Taki upórTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

LIST DO PARTII

W autobiografii:

Na początku roku akademickiego, gdzieś w październiku 1962, Karol Modzelewski [doktorant w Instytucie Historycznym UW] zgłosił się do Komitetu Uczelnianego partii na Uniwersytecie Warszawskim i do Zarządu Uczelnianego ZMS, proponując zorganizowanie klubu dyskusyjnego. Przyjęto go tam z otwartymi ramionami, choć sceptycznie. Ucieszyło ich, że ktoś ma ochotę cokolwiek robić politycznie, choć z góry wiedzieli, że nic z tego nie będzie. Był to już bowiem czas milczących zebrań partyjnych i nie bardzo wierzono, że studenci w jakimś klubie chcieliby dyskutować. Karol wywiesił jednak plakaty, ale przede wszystkim nasi walterowcy – studenci Uniwersytetu i Politechniki – zapowiedzieli swoim kolegom, że tu coś się zdarzy.

Przygotowywaliśmy się do tej dyskusji i wszystkich następnych w kilkudziesięcioosobowej grupie walterowców. Czytaliśmy Rękopisy filozoficzno-ekonomiczne Karola Marksa; to wtedy była święta księga rewizjonistów. Młody Marks – mówiono – przeciwstawiając go staremu. Uważałem, że Kapitał jest zastosowany – w wypracowanej w Rękopisach koncepcji człowieka – do warunków XIX-wiecznego kapitalizmu. Marks traktuje człowieka jako istotę podmiotową – bo podmiotowy, celowy charakter ma ludzka działalność – zajmuje się jednak przede wszystkim zniewoleniem człowieka przez alienację pracy, przez fakt, że wbrew sobie nie uprawia on celowej działalności, ale sprzedaje swoją siłę najemną. Oczywiście jest to o wiele bogatsze...

[...]

Na to pierwsze spotkanie Karol zaprosił Henryka Jankowskiego [profesora filozofii UW], który miał mówić o moralności socjalistycznej. Przybyło sporo ludzi, no i zdarzyło się coś niezwykłego jak na owe czasy. Młodzież – ja na tym zebraniu nie zabierałem głosu – przypuściła bardzo ostry atak nie tyle na prelegenta, ile na rzeczywistość, w której żyliśmy, [...] i to właśnie z punktu widzenia moralnego. Pamiętam taki długi wątek na temat płac, które zmuszają do kradzieży: cała kalkulacja oparta jest na tym, że robotnik kradnie mienie społeczne bądź wprost jako produkt, ale to rzadko, bądź przez fuchy, też rzadko, na ogół poprzez różne „kombinacje wskaźnikami”, kradnie pracę, oszczędzając swoją siłę roboczą, żeby móc gdzieś po południu pracować, stawać w kolejce... Młodzież twierdziła więc, że do kradzieży zmuszają stosunki produkcji. [...]

Klub uniwersytecki rozwijał się, stawał się ważnym ośrodkiem działalności społecznej i intelektualnej. Planowaliśmy dalsze kroki. Przygotowywaliśmy się do zdobycia organizacji uniwersyteckiej ZMS w wyborach jesienią 1963 i jednocześnie chcieliśmy zakładać kluby w innych uczelniach, potem razem wychodzić do fabryk, tam również zakładać kluby, organizować wspólne dyskusje, jakiś wieczorowy uniwersytet ZMS-owski.

Zarząd Uczelniany ZMS na ogół przychylnie patrzył na naszą działalność, ponieważ mógł się nią wykazać w sprawozdaniach. Niektórzy byli nieufni, ale Komitet Uczelniany partii nas aprobował, więc nie wychylali się z tym. Chcieliśmy z Karolem powtórzyć model działania, który okazał się skuteczny w Październiku: zdobycie Zarządu Uczelnianego ZMS, klub uniwersytecki, wieczorowe uniwersytety, wyjście do fabryk. Jasne było, że chodzi o jednolity front młodzieży z robotnikami dla obalenia władzy biurokratycznej.

[...]

Bardzo wielu ludziom zdawało się, że ocalić naród można tylko za cenę podporządkowania się. Środowiska intelektualne opanowane były strachem przed eksplozją, przed buntowniczością Polaków, przed radykalizmem młodzieży. Z tego zrodziło się przeświadczenie, że trzeba zmienić narodowy charakter Polaków, że trzeba pracować, a nie wciąż robić jakieś powstania. W środowiskach intelektualnych snuł się nurt rozliczenia romantyzmu, krytyki tradycji romantycznych, nurt prześmiewców i oszczerców, jak później powiedziano. Każdemu narodowi jest coś takiego potrzebne, bo trzeba swą historię rewidować i odbrązawiać. [...]

W tym nurcie odbrązawiania, krytyki tradycji spotkały się ze sobą dwie różne tendencje. Jedna z nich związana była z duchowością prawicy, która swoje miejsce w gomułkowskiej Polsce Ludowej znajdowała, nawiązując do tradycji Wielopolskiego, Dmowskiego w rosyjskiej Dumie, do tradycji ugody. Drugą tendencję tworzyli ludzie lewicy październikowej, którzy postanowili uznać realia, socjalizm realny i tylko w miarę możliwości go ulepszać. Podejmując taką decyzję, musieli zaprzeć się siebie, bo nie sposób pozostać lewicą i jednocześnie akceptować zły socjalizm – cała postawa lewicy wyrasta przecież z wiary w możliwość zbudowania Królestwa Bożego na ziemi, i to na całej ziemi. Jeśli więc odrzuca się tę wiarę w imię realizmu, to co pozostaje z lewicowości? Myślę więc, że oni, atakując tak drogie duchowości lewicy tradycje romantyczno-insurekcyjne, rozliczali się przede wszystkim ze swoimi własnymi marzeniami, ze swoją górną i chmurną młodością.

Na wątek autokrytyczny nakładały się silne wśród lewicy obawy przed nacjonalizmem Polaków, przed szkaplerzykowatym patriotyzmem – a taki jest charakterystyczny dla wszelkiego rodzaju symbolicznej działalności patriotycznej. Przeciw temu bezkrytycznemu kultowi polskości występowali więc zarówno ludzie z lewicy w obawie przed nacjonalizmem, jak i ludzie związani z duchowością prawicową, ze względu na to, że to niebezpieczne dla koncepcji ugody i w ogóle wychowawczo dla narodu groźne.

Wolność potrzebna jest też po to, by świętować tradycyjne rocznice, czcić pamięć poległych, i po to, by dokonywać gorzkiego rozrachunku z przeszłością. Zarówno świętowanie powstańczej tradycji i kult bohaterów, jak ataki na bohaterszczyznę uważam za zdrowe, zrozumiałe i społeczeństwu potrzebne. Kiedy więc przyszło trochę wolności, jedno i drugie wybuchło jednocześnie. Tyle tylko, że to pierwsze dominowało wśród narodu, a to drugie wśród intelektualistów. Co za tym idzie w publicystyce, książkach, teatrach, filmie, królowała krytyka bohaterszczyzny. Natomiast apologia insurekcyjnej przeszłości nie była w poważny sposób artykułowana.

[...]

W 1956 roku ludzie związani z PPR i Armią Ludową, dotąd odsunięci, wrócili do aparatu. [...]

Wszystko się ustabilizowało, piramida władzy spuchła, więc dla partyzantów1 niezbędny był program, który mógłby im pomóc przesunąć się w górę, do szczytów. I tu program antysemityzmu, obniżający znaczenie ludzi, którzy przybyli ze Związku Radzieckiego, jako tych przywiezionych w sowieckich taborach, był im niesłychanie potrzebny i wygodny – niezależnie od ich osobistych postaw. Zresztą partyzantów było mało, natomiast na stanowiska na niższych szczeblach tej piramidy czekały całe rzesze – młodych przybywało, a droga w górę w związku z ustabilizowaniem się sytuacji została kompletnie zaszpuntowana. Aparat oczekiwał takiego programu, który mu właśnie podarowali partyzanci.

Cała ta sprawa jest jednak o wiele głębsza. Skończył się czas burzy i naporu, totalitaryzmu w obozie sowieckim, ideologia stała się już tylko dekoracją, przestała mobilizować i scalać. Zrozumiałe, że w aparacie istniało silne pragnienie takiej ideologii, która mogłaby zdobyć poparcie społeczne, ożywić totalitaryzm, znowu wprowadzić go w okres burzy i naporu. [...] Ogromną rzeszę gorzej zarabiających kłuła w oczy ujawniająca się zamożność grup uprzywilejowanych. Wystarczyło kierować tę złość przeciw intelektualistom, artystom, prywatnej inicjatywie. Ten egalitarny frazes znajdował posłuch wśród ludu, podobnie jak obietnica ładu opartego na zasadzie posłuszeństwa i represji wobec naruszających porządek.

Patriotyzm wojskowy wymaga wroga i to wroga narodowego, oznacza przecież program skupiania się wszystkich Polaków do walki z kimś, kto Polakiem nie jest. Wrogiem narodowym w sytuacji Polski powojennej był Związek Radziecki i Rosjanie. Mówiono nam to wprost, strasząc czołgami sowieckimi przy każdej możliwej okazji. Ale żadna frakcja w aparacie nie mogła sobie pozwolić na to, by ogłosić Rosjan wrogami. Rolę wroga miał więc spełniać Żyd.

[...]

Klub [uniwersytecki] był już bardzo sławny, a [Zbigniew] Załuski [pisarz, działacz PZPR] to też było nazwisko, które budziło powszechne zainteresowanie. Ze spotkania z nim zrobił się wiec. Przenieśliśmy się z małego lokalu klubu do Auditorium Maximum. Załuski mówił, że dyscyplina musi być i wojsko jest tu cudownym przykładem, że właśnie jej brak jest przyczyną wszystkich narodowych kłopotów. Skopaliśmy go przy olbrzymim aplauzie sali. Walczył sam jeden, choć przyszedł – jak się później okazało – ze sporą ekipą funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Ci jednak nie byli przyzwyczajeni do dyskutowania, a do rejestrowania głosów.

Efekt tego spotkania był w pierwszej chwili dla nas niezauważalny, ale – jak się później okazało – znaczący. Mianowicie zwróciła na nas uwagę Służba Bezpieczeństwa. I rzecz humorystyczna: mogliśmy tę swoją działalność skierowaną przeciw panującemu porządkowi prowadzić i prowadzić, dopóki nie natrafiliśmy na walkę frakcyjną – oni nas wtedy odczytali po prostu jako puławian. Na pierwsze spotkanie przyszli bez magnetofonów, ale fakt zarejestrowali, za to następną dyskusję już nagrywali [...].

W kwietniu [1963], przed następną dyskusją, przyszli do mnie jacyś młodzi ludzie, powiedzieli, że są grupą młodzieży harcerskiej, nazywają się „Krasnoludki”, że Komenda Hufca Stare Miasto ich zwalcza i czy ja bym z nimi nie pogadał i nie pomógł w kontaktach z Komendą. Mnie się to bardzo spodobało – taka młodzież z inicjatywą. Spotkałem się z nimi w prywatnym mieszkaniu w okolicach placu Dzierżyńskiego. Zadawali mi najprzeróżniejsze pytania: o UPA, o strajki, o wydarzenia węgierskie, a ja uczciwie odpowiadałem. Któryś z nich musiał mieć przy sobie magnetofon i to wszystko zostało nagrane. Do Komitetu Warszawskiego wpłynęły pisma rodziców, w których przytaczano ogromne fragmenty moich wypowiedzi. Były jeszcze donosy tych chłopców, ale to była sterta bredni. Okazało się, że grupa „Krasnoludków” przy Komendzie Hufca Stare Miasto nie istniała, więc były to dzieci milicjantów albo po prostu młodociani milicjanci.

 

[...]

Zostałem wezwany do ówczesnego sekretarza propagandy KW, Józefa Kępy, wówczas puławianina, partyjnego liberała, z powodu dwóch oskarżeń: o wystąpienie w klubie i na spotkaniu z „Krasnoludkami”. Funkcjonariusze SB uważali mnie za przeciwnika frakcyjnego, puławianina. Przesyłając Kępie moje nagranie, chcieli skompromitować nie tyle mnie, co frakcję, do której należał również Kępa. I on przyjął ich punkt widzenia, uznał, że musi mnie bronić. Nie ukrywał, że z „Krasnoludkami” to była policyjna prowokacja, a nagrania z mojego wystąpienia w klubie też dostał z MSW. Powiedział:

– Jacek, kim ty właściwie jesteś? Co ty właściwie myślisz? Żebym ja to wiedział po prostu, dla siebie (bo to był mój kolega z aparatu ZMP-owskiego). A z tymi prowokacjami nic nie będę robił.

Opowiedziałem wszystko, co myślę, z tym, że mówiłem złagodzonym partyjnym językiem. Dlaczego tak, a nie ostro? Uważaliśmy z Karolem, że owszem, mogą nas z partii usunąć, ale nie chcemy dać się wyrzucić przypadkowo. Kępa mnie wysłuchał i powiedział:

– W tym, co mówiłeś, jest wiele spraw, z którymi może bym się nawet zgodził, są takie, z którymi warto dyskutować, i takie, z którymi nawet dyskutować nie warto, ale ja jestem partyjnym urzędnikiem i nie mogę wypowiadać swoich osobistych poglądów. Mam do ciebie prośbę – zajmij się nauką, zostań uczonym i na razie nigdzie publicznie głosu nie zabieraj. Ja cię o to proszę. Zgoda?

– Zgoda – powiedziałem, bo przecież było oczywiste, że nie mam żadnego wyboru.

[...]

Ale na tym sprawa się nie zakończyła, ponieważ wkroczyło KW i zakazało działalności klubu. Komitet Uczelniany się z nimi spierał i wreszcie stanęło na tym, że przed wakacjami żadnych posiedzeń nie będzie. Poza tym KW zakazało bardzo wyraźnie wychodzenia klubu poza jego teren, czyli wkraczania na inne uczelnie.

Nie przejęliśmy się tym wtedy specjalnie, zbliżały się wakacje, była połowa maja, więc i tak mogły się odbyć najwyżej jeszcze dwa posiedzenia. Szykowaliśmy obóz letni aktywu ZMS-owskiego, na którym chcieliśmy przeprowadzić bardziej wszechstronne szkolenie.

Ten obóz zresztą się odbył. Prowadził go Karol, bo mnie KW zakazało wyjazdu. Uznaliśmy, że jeżeli pojadę nieoficjalnie, zrobi się z tego afera, a beze mnie też wszystko będzie jak trzeba, bo jechało sporo naszego walterowskiego aktywu i tego nowego, który wyrósł już w klubie.

Jesienią, w związku z wyborami do władz, chcieliśmy rozpocząć bój o Zarząd Uczelniany ZMS. Stawało się to o tyle konieczne, że – w związku z atakiem na nas Służby Bezpieczeństwa – ludzie na Uniwersytecie skłaniający się ku partyzantom, przynajmniej w części już wówczas ubecy, rozpoczęli walkę z nami, walkę z klubem i było jasne, że teraz już pójdzie z nimi na noże. Wydawało nam się też, że jak zdobędziemy Zarząd, to przełamiemy ograniczenia w działaniu poza Uniwersytetem.

Natomiast jeśli chodzi o moją sprawę, to rozmowa z Kępą jej nie zakończyła. Widocznie były jakieś poważniejsze naciski. Włączył się w to sam Walenty Titkow, I sekretarz KW. [...]

Titkow zdecydował, że w partii zostanę jako liberał. Nie chciał oddać pola, nie zgadzał się mnie wyrzucić. Myślę, że to samo działo się z klubem.

Po urodzeniu się Maciusia [1960] mieszkaliśmy przez pewien czas u rodziców Gajki na Mokotowie, w dwóch czy trzech klitkach, z jej liczną rodziną. Chodziło o to, że mama pomagała opiekować się Maćkiem i Gajka mogła nie przerywać studiów, była wtedy na II roku psychologii.

Od września 1961 przenieśliśmy się do moich rodziców na Żoliborz. To był dom najwspanialszy na świecie. Wciąż tak go wspominam, ale rozumiem, że nieprzyzwyczajony mógł tu oszaleć. Było nas trzech braci. Felek był młodszy ode mnie o dziewięć lat, Wacek o dwa lata i wszyscy byliśmy niesłychanie gościnni. Po dzień dzisiejszy moi rówieśnicy z podwórka wspominają, jak się w naszym pokoju grało w słotne dni w ping-ponga, w siatkówkę czy urządzało bójki. A rodzice wydawali bankiety, organizowali spotkania i dyskusje. Kolegów mieliśmy różnych, dziwnych, bo żaden z nas nie był elitarny w doborze towarzystwa, podobnie jak rodzice.

Mój ojciec przyjaźnił się z profesorami Uniwersytetu i Politechniki, wybitnymi publicystami, ale także z włóczęgami i alkoholikami. Pamiętam, przychodził do nas taki człowiek zwariowany, wydziedziczony gdzieś z Wołynia, który miał szmergla arystokratycznego, wywodził swój ród od Piasta i mógł bez przerwy na ten temat mówić. Ubierał się niesłychanie staroświecko, był urokliwy. [...]

Było śmiesznie, wesoło, swobodnie. Koledzy byli zachwyceni moim ojcem, a potem koledzy Maćka – dziadkiem, jego niefrasobliwością, niedbałością stroju, w piżamie, w spodniach, bez spodni chodził od świtu do zmierzchu po mieszkaniu. Nie wiedział, czy ktoś przyszedł, czy ktoś wyszedł, z każdym gotów pożartować, przyjąć gościnnie, poczęstować swoim bigosem, który gotował w olbrzymim kotle dla wszystkich, na tydzień, dwa. Przychodzili moi koledzy z półlitrem, tatuś się przysiadał, piliśmy, zajadaliśmy bigos. [...] Moja mama programowo nie zajmowała się gospodarstwem domowym, była do wyższych celów, dawała nam pieniądze na bary mleczne lub stołówki. Traktowałem to zwykle jako kieszonkowe. [...]

I do tego mieszkania wprowadziłem Gajkę, dziewczynę z porządnego, gospodarnego, zadbanego domu. Przez myśl mi nie przeszło, że może się tu źle czuć. Zamieszkaliśmy w pokoju chłopców, który przedtem zajmowaliśmy we trzech. To było oczywiście najbardziej zrujnowane miejsce na tym wielkim rumowisku. Od razu było jasne, że będziemy się osobno żywić, bo to już wiedziałem, że nie mogę Grażyny wprowadzić do tego wariackiego gospodarstwa. [...]

W te wakacje, o których tu opowiadam, Gajka wyjeżdżała na obóz studencki do Jugosławii. W przeddzień jej wyjazdu siedzieliśmy w ogródku kawiarnianym na Marszałkowskiej, piliśmy wino i kawę. Gajka zaczynała właśnie ostatni rok studiów, to był 1963 rok. Zaczęła mi opowiadać, co zrobi, kiedy zacznie zarabiać pieniądze.

Otóż co miesiąc będzie coś kupować, zacznie od tego, że wstawi zamek i klamkę do drzwi naszego pokoju, bo miały dziurę w miejscu na klamkę. Mówiła, na jaki kolor odmaluje mieszkanie, gdzie postawi wersalkę, regał na książki, stół.

Ja tego słuchałem, utrzymywałem taki uśmiech na twarzy i czułem, jakby mnie ktoś spoliczkował, bo dopiero w tym momencie zrozumiałem, jaką straszną krzywdę wyrządziłem tej małej dziewczynce.

Ona mówiła: „Ty się możesz śmiać, ale ja to wszystko zrobię”. Rysowała, gdzie powiesi matę słomianą, jakie będą firanki, bo okno było stale niezasłonięte (w moim domu zawsze mówiono: „Nie można wieszać firanek, bo chłopcy je zerwą”, chociaż po raz ostatni miało to miejsce przed dwudziestu laty). Wszystko to Gajka rysowała na serwetce, którą ukradkiem schowałem do kieszeni, kiedy już wychodziliśmy.

Następnego dnia odprowadziłem Gajkę na pociąg, wróciłem do domu i wyrzuciłem na śmietnik wszystko, co było w naszym pokoju. Ojciec rozpaczał, że to jeszcze porządne, więc mu powiedziałem: „To sobie weź”.

Na początku wynikła sprawa koloru, bo na śmierć zapomniałem, jaki miał być kolor ścian. Upierałem się – blancz, ale o takim nikt nie słyszał i dopiero Ewa, siostra Gajki, przypomniała sobie, że kiedyś Gajka jej mówiła o perłowym – więc widocznie już wcześniej o tym rozmawiały. Potem zaciągnąłem gigantyczną pożyczkę i razem z Ewą kupiliśmy meble. Przedtem zamówiłem malarza, który pomalował pokój. Kupiłem zamek, wstawiłem klamkę, urządziłem wszystko tak, jak było na rysuneczku.

Kiedy Gajka przyjechała z Jugosławii [...], o mało nie zemdlała w drzwiach z wrażenia. Pokój był taki, jaki miała urządzić po paru latach pracy.

Dopiero od tego momentu stało się to naprawdę nasze mieszkanie. Przedtem mama, bracia, wpadali tam jak do siebie, teraz nagle zaczęli pukać, mama mówiła: „Położyłam wam na stole, w waszym pokoju”. I tak zaczęła się wielka sanacyjna akcja Gajki, która zmieniła stopniowo charakter naszego mieszkania i sprawiła, że tata i mama do śmierci mieszkali już jak wszyscy inni ludzie.

Przewodniczącym nowego Zarządu Uczelnianego [ZMS] został Marek Żelazkiewicz – walterowiec. Kiedy już mieliśmy swój Zarząd Uczelniany, okazało się, że jest kompletny impas, nie mamy żadnych możliwości realizacji programu, który sobie zamierzyliśmy. Kordon sanitarny wokół Uniwersytetu dopiero teraz się wzmocnił. Mowy nie było, żeby wejść do innych uczelni czy do fabryk albo robić klub dyskusyjny. [...]

Zaczęto więc organizować otwarte zebrania ZMS-u po różnych wydziałach, to był w rezultacie taki wędrujący klub dyskusyjny, chociaż na mniejszą skalę, bo trzeba było uważać. Ja nie mogłem oczywiście tam chodzić, bo byłem całkiem spalony. Natomiast później działali tam komandosi. Stąd ich nazwa – robili desant na zebraniu, nadawali swój ton, byli świetnie przygotowani do każdego tematu.

Z Karolem, Markiem i innymi doszliśmy do wniosku, że w ten sposób nie da rady, trzeba szukać czegoś innego. Zorganizowaliśmy grupę asystentów, którzy byli skłonni do działania i którzy chcieli dyskutować; [...] próbowaliśmy zorganizować klub o nieco większym ciężarze gatunkowym.

Z [Leszkiem] Kołakowskim po raz pierwszy spotkaliśmy się u niego, w katedrze [historii filozofii nowożytnej]. Powiedział, że nie sądzi, aby taka działalność była potrzebna, czy raczej możliwa, skuteczna. Na wszelki wypadek zapisał sobie jednak, gdzie nas może znaleźć. Ja wtedy siedziałem całe dni w bibliotece uniwersyteckiej, bo pisałem pracę doktorską. Któregoś dnia przyszedł i powiedział, że zmienił zdanie, że to chyba my mieliśmy rację, przekonał się, że należy jednak to działanie podjąć. Czytałem wiele wybitnych dzieł Kołakowskiego, esejów i artykułów znaczących dla naszego życia umysłowego. Ale najbardziej zaimponował mi właśnie wtedy, gdy dwóm chłopaczkom powiedział: „Myliłem się, mieliście rację”.

Spotkaliśmy się później w jego mieszkaniu, jakoś się porozumieliśmy, z tym że on miał ambicję na tworzenie grupy społecznie znaczącej, tak znaczącej, że w rezultacie nigdy jej nie zebraliśmy. Pozostaliśmy więc przy naszej grupie asystenckiej.

(Wiara i wina, 1990)

W artykule:

[Historia aktywności politycznej na Uniwersytecie Warszawskim po 1962 roku] to niezwykły fenomen. W państwie totalitarnym, w warunkach ogólnego marazmu, a następnie zaostrzających się represji, na Krakowskim Przedmieściu istniało coś, co bez żadnej przesady można nazwać życiem politycznym. Na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego w maju 1964 odbył się wiec manifestujący solidarność studentów z postulatami tak zwanego Listu 342.

W uniwersyteckim klubie dyskusyjnym ZMS mówiono publicznie o pakcie Ribbentrop–Mołotow, o blokującym rozwój kraju systemie zarządzania gospodarką, o antyrobotniczej polityce cen i płac, o braku wolności słowa i swobód twórczych, o potrzebie pluralizmu politycznego i tym podobnych. W audytorium uniwersyteckim Włodzimierz Brus [profesor ekonomii UW] wygłosił cykl wykładów, uzasadniając wobec szerokiej publiczności, że własność państwowa w żadnym systemie nie może być utożsamiana ze społeczną. [...]

W takim klimacie kształtowały się wśród młodzieży studenckiej różne kierunki politycznego myślenia, a także – w nieco mniejszym stopniu – działania. Uformował się nieomal pełny wachlarz stanowisk politycznych, choć z wyraźną przewagą kierunków lewicujących i z jeszcze bardziej wyraźną – antytotalitarnych. Nawet uniwersyteccy maoiści byli zwolennikami pluralizmu politycznego, a w studenckim obozie prorządowym tylko nieliczni nie postulowali liberalizacji systemu.

[...]

Partyjny aktyw UW w latach 60. składał się w większości z ludzi aktywnych w ruchu październikowej odnowy. Byli to zwolennicy liberalizacji systemu, tak zwanej demokracji wewnątrzpartyjnej, swobód twórczych, wolności słowa, znacznej autonomii związków zawodowych itd. Jedni byli w tych poglądach bardziej liberalni, inni mniej, ale swój program wypracowany w latach październikowej odnowy prawie wszyscy traktowali poważnie. Chyba bardziej dzięki zgodności słów i przekonań niż dzięki samym przekonaniom – wielu z nich cieszyło się zaufaniem wśród młodzieży.

(Spór o wydarzenia marcowe, 1973)

Z autobiografii:

Jak powstał List otwarty? Zaczęło się od spotkania grupy asystenckiej, które miało być próbą dogadania się, co i jak należy robić. Cały czas uważaliśmy z Karolem, że działać należy naszą dotychczasową metodą, to znaczy przekształcać i wywłaszczać istniejące, oficjalne organizacje. Władza pozbawiła społeczeństwo organizacji, teraz trzeba jej odpowiedzieć tym samym. Konieczny był tylko program. Tu mieliśmy doświadczenie klubu uniwersyteckiego, klubu, w którym podjęliśmy ostrą krytykę systemu z pozycji socjalistycznych, marksistowskich i okazało się, że mamy szeroką rzeszę zwolenników. Trzeba więc to wszystko, co robiliśmy w klubie, zrobić teraz na większą skalę i pełniej. [...]

 

Byliśmy przeświadczeni, że znaczna część społeczeństwa – szczególnie młodzież – to przeciwnicy systemu, ale utożsamiają go z socjalizmem, przez co są również przeciwnikami socjalizmu. Trzeba więc przeprowadzić szeroką, wyczerpującą krytykę systemu z pozycji marksistowskiej. Trzeba wydać taki tekst i rozpowszechnić – to wystarczy, aby zdobyć rzesze zwolenników. Byliśmy bowiem przekonani, że robotnicy w Polsce, w tym systemie biurokratycznego socjalizmu, są żywiołowo zwolennikami socjalizmu opartego na robotniczej demokracji. Właśnie nad krytyką z takich pozycji chcieliśmy pracować.

Szybko okazało się, że w tym zespole nie można pisać programu, który sobie z Karolem wymarzyliśmy. Trudno dziś powiedzieć, co o tym zadecydowało. Czy różnica stanowisk, czy może niechęć większości naszych kolegów do wydania nielegalnej publikacji. W każdym razie pisaliśmy ją z Karolem, a w zespole dyskutowaliśmy poszczególne fragmenty.

Czy warto opowiadać teraz o treści Listu otwartego? Czy warto odgrzebywać stare marksistowskie schematy, za pomocą których staraliśmy się opisać rzeczywistość socjalizmu realnego w Polsce? Myślę, że warto, ponieważ była to z wielu względów pouczająca przygoda intelektualna.

Pisząc List otwarty, nie zastanawialiśmy się nad tytułem i nie mieliśmy zamiaru podpisywać go. Chcieliśmy wydać to, co napiszemy, na powielaczu i w sposób konspiracyjny rozkolportować. I tu powstał problem powielacza.

Chyba jesienią 1963 przyjechał do Warszawy z Belgii na zaproszenie ZMS działacz tamtejszego Związku Młodzieży Socjalistycznej. Zgłosił się do Karola Modzelewskiego, powiedział, że jest wysłannikiem IV Międzynarodówki3, i poprosił o kontakt z panem Asem. Domyśliliśmy się, że chodzi tu o Ludwika Hassa, przedwojennego jeszcze trockistę ze Lwowa. [...]

Znałem Ludwika trochę z wydziału historii, więc Karol powiedział mi, że przyjechał ten facet z Belgii i chce się z nim zobaczyć. Udałem się do Hassa – pracował wtedy w Zakładzie Historii Centralnej Rady Związków Zawodowych – powiedziałem mu o tym i razem poszliśmy do Karola. Wtedy po raz pierwszy spotkałem tego Belga, który posługiwał się pseudonimem Filip.

Wkrótce potem przyjechała z Belgii wycieczka, która przywiozła w walizce białkowy powielacz oraz kilka tysięcy uchwał któregoś tam Kongresu IV Międzynarodówki, przełożonych na nieprawdopodobnie złą polszczyznę. Ubawiliśmy się tym i powiedzieliśmy Hassowi, że uchwały nas nie interesują, natomiast powielacz owszem. Ludwik odpowiedział: „Jeśli nie chcecie z nami działać, to do powielacza dostępu mieć nie będziecie”. Nie był on nam bardzo potrzebny, bo było to w okresie, kiedy zdawało się nam, że lada moment zdobędziemy uniwersytecką organizację ZMS i będziemy mogli drukować na powielaczach urzędowych.

Ale kiedy były problemy z drukiem Listu otwartego, zwróciliśmy się jednak do Ludwika z prośbą o pożyczenie powielacza.

Był w Polsce jeszcze jeden przedwojenny trockista, pan [Kazimierz] Badowski, taki wspaniały staruszek z Krakowa. Korespondował z Hassem, jak to przywódcy ruchu, na różne tematy polityczne i ogólne [...]; długo dyskutowali, czy wypożyczyć nam powielacz. Hass był raczej przeciwny, ale Badowski uważał, że jedno jest pewne, nie będzie w tym wątków nacjonalistycznych ani antyrobotniczych, a każda próba krytyki centralnej, politycznej biurokracji, bez względu na to, jak dalece błędna, jest korzystna.

W końcu mieliśmy więc drukować na powielaczu, aliści wczesną wiosną 1964 przyszedł do mnie Mietek Krajewski:

– Słyszałem, że w MSW czytają taki twój tekst. Widziałem fotokopię rękopisu, jakiś wywód o wyzysku klasy robotniczej.

Rzeczywiście, to był tekst, który przyniosłem na dyskusję w grupie asystenckiej, pożyczył go Gienek Chyla i – jak się potem okazało – dał naszemu przyjacielowi Tolkowi Lawinie; i ten rękopis krążył wśród jego kolegów na Uniwersytecie Warszawskim. Jak dostał się w ręce Służby Bezpieczeństwa – nie sposób było stwierdzić.

Mietek powiedział, że wiedzą więcej: że zbieramy się, dyskutujemy, że będzie z tego jakaś książka, którą chcemy wydać. To było już bardzo niebezpieczne, teraz wystarczyło Służbie Bezpieczeństwa złapać nas, zanim tekst się ukaże – i pójdziemy siedzieć za bezdurno. Wymyśliliśmy więc taki plan. Mówiliśmy ludziom, których podejrzewaliśmy o kontakty z SB – a parę takich podejrzeń mieliśmy – oraz rozmawialiśmy w mieszkaniach, o których mieliśmy prawo sądzić, że są na podsłuchu, iż odbijemy tekst na powielaczu i rozkolportujemy go jesienią. Ustaliliśmy nawet datę – w październiku.

[...]

O tym, że w moim mieszkaniu jest podsłuch – a jeżeli tak, to pewnie również u Karola – dowiedziałem się w taki oto sposób. Kiedy byłem w Łodzi [w 1963 roku] na trzymiesięcznych ćwiczeniach wojskowych, przyjechałem któregoś dnia do domu na sobotnio-niedzielną przepustkę; ściślej mówiąc – na lewo, bo przepustek mi nie dawano. Było to wieczorem, zimowo się zrobiło, śnieg padał, szedłem w mundurku wojskowym przez podwórko, sąsiedzi, których znałem od lat, nie poznawali mnie, i dlatego im się nawet nie kłaniałem. Podszedł do mnie jakiś facet, nieznajomy mi zupełnie, wcisnął mi swoją rękę w dłoń i powiedział:

– Panie Kuroń, pan jest Polakiem, ja jestem Polakiem, pan ma syna i ja mam syna. Niech pan pod żadnym pozorem nie prowadzi żadnych rozmów w swoim mieszkaniu i w ogóle w pomieszczeniach zamkniętych. Ja jestem fachowiec, niech mnie pan dobrze zrozumie, ja jestem fachowiec.

Był to pierwszy, ale nie ostatni przypadek, w którym funkcjonariusze SB występowali przeciw swojej instytucji, przed czymś tam mnie ostrzegając.

(Wiara i wina, 1990)

W liście otwartym:

Do kogo należy władza w naszym państwie? Do jednej, monopolistycznej partii – PZPR. Wszystkie istotniejsze decyzje podejmowane są najpierw w partii, a potem dopiero w organach oficjalnej władzy państwowej; żadna istotna decyzja nie może być podjęta i realizowana bez sankcji władz partyjnych. Nazywa się to kierowniczą rolą partii, a ponieważ monopolistyczna partia uznaje się za reprezentantkę interesów klasy robotniczej, jej władza ma gwarantować władzę klasy robotniczej.

Jeśli jednak nie chcemy oceniać systemu według tego, co myślą i mówią o sobie jego przywódcy, musimy zobaczyć, jakie możliwości wpływu na decyzje władzy państwowej ma klasa robotnicza. Poza partią – żadnych. Rządząca partia jest bowiem monopolistyczna.

Klasa robotnicza nie ma możliwości organizowania się w inne partie, a tym samym formułowania, propagowania i walki o realizację innych programów, innych wariantów podziału dochodu narodowego, innych koncepcji politycznych niż programy i koncepcje PZPR. Monopolu partii rządzącej na organizowanie robotników strzeże cały państwowy aparat władzy i przemocy: administracja, policja polityczna, prokuratura, sądy, a także kierowane przez partię organizacje polityczne, demaskujące w zarodku próby podważenia kierowniczej roli PZPR.

[...] W ewentualnych próbach kształtowania decyzji „góry” masa szeregowych członków partii jest pozbawiona organizacji, zatomizowana, a więc bezsilna. Jedynym źródłem inicjatywy politycznej mogą być z natury rzeczy zorganizowane instancje, a więc aparat. Jak każdy aparat, jest on zorganizowany hierarchicznie: z dołu w górę płyną informacje, z góry na dół – decyzje i polecenia. Jak w każdym zhierarchizowanym aparacie, źródłem poleceń jest elita, zespół ludzi zajmujących w hierarchii eksponowane stanowisko i zbiorowo kształtujących podstawowe decyzje.

Inne książki tego autora