303. Dywizjon Myśliwski „Warszawski” im. Tadeusza Kościuszki. Działania wojenne 1940-1945Tekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


zakupiono w sklepie: Sklep Testowy
identyfikator transakcji: 1645557923598682
e-mail nabywcy: test@virtualo.pl
znak wodny:


Copyright ©

Jacek Kutzner

Wydawnictwo Napoleon V

Oświęcim 2018

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

© All right reserved

Redakcja:

Michał Swędrowski

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

Dystrybucja: ATENEUM www.ateneum.net.pl

Sprzedaż detaliczna: www.napoleonv.pl

Numer ISBN: 978-83-7889-770-5

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Wstęp

1. Northolt, 2 sierpnia - 10 października 1940 r.

2. Leconfield, 11 października 1940 - 2 stycznia 1941 r.

3. Northolt, 3 stycznia - 13 lipca 1941 r.

4. Speke, 14 lipca - 6 października 1941 r.

5. Northolt, 7 października 1941 - 14 czerwca 1942 r.

6. Kirton-in-Lindsey, 15 czerwca - 14 sierpnia 1942 r.

7. Redhill, 15-19 sierpnia 1942 r.

8. Kirton-in-Lindsey, 20 sierpnia 1942 - 31 stycznia 1943 r.

9. Heston, 5 lutego - 31 maja 1943 r.

10. Northolt, 1 czerwca - 11 listopada 1943 r.

11. Ballyhalbert, 12 listopada 1943 - 29 kwietnia 1944 r.

12. Horne, 30 kwietnia - 18 czerwca 1944 r.

13. Westhampnett, 19-25 czerwca 1944 r.

14. Merston, 26 czerwca - 9 sierpnia 1944 r.

15. Westhampnett, 9 sierpnia - 24 września 1944 r.

16. Coltishall, 25 września 1944 - 2 kwietnia 1945 r.

17. Andrews Field, 3 kwietnia - 8 maja 1945 r.

Zakończenie

Aneksy

I. Dowódcy dywizjonu

II. Personel latający

III. Loty bojowe, zwycięstwa i straty osobowe

IV. Udział w lotach bojowych, liczba pewnych zwycięstw powietrznych i straty osobowe

Bibliografia

Wstęp

Książka ta opowiada historię dywizjonu lotniczego, o którym słyszał prawdopodobnie każdy Polak. Jego godło, malowane w czasie wojny na samolotach, jest dziś noszone przez polską młodzież na koszulkach i bluzach, a książka napisana o nim jeszcze w czasie wojny stanowi obowiązkową lekturę w szkole podstawowej1. Wyrazem współczesnego nim zainteresowania są też liczne strony internetowe, poświęcone bądź jemu samemu, bądź też któremuś z jego pilotów, a debaty na temat jego historii wciąż budzą skrajne emocje. Mowa oczywiście o 303. Dywizjonie Myśliwskim, który obok okrętu podwodnego ORP Orzeł i polskiej 1. Dywizji Pancernej dowodzonej przez gen. Stanisława Maczka, a także II Korpusu gen. Władysława Andersa, jest dla Polaków symbolem odwagi i męstwa Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w czasie II wojny światowej.

303. Dywizjon Myśliwski, który od sierpnia 1940 r. do ostatnich miesięcy wojny uczestniczył w działaniach lotniczych nad Europą Zachodnią, ma w kształtowaniu obrazu polskiego pilota miejsce szczególne. Lotnicy pełniący służbę w jego szeregach wykonali podczas wojny niemal 10 tys. lotów, meldując o zestrzeleniu ponad 200 samolotów Luftwaffe. 126 z tych zwycięstw zameldowano podczas zaledwie 43 dni walk nad Anglią w 1940 r., co z 303. Dywizjonu Myśliwskiego uczyniło najskuteczniejszą jednostkę obrońców Wysp Brytyjskich. Dla miłośników historii zmagań lotniczych w okresie II wojny światowej stanowi on przykład doskonałego wyszkolenia, znakomitego bojowego doświadczenia i hartu ducha, które zaowocowały zadziwiającymi rezultatami walk powietrznych, toczonych przeciwko silnemu i zdeterminowanemu nieprzyjacielowi.

Niejako w tle owej popularności pozostaje fakt, że wyniki naukowych badań nad historią 303. Dywizjonu Myśliwskiego można uznać za nader skromne. Świadczy o tym niewielka liczba publikacji o zdecydowanie przyczynkowym charakterze. W badaniach nad dziejami tego oddziału niezbędne staje się więc prześledzenie całego dorobku poświęconego Polskim Siłom Powietrznym działającym w Europie Zachodniej. Wśród publikacji podejmujących całokształt wzmiankowanej problematyki można wyróżnić opracowania o charakterze ogólnym, opisujące całokształt problematyki, i monograficzne, poświęcone organizacji i działaniom bojowym poszczególnych jednostek. Niniejsze opracowanie należy zaliczyć z całą pewnością do tej drugiej kategorii, przy czym nie rości sobie ono pretensji do wyczerpania tematu i powinno być traktowane jako punkt wyjścia do dalszych, pogłębionych rozważań związanych ze wstępnie zarysowanymi w nim zagadnieniami.

Piloci 303. Dywizjonu Myśliwskiego walczyli nieprzerwanie do zakończenia działań wojennych, a ostateczny kres jego historii nastąpił dopiero w listopadzie 1946 r., kiedy dywizjon został rozwiązany. Sześcioletni okres „dywizjonowej służby” charakteryzowała niezwykle zróżnicowana dynamika działań lotniczych trwających nad Europą. W 1940 r., kiedy piloci jednostki po raz pierwszy starli się z Luftwaffe nad angielską ziemią, walki trwały praktycznie nieprzerwanie i miały miejsce niemal każdego dnia. Polacy obok innych nacji bronili Wysp Brytyjskich. Kilka miesięcy później występowali już w zupełnie innej roli, uczestnicząc w akcjach ofensywnych nad Francją, początkowo o ograniczonym zasięgu. Rok 1941 przyniósł bowiem na Zachodzie „odwrócenie ról”. Teraz to samoloty alianckie atakowały, a Niemcy bronili się. Intensywność owych działań przybierała na sile do 1943 r., kiedy to 303. Dywizjon Myśliwski odniósł swoje ostatnie powietrzne zwycięstwo w wojnie. Później jego piloci zostali wykorzystani do działań osłonowych wypraw bombowych, podczas których rzadko dochodziło do starć z nieprzyjacielem, oraz – po lądowaniu Aliantów w Normandii – do atakowania celów naziemnych i nawodnych.

Powyższy stan rzeczy w oczywisty sposób przekłada się na charakter narracji, która obfituje w dużą liczbę wydarzeń w latach 1940-1943, by następnie tracić dynamikę i ograniczyć się do opisu lotów, w czasie których nic się nie wydarzyło. Trzeba jednak pamiętać, że dla ich uczestników były one wciąż dużym zagrożeniem i mimo że aktywność nieprzyjaciela była w latach 1944-1945 stosunkowo mała, wciąż czyhało na nich dużo niebezpieczeństw.

W związku z tym w niniejszej pracy świadomie zrezygnowano z tradycyjnego układu i nie zastosowano jej podziału na rozdziały. Narrację podporządkowano układowi chronologicznemu, odpowiadającemu kolejnym lotniskom, na których w poszczególnych okresach stacjonował 303. Dywizjon Myśliwski. Ma to umożliwić Czytelnikowi łatwiejsze wyszukiwanie kluczowych informacji z wybranego etapu jego historii.

W publikacji zrezygnowano także z rozbudowanych przypisów, co należy tłumaczyć przeznaczeniem jej dla szerokiego spektrum Czytelników, nie tylko dla pasjonatów i ekspertów tematów lotniczych. Nie oznacza to oczywiście, że Czytelnik został pozbawiony możliwości identyfikacji źródła pochodzenia informacji. O ile nie pochodzą one z wymienionej poniżej bazy źródłowej, zostało to każdorazowo zaznaczone w tekście.

 

Baza źródłowa do historii działań bojowych 303. Dywizjonu Myśliwskiego jest bogata i znajduje się w Archiwum Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego oraz w The National Archives. Obie instytucje znajdują się w Londynie, a szczegółowe omówienie posiadanych przez nie zasobów znacznie wykracza poza ramy niniejszego tekstu. Dla Czytelnika jest jednak istotne, że opis działań dywizjonu został sporządzony w oparciu o jego dzienniki bojowe, prowadzone przez cały okres wojny. Tak więc informacje pochodzące z Operations Record Books (tzw. ORB) nie były w opracowaniu opatrywane przypisem, chyba że dokument ten był in extenso cytowany. Źródłem cytatów był także Pamiętnik wojenny pilota eskadry kościuszkowskiej Mirosława Fericia, który z czasem został uznany za kronikę dywizjonu, a ponadto raporty bojowe pilotów, miesięczne sprawozdania z jego działalności i rozkazy dzienne jednostki. Jako materiały uzupełniające służyły przede wszystkim dokumenty wytworzone w 11. Grupie Myśliwskiej RAF, w ramach której dywizjon walczył przez niemal całą wojnę.

Opracowanie zostało uzupełnione czterema aneksami. Zawierają one wykazy dowódców jednostki, personelu latającego, lotów bojowych (z uwzględnieniem zwycięstw i strat) oraz podstawową statystykę „wojennej aktywności” najbardziej znanej polskiej jednostki lotniczej walczącej w II wojnie światowej.

1 Chodzi oczywiście o książkę znanego polskiego podróżnika i obserwatora ówczesnych wydarzeń Arkadego Fiedlera pt. Dywizjon 303, opublikowaną w okupowanej przez Niemców Polsce, a następnie wielokrotnie wznawianą.

1. Northolt, 2 sierpnia - 10 października 1940 r.

Na podlondyńskim lotnisku w Northolt 2 sierpnia 1940 r. zjawiło się 18 nowych pilotów. Nie mówili po angielsku, zachowywali się w sposób dla ich gospodarzy dziwny i traktowali wszystkich nieco „z góry”. Towarzyszyło im 135 żołnierzy personelu naziemnego, którzy stanowili podobnie jak piloci barwne towarzystwo. Cała ta „zbieranina” już wkrótce utworzyć miała jedną z najskuteczniejszych jednostek lotniczych biorących udział w Bitwie o Wielką Brytanię – polski 303. Dywizjon Myśliwski.

Polakami dowodził S/L Zdzisław Krasnodębski1. Był doświadczonym pilotem, który miał już okazję walczyć z Luftwaffe niemal rok wcześniej, gdy Niemcy zaatakowały Polskę. Większość z jego podwładnych także miała niewyrównane rachunki z Luftwaffe. F/O Wojciech Januszewicz i P/O Mirosław Ferić walczyli w 1939 r. w 111. Eskadrze Myśliwskiej. W 112. Eskadrze Myśliwskiej polskiego nieba bronili z kolei P/O Jan Daszewski, F/O Zdzisław Henneberg, F/O Wacław Łapkowski i P/O Witold Łokuciewski. F/O Ludwik Paszkiewicz i P/O Jan Zumbach nie latali co prawda nad Polską ale kilka miesięcy później walczyli przeciwko temu samemu nieprzyjacielowi nad Francją. Znaleźli się tam także Daszewski i Łokuciewski, a każdy z nich zdołał zestrzelić po jednym niemieckim bombowcu.

Podobną drogę mieli za sobą także piloci niższych stopni. Sgt. Marian Bełc, Sgt. Paweł Gallus, Sgt. Stanisław Karubin, Sgt. Eugeniusz Szaposznikow, Sgt. Stefan Wójtowicz, Kazimierz Wünsche – wszyscy posiadali już doświadczenie bojowe. Miał je także towarzyszący Polakom w ich „podróży” Czech Sgt. Josef František, który uciekł do Polski po zajęciu jego ojczyzny przez Niemców i stanowił prawdziwie wybuchową „polsko-czeską mieszankę”. Mówiło się, że ma on na swoim koncie kilku zestrzelonych Niemców, ale nikt dokładnie nie wiedział, w jakich okolicznościach doszło do tych zwycięstw. Wątpliwości te nie zostały zresztą rozstrzygnięte do dzisiejszego dnia.

Przybyłymi do Northolt Polakami mieli dowodzić trzej brytyjscy oficerowie – S/L Ronald Kellett, F/L Athol Forbes i F/L John Kent. Żaden z nich nie był zachwycony swoim nowym zadaniem. Dwóch z nich, Kellett i Forbes, było w stanie dogadać się ze swoimi podwładnymi po francusku. Kent nie władał tym językiem, a dodatkowo będąc służbistą i typowym brytyjskim oficerem zawodowym z miejsca swoim sztywnym zachowaniem zraził do siebie Polaków, którzy nadali mu przydomek „Kentowski”. Polacy nie uważali zresztą, aby trójka Brytyjczyków miała być ich przełożonymi. Traktowali ich jak doradców i pomocników, którzy powinni załatwiać sprawy, których oni sami z racji nieznajomości języka załatwić nie mogli.

Mimo że nowi piloci nie znali angielskiego, już nazajutrz po ich przybyciu do Northolt rozpoczęło się szkolenie. Praktycznie natychmiast zorganizowano kursy językowe i łączności, starano się także przekazać Polakom możliwie dużo informacji na temat taktyki Royal Air Force (RAF) i danych technicznych sprzętu, z wykorzystaniem którego mieli niebawem walczyć. Same samoloty dostarczono do jednostki bardzo szybko. Już 8 sierpnia dywizjon otrzymał cztery Hurricane’y, a pierwsze loty na tych samolotach były dla Polaków dużym wyzwaniem. Sprzęt imponował im osiągami technicznymi. Dotąd nie mieli okazji latać na tak nowoczesnych samolotach, ale było jeszcze coś. Jeden z pilotów po latach wspominał:

Na brytyjskich samolotach wszystko było urządzone inaczej. W Polsce, jak i we Francji, aby zwiększyć moc silnika, trzeba było dźwignię obrotów silnika ciągnąć na siebie, w Wielkiej Brytanii natomiast odpychać od siebie; oznaczało to konieczność przestawienia o 180 stopni tych w pełni zautomatyzowanych czynności, które każdy miał głęboko zakodowane w podświadomości. Prędkość lotu była wskazywana nie w kilometrach, ale w milach na godzinę, prędkość wznoszenia w stopach na minutę (a nie w metrach na sekundę), sama zaś wysokość w stopach. Ilość paliwa była mierzona nie w litrach, lecz w galonach, jeszcze dziwniejsze były wskazania ciśnień. Naprawdę, Anglicy robili wszystko inaczej niż pozostali ludzie2.

Trzeba pamiętać, że dwumiejscowa wersja Hurricane’a nie istniała, stąd też już pierwszy start należało wykonać samodzielnie, a jak widać z powyższego opisu, nie było to wcale takie proste, nawet dla doświadczonego pilota. Nic więc dziwnego, że już w dniu dostawy Hurricane’ów lotnicy zaczęli mieć z nimi kłopoty. W trakcie pierwszych lotów swoje maszyny rozbili Bełc i František. Obaj zapomnieli wypuścić podwozie w trakcie lądowania. Dowództwo, w obawie, by inni nie popełnili podobnego błędu, rozkazało, aby w czasie lotów treningowych na końcu pasa startowego zawsze stał mechanik z rakietnicą gotową do wystrzelenia. Miał on sygnalizować zapominalskiemu lotnikowi, że powinien wypuścić podwozie, żeby móc prawidłowo wylądować. Wypadki zdarzały się jednak także w czasie treningu na lotnisku. 9 sierpnia Hurricane’a uszkodził Paszkiewicz. Trzy dni później ze schowanym podwoziem wylądował Gallus, co tak rozsierdziło dowództwo, że pilotowi wstrzymano awans i wysłano go na ponowne przeszkolenie do jednostki szkolnej. Kolejne, na szczęście niegroźne wypadki, miały miejsce 15 sierpnia. Ponowną kraksę na lotnisku zaliczył Paszkiewicz. Swoje samoloty uszkodzili w trakcie kołowania Łokuciewski i Sgt. Mirosław Wojciechowski. Po tych incydentach część z niechętnych Polakom Anglików zaczęło rozpuszczać plotkę, że obcym lotnikom tak spieszy się lądować, iż nawet nie zadają sobie trudu wypuścić podwozia.

Wbrew pozorom wypadki te nie miały dużego wpływu na bardzo szybko postępujący proces szkolenia. Do dywizjonu przybywali kolejni lotnicy. Do 23 sierpnia prawie cały skład jednostki był skompletowany. 12 sierpnia dołączyli Sgt. Jan A. Rogowski i Wojciechowski, 20 sierpnia – F/O Marian Pisarek, 22 sierpnia – F/O Stanisław Pietraszkiewicz, F/O Arsen Cebrzyński, F/O Bohdan Grzeszczak, F/O Walery Żak, P/O Bogusław Mierzwa, F/O Witold Urbanowicz (wyznaczony na stanowisko polskiego dowódcy eskadry „A”), P/O Jerzy Palusiński, P/O Jerzy Radomski, Sgt. Tadeusz Andruszków, Sgt. Stanisław Brzeski, Sgt. Michał Brzezowski, Sgt. Josef Kaňa i Sgt. Jan Kowalski. Co prawda przejściowo występowały kłopoty z obsadzeniem stanowiska polskiego dowódcy jednej z eskadr – wyznaczony na polskiego szefa eskadry „B” F/L Tadeusz Opulski rozchorował się, a jego następca Pietraszkiewicz został wkrótce skierowany do innego dywizjonu – ale wobec obecności wyznaczonego na to stanowisko brytyjskiego przełożonego Polaków nie miało to większego znaczenia. 16 sierpnia dywizjon otrzymał pierwszy rozkaz z dowództwa 11. Grupy Myśliwskiej nakazujący, od następnego dnia, utrzymywanie jednego trzysamolotowego klucza w tzw. pogotowiu startowym – Available – przewidującym gotowość do lotu w trakcie 15 minut od ogłoszenia alarmu. Następnego dnia, o godz. 12.30, trzej piloci dywizjonu rozpoczęli swój pierwszy w Wielkiej Brytanii dyżur bojowy. Pozostali w dalszym ciągu kontynuowali szkolenie.

Największym zmartwieniem brytyjskiego dowództwa nadal pozostawał fakt, że Polacy nie opanowali języka angielskiego. Zarówno dowodzący dywizjonem Kellett, jak i dowódca lotniska w Northolt, G/C Stanley Vincent, byli tym faktem tak poruszeni, że uznali, iż dopóki lotnicy nie poznają języka choćby w podstawowym zakresie, loty bojowe z ich udziałem w ogóle nie powinny się odbywać. To, co gnębiło Anglików i powodowało, że dywizjon nie był wykorzystywany w walkach, mało jednak obchodziło polski personel. Piloci byli coraz bardziej rozżaleni, że nie startują do walki. Czara goryczy prawdopodobnie by się przelała, gdyby nie przypadek.


Obszar walk 303. Dywizjonu Myśliwskiego w czasie Bitwy o Wielką Brytanię (sierpień - październik 1940 r.).

30 sierpnia od rana niemieckie bombowce atakowały różne cele, a pułki myśliwskie Luftwaffe, latające w dużych formacjach, zapewniały im osłonę. Niemcom udało się w czasie porannych nalotów uszkodzić kilka angielskich elektrowni, co miało wpływ na dalszy przebieg walk w tym dniu. Część stacji radarowych została odcięta od źródeł zasilania, w wyniku czego dowództwo RAF dysponowało po południu jedynie ograniczoną możliwością kontrolowania poczynań atakujących. Paradoksalnie właśnie to, że Niemcy pozbawili RAF możliwości pełnej kontroli, stworzyło szanse na wejście do walki polskiej jednostki.

Lotnikom dywizjonu po raz kolejny nakazano odbyć lot treningowy. Po starcie eskadra poleciała na północ i wkrótce samoloty osiągnęły rejon miasteczka St. Albans, położonego pomiędzy Watford i Luton w Hertfordshire. Po kilku minutach nadleciało sześć zapowiadanych Blenheimów i piloci Hurricane’ów zajęli pozycję nad nimi. W pewnym momencie, całkowicie niespodziewanie, ponad formacją pojawiło się 60 niemieckich bombowców w towarzystwie silnej osłony myśliwców. Były to powracające do Francji, po zbombardowaniu zakładów samochodowych firmy Vauxhall w Luton, Heinkle 111 z KG 53 eskortowane przez Bf 110 z ZG 763. Pomiędzy nimi widać było brytyjskie myśliwce atakujące wycofujących się Niemców.


Pierwszy dowódca 303. Dywizjonu Myśliwskiego S/L Krasnodębski. IPMS.

Położenie sześciu pilotów dywizjonu było nie do pozazdroszczenia. Na skutek niefortunnego naprowadzania przez naziemny ośrodek dowodzenia Polacy przypadkowo znaleźli się niemal w samym środku toczącej się bitwy. Eskadra i będące w jej pieczy Blenheimy mogły w każdej chwili stać się celem ataku niemieckiej osłony, której piloci mogli uznać Hurricane’y za potencjalne zagrożenie dla osłanianych przez siebie bombowców.


Autor pierwszego zestrzelenia 303. Dywizjonu Myśliwskiego odniesionego 30 sierpnia 1940 r., F/O Ludwik Paszkiewicz. IPMS.

Jedynym pomysłem, który w tej sytuacji przyszedł do głowy brytyjskiemu dowódcy, było pospieszne wycofanie się z niebezpiecznego rejonu. O ile jednak Kellett myślał de facto o ucieczce, to jeden z jego pilotów miał zupełnie inny pomysł na to, co powinno się za chwilę wydarzyć. Paszkiewicz, widząc tak blisko niemieckie samoloty, postanowił skorzystać z okazji i zamiast uciekać z Blenheimami zdecydował się zaatakować maszyny Luftwaffe. Decyzja, podjęta zapewne pod wpływem impulsu, wymagała jednak odłączenia się od formacji, i to w sytuacji gdy miała ona zapewnić osłonę dla bezbronnych i powolnych bombowców. Zapewne Polak myślał, że atak powinni wykonać także jego koledzy, ci ostatni pozostali jednak w szyku. Paszkiewicz twierdził później, że usiłował o swojej decyzji poinformować Kelletta, ale ten go albo nie usłyszał, albo po prostu zignorował. W efekcie pilot poleciał samotnie, w górę, w stronę niemieckiego ugrupowania. Chwilę później lotnik zobaczył niemiecki samolot, który leciał mniej więcej na tej samej wysokości i zakręcał w jego stronę. Sytuacja do ataku była wręcz wymarzona. Niemiec zauważył Hurricane’a i natychmiast wszedł w nurkowanie. Polak utrzymywał po walce, aczkolwiek bez stuprocentowej pewności, że ostrzelanym przez niego samolotem był Dornier 17 lub 215, i taką informację zamieścił w swoim raporcie bojowym. W rzeczywistości zaatakował Messerschmitta 110. Jego wrak wykopano kilkadziesiąt lat później na farmie Barley Beans, kilka kilometrów na północ od St. Albans, nieopodal Kimpton. Maszyna o oznaczeniu M8+MM, Werk. Nr. 3615 należała do 4./ZG 76. Jej pilot Oberfeldwebel (starszy sierżant) Anthony, zginął, zaś jego tylny strzelec Unteroffizier (kapral) Nordmeyer, uratował się skacząc ze spadochronem, ale na skutek pechowego lądowania złamał kręgosłup i w ciężkim stanie dostał się do niewoli4.

 

Pierwszy z raportów bojowych 303. Dywizjonu Myśliwskiego sporządzony po walce F/O Paszkiewicza 30 sierpnia 1940 r. NA.

Zwycięstwo zaliczone Polakowi nie miało żadnego znaczenia dla obrazu całości działań prowadzonych tego dnia przez RAF, ale okazało się mieć zasadnicze znaczenie dla dalszych losów dywizjonu. Kellett miał już dość coraz bardziej natarczywych nagabywań Polaków o to, kiedy wreszcie wejdą do walki, poinformował więc błyskawicznie ACM Hugh Dowdinga, że w jego ocenie dywizjon jest gotów do działań bojowych. Fakt, że jeden z lotników właśnie zestrzelił niemiecki „bombowiec”, zapewne ostatecznie pokonał opór sceptyków wśród dowództwa RAF i od następnego dnia 303. Dywizjon Myśliwski wzmocnił siły lotnicze obrońców wyspy. Polscy piloci i mechanicy przyjęli decyzję Kelletta gromkimi brawami – wreszcie będą mogli walczyć! Sam bohater dnia także uczcił swój sukces, co zapamiętał Zumbach, który relacjonował po latach: Nigdy nie pił – wstrzemięźliwość Paszkiewicza była tak przysłowiowa, że dawała niektórym impuls do poddawania w wątpliwość jego polskiej narodowości – tym jednak razem, chyba po raz pierwszy w życiu, nasz Ludwik podpił sobie zdrowo. Przy tej okazji poznaliśmy po raz pierwszy smak napoju nazwanego Scotch5.

31 sierpnia 1940 r. od rana nad Anglią toczyły się walki, w których brały udział inne dywizjony myśliwskie stacjonujące w Northolt. W polskim dywizjonie do godz. 17 nic szczególnego się nie wydarzyło. Kilkanaście minut przed godz. 18 niemieckie bombowce zaatakowały lotnisko Croydon położone na południowych przedmieściach Londynu. Formacja Luftwaffe, złożona z samolotów II.(Sch.)/LG 2, I.(J)/LG 2 i JG 77, licząca w sumie około 100 maszyn, wracała już do swoich baz we Francji, gdy kontrolerzy z OPS (naziemne stanowisko dowodzenia) zdecydowali się rzucić przeciwko niej także Polaków. Po starcie eskadra „A” otrzymała rozkaz lotu na wschód. Wkrótce naziemne stanowisko dowodzenia podało Kellettowi nowy kurs, tym razem na południe, wprost na Biggin Hill. Piloci eskadry „B”, którzy wystartowali kilka minut później, lecieli identycznym kursem, ale w znacznej odległości od swoich kolegów. Oznaczało to, że w przypadku kontaktu z przeciwnikiem obie eskadry polskiej jednostki będą musiały działać jako dwie oddzielne formacje, pierwsza w sile sześciu samolotów, a druga siedmiu.

O godz. 18.25 piloci eskadry „A” dostrzegli nad południowymi przedmieściami Londynu, na wysokości 15 tys. stóp, około 60 Dornierów 17 w osłonie kilkudziesięciu Bf 109. Polacy zamierzali atakować bombowce, co mogłoby się udać, gdyby obydwie eskadry leciały razem i jedna z nich mogłaby odciągnąć myśliwce wroga od swoich kolegów. Lecąca samotnie eskadra „A” do bombowców się nie przedarła i wpadła od razu na Messerschmitty osłony. Jako pierwsi zaatakowali piloci lecącego na czele czerwonego klucza – Kellett, Karubin i Szaposznikow. Ich przeciwnicy początkowo prawdopodobnie w ogóle nie zorientowali się, że są atakowani. Każdy z trzech pojedynków, który rozegrał się chwilę później, miał błyskawiczny przebieg.

Kellett zaatakował Messerschmitta, do którego strzelał przez sześć sekund. Oddał kilka serii, a jego przeciwnik zaczął skręcać raz w jedną, raz w drugą stronę, po czym usiłował uciec w górę. Kellett zaobserwował jednak, że jego serie są celne. W końcu niemiecki samolot zapalił się i poleciał pionowo w dół. Brytyjski dowódca zdołał jeszcze zobaczyć – zapewne obserwując spadającego Messerschmitta – trzy inne samoloty rozbijające się na ziemi, po czym odleciał do Northolt.

Karubin także nader sprawnie uporał się z zaatakowanym przez siebie Bf 109. Mimo że lotnik Luftwaffe gwałtownie zanurkował, Karubin zdołał wystrzelić do niego półsekundową serię. Później Polak czekał aż Messerschmitt zacznie wychodzić z nurkowania, a gdy to nastąpiło, wystrzelił półtorasekundową serię z dystansu 200 jardów, po której nieprzyjaciel zaczął dymić i runął w dół. Karubin poleciał za nim i strzelał nadal. Niemiecka maszyna zapaliła się i runęła na ziemię. Lakoniczna treść raportu złożonego po walce nie oddawała oczywiście radości, jaką walka i zwycięstwo sprawiły Polakowi. W sprawozdawczym dokumencie nie było na to miejsca. Emocje, które towarzyszyły walce, można odnaleźć dopiero w notatce wpisanej przez Karubina do kroniki dywizjonu:

Moment radości, widzę nieprzyjaciela wysuwam się do przodu, dając znak dowódcy, wskazując kierunek npl. Wrzepiliśmy gaz, pogoń, dochodzimy; chwila zemsty rośnie z każdą sekundą. Trzech Szkopów przed celownikiem rozprysło się, pika w pice, atak i krótka seria, szkop wyciąga, mnie w to graj, ponowna seria, z białego brzucha Me 109 buchnął dym z ogniem i jako kopcąca pochodnia posunął do ziemi, mimo to oddałem jeszcze krótką serię. Radość wielka nastąpiła po zwycięstwie. Po zwycięstwie pokrążyłem nad miejscem walki z radością dałem nura w dół, w kierunku na lotnisko lądując6.

Ostatni z pilotów klucza Kelletta – Szaposznikow, wybrał za cel swojego ataku Bf 109, który leciał po lewej stronie niemieckiego szyku. Według raportu Polaka jego przeciwnik zorientował się, że jest atakowany dopiero w chwili, gdy Szaposznikow otworzył do niego ogień. Reakcja niemieckiego pilota była typowa – zanurkował z wywrotem. Polak nie dał się jednak zmylić, powtórzył ten manewr i ponownie go ostrzelał, po czym trafiony Bf 109 przeszedł na plecy i poleciał w dół, ciągnąc za sobą smugę dymu. Szaposznikow pierwszą walkę swojej jednostki podsumował słowami: Chrzest bojowy na ziemi angielskiej był łatwy przy stosunkowo dużym plonie7.

Podczas gdy piloci pierwszego klucza starli się z Niemcami, z tyłu zaatakowały ich następne Messerschmitty. Lecący do ataku lotnicy Luftwaffe nie zauważyli jednak, że za trójką atakowanych przez nich Hurricane’ów leciały kolejne maszyny eskadry, pilotowane przez Fericia i Wünschego z klucza żółtego. To przeoczenie okazało się dla Niemców fatalne w skutkach.

Wünsche zaatakował Messerschmitta, którego pilot próbował zestrzelić lecącego dalej w przedzie Karubina. Polak raportował, że wystrzelił dwie serie z odległości około 100-150 jardów. Po pierwszej niemiecki samolot zaczął dymić, po drugiej Polak zobaczył ogień i jego przeciwnik runął w dół. Wünsche zaobserwował jeszcze płonącego Messerschmitta 110 idącego pionowo w dół i pilota Luftwaffe, który wyskakiwał ze spadochronem z samolotu zaatakowanego przez Fericia.

Ferić z kolei odniósł prawdopodobnie najbardziej spektakularny sukces w tej walce. Do zestrzelenia Messerschmitta Polak zużył zaledwie po 20 pocisków z każdego z karabinów. Nie to jednak stało się przedmiotem szczególnego zainteresowania historyków jego walką. Interesował ich los Niemca, który w wyniku ataku Fericia opuścił swój samolot ze spadochronem. Oberleutnant (porucznik) Perthes z 3./LG 2 wylądował na spadochronie w okolicy Hurst Green. Natychmiast przewieziono go do szpitala Royal Herbert w Woolwich, gdzie zmarł 14 września 1940 r. Oficerowie wywiadu RAF nie mogli go przesłuchać. Sporządzili jedynie krótką notatkę o następującej treści: Oblt. Hasso von Perthes, w stanie krytycznym po odniesionych ranach. Wylądował o godz. 18.45. Odniósł liczne rany od pocisków km-ów i być może też w wyniku ognia artylerii plot. Lewa stopa w bucie ortopedycznym po wypadku drogowym; posiada wycinek prasowy o tym wypadku. Leciał w eskorcie bombowców8. Rany odniesione przez lotnika Luftwaffe skłoniły historyków angielskich i niemieckich do twierdzenia, jakoby polscy piloci ostrzelali go, gdy opadał już na spadochronie. Perthes niekoniecznie jednak musiał paść ofiarą polskiej zaciekłości w walce, choć także niektóre z polskich relacji zdają się na to wskazywać.

Ostatni z pilotów, którzy wzięli udział w walce, dowódca żółtego klucza Henneberg, nie zauważył kontrataku niemieckich pilotów na klucz czerwony i zaatakował całkiem inne ugrupowanie maszyn nieprzyjaciela. Walka Polaka zakończyła się nad kanałem La Manche, ponad 70 km od miejsca głównego starcia. Henneberg lądował w Northolt o godz. 19.15 jako ostatni z dywizjonu, meldując uzyskanie pewnego zestrzelenia nieopodal miejscowości Newhaven położonej na cyplu Beachy Head.

Brytyjskie dowództwo przyjęło rezultat starcia pojedynczej eskadry polskiego dywizjonu z dużym zaskoczeniem. Polacy udowodnili, że są doskonałymi lotnikami, w pełni gotowymi do walki, zaś Brytyjczycy musieli przyznać, że pomylili się w swoich początkowych ocenach. Wyrazem ich uznania były depesze gratulujące Polakom tak wspaniałego sukcesu w pierwszej walce. Dowódca 11. Grupy Myśliwskiej, AVM Keith R. Park, przesłał do jednostki telefonogram, w którym pisał: Składam gratulacje dla 303 Dyonu Myśliwskiego im. Tadeusza Kościuszki, za ich wspaniałą walkę wczoraj popołudniu, w czasie której strącili sześć Me 109 bez żadnych strat własnych, co jest dowodem dobrej współpracy i dobrego strzelania9. Wyrazy uznania przekazał lotnikom także Szef Sztabu Lotniczego sir Newall, który pisał: Wspaniała walka 303 Dywizjonu. Jestem zachwycony. Pokazaliście wrogowi, że polscy piloci zdecydowanie górą10. Do tych głosów przyłączył się również Vincent, który pogratulował swoim podopiecznym udanego pierwszego dnia działań.

Sami piloci postanowili uczcić sukces w pobliskiej restauracji „Orchard”. Lotników zawiózł tam swoim Rolls-Roycem ich brytyjski dowódca Kellett. Restauracja ta stała się miejscem, w którym piloci polskich dywizjonów stacjonujących w Northolt regularnie świętowali kolejne zwycięstwa i wspominali poległych. Wielu z polskich lotników doskonale zapamiętało prowadzącego restaurację Żyda o nazwisku Ansil i kilkadziesiąt lat później zjawiło się na jego pogrzebie. Miła i swobodna atmosfera lokalu z pewnością była lotnikom potrzebna. Pobyty w niej miały zbawienny wpływ na zszargane codziennymi walkami nerwy pilotów.