Biografie ulic

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marzannie, Magdzie i Szymonowi



WPROWADZENIE

BIOGRAFIE LUDZI – BIOGRAFIE ULIC

Są książki, których autorzy opowiadają historię miast. Biografie ulic niewątpliwie do takiej kategorii należą. Pragnąłem jednak, aby stały się czymś więcej: zapisem uważnego, wieloletniego wsłuchiwania się w opowieść miasta, zapisem tego, co zobaczyłem i usłyszałem podczas wieloletnich wędrówek po ulicach i zaułkach, po labiryntach archiwów i bibliotek. Pragnąłem wyłowić – zagubione w zgiełku współczesnej Warszawy – głosy ludzi, którzy tam mieszkali przed wiekami, przed ostatnią wojną, w czasie okupacji. Ich życie toczyło się w murach, po których właściwie nie ma już śladu. Pragnąłem te znikome ślady odszukać, odsłonić, wydobyć na światło dzienne. Nie tylko zatem pisać, lecz także odczytywać zatarte pismo tej części Warszawy, która była kiedyś zamieszkiwana przez Żydów. Ślady, tropy, znaki, ułamki i fragmenty odnajdywane na zdjęciach, mapach, planach i w ocalałych resztkach przestrzeni miejskiej: skrawek bruku, resztki kamienicy, zagrzebane w ziemi cegły, potłuczone talerze, widelce, zawiasy, sprzączki, klucze, garnki, kawałki metalowych szyldów, a także kości i popioły. Ówczesne tam i wtedy przesłonięte przez dzisiejsze tu i teraz.

Miasta opowiadają swoje historie, to znaczy historie ulic, placów, domów, podwórek, ogrodów, parków. Słowem – dzieje miasta rozumianego jako w szczególny sposób uformowana i wpisana w kontekst materialno-przestrzenny ludzka zbiorowość, struktura urbanistyczna, kształt architektoniczny, szlaki komunikacyjne. Chodzi więc o zamieszkane miejsce, zaludnioną przestrzeń. Ale miasta opowiadają przecież swoje historie poprzez opowieści o ludziach, których życie i śmierć wplątane są w te miejskie przestrzenie. Opowiadają historie ludzi tu urodzonych, tutaj przybywających czy stąd wyjeżdżających. Chodzi więc o autobiografie miasta oraz biografie tych, którzy w mieście mieszkają. Są to losy indywidualne i zbiorowe, uwikłane w konkretną topografię i tę topografię miejską kształtujące, w taki czy inny sposób podporządkowujące ją sobie, nasycające topografię biografią. Ale są to również ludzkie biografie przez tę przestrzeń miejską kształtowane, determinowane. Biografie, które są takie, a nie inne, ponieważ rozgrywają się w takiej, a nie innej przestrzeni. Mamy tu więc relację dwustronną: z jednej strony miasto kształtuje życie, kulturę, obyczaje ludzi w nim mieszkających, z drugiej zaś miasto jest kształtowane przez życie, kulturę, obyczaje ludzi w nim mieszkających.


Od dawna fascynuje mnie historia, a szczególnie topografia Warszawy, przede wszystkim topografia getta warszawskiego i przestrzenny wymiar doświadczenia Zagłady. Ten typ zainteresowań badawczych należy umieścić w metodologicznych ramach „zwrotu topograficznego” (spacial turn) we współczesnej humanistyce. Nie wdając się w tym miejscu w dyskusje terminologiczne i pojęciowe dystynkcje, wskażę kilka jego źródeł. Oprócz mających już długą tradycję badań zajmujących się socjologią miasta i antropologią obszarów miejskich należy podkreślić inspirującą rolę geografii humanistycznej czy tzw. nowej geografii kulturowej. W kategoriach bliższych literaturoznawstwu mówi się o „geopoetyce”, której przedmiotem – najkrócej ujmując – byłyby topografie, czyli zapisy miejsc w tekstach kultury. W polu tych wielonurtowych dociekań znajdują się ważne dla moich rozważań rozróżnienia miejsca i przestrzeni, przestrzenna metaforyka, kwestia terytorium, granicy, obszarów granicznych. Jest wreszcie to, co chciałbym nazwać „topografią doświadczenia” z jednej i „doświadczeniem topografii” z drugiej strony.

Relacje między przestrzenią, miejscem i przeszłością wpisują się w inny, niezmiernie popularny obszar badań nad pamięcią: od klasycznych ujęć „społecznych ram pamięci” Maurice’a Halbwachsa, przez koncepcję „miejsc pamięci” Pierre’a Nory, po studia Jana i Aleidy Assmannów nad pamięcią indywidualną, zbiorową i kulturową, nad jej wymiarem egzystencjalnym, społecznym i politycznym. Ten splot zagadnień jest szczególnie nośny poznawczo w nowszych badaniach nad problematyką żydowskiego doświadczenia Zagłady oraz żydowskiej tożsamości po Zagładzie. Różne strategie pamięci i upamiętniania są wielorako związane z postholokaustową topografią: tą istniejącą i tą będącą domeną nieistnienia, pustki; tą, która przetrwała, ale domaga się odkrycia i odczytania zatartych śladów, oraz tą, która uległa destrukcji i zapomnieniu, a także przesłonięciu czy wyparciu.

Należy przeprowadzić rozróżnienie miejsca i przestrzeni. Miejsce jest przestrzenią już oswojoną. Miejsce jest tam, gdzie zatrzymujemy się w naszej wędrówce, gdyż przestrzeń kojarzymy z ruchem, drogą, przemieszczaniem się, miejsce zaś z pauzą, przystankiem, ze spoczynkiem. Jest zatem czymś, co nas zatrzymuje, ponieważ ujawnia przed nami swój potencjał znaków i wartości. Dochodzi do spotkania i wtedy, jakby pod wpływem naszego spojrzenia, miejsce się ujawnia, odsłania, daje się zobaczyć. Miejsce to poczucie bezpieczeństwa, swojskości, bliskości. Miejsce jest konkretem, podczas gdy przestrzeń jest abstrakcją. Stając się miejscem, przestrzeń nabiera ciała, nasyca się znaczeniami i emocjami. Miejsce, czyli przestrzeń doświadczona, otacza człowieka, należy do jego świata. Przestrzeń staje się terenem aktywności człowieka. Praktyki życia codziennego przekształcają ją, a właściwie stwarzają nieustannie na nowo. Tak uformowana przestrzeń staje się „miejscem praktykowanym”. Przemierzamy przestrzeń, porządkując ją według przyjętych reguł, których może być wiele i które mogą się nakładać na siebie, które ewoluują, rozwijają się w czasie. Można to porównać do zapisywania kart księgi, zachodzenia na siebie warstw tekstu, tak jak nakładają się na siebie kolejne warstwy tektoniczne. Dlatego często mówi się o palimpsestowej strukturze miasta. Kolejne warstwy historyczne układają się jedna na drugiej, a skomplikowany układ wzajemnie przenikających się poziomów mogą odsłonić wykopaliska archeologiczne albo dociekania hermeneutyczne.

Miejsca mają swoją aurę, albo mówiąc inaczej, mają swego ducha opiekuńczego – genius loci. Ilja Kabakow, artysta konceptualny urodzony na Ukrainie, a mieszkający od końca lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych, tak to tłumaczy: „Kiedy mówimy o aurze miejsca, to mówimy nie tyle o specyficznych przedmiotach, budynkach czy historycznych zdarzeniach związanych z konkretnym miejscem, które wymagają badań historycznych. Mówimy raczej o licznych kulturowych «warstwach» skupionych w danym miejscu. Mówimy o odczuciu historycznej głębi, o nakładających się na siebie obrazach, które odczuwamy, znajdując się w danym miejscu; mówimy o aktywizacji pamięci, która przesądza o wielowarstwowości i wielogłosowości miejsca. (…) poza tym, co materialne, (…) istnieje coś jeszcze, coś niepochwytnego, duchowego, jakaś atmosfera, która przenika miejsce i obejmuje niebo nad naszymi głowami oraz ziemię i trawę pod naszymi stopami. Obejmuje nie tylko to, co widzimy, ale także to, czego nie widzimy, przerwy, pustki, przestrzenie między rzeczami; znaczenie tych pustek, przerw jest nie mniej ważne niż znaczenie przedmiotów, bo te pustki mówią i znaczą nie mniej niż przedmioty”.


Biografia człowieka jest zapisem czyjegoś życia od narodzin do śmierci. Najczęściej biografie przedstawiały ludzi wybitnych, z tych czy innych względów godnych pióra biografa i zainteresowania czytelników. Monumentalne Żywoty sławnych mężów Plutarcha, będące dziełem założycielskim dla gatunku biografistyki, nieprzypadkowo noszą taki właśnie tytuł. Po wiekach okazało się, że w biografii nie tyle chodzi o „sławę”, ile o „życie”. Poeta Samuel Taylor Coleridge, jeden z prekursorów angielskiego romantyzmu, napisał w liście do przyjaciela, że czyjekolwiek życie, choćby najzupełniej pozbawione znaczenia, jeśli tylko zostanie opowiedziane prawdziwie, może być interesujące. Uściślijmy więc: w biografii chodzi o opowieść, której tkanką jest czyjeś życie. Opowiadając historię człowieka, autor stara się zgromadzić jak najwięcej informacji o swoim bohaterze, osobach, zdarzeniach, przedmiotach, które go otaczały. Dociera do najróżniejszych źródeł i na ich podstawie rekonstruuje życie i dokonania swego bohatera, interpretuje je i poddaje ocenie. Biografia jest zatem nie tylko rejestracją faktów, lecz także, a właściwie przede wszystkim, całościowym projektem interpretacyjnym. Autor biografii chce swego bohatera poznać po to, aby go zrozumieć, chce jego życie wpisać w pewien porządek znaczeń, odkryć model jego osobowości, scharakteryzować typ psychiki, opisać rodzaje emocji, odnaleźć w biegu życia tropy egzystencjalne czy duchowe.

Biografia ulicy to również – w ostatecznym rachunku – książka o człowieku, o ludziach, o mieszkańcach tego właśnie, a nie innego skrawka miasta, z którym związało się ich życie. Ale biografia ulicy kładzie nacisk na to, co w biografii człowieka jest tylko kontekstowe, co stanowi jedynie tło: na miejsca i rzeczy, na materialność i topografię. To właśnie materialna substancja, faktura rzeczywistości, w której poruszają się ludzie, staje w centrum biografii ulicy.

Nowa humanistyka penetruje obszary wcześniej marginalizowane, przesłaniane czy wręcz wykluczane. Tak jest między innymi z reorientacją badań, które zwracają się ku sferze materialności, ku rzeczom. W tradycyjnej humanistyce, zorientowanej antropocentrycznie, nie było miejsca na badanie rzeczy jako fenomenów mających swą suwerenność, jako równoprawnych partnerów w grze człowieka ze światem. Rzeczy warte były zainteresowania o tyle, o ile mówiły coś o człowieku. Oczywiście historycy prowadzili studia nad kulturą materialną, archeolodzy z radością dokopywali się do śmietników, bo tam odnajdywali najwięcej cennego materiału do badań nad dziejami człowieka, kultur, cywilizacji, w myśl znanego powiedzenia: pokaż mi swój śmietnik, a powiem ci, kim jesteś. Powrót do rzeczy w nowej humanistyce jest wyrazem tęsknoty za rzeczywistością jako taką, osadzoną mocno w materialności. Można tę tęsknotę ująć metaforycznie jako dążenie do dotknięcia skóry świata. Powrót do rzeczy jest także próbą poszerzenia horyzontów poznawczych, wyjścia poza utarte kategorie, dostrzeżenia czegoś, co wcześniej dostrzegane nie było. Znów ucieknę się do metafory: rzeczy nie są martwe, nie są bierne, lecz mają swoistą podmiotowość, obdarzone są szczególnego typu sprawczością. Nie tylko człowiek używa rzeczy, rzeczy również w pewien sposób „używają człowieka”, współtworząc sieci wzajemnych relacji. W tej perspektywie mówi się o biografiach rzeczy, gdyż rzeczy, podobnie jak ludzie, mają swoją biografię: rodzą się, żyją, umierają, współistnieją z ludźmi, współtworzą i podtrzymują związki międzyludzkie, definiują tożsamość i przynależność. Rzeczy aktywnie współtworzą przestrzeń ludzkiego doświadczenia.

 

Koncepcja biografii rzeczy, rozwijana przez takich badaczy, jak Igor Kopytoff, Cornelius Holtorf czy Andrew Jones, prowadzi mnie do sformułowania projektu biografii ulicy. Ulica traktowana jest przeze mnie jako fenomen historyczny, kulturowy, społeczny, polityczny; jako całość istniejąca zarówno w wymiarze materialnym, jak i duchowym; całość, na którą składają się z jednej strony losy domów, z drugiej zaś losy mieszkających w tych domach ludzi. Punktem dojścia tak rozumianej biografii ulicy jest odsłonięcie fenomenu miejsca, w którym kumuluje się doświadczenie historii i materialności, topografii i biografii.

HISTORIA I TOPOGRAFIA

PREHISTORIA MIEJSCA

Pierwsze udokumentowane wiadomości o pobycie Żydów w Warszawie pochodzą z początku XV wieku. Świadczą o dobrze już wtedy rozwiniętym życiu wspólnoty, zajmującej się przede wszystkim handlem, lichwą i medycyną. Zamieszkali w obrębie murów miejskich na ulicy Żydowskiej, w jednej z najruchliwszych i najgęściej zaludnionych części grodu. Ulica Żydowska miała bezpośrednie połączenie z Rynkiem przez Wąski Dunaj, a jednocześnie leżała w pobliżu młynów miejskich, stojących przy końcu ulicy Piekarskiej od strony Podwala, tuż za murami obronnymi. W narożniku Żydowskiej i Dunaju stała murowana synagoga. Oprócz wersji tłumaczących pochodzenie nazwy ulicy Dunaj od przepływającego tam niegdyś strumienia lub od nazwiska rodziny Donajów jest i taka, która wywodzi ją od pobożnego wołania „Adonai”, dochodzącego z synagogi.

Po przyłączeniu Mazowsza do Korony król Zygmunt Stary wydał w roku 1527 przywilej De non tolerandis Judaeis, zabraniając Żydom zarówno osiedlać się, jak i czasowo przebywać w Warszawie i na jej przedmieściach oraz posiadać tam domy. Nastały czasy wypędzeń i powrotów. W mieście wolno było Żydom przebywać podczas specjalnych okazji (sejmy, jarmarki), stały pobyt był wzbroniony. Tylko łamiąc prawo lub na mocy osobnych przywilejów, dzięki łasce protektorów czy specjalnym opłatom i podatkom udawało się niektórym zatrzymać w Warszawie. Osiedlali się początkowo przeważnie w jurydykach, czyli prywatnych miasteczkach wyłączonych spod jurysdykcji miasta. Mieszkali w okolicach Tłomackiego, Bielańskiej, Senatorskiej, dzisiejszego placu Teatralnego. Gnieździli się w domach należących do magnaterii, na przykład w oficynach pałacu Sanguszków na Marywilu czy w pałacu Pociejowskim przy Senatorskiej. Ów słynny potem „Pociejów”, czyli miejsce handlu starzyzną, przeniósł się w 1809 roku na róg Marszałkowskiej i Królewskiej, by od 1864 roku usadowić się na dziedzińcu domu przy ulicy Bagno. Między 1774 a 1775 rokiem istniała nie mniej sławna Nowa Jerozolima – osada żydowska na terenie jurydyki Bożydar Kałęczyn należącej do księcia Adama Sułkowskiego (okolice dzisiejszego placu Zawiszy i dawnego Dworca Głównego). Droga poprowadzona do tej osady nazwana zostanie – kiedy przecinać już będzie całe miasto od Wisły ku zachodnim rogatkom – Alejami Jerozolimskimi. Od 2002 roku tam, gdzie przecinają się Aleje Jerozolimskie i Nowy Świat, w jednym z najbardziej eksponowanych punktów współczesnej Warszawy, stoi wielka sztuczna palma – artystyczna instalacja Joanny Rajkowskiej, wiążąc w przewrotny sposób główną warszawską ulicę z Jerozolimą.

Wędrówkę warszawskich Żydów można podzielić na cztery główne etapy. Pierwszy – od 1483 roku, czyli pierwszego usunięcia Żydów, do upadku Rzeczypospolitej w 1795 roku. W czasie pruskiej okupacji Warszawy (styczeń 1796 – listopad 1806) zalegalizowano pobyt Żydów w mieście pod warunkiem uiszczenia wprowadzonego już wcześniej tzw. biletowego oraz opłaty koszernej, ale mnożono ograniczenia. Etap drugi – to okres wymuszonych przenosin z miejsca na miejsce i powolnego kształtowania się rewiru żydowskiego w północnej części Warszawy. Trwał do 5 czerwca 1862 roku, kiedy ukazem carskim zniesiono ograniczenia mieszkaniowe dla Żydów (tzw. ulice egzymowane). Etap trzeci – kiedy Żydzi osiągnęli de iure prawo do swobodnego wyboru miejsca zamieszkania i kiedy ostatecznie ukształtowała się dzielnica żydowska w Warszawie. Okres ten trwał do wybuchu drugiej wojny światowej. I wreszcie etap czwarty – to czas Zagłady, znaczony trzema punktami kulminacyjnymi: zamknięcie getta 16 listopada 1940 roku, wielka deportacja do Treblinki między 22 lipca a 23 września 1942 roku oraz powstanie od 19 kwietnia do 12 maja 1943 roku.


Wydaje się, że w drodze przez Warszawę Żydzi nieuchronnie zmierzali ku swojemu miejscu, a ono wyłaniało się powoli z krajobrazu miasta, by wśród szmeru strumieni i w cieniu ogrodów czekać na ich przybycie.

Tereny przyszłej dzielnicy żydowskiej, nazywanej północną bądź nalewkowską, znalazły się między Okopami Lubomirskiego z 1770 roku, które wyznaczały administracyjne granice miasta w końcu XVIII wieku (przebiegały one dzisiejszą Polną, Towarową, Okopową, terenami Dworca Gdańskiego ku Cytadeli), a usypanym w latach 1621–1624 wałem Zygmuntowskim, które wyznaczały obszar miejski Warszawy XVII wieku. W swej północnej części wał Zygmuntowski biegł łukiem wzdłuż koryta rzeczki Nalewki. Przecinał mniej więcej w połowie (u zbiegu z Bonifraterską) późniejszą ulicę Franciszkańską, zostawiając jej zachodni odcinek poza swym obrębem.

Północną flankę tego obszaru stanowiła znana już w XIV wieku wieś Polkowo (albo Polikowo bądź też Polków), leżąca między rzeczkami Drną i Bełczącą. Były tam młyny wodne i stawy rybne oraz wspaniałe ogrody – miejsce spacerów i zabaw mieszkańców stolicy. Tu narodził się Żoliborz. Na zachodzie leżały role wsi Wielka Wola, łukiem ku Wiśle płynęła rzeczka Drna i rozciągały się pola elekcyjne. Graniczyły z nimi tereny, na których znajdował się wodociąg, doprowadzający wodę do Nowej Warszawy. Powstał w XVI wieku, czynny był przez cały wiek XVII, ale w następnym stuleciu już nie natrafiamy na jego ślad. Na rogu przedwojennej Gęsiej i Nalewek znajdowały się niegdyś cysterny, dostarczające wodę drewnianymi rurami wzdłuż Franciszkańskiej i Koźlej na Rynek Nowomiejski. Drewniane naczynia służące do czerpania wody z cystern nazywano nalewkami. Wschodni kraniec interesującego nas terenu wyznaczała biegnąca wzdłuż Wisły pradawna droga handlowa, u schyłku XV wieku nazwana Zakroczymską, będąca przedłużeniem Świętojańskiej i Nowomiejskiej. Prowadziła na północ, do Zakroczymia i Torunia. Południową granicę tworzyły ziemie miasteczka Leszczyńskich, usytuowanego na gruntach Starej Warszawy, poza wałem Zygmuntowskim, przekształconego w 1648 roku w jurydykę Leszno.

Ten właśnie obszar stał się ziemią obiecaną warszawskich Żydów. Z nim kojarzy się nam wszystko, co w Warszawie żydowskie. Ulice i zaułki, kamienice i podwórza. Charakterystyczna atmosfera, niepowtarzalny koloryt, jedyny w swoim rodzaju wielojęzyczny zgiełk. Żydowska Warszawa tworzyła mikrokosmos. Obejmował on nieskończoną różnorodność form i przejawów życia, mieścił ogromne kontrasty społeczne i obyczajowe, stanowił osobliwy fenomen miasta w mieście.

Warto wspomnieć, że w północnej części przyszłej dzielnicy żydowskiej stanął w 1686 roku pałac Józefa Szymona Bellottiego, nadwornego budowniczego króla Jana III Sobieskiego, nazwany „Murano” od weneckiej wysepki Murano, skąd pochodził Bellotti. Tak powstała nazwa późniejszego Muranowa, który tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej zamieszkiwało z górą 90 procent Żydów i gdzie Niemcy utworzyli największe getto w okupowanej Europie. Weneckie pochodzenie nazwy Muranów jest w tym kontekście gorzką ironią historii, ponieważ słowo „getto” zostało użyte po raz pierwszy właśnie w Wenecji w 1516 roku.


Warto przywołać wygląd miejsc, które jeszcze tętniąc życiem, już niebawem staną się scenerią „ostatecznego rozwiązania”. Spójrzmy na panoramę dzielnicy żydowskiej okresu przedwojennego z lotu ptaka, oczami świadków tamtych lat. To właśnie stąd warszawscy Żydzi wyruszyli w swoją ostatnią drogę.

O topografii żydowskich ulic Warszawy, o podstawowym podziale na „te” i „tamte”, czyli lepsze i gorsze, ulice opowiadał Isaac Bashevis Singer, późniejszy laureat Literackiej Nagrody Nobla. Jego artykuł w nowojorskim dzienniku „Forwerts” nosił tytuł Każda żydowska ulica w Warszawie była samodzielnym miastem i ukazał się 2 lipca 1944, kiedy z żydowskiej Warszawy nie został kamień na kamieniu:

Warszawscy Żydzi dzielili stolicę na „te” i „tamte” ulice. Zrozumiałe, że z kimkolwiek się rozmawiało, rozmówca zawsze mieszkał na najlepszej, na „tej” ulicy. Ten ogólny podział miasta pokrywał się z grubsza z podziałem na część północną i południową (…). Za dobre uważano ulice położone w południowej części żydowskiej Warszawy: Śliską, Pańską, Grzybowską, Twardą, plac Grzybowski, Gnojną, Krochmalną, Mariańską. Trudno wytłumaczyć, dlaczego właśnie ich mieszkańcy uważali za prawdziwych warszawiaków. Rzadko zbłądził tutaj litwak, w szabas chasydzi spacerowali tu w sztrajmlach na głowie, tutaj też mieszkała najpobożniejsza i najbardziej konserwatywna część warszawskich Żydów. Duże firmy raczej się tu nie instalowały, najczęściej widziało się małe sklepy z żywnością, przyprawami korzennymi, mlekiem, słodyczami oraz składziki węglowe. Większość mieszkańców żyła ubogo, ale jeśli już ktoś był bogaczem, to solidnym bogaczem, bez bankructw, długów, hipoteki. Na „tych” ulicach prawie w każdym podwórku mieściła się chasydzka sztibł, a na kilka domów przypadała rytualna łaźnia. Chłopcy i młodzi mężczyźni studiujący Torę rzadko kiedy chowali pejsy, okręcając je wokół uszu – tutaj nie było takiej potrzeby. Często spotykało się stare, straszliwie zgarbione kobiety w wysokich czepcach z różnokolorowymi wstęgami z atłasu. Obłąkani swobodnie kręcili się po ulicach i tylko czeredy dzieci biegały za nimi ciekawe. Każdy żebrak chodzący po prośbie miał własny rewir; najwyższą jałmużną była groszowa moneta, najniższą – kostka cukru. Może wydać się to dziwne, ale wpływy haskali i nowoczesne prądy docierały bardzo powoli i późno do tej części Warszawy. Podczas gdy na „tamtych” ulicach aż roiło się od syjonistów, bundystów, folkistów i innych odszczepieńców, tutaj niedowiarek był rzadkim zjawiskiem. (…) W piątek wieczorem, przed nadejściem szabasu, całą okolicę obchodziła straż, czuwająca, by wszystkie sklepy zostały zamknięte wcześniej niż w pozostałe dni tygodnia. Nie zdarzyło się, żeby jakiś sklep czy magazyn był otwarty w szabas. W sobotę rano ulice wypełniały się zapachem czulentu i kuglu. Ze wszystkich okien dobiegały dźwięki szabasowych pieśni. Tutaj była ziemia Izraela. (…)

Do „tamtych” ulic należały: Dzielna, Pawia, Gęsia, Miła, Niska, Stawki, plac Muranowski, a już przede wszystkim Nalewki i Franciszkańska. Panował tam wieczny rejwach i zamęt. Tamtejsi Żydzi handlowali przed pierwszą wojną z Władywostokiem, Pietropawłowskiem, a nawet z Chinami. Sklepy mieli zapakowane towarami pod sam sufit. Czynsze w tamtej okolicy płacono wysokie, bowiem każde mieszkanie było małym przedsiębiorstwem. Doprawdy nikt by nie zliczył fabryczek, które tam się mieściły. Harmider zapamiętale targujących się głosów nie słabł w ciągu dnia nawet na chwilę. Tam również stały domy nauki i chasydzkie sztiblech, ale były one niewidoczne wśród sklepów, warsztatów i fabryk, które je otaczały. Na „tamtych” ulicach ludzie chodzili przyspieszonym krokiem i nawet chcąc dostać się gdzieś w pobliże, wsiadali do tramwaju. Tysiące komiwojażerów rozjeżdżało się stąd z towarem aż po najdalsze okolice. Spotykali się potem w restauracjach i w hotelikach (nazywano je wszystkie „Hotel de la Pluskwa”), żartowali i zadziwiali jedni drugich, opowiadając, jakie to podstępy pomogły im w handlu. (…) Prawie każde mieszkanie na „tamtych” ulicach służyło jednocześnie za sklepik lub noclegownię. Nieustannie trwał wyładunek sprowadzanych towarów. Na Gęsiej mieściły się olbrzymie składy bławatne, gdzie zaopatrywali się klienci z całej Polski. To tu rozmawiało się o wzroście i spadku akcji, komentowało kurs zagranicznych walut, to tu zachodziło się w głowę, czy funt szterling pójdzie w górę. Tutaj chasydzi zakładali sztywne kołnierzyki i krawaty, bo to pomagało w interesach. W tej okolicy ludzie śnili o budowie Izraela i o socjalistycznej rewolucji. Tu rano rozchwytywano żydowskie gazety, tu kręciły się po ulicach gromady litwaków.

 

Bernard Singer (Regnis), publikujący w międzywojennej prasie żydowskiej wychodzącej w języku jidysz, polskim i hebrajskim, urodził się na Nalewkach 37, a dzieciństwo spędził na Muranowie na przełomie XIX i XX wieku. W swoich wspomnieniach Moje Nalewki nakreślił panoramę żydowskich ulic ówczesnej Warszawy:

Początek ulicy Miłej miał opinię zamożnej. Od frontu mieszkali właściciele sklepów z Nalewek. Przedłużenie jej, zwane Nowomiłą, skupiało biedotę. Rzemieślnicy, handlarze, przekupki, ludzie nieokreślonych, a wielce podejrzanych zawodów, bezrobotni zapełniali tę ulicę. Gęsia przy Nalewkach była ulicą handlową, dalej za Dziką aż do Okopowej tuliła się bieda. Jedynymi dziełami sztuki były tam pomniki robione na cmentarz żydowski, bezpłatnym widowiskiem – pogrzeby. Na Dzielnej i Pawiej w domach o niskich numerach mieszkali mniej lub więcej solidni kupcy, a dalej, za „Pawiakiem”, ulice niczym się nie różniły od Nowomiłej. Na Niskiej chwalono komfortowe izby piwniczne. Stawki mogły wytrzymać konkurencję ze wszystkimi biednymi ulicami. Rej wodziła Smocza, ulica furmanów, łachmaniarzy, złodziei z pozorami romantyczności, mszczących krzywdę ubogich przez okradanie nieco zamożniejszych. Na Parysowskiej, coraz bliżej Powązek, nędza żydowska, jak gdyby wychodząc z getta, stykała się z biedą polską. (…) Niebezpiecznie było przekroczyć niewidzialną granicę między Miłą i Nowomiłą, która miała opinię siedliska złodziei, paserów, nożowników i alfonsów. Kiedy na Nalewkach okradano kupca, subiekt handlowy szedł na tamtą stronę, by wykupić skradzione rzeczy. Jeśli mu się nie udało, przychodził z wiadomością, że kradzieży dokonała nie sitwa, ale nieodpowiedzialna banda. Rzadko chodziłem w latach chłopięcych na Smoczą, Wołyńską czy Stawki.

Zusman Segałowicz, wspominając Żydowski Związek Literatów i Dziennikarzy w Polsce przy ulicy Tłomackie 13, pisał tuż po wojnie:

Warszawa, stolica państwa, była ośrodkiem polskiego życia kulturalnego, ekonomicznego i politycznego. Tu był sejm, tu stał Zamek Królewski, w którym urzędował prezydent Rzeczypospolitej. (…) W tym samym czasie Warszawa była także głównym ośrodkiem życia kulturalnego, społecznego, politycznego i gospodarczego Żydów w Polsce. (…) Biła z Warszawy duma i poczucie własnej wyjątkowości. Warszawa – miasto wielkopańskie, miasto katolickie. Sto lat okupacji rosyjskiej nie złamało jej dumy. (…) Warszawa była również miastem żydowskim. Miastem z żydowskimi ulicami. Miastem z całymi dzielnicami żydowskimi. Była centrum duchowego życia Żydów. Ośrodkiem żydowskości. Tętniła żydowską kulturą, żydowską pobożnością i świeckością. Składała się jakby z dwóch części, z dwóch światów. Świata chrześcijańsko-polskiego i świata żydowskiego. Nie znam drugiego takiego miasta w Europie, w którym istniałyby obok siebie dwa tak różne światy. (…) Te kontrasty widać było na każdym kroku. W parkach, na letniskach otaczających Warszawę, w sosnowych lasach wokół Otwocka spacerowali Żydzi w czarnych kapotach. (…) Na Marszałkowskiej, na Nowym Świecie i na pozostałych polskich ulicach dominował modny europejski strój, natomiast na Nalewkach, Franciszkańskiej, Dzikiej, Gęsiej falowała żydowska kapota. Tam paradowali mężczyźni gładko ogoleni, z przyciętymi wąsami, a w dzielnicach żydowskich mężczyźni z brodami. Tu w bramach, sklepach, tramwajach, dorożkach i na ulicach przewalały się tłumy brodatych. Były to iście patriarchalne dzielnice. Dla obcego wyglądały egzotycznie, ale dla swoich były bliskie, przytulne i miłe. Przed obcymi Żydzi skrzętnie ukrywali swoją intymność. Obcy, a czasem nawet swoi nie starali się wnikać głębiej w ich życie. (…) Żydowskie ulice Warszawy nie należały do barwnych. Nie wyróżniały się ani piękną architekturą, ani zielenią. Szare i jednostajne były Nalewki, Gęsia i Leszno. Z kamienic na Krochmalnej i Smoczej odpadały tynki. Mimo to wszystkie te ulice posiadały jakiś swoisty, trudny do opisania urok.

Bernard Mark, członek zarządu Żydowskiego Związku Literatów i Dziennikarzy, przywołał wspomnienie dzielnicy żydowskiej, hierarchii jej ulic i obszarów, wybierając konkretny punkt widzenia: balkon drugiego piętra tej samej kamienicy przy ulicy Tłomackie 13:

Ulica Bielańska, która w oczach mieszkańców dzielnicy nalewkowsko-muranowskiej była szczytem elegancji, stanowiła jakby pomost między światem artystycznym, rozpościerającym się za placem Teatralnym, a tzw. Dzielnicą Północną, gdzie leżało główne osiedle żydowskie w Warszawie. (…) Następnym odcinkiem granicznym była krótka ulica Tłomackie, gdzie mieściła się Wielka Synagoga, zbudowana w ostatniej ćwierci ubiegłego stulecia w stylu niemieckiego neorenesansu, oraz Związek Literatów i Dziennikarzy żydowskich – na drugim piętrze kamienicy pod numerem 13, leżącej vis-à-vis szerokiej, niby rozwartej ulicy Przejazd, za którą tętniło życie dzielnicy żydowskiej. Wychodząc na balkon Związku Literatów, miało się wrażenie, że stoi się na strzelnicy broniącej dostępu do gęsto zamieszkanej dzielnicy. Ulicą Przejazd przewalał się potok ludzi w jedną i drugą stronę, na jezdni poruszały się długie szeregi platform i dorożek, a z przeciwległego końca Przejazdu dochodził swoisty zgiełk. (…) Grzybów to była dzielnica sklepów hurtowych, wielkich platform i furgonów, dzielnica składów żelaza i zagranicznych owoców, dzielnica zajętych wyłącznie swymi interesami zamożnych kupców, przeważnie chasydów, dzielnica zdrowych muskularnych tragarzy żydowskich, a jednocześnie… domów publicznych (na Pańskiej). Natomiast Muranów – Nalewki był to rejon setek fabryczek i warsztatów drobnego przemysłu, tysięcy drobnych warsztatów chałupniczych, szeroko rozwiniętego drobnego handlu, często nielegalnego, nędznego handlu ulicznego, rejon proletariatu żydowskiego i jego giełd zawodowych, rejon lotnych demonstracji ulicznych i Pawiaka. (…) Tłomackie, Przejazd i Długa – był to początek centralnej dzielnicy żydowskiej, przeciętej dwiema niemal równoległymi trasami: Nalewkami i ulicą Zamenhofa, zwaną przedtem Dziką. W oczach ubogiego mieszkańca tej dzielnicy Nalewki były ulicą arystokratyczną, ulicą bogaczy; tak samo mały odcinek Gęsiej, między Nalewkami i Zamenhofa, gdzie znajdował się ośrodek średniego handlu towarami bławatnymi i gdzie handel nigdy się nie odbywał za gotówkę, lecz przeważnie na weksle. Ale i tu, na Nalewkach, na wyższych piętrach lub w suterenach gnieździła się wielotysięczna biedota – robotnicy, chałupnicy, rzemieślnicy, subiekci, drobni wędrowni handlarze.

Nakładem Magistratu miasta stołecznego Warszawy ukazała się w 1929 roku praca zbiorowa, w której dzielnicę żydowską jako miejsce tętniące życiem i energią opisywał Aleksander Janowski:

Jak gdyby dla kontrastu, do tego cmentarnego zakątka Powązek przylega dzielnica najbardziej kipiąca życiem ze wszystkich dzielnic Warszawy: to dzielnica drobnego handlu i domowego przemysłu niezliczonych rodzin żydowskich. Oto ulice: Dzielna, Pawia, Gęsia, Franciszkańska, Miła, Muranowska, Świętojerska, Nalewki, plac Muranowski. Jakiż tu ruch, jaki potężny pęd życia, a jakie kontrasty zażywnych, rumianych pryncypałów i zielono bladych, chudych subiektów. Każda kamienica oblepiona szyldami, każde podwórze otaczają czteropiętrowe oficyny, a w ich wnętrzu wre praca: krawaty, sztuczne kwiaty, portmonetki, pudełka, torebki i długa lista wyrobów kiepskiej galanterii, która zalewała dawniej rynki wschodnie, a korzystała z pracy nieletnich „praktykantów”, najczęściej bezpłatnych, bo na nauce, lub płatnych tyle, aby nie umarł, ale i nie mógł żyć. Gwar, rejwach, pośpiech tętni w wielkich paropodwórzowych kamienicach, bo tam tworzy się bogactwo, tam rośnie kapitał, a ze wszystkich fabryk taka fabryka jest najkłopotliwsza. Stąd ta dzielnica nie żyje, ta dzielnica kipi sprytem, pomysłowością, wysiłkiem pracy, niewątpliwie większym niż w innych dzielnicach. Toczą się potoki ludzkie. Płynie długi sznur ładownych wozów. Rozpaczliwie brzęczą dzwonki zatarasowanych tramwajów. Tragarze, uginający się pod nadmiernym ciężarem, zginają się w pałąk, a żyły na skroniach i szyi omal nie pękają w nadmiernym trudzie. Obok wielkich firm o milionowych obrotach tulą się jakieś nędzne sklepiki, a po chodnikach, w bramach i podwórzach natrętnie narzuca się ubogi handel koszykowy, gdzie cały kapitał zakładowy wynosi pięć czy siedem złotych.

Zdzisław Kaliciński, autor sagi rodzinnej O Starówce, Pradze i ciepokach, pisał o Warszawie lat trzydziestych XX wieku: