Taki upórTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W hucie rozmawiali długo z inspektorem ochrony pracy. W wyniku tej rozmowy delegacja zastępu odwiedziła inspektora ochrony pracy, któremu podlegała tamta spółdzielnia.

(Uwaga – zespół! Z drużyną i w drużynie, 1960)

W autobiografii:

Aparat, jak się zdaje, bardzo prędko uświadomił sobie swój błąd. Już w trakcie konferencji przygotowujących system różne sprawności zespołowe budziły niepokój ludzi aparatu. Na przykład – kto będzie odpowiadał za to, co dzieci wydrukują w swoich gazetkach? W miarę wprowadzania systemu w praktykę, tego rodzaju obawy mnożyły się coraz bardziej.

[...]

Starszoharcerską część systemu pracy drużyn oparliśmy na znakach, to znaczy zbiorach konkretnych zadań dobranych w taki sposób, aby wiązały się ze wspólnym dla każdego znaku ważnym problemem społecznym. Były więc znaki: „Szkoła”, „Wiedza”, „Wieś”, „Internacjonalizm”, „Dziecko”... „Internacjonalizm” nastawiony był na walkę z ksenofobią, przede wszystkim wobec mniejszości narodowych: Ukraińców, Żydów, Białorusinów, Litwinów... Znak „Dziecko” oparty był na [...] koncepcji dzieci jako upośledzonej społecznie grupy – zawierał działania, które służyły ich obronie, a potraktowane szerzej mogły służyć walce o emancypację tej grupy. Znak „Wieś” zawierał najwięcej elementów stricte politycznych. [...]

Znak „Szkoła” traktował tę instytucję jako skierowaną przeciwko uczniowi, przeciw jego potrzebom i dążeniom w imię przystosowania do panujących stosunków społecznych. Stanowił on program działań młodzieży szkolnej na rzecz swego wyzwolenia poprzez przekształcenie stosunków społecznych w szkole. Jednak nie przeciw nauczycielom, a wraz z nimi. [...] Działalność polegała na tworzeniu w szkole samodzielnych, samorządnych instytucji: teatru, gazety, klubu dyskusyjnego, zespołów samokształceniowych, spółdzielni...

[...]

W całym kraju mieliśmy, nie licząc walterowskich grup działania, dwadzieścia kilka zespołów, które w sposób poważny podjęły taką działalność. Przeważała wśród nich działalność na rzecz przekształcania szkoły, a więc znak „Szkoła”, z pewnymi elementami problematyki znaków „Wiedza” i „Dziecko”. Zespoły pionierskie rozproszone w całym kraju i oczywiście znacznie słabsze od walterowców, szybko wchodziły w konflikty z aparatem harcerskim, nauczycielami, dyrektorami szkół.

(Wiara i wina, 1990)

W artykule:

W pierwszej połowie lat 60. publikowałem artykuły w takich pismach, jak „Drużyna”, „Wychowanie” czy „Kwartalnik Pedagogiczny”. W jednym z nich pisałem, że gdy w czasie przerwy idę z klasy do pokoju nauczycielskiego, muszę przejść przez barykadę. I ze strony nauczycieli, i uczniów słyszę wyzwiska pod adresem drugiej strony. Co więcej, obaj partnerzy tak zwanego procesu edukacji mówią o sobie z grubsza to samo. Obaj dają wyraz swej bezwzględnej wrogości czy wręcz nienawiści.

W harcerskich drużynach walterowskich, które prowadziłem w owych latach, istniały rozmaite grupy działania. Jedną z nich kierował młody chłopak, skądinąd bardzo uzdolniony matematyk. Wpadł na pomysł, by organizować teatr. Idea była taka: spotykamy się z młodzieżą z różnych środowisk – ze wsi, z biednych dzielnic Warszawy – i pytamy: „Słuchaj, co cię boli? Co cię tak naprawdę wkurza? Co byś chciał zmienić?”. Następnie, wspólnie z ową młodzieżą, inscenizujemy spektakl teatralny poświęcony tematowi, który wywołuje największe frustracje. Piszemy scenariusz, posługując się czasem jakimiś tekstami literackimi, czasem piosenką, montujemy to, reżyserujemy... Jako aktorzy występują, rzecz jasna, młodzi zbuntowani.

Okazało się, że tym, co najbardziej doskwiera młodym ludziom w miastach, była właśnie szkoła. Pamiętam jedną z takich sztuk. Konspiracyjna organizacja uczniowska postanawia podpalić szkołę. Taki sam pomysł ma konspiracyjna organizacja nauczycieli. Obie grupy w tym samym czasie zakradają się do budynku szkoły. Gaśnie światło i... aktor recytuje oficjalny komunikat: „Wskutek zaniedbań ze strony woźnego nastąpiło zwarcie w instalacji elektrycznej. Szkoła spłonęła”.

Drużyny walterowskie już wcześniej miały z władzą na pieńku, ale tym razem przebrała się miarka. Komisja Oświaty Komitetu Warszawskiego PZPR rozwiązała nasz Hufiec, wykorzystując jako pretekst właśnie ów spektakl poświęcony szkole.

(Podpalić szkołę?, 14 października 2003)

W autobiografii:

Początkowo nasza systemowa ekipa była bardzo wpływowa w Głównej Kwaterze Harcerstwa. Między innymi dzięki zdecydowanemu poparciu Zofii Zakrzewskiej. Mogliśmy więc w komendach hufców i chorągwi bronić zespołów pionierskich, szukać tam dla nich sojuszników i w ten sposób trochę im ułatwiać działanie. Niestety, w ciągu kilku miesięcy nasza sytuacja pogorszyła się radykalnie. Zabawne, że [...] zdemaskowanie przez władze naszej działalności wiązało się z walką frakcyjną w KC PZPR.11 [...]

Rozwiązanie Hufca Walterowskiego było sygnałem, że rozprawa ze mną i całą ekipą systemową łącznie z Działem Młodzieży Starszej nastąpi lada moment. Zosia Zakrzewska chciała nas bronić, ale nie daliśmy jej żadnej szansy. Broniliśmy wszystkiego, a to oznacza, że atakowaliśmy nie tylko system oświatowy, ale także politykę PZPR. Było jasne, że przegramy i w dodatku pociągniemy za sobą Zosię. Ale uważaliśmy, że tak właśnie powinniśmy postąpić. [...]

Rozprawę z nami, to jest podejrzanymi politycznie członkami GKH, [...] rozpoczęto w czerwcu 1961. Przerwano ją na czas obozów letnich, ale jesienią już jej nie wznowiono. KC nie chciało mieć afery politycznej. Moich kolegów skierowano do Wyższej Szkoły Nauk Społecznych, ja zacząłem robić doktorat na UW i obiecano mi stypendium. Nie doszło do tego.

(Wiara i wina, 1990)

W artykule:

Możliwe są trzy modele wychowania. Jeden model to przystosowanie do istniejącego społeczeństwa – to robi szkoła. Model drugi polega na tym, że tworzy się dzieciom idealny ład społeczny, idealny ład tego środowiska, w którym dzieci żyją – to [Janusz] Korczak. [...] Wreszcie model trzeci, który przyjęliśmy, polega na tym, że wprowadza się dzieci w życie społeczne i od razu uczy się je to życie zmieniać, organizować się do zmieniania życia społecznego.

No, ale dzieci mają najpierw dziesięć lat, potem dwanaście, potem czternaście, potem piętnaście i w pewnym momencie chcą zmieniać ład społeczny już bardziej na serio...

(Kierownica jest w ręku władzy, sierpień 1986)

W autobiografii:

Na samym początku naszych pedagogicznych prób odrzuciliśmy – trochę intuicyjnie – makarenkowski klimat oblężonej twierdzy jako narzędzie oddziaływania wychowawczego. Źle się stało, że odbyło się to bez refleksji. Byliśmy bowiem zupełnie nieprzygotowani, kiedy później dopadł nas ten klimat z całą mocą. Zwłaszcza kiedy w końcu 1956 roku przywrócono Związek Harcerstwa Polskiego.

Walterowcy uważali się za komunistów i obnosili się z tym. Nosili czerwone chusty, śpiewali rosyjskie piosenki, a także – co wcale nie lepiej – ukraińskie i żydowskie, obok innych, które już mniej raziły przechodniów, innych harcerzy, nauczycieli i urzędników. Nie szanowali władzy, nie uznawali hierarchii. Byli koedukacyjni i antymilitarni. Naśmiewali się z wszelkiej pompy i celebry. Przede wszystkim jednak mieli poczucie misji – pragnienie zbawienia świata – bo ten, jaki był, bardzo im się nie podobał. Musieli mieć przeciw sobie niemal wszystkich.

Ten rodzaj presji kształtuje w grupie klimat sekty i niezwykle silnej więzi, żarliwej ideowości. Z czym silnie się wiążą wyśrubowane wymagania wobec siebie i dychotomiczna wizja świata, pewna wrogość wobec tych, których uważa się za przeciwników, oraz granicząca z pychą duma z własnej grupy.

(Wiara i wina, 1990)

W artykule:

Jestem z powołania wychowawcą. Kiedyś przez wiele lat troszczyłem się o konkretne dzieci, które potrzebowały mojej pomocy. Były wśród nich takie, które szukały drogi i oczekiwały rady, wskazówki, przykładu. Były wśród nich krzywdzone, niepotrzebne, niekochane, które potrzebowały pomocy, opieki, życzliwości. Były wreszcie i takie, dla których miara doznanych krzywd dawno się przebrała: niczego nie oczekiwały i tylko nienawidziły. Wierzę, że wkładałem w tę pracę tyle sił, ile mogłem, i że umiałem to robić.

Zakazano mi jej, gdy podjąłem publicznie działalność przeciw systemowi. Był to mój dobrowolny wybór, wiedziałem, co mi grozi. Wybrałem więc wielkie idee i dla nich poświęciłem konkretne dzieci, które mnie potrzebowały. I nie należy ukrywać, że działalność, którą wówczas wybrałem, daje mi obok rozlicznych opresji wiele satysfakcji.

(Zło, które czynię, 1982)

1 Anton Makarenko (1888–1939) – pedagog, pisarz, twórca metody wychowania kolektywnego podporządkowanego ideologii komunistycznej, autor Poematu pedagogicznego (1933–35).

2 Walterowcy – organizacja harcerska działająca w latach 1955–61. Swą nazwę wzięła od gen. Karola Świerczewskiego pseud. Walter. Podstawą ideologiczną drużyn walterowskich była myśli sowieckiego pedagoga Antona Makarenki.

3 Powszechna Organizacja „Służba Polsce” – państwowa młodzieżowa organizacja paramilitarna działająca w latach 1948–55.

4 Por. Ewangelia wg św. Mateusza 16, 18.

5 Por. Ewangelia wg św. Mateusza 5, 37.

6 Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego – formacja wojskowa utworzona w marcu 1945 do walki z podziemiem niepodległościowym oraz zbrojnymi oddziałami ukraińskimi i niemieckimi. W 1947 roku brygady KBW brały udział w operacji „Wisła”.

7 Zob. Księga Rodzaju 22, 1–18.

8 Zofia Zakrzewska (1916–1999) – fizyk, działaczka harcerska. Podczas okupacji współpracowała z Pogotowiem Wojennym Harcerek. Współorganizatorka Krajowego Zjazdu Działaczy Harcerskich w Łodzi w grudniu 1956, wybrana na nim naczelnikiem ZHP. Prowadziła propartyjną politykę władz ZHP.

 

9 Stanisław Broniewski (1915–2000) – pseud. Orsza; ekonomista, działacz harcerski. W latach 1943–44 naczelnik Szarych Szeregów, w 1943 roku dowódca Akcji pod Arsenałem, uczestnik powstania warszawskiego.

10 Aleksander Kamiński (1903–1978) – pedagog, działacz harcerski. W 1939 roku współtwórca Szarych Szeregów, w latach 1941–44 szef BIP Okręgu Warszawskiego AK. W latach 1945–48 współorganizator odradzającego się ZHP. W 1949 roku odsunięty z przyczyn ideologicznych, w latach 1956–58 Przewodniczący Naczelnej Rady Harcerskiej.

11 W 1956 roku w PZPR ukształtowały się dwie frakcje walczące o władzę – natolińczycy i puławianie. Natolińczycy (nazwa wzięła się od willi rządowej w Natolinie, gdzie spotykali się niektórzy z nich) opowiadali się za zachowaniem ustroju w jak najmniej zmienionej postaci, obciążając odpowiedzialnością za zło stalinizmu jedynie nieliczne osoby (zwłaszcza pochodzenia żydowskiego). Domagali się przywrócenia pełnej kontroli nad prasą oraz zlikwidowania swobody dyskusji i krytyki, co stawiało ich w opozycji do młodej inteligencji. Cieszyli się poparciem ambasady ZSRR i marszałka Konstantego Rokossowskiego oraz terenowego aparatu partyjnego.

Puławianie (nazwa od kamienicy przy ul. Puławskiej w Warszawie, gdzie niektórzy z nich mieszkali) stanowili grupę bardziej zróżnicowaną, spojoną w dużym stopniu poczuciem antysemickiego zagrożenia ze strony natolińczyków. Pragnęli w istotny sposób skorygować system polityczny. PZPR miała zachować monopol w państwie, a za cenę likwidacji terroru zyskać szerokie społeczne poparcie. Zwolennicy puławian znajdowali się w kręgach inteligencji i młodzieży (zwłaszcza tygodnika „Po Prostu”) oraz części centralnego aparatu partyjnego. Na czele frakcji stał Roman Zambrowski.

PAŹDZIERNIK

W autobiografii:

Kiedy zakończył się Październik 1956? Ano, w październiku 1956. Ale kiedy się zaczął? Bardzo trudno uchwycić początek. Ale przecież trzeba, przynajmniej w nastroju, bo dla zrozumienia zdarzeń opisanie zmiany klimatu jest niezbędne.

Chyba późną jesienią 1954 na zebraniu koła ZMP w PWSP mieliśmy dyskutować o tezach na II Zjazd ZMP. Przybył rektor Kałuski i przewodniczący Zarządu Uczelnianego imieniem Gienek. Przewodniczący koła zagaił zebranie:

– Proszę kolegów, proszę się wypowiadać w dyskusji.

Zapanowała głucha cisza, nikt nie miał nic do powiedzenia. Każdy liczył, że ktoś coś powie, odpali tę konieczną celebrę i jakoś się potoczy.

Po pewnym czasie milczenie stało się jakby walką przeciw rektorowi, który siedział na honorowym miejscu. Atmosfera była coraz bardziej napięta. Rektor nie zagadał tego swoim obyczajem, nie zaczął prowadzić przepytywanki, być może nie zorientował się, w którym momencie milczenie w oczekiwaniu na pierwszego dyskutanta przeszło w walkę milczeniem. A potem już zrozumiał, że musi przegrać, że nikt z nas nic nie powie. Wstał i bez słowa ruszył do wyjścia. Od drzwi zawołał:

– Gienek!

Ten skoczył za nim. Taki malutki, śmieszny, okrągły, podbiegł do drzwi i jeszcze zanim zdążyły się zamknąć, ktoś na sali powiedział:

– Burek do budy!

I rozległ się śmiech. To był koniec zebrania. Rechotaliśmy wesoło i radośnie, niesłychanie zadowoleni z siebie. Wtedy właśnie, w tamtej chwili zniechęcenie do tego, co oficjalne – a oficjalne było przecież wszystko w naszym życiu – nagle przekształciło się w bunt.

Był to objaw nieuchronnej klęski sztucznej, odgórnie tworzonej kultury. Miał powstać nowy, wspaniały świat, a okazał się pustynią. Wszędzie następował taki moment, że zniechęcenie, odrzucenie, obojętność, wódka – wszystko przekształcało się w bunt. Był to bunt o wartości, o sacrum, o wszystko, co człowiekowi do życia niezbędne, tylko niewyartykułowany, nieuświadomiony. Można by go śmiało nazwać rewolucją kulturalną.

Na fali tej rewolucji bardzo wiele było najprostszych propozycji na życie: zabawy, tańce, muzyka, stroje. Wszystko to razem stanowiło zmasowany atak na karłowatego potworka nowej kultury stanowiącej do niedawna integralny element systemu – jego fasadę. Rewolucja ta miała więc charakter polityczny. Zarazem ogół jej uczestników uważał, że właśnie odrzuca politykę. Jakby w tym samym kierunku parło do niedawna aż do mdłości ideowo-polityczne ZMP, które teraz zaczęło zabawiać młodzież. Zdawało się więc, że ludzie, wywalczając sobie życie prywatne, chcą się tą zdobyczą zadowolić.

Dla mnie i dla moich przyjaciół było to podejście nie do przyjęcia, oznaczało rezygnację. Myśmy wciąż najmocniej, najżarliwiej chcieli wierzyć w możliwość stworzenia ładu powszechnej szczęśliwości. Jednak z tej postawy bardziej, jakby się mogło zdawać, komunistycznej wynikała tym ostrzejsza niezgoda na istniejącą rzeczywistość.

[...]

W tym czasie nastąpiła eksplozja teatrów satyrycznych. Współpracowałem z kolegami, którzy taki zespół założyli w naszej PWSP. Dotąd satyry nie lubiłem. Miała ona swoje ściśle określone miejsce: atak na wyznaczone rejony życia imperialistów, burżuazyjną mentalność i jej pozostałości, amerykański styl życia, no i oczywiście sprzeniewierzanie się socjalistycznym normom. Natomiast satyra, jaką próbowaliśmy robić, była o nas samych, o naszym zwyczajnym życiu. A więc pośrednio atakowała porządek, w którym żyliśmy. Była tam piosenka: „Już teraz wolno kochać – Zjazd uwzględnił takie sprawy”.

[...]

Zjawiska, które tu próbuję opisać, określano wówczas słowem „odwilż”, od tytułu wydanej w Moskwie książki Erenburga1. Ta meteorologiczna metafora dobrze oddaje sytuację powolnego uwalniania się ludzi w dyskusjach prywatnych i publicznych od różnego rodzaju zakazów nie całkiem jeszcze minionego okresu. Ale dla nas, komunistów, było to przede wszystkim trzęsienie ziemi zapoczątkowane na szczytach hierarchii władzy. To stamtąd bowiem przychodziły impulsy do myślenia i w związku z tym – rewizji.

W końcu 1954 roku ukazały się tezy KC KPZR na pięćdziesięciolecie rewolucji 1905, w których krytykowano propagandę za pomniejszanie roli Lenina w historii rosyjskiego ruchu robotniczego i niewiele mówiono o Stalinie. Była to niewątpliwie krytyka tego ostatniego, rzecz aż do tego momentu całkowicie nie do pomyślenia.

W styczniu 1955 odbyło się kolejne Plenum KC PZPR poświęcone naruszaniu praworządności przez aparat bezpieczeństwa. W uchwale wspominano o stosowaniu tortur. Wprawdzie Plenum to poprzedziły wygłoszone w Radiu Wolna Europa relacje Józefa Światły [demaskujące system terroru komunistycznego], zbiegłego na Zachód dyrektora X Departamentu MBP, ale nikt z nas wrogich rozgłośni nie słuchał i, co ważniejsze, z zasady nie wierzyliśmy w informacje pochodzące z tego źródła.

W tym samym czasie konferencja partyjna na temat rolnictwa wyraźnie nakazała wstrzymanie kolektywizacji, ze względu na konieczność podniesienia poziomu konsumpcji. W „Nowych Drogach” ukazały się artykuły o tym, że forsowanie przemysłu ciężkiego kosztem lekkiego jest błędne.

Przytaczam te fakty tak, jak do nas docierały, może raczej – jak mi utkwiły w pamięci. Połączone razem wyraźnie wskazywały, że polityka partii komunistycznych w podstawowych dziedzinach była błędna, zła, przynosząca szkody. Musieliśmy zadawać sobie pytanie o przyczyny, siły sprawcze, mechanizmy i szukać ich wewnątrz ruchu, a nie – jak dotąd zawsze bywało – poza nim. Dopóki nie umieliśmy sobie na te pytania odpowiedzieć, póty nie mogło być mowy o żadnej propozycji politycznej innej niż czysto werbalne żądanie prawdy, jawności, kontroli społecznej. [...]

Jako marksiści wierzyliśmy, że nasza przodująca teoria pozwala poprawnie objaśnić rzeczywistość społeczną i pozwala dobierać właściwe środki dla osiągnięcia królestwa wolności. Zatem najprawdopodobniej popełniono zasadnicze błędy w posługiwaniu się tą teorią. Przy czym ich trwałość wskazuje na to, że ideologia partii w jakimś momencie stała się niezgodna z marksizmem. Postanowiliśmy odnaleźć ten moment i mechanizm. Jak widać, daleko jeszcze byliśmy od propozycji politycznych.

[...]

Kierownictwo sowieckie – a w ślad za nim polskie – odrzuciło masowy terror i związaną z nim dominację aparatu bezpieczeństwa nad partyjnym. Podjęto wysiłki, aby podnieść stopę życiową ludności, ograniczając dominację przemysłu ciężkiego i zbrojeń oraz zabiegając o wzrost produktywności rolnictwa. Ta pierwsza sprawa w sposób oczywisty leżała w interesie tych, których nazywamy dziś nomenklaturą. Terror godził także w nich, a przy tym radykalnie ograniczał ich władzę na rzecz aparatu bezpieczeństwa.

Walka na wyżynach o sukcesję po Stalinie pociągała za sobą analogiczne zmagania na niższych szczeblach władzy. W sprawie zerwania z terrorem wszystkie struktury były zgodne. Ta zgodność obejmowała też poprawę warunków życia ludności. Nieefektywność systemu sięgnęła w owym czasie dna, a coraz większa część tego, co wytwarzano, przeznaczona była na zbrojenia i inne elementy siły państwa przeciw poddanym. Możliwe, że władcy w obozie bali się wybuchów społecznego gniewu. Kierownictwo polskie na pewno. Ale w ZSRR ważniejsze od tych obaw było wyczerpanie się prostych rezerw produkcyjnych, to znaczy przede wszystkim rezerw siły roboczej. Trzeba więc było więcej płacić, co znaczyło wówczas też po prostu lepiej karmić.

Wymieniłem, jak sądzę, podstawowe przyczyny przemian na górze. Dotąd jednak system stanowił monolit i ogarniał wszystkie dziedziny życia. Zasady jego funkcjonowania były traktowane jako nienaruszalna świętość. Dlatego teraz drobne nawet rewizje dokonywane przez kierownictwo partii sowieckiej w świadomości ludzi, a zwłaszcza wierzących komunistów, naruszały całość systemu. Ośmielało to ludzi i pobudzało do krytyki różnych innych jego elementów oraz do aktywności w kierunkach przez władze nieoczekiwanych. Dopiero połączenie rewizji odgórnych ze społeczną krytyką i aktywnością stanowiło o zjawisku, które staram się tu opisać.

Uosobieniem buntu przeciw narzuconej kulturze była Dagmara. Poznałem ją, jadąc do Otwocka, do Domu Młodego Robotnika. Zaczynałem wtedy współpracować z redakcją „Sztandaru Młodych” i chciałem napisać reportaż uczestniczący, jak u Kischa2, który mnie wtedy fascynował. Wymyśliłem więc sobie, że przyjadę w sobotę wieczorem ubrany i ucharakteryzowany na chłopca ze wsi, takiego zielonego, który chce pracować na budowie. Oczywiście w sobotę nie będą mogli mnie przyjąć do pracy, przenocują zapewne, popijemy, w poniedziałek świtem wstanę i zamiast na budowę pojadę do Warszawy napisać ten rewelacyjny reportaż.

W pociągu zobaczyłem dziewczynę. Szczupła, strzelista, zrzuciła sandały, na ławce oparła bose stopy. Czarne, długie włosy i taka nieregularna twarz, która jest niesłychanie interesująca. Był w niej dynamizm, czuło się go w oczach, w geście, w ruchu.

Nie pojechałem do Otwocka, wysiadłem z nią wcześniej. Zafascynowała mnie swoją wrażliwością na świat, podobną do mojej, którą zarazem zupełnie inaczej próbowała objaśnić. Wyrosła w lewicowym domu inteligenckim, trochę komunizującym. Zbuntowała się, ale kiedy ja w ramach tego samego etosu próbowałem zmienić istniejący porządek, ona wszelki porządek całkowicie odrzucała. To było najbardziej fascynujące.

[...] Wprowadziła mnie w świat zbuntowanych plastyków. Byłem z nią na wystawie pod Arsenałem, która – podobnie jak przegląd teatrów studenckich – przygotowana została w ramach Festiwalu Młodzieży i Studentów. Musiał to być czerwiec 1955, bo w lipcu byłem już na obozie walterowskim i poznałem Gajkę.

To było prawdziwe trzęsienie ziemi, zasadnicze zerwanie z całą akademicką sztuką realizmu socjalistycznego. Nie powiem, żeby malarstwo formalistyczne mnie pociągało, ale przemawiał do mnie bunt, który z niego wyrastał, pasja rewolucji. Płynął stamtąd powiew świeżego powietrza. Siedziałem tam całą noc, trochę pomagałem w przygotowaniach do wystawy. Piliśmy wino, rozmawialiśmy. To były rzeczy zupełnie nowe dla mnie. Spotkałem ludzi, dla których sztuka była całym światem, jedyną prawdziwą rzeczywistością.

Najbardziej radykalna w negacji była Dagmara. Uważała, że tylko sztuka łączy ludzi, a to, co dzieje się między kochankami, jest największym dziełem sztuki. Wszystko poza tym, a więc wszelkie stosunki społeczne, są oparte na kłamstwie, panowaniu i poddaństwie, wyzysku. Kłóciłem się z nią. Mówiłem, że jeśli nawet tak jest, jak mówi, to nie znaczy to wcale, że musi być. Że wszystko zależy od nas, że jej stanowisko to wcale nie jest bunt, tylko ucieczka. Śmiała się i akurat wtedy, kiedy zdawało mi się, że mam jej do powiedzenia coś najważniejszego, zaczynała mnie całować.

 

Myślę, że tym, co mnie od Dagmary odpychało, był jej stosunek do miłości – programowe odrzucanie stałych związków. Mówiła, że chce kochać najgłębiej, najmocniej – ale bez żadnych więzów. Dla mnie była ona uosobieniem rewolucji kulturalnej w jej najbardziej radykalnej postaci, przeciw urzędowej celebrze, politycznemu przymusowi i obyczajowemu purytanizmowi stalinizmu.

Na 28 sierpnia dzieci zarządziły poobozowe spotkanie walterowskie. Wesołą, rozśpiewaną gromadą pojechaliśmy do Wilanowa, gdzie piekliśmy kartofle, przeskakiwaliśmy przez ogniska. Był skwar i wszyscy zapragnęli się kąpać. Poszliśmy nad Wisłę. Rozciągnęliśmy się długim sznurem, na przedzie poszła jedna z naszych instruktorek, ja na końcu, powoli. Rozmawiałem z Jackiem Garwackim. Mówił, że Wisła jest niebezpieczna i zdradliwa, a ja to puściłem mimo uszu.

Nie przyszło mi do głowy, że zanim ustali się zasady kąpieli, ktokolwiek wejdzie do wody. Na obozie byłoby to niemożliwe. Niestety, dzieci nie czuły się związane żadną dyscypliną. Przyszły na to spotkanie z własnej chęci. Ponadto miały fałszywe poczucie bezpieczeństwa, ponieważ dno Zalewu Wolińskiego, znad którego wróciły, opada wolno, równomiernie, długo idzie się po kolana, po pas.

Kiedy doszedłem nad Wisłę, okazało się, że troje dzieci zniknęło. Szukaliśmy ich bardzo długo. Potem świadkowie powiedzieli, że się utopiły.

Poszliśmy od razu na komendę, na Sadybę. Postawiono mi zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci i trafiłem do więzienia z najgłębszym przekonaniem, że słusznie siedzę, że wszystko, co na mnie spadło, to i tak za mało w stosunku do bezmiaru mojej winy.

Wyszedłem z aresztu śledczego po miesiącu. Był wrzesień, jak zwykle pewnie słoneczny i kolorowy, a ja pamiętam wszystko pogrążone w jednostajnym mroku. Chodziłem co dzień na groby moich dzieci i czasem płakałem. Łzy łagodzą ból. Wiedziałem, że uczyniłem zło, którego nigdy już nie naprawię. To była druga po Zośce śmierć, która naznaczyła moje życie. Z tej perspektywy patrzyłem na wszystko, co w nim robiłem, a więc przede wszystkim na zetempowską działalność, na moją odpowiedzialność za stalinizm.

Bardzo trudno potępić choćby najmniejszy kawałek swojego życia. Wtedy potrafiłem to zrobić. W takim stanie ducha dopadła mnie wieść o śmierci Dagmary – popełniła samobójstwo. Znowu wina, od której nie mogę się uchylić. Pamiętam strach przed skutkami moich czynów i przed skutkami zaniechań. Okruchy tego strachu są odtąd we mnie stale obecne. Wiem, że zasadniczo zmieniło to moje życie. Od tamtej jesieni patrzę sobie uważnie na ręce i we wszystkim, co robię, jest usiłowanie, aby spłacić rachunki za zło, które czynię. Uznałem wtedy, że nie mam już prawa do osobistego szczęścia.

Wymyśliłem, że nie mogę porzucić Hanki [do której ponownie zbliżyła mnie odwilż]. Gajka jest małą dziewczynką, która kocha mnie jak nauczyciela. Hanka jest moim obowiązkiem. Walczyła o mnie, łapała mnie na komendach milicyjnych, gdzie mnie wożono na konfrontacje, przynosiła mi paczki, dostarczała pieniądze.

Po wyjściu rozmawiałem z Gajką i prosiłem ją, żebyśmy byli tylko przyjaciółmi. Wytrzymałem w ten sposób rok, przez który strasznie znielubiłem zupełnie niewinnego człowieka – Hankę. I to była moja lekcja miłości: nic jej nie można nakazać, każdy przymus kończy się bardzo źle dla człowieka, dla którego się przymuszamy.

[...]

Tamtej jesieni 1955 dotkliwie odczuwałem samotność. Zrezygnowałem z Gajki, tęskniłem za nią i brak mi było kogoś najbliższego. Od ludzi oddzielało mnie poczucie winy, całkiem zrezygnowałem z życia towarzyskiego, nie piłem. Natomiast bardzo dużo czytałem. A byłem wtedy na trzecim roku historii UW. Uczestniczyłem w seminarium poświęconym dwudziestoleciu międzywojennemu, prowadzonym przez profesor Żannę Kormanową3.

Dawało mi to prawo korzystania z prohibitów w bibliotece na UW – przy ówczesnej tolerancji praktycznie wszystkich. Całe dni przesiadywałem w czytelni BUW. Czytałem prasę dwudziestolecia międzywojennego, stenogramy sejmowe, książki i broszury z tego okresu. Postanowiłem, że przede wszystkim zapoznam się z tym, o czym nie wiedziałem nic czy prawie nic. Dlatego raczej nie czytałem materiałów PPS. Zdawało mi się, że ten punkt widzenia znam wystarczająco z domu. Interesowało mnie z jednej strony piśmiennictwo prawicy, a więc przede wszystkim tak zwanego obozu narodowego, a z drugiej – komunistyczne – wówczas wciąż jeszcze całkowicie utajnione.

Myślę sobie, że ten wybór zainteresowań poważnie opóźnił i skomplikował moje odchodzenie od komunizmu. Nawet najinteligentniejsze teksty autorów endeckiej proweniencji odrzucały mnie, były w najgłębszym tego słowa znaczeniu obce mojej duchowości. Zwłaszcza że pochodziły one z okresu, kiedy orientacja ta fascynowała się faszyzmem. [...]

Jednocześnie odkrywałem Komunistyczną Partię Polski, rozwiązaną przez Komintern w 1938 roku. Dopiero 1 maja 1956 ukażą się w „Trybunie Ludu” portrety jej przywódców. Nie wiadomo, czy umarli w łagrach, czy zostali straceni. Przez łagry przeszli wszyscy w zasadzie działacze tej partii. Dowiedziałem się o tym blisko rok przed rewelacjami [Nikity] Chruszczowa. Była to pierwsza poważna informacja o ofiarach Stalina, jaka do mnie dotarła. Wywołało to taki skutek, że zdecydowanie i bardzo mocno utożsamiłem się z tą partią. Jak widać, jest we mnie głęboko zakodowane irracjonalne przeświadczenie, że ofiara tylko z tego powodu, iż jest przedmiotem opresji, ma rację, że zamordowany zwycięża nad mordercą. [...]

Ja i moi koledzy komuniści odchodzący od stalinizmu byliśmy wówczas całkowicie izolowani od Zachodu. Nie mieliśmy więc świadomości, że tam (to jest w zachodniej Europie i w Stanach) w oparciu o wielkie siły społeczne (związki zawodowe i masowe partie) zbudowano po II wojnie światowej nowy system współpracy społecznej i parlamentaryzm mógł zacząć znowu funkcjonować. Choć nie odzyskał już dawnego znaczenia i wciąż trwają prace nad uzupełnieniem tego systemu o bezpośrednie formy udziału obywateli we władzy gospodarczej i politycznej. [...]

Referat Chruszczowa4 wstrząsnął mną i zarazem rozczarował. Wstrząsnął, bo opisywał pojedyncze przypadki stosowania tortur, wymuszania fałszywych samooskarżeń, fikcyjnych procesów i morderstw, co zawsze działa na wyobraźnię. Wprawdzie Chruszczow koncentrował się na rozprawie z kadrą bolszewicką, jednak wiedziałem już nieco więcej i zdawałem sobie sprawę, że rozmiary zbrodni są niewspółmiernie większe od tego, co wyjawia referat. [...] Z drugiej strony, referat ten rozczarował mnie, bo nawet nie podejmował próby objaśnienia mechanizmu, który doprowadził do zbrodni. W jego ujęciu wszystkiemu winien był zły charakter Stalina. To jest kult jednostki a` rebours – powiedziałem o tej wykładni w toku jakiejś dyskusji.

Wydaje mi się, że właśnie wstrząs, jaki wywołały we mnie i w moich kolegach opisy konkretnych zbrodni stalinizmu, sprawił, że zaczęliśmy rozważać ich przyczyny w kategoriach interesów grupowych biurokracji politycznej. W żadnym razie nie było to nagłe olśnienie. To wcale nie jest łatwe uznać ludzi, których się szanowało, ceniło, a nawet podziwiało, za grupę, delikatnie mówiąc, szkodliwą, czy – co więcej – uwierzyć, że gotowi są oni w imię osobistych interesów popełnić zbrodnię.

[...]

W końcu 1955 roku „Po Prostu” rzuciło hasło ogólnopolskiej konferencji delegatów studenckich organizacji ZMP. Następnie patronowało dyskusjom nad programem przyszłej studenckiej organizacji i wyborami delegatów na konferencję. Właśnie w takich wyborach zostałem w końcu 1955 czy na początku 1956 roku wybrany na delegata i wszedłem w skład uniwersyteckiej komisji redagującej wnioski programowe. [...]

[Podjęliśmy] decyzję powołania organizacji młodzieżowej do walki ze stalinizmem w aparacie władzy. [...] Od tego momentu zaczęliśmy myśleć o politycznym programie. Ciekawe, że choć nie dojrzeliśmy do pluralizmu teoretycznie, czy może raczej światopoglądowo, to w poszukiwaniu najwłaściwszego rozwiązania doszliśmy do niego praktycznie. Był to pluralizm dla nas, młodych komunistów.

Inne książki tego autora