają życiu smak. Nie napisano, że gorzki. Bielizna, którą podarował jej na urodziny, walała się między elementami męskiej garderoby. Obok leżały jej ukochane szpilki. Na stoliku pierścionek i wyłączony telefon. W oczach niedowierzanie i strach. W takiej chwili można zrobić wiele rzeczy. Na przykład rozpętać piekło. Damian jednak wyszedł bez słowa. Uciekł.

Przekręcając kluczyk w stacyjce, wiedział, że więcej tu nie wróci. Odruchowo spojrzał na wyświetlacz. Była dziewiętnasta trzydzieści sześć. Trzy minuty później po raz ostatni rzucił okiem na kurczącą się we wstecznym lusterku Ochotę. Alejami Jerozolimskimi wymknął się z miasta.

Damian Wolczuk miał trzydzieści dwa lata, modną fryzurę, marynarkę od Paula Smitha i pewność, że wszystko, co mu się przytrafia, ma jakiś sens. Przegrany proces o zniesławienie, jaki wytoczyła mu jedna z celebrytek, którą w zeszłym roku sfotografował klęczącą w męskiej toalecie. Komornik zajmujący konto na poczet odszkodowania. Utrata pracy w redakcji, a nawet zdrada. Wszystko to, skumulowane w jeden zwykły czerwcowy dzień, postrzegał jako impuls do działania.

Do tego, by zacząć wszystko na nowo.

O dwudziestej pięćdziesiąt zjechał na stację benzynową w Radomiu. Zapłacił gotówką za paliwo i kawę. Niedługo potem jego srebrny civic włączył się do ruchu, opuszczając czarno-biały kadr przemysłowej kamery.

O dwudziestej pierwszej czternaście unoszący się w kabinie zapach przypomniał mu poranek, gdy oboje usiedli z filiżanką przy niewielkim kuchennym blacie. Wydawało mu się wtedy, że jest dobrze. Że mimo różnic mogą mieć wspólną przyszłość. Ona, błyskotliwa prawniczka z dobrego domu, z którego wyniosła o wiele więcej niż tylko urodę gwiazdki Instagrama, i on, pechowy paparazzo, nieudolny makler i dziennikarz najwyraźniej zbyt kiepski, aby utrzymać posadę w lokalnej gazecie. Małomiasteczkowy parweniusz, którego ostatecznie pożarła stolica. Rano wierzył jeszcze, że tkwi w jej gardle tylko do kolan. Głową w dół, lecz wciąż machając nogami na znak, że walczy. Teraz tonął w sokach trawiennych, wciskany w głąb projekcją niechcianych wspomnień.

Zdradziła go.

Może gdyby nie kupił kawy i nie uległ żenującej ckliwości. Może wtedy zdołałby w porę zauważyć wyjeżdżającego z prawej strony SUV-a, którego kierowca nawet nie próbował uniknąć zderzenia. Damian jednak zareagował zbyt późno. Zgrzyt metalu i wstrząs wydały mu się odległe, powolne, jak gdyby dotyczyły kogoś innego. Widział przesuwające się ponad nim roześmiane twarze, kapliczkę bielejącą w świetle reflektorów i wycieraczki na szybie. Zdążył pomyśleć, że to tylko sen, gdy świat nagle przyśpieszył, wystrzeliły poduszki. Zimna kawa chlusnęła na tapicerkę i spodnie. Silnik zgasł.

Damian ostrożnie przecisnął rękę pomiędzy poduszką a kurtyną boczną i spojrzał na zegarek. Była dwudziesta druga dwadzieścia dwie. Czuł, że to ważne, że może mieć sens.

– Halo, proszę pana! – Kobieta zajrzała przez szybę. – Nic się panu nie stało?

– Wszystko w porządku! – Drzwi kierowcy nie chciały się dostatecznie otworzyć, więc wydostał się od strony pasażera. Pomogła mu.

Poprawił marynarkę i sprawdził, czy mijał jakiś znak. Ostrzeżenie o skrzyżowaniu, które przeoczył. Nie było. SUV wyjechał z łąki, bez świateł, na pełnym gazie. Tak po prostu, znikąd. Otarł się o prawy błotnik, uszkodził lampę i zderzak. Uciekł.

Damian zaklął, widząc przód hondy. Może nie byłoby tak źle, gdyby nie spanikował i nie zjechał z nasypu, trafiając wprost na wystającą studzienkę.

– Zadzwonię po karetkę, tak na wszelki… – Klakson przejeżdżającego tuż obok tira zagłuszył ostatnie słowo. Jego kierowca ledwie się zmieścił na zwężonym odcinku drogi, którą blokował mały ford migający światłami awaryjnymi. Ciężarówka zniszczyła kilka słupków wyznaczających skraj pasa i wjechała na niewielkie rondo, na środku którego bielała stara kapliczka.

– Proszę nie dzwonić. Naprawdę nic mi nie jest – krzyknął Damian. Starał się zignorować adrenalinę szumiącą w głowie i mokre spodnie. – Dziękuję, że się pani zatrzymała, ale musi pani przestawić samochód.

Posłuchała, parkując bezpiecznie kilkadziesiąt metrów dalej. Zamknęła auto i wróciła.

– Wie pan, co to jest szok pourazowy? – spytała, przyglądając mu się badawczo.

– Pani jest lekarzem? – Uśmiechnął się z przymusem.

– Pielęgniarką.

– Naprawdę wszystko w porządku – zapewnił. – Czy widziała pani samochód, który mnie uderzył?

– Nie. – Pokręciła głową. – Tylko pana światła, które nagle zniknęły. Odkąd zaczęli przebudowę, łatwo tu o wypadek. Sam pan widzi. – Zabrzmiało to niemal przepraszająco.

– To jest ciągle trasa E7? – Droga nie była oświetlona. Nie wiedział, gdzie jest. – Myślałem, że…

– Od węzła Chęciny do Jędrzejowa robią w końcu nowy odcinek. Trzeba niestety uważać. Dzwonił pan już na policję?

– To nie ma sensu. – Poklepał się po kieszeniach, szukając elektronicznego henleya. Bezskutecznie. – Nikt nie został ranny, a ja nie mam świadków na to, że ktoś mnie zepchnął. Jeśli przyjadą, to po to, żeby mi wlepić mandat, a to naprawdę ostatnia rzecz, na jaką mam dziś ochotę, proszę mi wierzyć. – Ponownie spojrzał na rozbitą hondę, po której dachu prześlizgnęły się światła mijającego ich samochodu. – Pani jest stąd? Jest tu jakiś tani hotel? Potrzebuję pokoju na jedną noc, a rano zadzwonię po jakąś pomoc drogową… Trzeba to będzie na autocasco wziąć. Cholera!

– Chce pan go tu tak zostawić?

– W rowie nikomu nie przeszkadza. – Wzruszył ramionami. – To jak, pomoże mi pani?

Ford klekotał charakterystycznie, zdradzając zasilające go paliwo i wytłuczone poduszki silnika.

– Przepraszam, że dopiero teraz – zreflektował się. – Damian Wolczuk.

– Alicja Lipińska. – Zaskoczyła go pewnym uściskiem delikatnej dłoni.

– Jaka to miejscowość? – spytał, gdy minęli pierwsze domy.

– Miasto Chęciny – podkreśliła. – Był pan tu już kiedyś?

– Nie, raczej nie. – Wąską uliczką wjechali na rynek, po którym mimo późnej pory przechadzało się kilka osób. Nad ratuszem górowały trzy oświetlone fantazyjnie wieże. – Nie przypominam sobie.

– Proszę skorzystać z okazji i odwiedzić zamek, naprawdę warto – zasugerowała, po czym upewniła się, że nic nie jedzie, i skręciła. Pod kołami zaszumiała kostka brukowa.

Damian nie zdążył odpowiedzieć. Wibrujący w kieszeni telefon upomniał się o uwagę.

– Ghost Town Adama Lamberta? – rozpoznała utwór.

Kiwnął głową.

– Cześć, Marcin, miałem właśnie do ciebie dzwonić. Nie dojadę dziś do Krakowa. Słucham? Nie, nie, drobny wypadek drogowy. Będę chyba musiał zostawić auto i dojechać w inny sposób, ale najwcześniej jutro, może pojutrze, nie wiem. Tak, poważnie. Cały przód, niestety. Nie, oczywiście, wszystko aktualne. Na sto procent. Słucham? Tak, bywa… Nie, to już nie ma znaczenia, naprawdę. Teraz jestem już tylko wasz. – Wymuszony śmiech. – O ile mój materiał… To świetnie, że wierzysz. Okej. Zadzwonię jutro. No, cześć!

Schował telefon.

– Przepraszam. Kolega się niepokoił.

– Oczywiście. – Zgasiła silnik. – Niech pan chwilę poczeka.

Zostawiła go w samochodzie, a sama ruszyła wzdłuż starego muru. Odwrócił się akurat w chwili, gdy znikała w klasztornej bramie. Nigdzie nie zauważył tabliczki wskazującej na możliwość noclegu. Albo więc była poza zasięgiem wzroku, albo dziewczyna poszła załatwić jakąś prywatną sprawę. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta trzecia. Dość późno, by kogokolwiek niepokoić.

Pomarańczowe światło latarni zalewało pogrążoną w ciszy ulicę, odbijało się w brudnej szybie auta. Chłód przenikał do wnętrza. Normalnie o tej porze kończyłby redakcję jakiegoś tekstu, zerkając co chwila znad ekranu laptopa. Zawsze zostawiała uchylone drzwi do łazienki. Chciała, by patrzył, jak się myje. Potem wsuwała się pod satynową pościel i czekała, aż do niej dołączy. Nie musiała czekać długo.

 

– Zdążyliśmy – głos Alicji wyrwał go z drzemki. – Przenocuje pan w pokoju dla gości. Za darmo. – Uśmiechnęła się.

– To hotel? – Było zimniej, niż myślał.

– Klasztor franciszkanów i ośrodek leczenia uzależnień San Damiano. Mam tu przyjaciół – wyjaśniła. – Jeden z pokoi braciszkowie przeznaczyli dla odwiedzających ich bliskich lub działaczy kościelnych. Teraz nikogo nie ma, więc może się pan w nim przespać. Żadne luksusy, ale przynajmniej nie trzeba płacić. Może być?

– Wspaniale! Jest pani bardzo miła. – Zawahał się. – Czy możemy sobie mówić po imieniu?

– Dobrze.

– Chciałbym ci się jakoś odwdzięczyć, Alicjo. – W świetle latarni dostrzegł na jej policzkach drobne piegi.

– Nie ma o czym mówić. – Machnęła ręką. – Chodźmy, bo Daniel jest już po pracy i nie chciałabym go przetrzymywać.

Upewnił się, że zabrał torbę z laptopem i telefon, a potem ruszył za nią. W bramie czekał barczysty mężczyzna o żołnierskich rysach twarzy.

– Cześć, Damian! – Krzepki uścisk dłoni wywołał skurcz na twarzy Wolczuka. – Przyda ci się trochę snu, co?

– Zostawiam cię w dobrych rękach. – Alicja uśmiechnęła się na pożegnanie. – Dobranoc, chłopaki!

Dziedziniec był słabo oświetlony. Niewielkie lampy wskazywały drzwi prowadzące do różnych części otaczających go zabudowań. Blask światła przyciągał owady. Tworzył na białych murach odległe od siebie areny, gdzie mogły pełzać i latać. Wydobywał z mroku wyłożony trylinką podjazd, krawężniki i ozdobną zieleń, lecz nie docierał pod rozłożyste konary starego drzewa. Wierzba rosła w pewnym oddaleniu od bramy. Jej bujne gałęzie zasłaniały bryłę kościoła. Odgradzały od światła część placu. Przytłaczały.

Weszli między zabudowania. Damian wzdrygnął się mimowolnie, patrząc na ciemne kontury okien. Miejsce wydawało się opuszczone. Pozbawione życia.

– Obowiązuje już cisza nocna – szept Daniela zabrzmiał szorstko. – Zawsze o dwudziestej trzeciej gasimy światła. Ty oczywiście nie musisz. – Otworzył drzwi i poprowadził go wiekowym korytarzem, w którym każdy krok rozbrzmiewał głośnym echem. Zamek zgrzytnął. Zaskrzypiały zawiasy.

– Możesz wybrać sobie łóżko. Łazienka jest po prawej. – Daniel zapalił światło i oddał mu klucz. – Zostaniesz tu na dłużej.

– Co? – Wolczuk zamrugał zaskoczony.

– Alicja mówiła, że porządnie skasowałeś samochód i pewnie zostaniesz na dłużej.

– Nie, nie… – Zadrżał z zimna. – Jutro załatwię jakąś lawetę i jadę dalej, do Krakowa.

– W porządku. Ale jakby co, to się nie krępuj. Nie spodziewamy się nikogo, więc możesz zostać, jeśli chcesz.

– Nie będę się narzucał.

– Nie narzucasz się. Dobrej nocy.

ROZDZIAŁ 2

Piątek

2

W nocy trochę mżyło, ale poranek był ciepły. Wilgoć unosiła się nad szeroką wstęgą asfaltu. Słońce wypełzało ponad wierzchołki drzew, zalewając okolicę mdłym blaskiem. Skrzyło w kroplach rosy pokrywającej źdźbła trawy i oddzielające je od asfaltu, biało-czerwone obrzeże zakrętu.

Buczenie narastało, taktowane charakterystycznym redukowaniem biegu. Wskazówka schowanego za pleksiglasową owiewką samotnego obrotomierza opadała coraz niżej. Pięć, cztery i pół, cztery tysiące obrotów. Rosa skraplała się na szybie owiewki i kasku. Spychana pędem powietrza, tworzyła długie strugi, które zmieniły swój kierunek, gdy motocykl pochylił się, wchodząc w zakręt. Nisko, ale nie najniżej. Tor był jeszcze zbyt wilgotny, by można było do końca wykorzystać jego przyczepność. Po chwili silnik ryknął basowo. Wskazówka obrotomierza skoczyła ku czerwonej kresce umieszczonej tuż za siedmioma tysiącami. Kolejny bieg, kolejny i kolejny. Zabytkowy norton manx ciął już długą prostą, oddając na koło pełną moc półlitrowego silnika. Silnika, który co prawda opuścił fabrykę w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku, ale po latach miał się lepiej niż dobrze. Warczał jak myśliwiec i wchodził na wysokie obroty jak szatan.

Kolejna redukcja, buczenie i kolejny zakręt. Za nim znów długa prosta, nazywana startową, przy której stały zabudowania toru. Długi, żółty budynek z boksami, balkonami pełniącymi funkcję trybun, dużym napisem „Tor Kielce” i wieżyczką sędziowską. Pusty i cichy, jeśli nie liczyć mechanika krzątającego się przy jedynym otwartym boksie.

Norton wyszedł z zakrętu, ale kierowca nie odkręcił manetki i nie rozpędził ponownie motocykla. Mechanik mu machał, dawał znaki, by zjechał. Zrobił to więc i zatrzymał się tuż obok. Zgasił silnik i ściągnął kask. Miał czterdzieści kilka lat, zszarzałą, surową twarz i lekko podkrążone oczy.

– Drze się, odkąd ruszyłeś! – Rzeczywiście, telefon wciąż dzwonił. Wygrywał jakiś kawałek, chyba rockowy.

Mężczyzna ściągnął rękawicę i położył ją na baku. Przyłożył telefon do ucha.

– Painer, słucham! – warknął. – Tak… Rozumiem… Cztery ciała. – Zaklął pod nosem. – Dobra, będę za pół godziny!

Rozłączył się i odetchnął głęboko.

– I znowu nie pojeździmy… – Mechanik pokiwał głową. – Dobrze, że do wyścigu jeszcze sporo czasu. – Nie mówił tego z wyrzutem, po prostu stwierdzał fakt. Zdążył się przyzwyczaić.

Kilka minut później Painer był już przebrany. Zamiast motocyklowego kombinezonu miał na sobie niemodną marynarkę i sztruksowe spodnie. Pożegnał się z mechanikiem i ruszył na parking, na którym stały tylko dwa auta. Wzrok przyciągała solidna, błyszcząca metalicznym lakierem terenówka należąca do mechanika. Przy niej kilkunastoletni subaru forester Painera wyglądał jak zgniłe jajo. Tym bardziej że zmatowiały, zielony lakier miał kilka wgnieceń i zacieków rdzy. Również na tylnej klapie, której jaśniejszy odcień wyraźnie odróżniał się od reszty. Podobnie odróżniały się tylne drzwi, które razem z kiepsko zaszpachlowanym błotnikiem i klejonym zderzakiem zdradzały wypadkową historię auta. Painerowi to nie przeszkadzało. Auto jeździło, więc spełniało swoją funkcję, a jego stan był najlepszym zabezpieczeniem przed kradzieżą.

Przez Miedzianą Górę i Kostomłoty dotarł do wjazdu na obwodnicę Kielc i skierował się w stronę Chęcin.

3

– To żart? – spytał z nadzieją Dariusz Kryński. Miał trzydzieści sześć lat, krótko przystrzyżone ciemne włosy i zmęczoną twarz kontrastującą z nienagannie wyprasowanym mundurem. Wczoraj na imieninach kolegi wypił dość, by dziś marzyć o spokojnym dniu na komisariacie. Nie pił często, a w tygodniu w ogóle. Tym razem jednak zrobił wyjątek. Kolega wyjeżdżał na kontrakt do Norwegii, więc to była ostatnia okazja. Miał zresztą trochę zaległej papierologii, którą odkładał na ten piątek, dlatego liczył na dniówkę za biurkiem. Przeliczył się.

– Cztery trupy – powtórzyła Karolina Kaniewska, unosząc wymownie brwi. – Wsiadaj!

– Tylko dyskoteki nie włączaj, proszę – mruknął, sadowiąc się w radiowozie.

– No co ty, żeby się cała wieś zleciała? – parsknęła, ruszając ostro. – Grzecznie pojedziemy przypilnować miejsca, zanim przybędzie kawaleria z Kielcówka. Góra tam się chce wykazać przed nową władzą, więc naszym kryminalnym zabronili się zbliżać. Teraz nabijają statystyki kosztem wszystkich wkoło. Cyrk, kurwa.

– Co na to stary?

– Komendant właśnie grzeje linię i tłumaczy im, jak dojechać. Zadowolony nie jest. – Minęli prowizoryczne rondo z kapliczką na środku. – Na miejscu czeka świadek. To wędkarz. Pojechał rano łowić do Lipowicy i znalazł tam samochód na warszawskich numerach, a przy brzegu topielców. Niczego nie ruszał, tylko od razu zadzwonił do nas.

– Jedyny bohater.

– Co? – nie zrozumiała.

– Tam zawsze łowi kilku stałych bywalców. Pozostali pewnie zwiali, gdy zobaczyli, co się dzieje. – Uśmiechnął się cierpko.

Po drodze stanęli przy sklepie. Kryński kupił napój i opakowanie ibupromu. Połknął dwie pastylki. Gdy zjeżdżali z betonowych płyt nad brzeg, jeszcze nie zaczęły działać.

Czarne bmw X5 stało niemal przy samej wodzie. Z otwartymi drzwiami kierowcy i podniesioną klapą bagażnika. Radio wciąż grało, przekonując okolicę o tym, że będzie zabawa. Obok auta, na kocu leżały ubrania, kilka puszek po piwie i charakterystyczna butelka whiskey z Tennessee. W wodzie bielały nieruchome ciała. Trzech mężczyzn i kobieta. Nago, twarzami w dół.

– O kurwa… – Policjantka zbladła.

– Niczego nie ruszałem, panie władzo! – krzyknął starszy mężczyzna o nalanej twarzy, który majstrował coś przy swoim skuterze. Wytarł dłonie o spodnie moro, które zsunęły się, odsłaniając pokaźnych rozmiarów brzuch, i podszedł bliżej. – Warszawiaki, nie?

– Młodszy aspirant Dariusz Kryński. To pan dzwonił?

– No ja – potwierdził wędkarz. – Miałem jutro dopiero przyjechać, ale dzisiaj coś spać nie mogłem już od czwartej, wie pan? No to myślę, że co będę siedział, jak wędki spakowane, okoń i tak na tygodniu się nie zna, nie? O siódmej przyjechałem i widzę tych tam, to pomyślałem, że trzeba zawiadomić władze, nie? – Wydawał się zadowolony.

– Dobrze pan zrobił – pochwalił go Kryński. – Proszę dać nam chwilę. Potem porozmawiamy, w porządku?

– No to ja skuter dalej, bo obroty coś…

– Bardzo dobrze. Przyjdę do pana.

– Pierwszy raz widzę topielców – szepnęła policjantka, gdy wędkarz nie mógł jej już usłyszeć. – To możliwe, żeby cała czwórka naraz? Przecież tu nie jest głęboko.

Kryński wzruszył ramionami i połknął jeszcze jedną tabletkę. Zatrzymał dziewczynę, która chciała podejść bliżej wody.

– Będą później marudzić, że zatarłaś ślady – wyjaśnił. – Cofnij się może do asfaltu i przypilnuj, żeby się tu miejscowi nie kręcili, a ja pogadam z dziadkiem. Chyba że wolisz ty to zrobić? – Wolała zamknąć dojazd.

4

Grupa operacyjno-procesowa dotarła po jakichś czterdziestu minutach. Jej skład sugerował, że Kielce potraktowały sprawę poważnie. Wąsaty naczelnik pepeżetu, którego Kryński kojarzył jeszcze z czasów służby w Kielcach, piszący z tego samego wydziału, i techniczka, filigranowa blondynka, która była ostatnią osobą, jaką Kryński miał dziś ochotę zobaczyć. Posłała mu cierpki uśmiech, który odwzajemnił niezdarnie. Niemal równocześnie na miejscu pojawił się prokurator, Arkadiusz Painer, o którym Kryński słyszał kilka anegdot. Skojarzył od razu, bo facet miał niepowtarzalne auto i styl ostatnio modny chyba w latach sześćdziesiątych minionego wieku. Niektórzy żartowali, że w prokuraturze przechowują go w starej, zakurzonej szafie i wyciągają dopiero, gdy jest potrzebny. Kryński musiał przyznać, że rzeczywiście takie sprawiał wrażenie. Lekarz dotoczył się kilka minut później.

– Wy tu byliście pierwsi? – Naczelnik Stefan Więcławski nie podał Kryńskiemu dłoni.

– Przyjechaliśmy oboje. Koleżanka zabezpieczyła drogę dojazdową, a ja rozpytałem świadka, który znalazł ciała.

– Niepotrzebnie. My się tym zajmiemy.

– Aspirancie Kryński, pozwólcie na chwilę! – Techniczka opuściła aparat. – Pan też, szefie.

Podeszli do bagażnika, przy którym stała z prokuratorem. Wnętrze było puste, jeśli nie liczyć niewielkiej torby przymocowanej do siedzenia i odrobiny rozsypanej ziemi.

– Terra rosa. – Dorota spojrzała na Darka pytająco.

– Co? – Nie zrozumiał.

– To nie piasek z plaży – parsknęła. – Wodorotlenki żelaza i tlenki glinu, jak sądzę. Pełno jej chyba w Chęcinach, co? Na budowie drogi na przykład?

– No tak… – Miał wrażenie, że ibuprom nie działa. – I co?

– Nic. Chciałam się upewnić. Taka sama oblepia chlapacze i progi. – Oznaczyła ślad numerem.

– To paciorek? – mruknął prokurator, wskazując coś obok czerwonawej grudki. Techniczka kiwnęła głową i sięgnęła po drugi znacznik. Prokurator wyciągnął paczkę papierosów i nie częstując nikogo, zapalił.

– Może pies naniósł ziemię łapami? – zasugerował Kryński, próbując irracjonalnie wykazać się inicjatywą. – Mogli go przewozić w bagażniku. – Na szczęście został zignorowany, bo uwaga wszystkich skupiła się na lekarzu.

– Uraz czaszki – ocenił z zawodową satysfakcją. – Więcej powiem, gdy już będę mógł się lepiej przyjrzeć, a nie zrobię tego, zanim nie zrobicie dokumentacji. – Krytycznie spojrzał na blondynkę. – Może pani się tym wreszcie zajmie z łaski swojej?

Dorota kiwnęła głową.

– To byłby dziwny przypadek, gdyby się w czwórkę utopili tuż przy brzegu. – Lekarz podrapał się po głowie. – Choć nie takie cuda się zdarzają.

– Samochód ma uszkodzony zderzak i błotnik – zauważył Kryński, który odwrócił się w porę, by nie oglądać twarzy strofowanej techniczki. Wcześniej tego nie widział, bo zasłaniały je otwarte drzwi. – Wygląda, jakby się otarł o coś jasnego…

 

– Panie aspirancie. – Usta naczelnika wygięły się w uśmiech, w którym nie było krzty wesołości. – Wasza koleżanka zamknęła drogę dojazdową do zbiornika, ale ona chyba gdzieś biegnie, prawda?

– Na pola – przytaknął, uznając trafnie, że naczelnik ma na myśli drogę, a nie Karolinę.

– A jeśli ktoś od pól będzie szedł? Na spacer na przykład? Ma nam tu się kręcić pod nogami i węszyć sensację? Macie zabezpieczyć teren, to go zabezpieczcie i od tamtej strony. No, raz-dwa!

Kryński skinął głową i ruszył w kierunku krzaków. Droga znikała za nimi, a Kryński z ulgą uczynił to samo. Nie przejmował się tym, że nie zabłysnął, a może nawet wyszedł na idiotę. Nie pierwszy raz. Ważne było to, że oddalił się od Doroty. Od dobrych dwóch miesięcy porażka i wyrzuty sumienia miały jej twarz.

5

Damiana obudziły odgłosy z zewnątrz. Grupa młodych mężczyzn rozgrzewała się na dziedzińcu. Chwilę później wybiegli za bramę. Sprawdził telefon. Nikt nie dzwonił. Ona nie dzwoniła. Oczywiście nie odebrałby, ale przynajmniej czułby satysfakcję, że ona ma jakiekolwiek wyrzuty sumienia, że żałuje zdrady. Najwyraźniej tak nie było.

Umył się i usiadł przy stole naprzeciw meblościanki z lat siedemdziesiątych. Kalwaryjska politura na wysoki połysk musiała kiedyś kosztować majątek. Dziś się takie po prostu wyrzuca, ale tu widać nikomu nie wadziła. Podobnie jak stare krzesła i dwa łóżka, z których jedno było piętrowe. Tylko łazienkę odnowiono, co i tak było Damianowi obojętne. Nie zamierzał tu zostać dłużej.

Telefon z trudem łapał połączenie z siecią. W końcu jednak znalazł numer do warsztatu, który mógł mieć lawetę.

– Nie sprawy, ale prosz zgłosić policję. – Przerywało, więc podszedł do okna. – To w pana interesie, bo inaczej ubezpieczyciel nie uzna. Rozumie pan? Proszę zadzwonić, jak już będzie po, to go ściągniemy i zobaczymy, co się narobiło.

Spodnie od Paula Smitha schły na oparciu fotela. Wciąż zbyt wilgotne, by ocenić, czy nie potrzebują kolejnego prania. Damian Wolczuk założył dżinsy, które przytomnie zabrał w nocy z auta. Kupili je z Justyną w poprzedni weekend w Mokotowskiej, ale wciąż zapominał je wyjąć z bagażnika. W poniedziałek przyszło pismo z sądu i co innego miał na głowie. Teraz się przydały. Wyczyścił buty i poprawił fryzurę. Klucz zostawił w drzwiach.

Za dnia dziedziniec wyglądał przyjemniej. Otoczony niskimi budynkami, z wyrastającą ponad nie bramą i dużą ilością zieleni. Drewniane tabliczki kierowały do kościoła, poradni, ośrodka leczenia uzależnień i kawiarni. W pierwszej chwili Damian chciał tam wejść, by uzupełnić niedobór kofeiny, ale konieczność przywołania obsługi za pomocą niewielkiego dzwonu skutecznie go zniechęciła. Poza tym stare mury i panująca wkoło cisza działały na niego przytłaczająco. Czas tu zwalniał i Wolczuk bał się irracjonalnie, że całkowicie się zatrzyma. Odetchnął, wychodząc na ulicę, gdzie słońce wydawało się świecić intensywniej.

Kawę wypił na rynku pod parasolem. Zjadł niezdrowe śniadanie i poinstruowany przez sprzedawcę poszedł szukać komisariatu. Z Chęcin nie było bezpośredniego połączenia do Krakowa. Sprawdził online. Wpierw musiał dotrzeć do Kielc, a tam przesiąść się do autokaru lub pociągu. Ledwie drobna komplikacja, bo niemal co godzinę miał taką możliwość. Ostatnią tuż po dwudziestej trzeciej. Było więc dość czasu, by wszystko załatwić.

Niewielki, parterowy budynek był cofnięty od ulicy na odległość czterech miejsc parkingowych. Na jasnobeżowej ścianie wisiało godło, a pod nim czerwona tabliczka z napisem „Komisariat Policji w Chęcinach”. Damian upewnił się, że ma ze sobą dokumenty, po czym wkroczył do środka. Miał nadzieję, że pójdzie gładko.

Nie poszło.

– Nie rozumiem! – Wolczuk nie próbował nawet ukryć irytacji. – Zapisał pan wszystko, więc czemu nie mogę zabrać własnego samochodu?

– Powtarzam raz jeszcze. – Policjant starał się mówić spokojnie, choć jego zachowanie od początku zdradzało pewną nerwowość. – Musimy sporządzić dokumentację i zabezpieczyć ślady na miejscu zdarzenia. W tej chwili wszyscy są w terenie, więc będzie to możliwe dopiero za jakiś czas. Gdy skończymy, będzie pan mógł zabrać pojazd.

– To jest jakaś kpina po prostu. Cholerne zadupie!

– Zapisałem pana numer. – Funkcjonariusz nie dał się sprowokować. – Zadzwonię, gdy już będzie taka możliwość. Proszę mieć to na uwadze i nie oddalać się zanadto.

– Nie oddalać się – roześmiał się Wolczuk. – I co mam niby robić? Siedzieć tu na schodach?

– Może pan w tym czasie na przykład zwiedzić zamek albo pospacerować i pooddychać świeżym powietrzem. Przepraszam! – Odebrał telefon, którego ostry dzwonek zawibrował w powietrzu.

Wolczuk wstał i wyszedł bez słowa.

Prowincjonalna kłoda rzucona pod nogi w biegu od tego, co się kończy, ku temu, co się zaczyna – pomyślał odruchowo. Mógłby być z tego niezły nagłówek, a jeszcze lepszy śródtytuł. Prawdę mówiąc, miał czas. Redakcja pisma, którego redaktorem naczelnym był Marcin Zecerski, dopiero się organizowała. Pierwszy numer miał się ukazać za dwa miesiące, a więc tekst Damiana nie miał jeszcze sprecyzowanego deadline’u. Ważne było tylko to, aby był petardą. Dowodem, że warto podpisać z nim stałą umowę, za którą chciał płacić zachodni koncern.

Jeszcze kilka tygodni temu Damian widział w tym szansę, by rzucić robotę w regionalnej gazecie i wypłynąć na szersze wody. Teraz był już zdeterminowany i wierzył, że każda minuta wczorajszego dnia prowadziła do oczywistego celu. Do zmiany na lepsze.

Problem leżał tylko w tym, że materiały z trudem zdobyte przez Wolczuka nie były już atrakcyjne. Przedwczoraj odwołano prezesa, którego wypadek zamierzał opisać, łącząc go z zaginięciem dwóch prostytutek. Za dwa miesiące nikt nie będzie pamiętał ani o prezesie, ani o jakichś kurwach, a on zostanie na lodzie. Miał więc do wyboru albo odpowiednio rozdmuchać historię, albo znaleźć coś nowego.

Przeraźliwy klakson i krótki pisk opon na rozgrzanym asfalcie.

– Pan patrzy, jak pan chodzi! – Starszy mężczyzna w mycce wychylił się przez okno i pogroził Wolczukowi. – Kapcan jeden! – Zgrzytnął bieg i czarny, pamiętający upadek muru berlińskiego mercedes potoczył się dalej. Żółte, zabytkowe tablice zdradzały, że przyjechał ze Śląska.

Kilka minut później Damian zobaczył to samo auto zaparkowane na rynku. Jego właściciel szedł wolnym krokiem wprost do urzędu miasta. Damian zwolnił, by nie wchodzić mu w paradę, a gdy staruszek wszedł do budynku, ruszył prosto w uliczkę, gdzie wskazywała strzałka z napisem „Zamek”.

Budki z pamiątkami starały się przyciągnąć wzrok stosem kolorowych bibelotów. Większość z nich skrywała napisy „Made in China” lub „PRC”, jak gdyby ktokolwiek jeszcze miał wątpliwości, że to jedno i to samo. Drogi prowadzące na zamek były dwie. Pierwszą można było dojść do bliższego, zachodniego wejścia. Oceniając dystans i różnicę wysokości, łatwo się było domyślić, że wymaga wspinania się po schodach, a na to Wolczuk nie miał ochoty. Czuł już w nogach, jak bardzo odzwyczaił się od chodzenia pieszo. Nie było sensu dodatkowo się katować. Wybrał więc drugą, wzdłuż której ustawiono drewniane podobizny władców. Wznosiła się łagodnie, okrążając twierdzę od wschodu. Dłuższa, lecz łatwiejsza.

Łysy człowiek z wystudiowanym uśmiechem i zawieszoną na piersi odznaką przewodnika czekał cierpliwie, aż ostatni maruderzy dołączą do grupy.

– Witam państwa! Nazywam się Dominik…

Melodyjny dzwonek zagłuszył jego słowa. Siwawy mężczyzna w tweedowej, znoszonej marynarce walczył chwilę z telefonem, po czym wymruczał przeprosiny.

– Nic się nie stało – uśmiechnął się przewodnik. – Witam państwa u stóp chęcińskiego zamku. Zamek jest po rewitalizacji, która zakończyła się w kwietniu zeszłego roku. – Trójka roześmianych dzieciaków przebiegła obok. – Stoimy na początku alei władców albo królów, którzy bywali tu lub mieli wpływ na zamek. Na dole, na parkingu, mijali państwo figurę Mikołaja Sieciesławowicza, który był pierwszym właścicielem okolicznych wiosek w drugiej połowie trzynastego wieku, ale nie miał pieniędzy, by budować.

Wolczuk przystanął, niepewny, czy nikt go nie przegoni. Nie był częścią grupy i nie płacił za zwiedzanie z przewodnikiem. Z drugiej strony było to miejsce publiczne i nikt nie zwracał na niego uwagi.

– Pierwsza wzmianka o zamku pochodzi z roku tysiąc trzysta szóstego, czyli z czasów Łokietka.

Owszem, mógł przecisnąć się między tymi ludźmi i iść dalej swoim tempem, ale mógł też posłuchać, skoro nie miał nic lepszego do roboty.