Taki upórTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

[...] Wojna musiała mnie ujednoznacznić: życie przy śmierci, zdradzie, groźbie tortur, w lęku, że zakapuję, i poczuciu bezsilności. Stale musiałem pytać o sens tego wszystkiego, o źródła, siłę, a więc o cele i wartości nadrzędne. Znajdowałem odpowiedzi na te wszystkie pytania w klimacie ideowym mojej rodziny, który to klimat wiązał się z duchowością lewicy. Używam słowa „duchowość” dla określenia stosunku do wartości nadrzędnych – sacrum i co za tym idzie – norm moralnych.

Jestem przekonany, wbrew koncepcjom biologicznym, że człowiek w swoim działaniu kieruje się wartościami, stara się wcielać je w swoje życie i w ten sposób nadawać mu sens. Zatem duchowość w wielkim stopniu wyznacza życie człowieka, jego działalność, stosunek do dalszego i bliższego otoczenia, a więc do rodziny, przyjaciół, ojczyzny, innych narodów, ludzkości, historii...

Żyjemy, uczestnicząc w kulturze stanowiącej całokształt wytworów współpracy społecznej. Udziela ona odpowiedzi na pytanie: jak żyć, po co, oraz dostarcza materialnych środków realizacji tych wzorców. Ponieważ człowiek działa celowo, więc pyta: po co? A każdy cel, jaki sobie stawia, stanowi odpowiedź na to pytanie. Oczywiste jest więc, że pyta też o cel całego swojego życia: po co żyję? Każdy ma świadomość, że życie jest ograniczone śmiercią, pełne wyrzeczeń i cierpień, zatem jego celem – sensem – może być tylko coś, co przezwycięży śmierć i jest warte cierpień i wyrzeczeń. Wszystko, co przekracza nasze życie i nadaje mu sens, przeżywamy jako sacrum.

[...]

Źródło, z którego czerpałem odpowiedzi na pytania o sacrum, sprawiło, że tworzyłem swoją duchowość według lewicowych wzorów. Zaś wzorce te przede wszystkim są wezwaniem do ofiary, poświęcenia, służby, do oddania całego życia sprawie. Nie przypadkiem w duchowości lewicy symbolami są krata, cela, szubienica, kajdany. Ściskało mnie w gardle, kiedy dziadek śpiewał:

Idą, idą, dzwonią im kajdany.

Idą, idą, drżą przed nimi pany.

Idą, idą, nie ma dla nich tam,

Nie boją się kuli ni więziennych bram.7

[...] Codzienne pytanie o sens życia sprawiło, że tworzyłem swoją osobowość niezwykle silnie zintegrowaną wokół sacrum. Nie żałuję tego, ale historia mojego życia pokazuje wyraźnie, jak bardzo niebezpieczna jest taka integracja.

Zaraz po wkroczeniu wojsk sowieckich przenieśliśmy się do Krakowa. Tam już trzeba było dokonać wyboru. Brzmi to śmiesznie – chodziłem wtedy do czwartej klasy. Takie to były jednak czasy. W szkole mówiło się o polityce, o Sowietach, o wojskach Andersa. [...] coraz wyraźniej stawałem w różnych sporach – jedyny w klasie, zupełnie sam – po stronie nowego porządku. Dlaczego? Można oczywiście odpowiedzieć najprościej: bo opowiedział się za nim mój ojciec. Choć to oczywiście nie było takie proste.

Ojciec przyłączył się do nowego porządku, bo miał nadzieję, że jest teraz szansa dla Polaków, i kiedy w Krakowie w 1945 roku jego szef w BIP8 i kontrwywiadzie Armii Krajowej, Śledziński, proponował mu dalszą współpracę – odmówił. Podsłuchałem, jak tłumaczył, że kraj i naród są zupełnie wyniszczone, że nie mamy sił do dalszej walki. Myślę jednak, że to był argument dla Śledzińskiego. Stosunek ojca do nowego porządku był dużo bardziej złożony.

Do nowego PPS wstąpili natychmiast i dziadek, i ojciec, mimo że londyńskie kierownictwo wzywało do bojkotu. Dla PPS-owskich robociarzy, takich jak dziadek, to była ta sama partia: i nazwa, i ludzie. [...]

Ojciec organizował pierwszy zjazd techników we Wrocławiu, na Ziemiach Odzyskanych, w 1946 roku, był w kierownictwie NOT-u9, pisywał teksty ekonomiczne do „Robotnika”. Był nieodrodnym dzieckiem swojej profesji. Przemawiała do niego wizja nowej Polski, którą się zaprojektuje i zbuduje jak maszynę.

Odbywało się u nas w domu sporo dyskusji, w których uczestniczyli koledzy ojca, wśród nich komuniści z PPR, ale także socjaliści, którzy po wojnie nie wstąpili do PPS. Słuchałem tego wszystkiego, zwłaszcza później w Warszawie, kiedy mieszkaliśmy sami z ojcem przy Lwowskiej. Chodziłem z nim też na różne spotkania, gdzie dawano mi prawdziwą gorzką kawę, czego początkowo nie znosiłem, ale chyba wtedy nauczyłem się ją pić.

To, co ojciec tam mówił, nazwałbym wiarą w mechanizm uspołecznienia. Był przeświadczony, że gdy uspołeczni się środki produkcji – a rozumiał przez to po prostu akt nacjonalizacji przemysłu – cała reszta wspaniałego ustroju sprawiedliwości społecznej zrobi się sama, jako że źródłem wszelkiego zła jest prywatna własność. Tak w uproszczeniu można by to powiedzieć.

W kłótniach z różnymi „reakcjonistami” zajmował zdecydowanie stronę nowego porządku, ale co wygadywał do mnie! Bo z jednej strony był jego związek z komunistami, z drugiej – patriotyzm i ten 1920 rok. Mnie się to wszystko jawiło jako niekonsekwencja. Ojciec nie umiał rozliczyć się z żadnym fragmentem swego życia, nie umiał powiedzieć: tak, tu popełniłem błąd.

(Wiara i wina, 1990)

W artykule:

Dążenie do pełnej, absolutnej sprawiedliwości jest jednym z największych i zarazem najbardziej niebezpiecznych marzeń człowieka. Niewykluczone, że jedynie ci, którzy w młodości umieli marzyć i wierzyć w sprawiedliwość, mogą w wieku dojrzałym prawdziwie służyć społeczeństwu. Dojrzałość w tym ujęciu oznacza świadomą i dobrowolną rezygnację z zasady „wszystko albo nic”.

Najbezpieczniej jest uświadomić sobie, że niemożliwa jest sprawiedliwość poza miłością, a więc przeciw człowiekowi. Zaś człowiekiem jest każdy – i komunista, i burżuj, i nacjonalista, i Polak, i Ukrainiec, i Żyd.

Myśl komunistyczna wyrastała z myśli chrześcijańskiej – jako bunt przeciw wszelkiemu złu świata. Komunizm zapowiadał zniesienie za jednym zamachem zniewolenia człowieka wraz z całym starym porządkiem. Nic dziwnego, że przyciągał tylu młodych, wrażliwych. W Polsce działo się to po hekatombie hitlerowskiego terroru, która dla wielu zdawała się być wykwitem starego porządku i jego kultury. Chcieliśmy „wznieść biały pomnik na gruzach czarnej historii”.

(Wołanie, 27 lutego 1998)

W autobiografii:

Człowiek, kiedy dorasta, musi się zbuntować przeciw autorytetom – żeby stanąć na własnych nogach, nie zostać kaleką na całe życie. [...] Gdybym ojca nie lubił, poszedłbym pewnie na prawo, ale on tak mnie fascynował, że poszedłem na lewo, a przeciw niemu tylko w tym sensie, że chciałem swoim życiem wyprostować, uczynić konsekwentnym jego życie. Nie wiedziałem, że w ten sposób wybieram sobie tak zawiłą biografię.

Człowiek, który dorasta, powinien się buntować przeciw zastanemu porządkowi świata. Bowiem zawsze ten porządek sprzeniewierza się ideałom, w których wychowuje się dzieci. Alternatywą każdego młodzieńczego buntu jest przystosowanie, a więc posłuszeństwo i naśladownictwo, a przecież każdy człowiek, a zwłaszcza młody, chce być podmiotem swojego życia.

Dla mnie odrzucenie tego starego porządku było oczywistą konsekwencją dotychczasowych doświadczeń życiowych, a więc przede wszystkim okupacyjnych. Zagłada Żydów, moje najbardziej osobiste, najstraszniejsze przeżycie, jawiła mi się jako bezpośredni skutek i najpełniejszy wyraz epoki klasowego panowania, wyzysku i ucisku.

[...] Żyłem literaturą, uczestniczyła ona realnie w moim życiu. I oto wszystko, co czytałem: Dickens, Balzak, Zola, Żeromski, Brzozowski, Kaden-Bandrowski, jawiło mi się jako jeden wielki akt oszustwa starego świata. Jako dowód, że ludobójstwo hitlerowskie stanowi jego logiczną i moralną konsekwencję. W tym przeświadczeniu nie byłem osamotniony [...]. Integralną częścią moich przeżyć było doświadczenie czasu Zagłady opisane przez literaturę. A właśnie Borowski, Nałkowska, Andrzejewski – jak to pamiętam – przedstawiali krematoria, płonące getto, gorsze jeszcze niż śmierć upodlenie człowieka jako wyrok, który wydał na siebie stary świat.

Tłum, który mordował ocalałych z zagłady Żydów w Kielcach, Radomiu, Krakowie10, i biskupi11, którzy wzdragali się przed jednoznacznym potępieniem tych mordów – potwierdzały w moich oczach, że czasy hańby jeszcze nie minęły.

Wiarę, w imię której potępiałem i z której czerpałem nadzieję, zawdzięczałem ojcu. Tym większy więc miałem do niego żal o zbyt łagodne potępienie, słabą nadzieję – a więc o małą wiarę. Myślałem sobie, że nie sposób żyć na tym świecie, jeśli się wątpi w to, że można go uczynić wolnym od hańby nie całkiem minionej. Czy można się dziwić, że nowy ład, który miał raz na zawsze znieść jej groźbę, stał się sensem mojego życia – sacrum?

(Wiara i wina, 1990)

W artykule:

Problem żydowski odnowił się po wojnie ze szczególną mocą, bowiem niezależnie od wpływu czasów pogardy i nienawiści na świadomość narodową, nową nienawistną społeczeństwu polskiemu władzę bardzo często reprezentowali Żydzi czy ludzie żydowskiego pochodzenia. Warto pamiętać, że była to świadoma polityka Moskwy. W czasach porewolucyjnych Łotysze na rozkaz polskiego szlachcica Dzierżyńskiego rozstrzeliwali setki i tysiące Rosjan. Inny polski szlachcic Wyszynski12 zasłynął jako oskarżyciel w słynnych procesach moskiewskich, które uzasadniały znacznie już bardziej masowe morderstwa i jeszcze bardziej masowe wysyłki do łagrów.

Przypisywanie Żydom winy za stalinizm w Polsce jest oczywiście pozbawione sensu, bo to nie żydowskie czołgi zmusiły społeczeństwo polskie do uległości, a ci, którzy pod strażą tych czołgów pełnili władzę, nie czynili tego jako Żydzi, ale jako lewicowcy [...].

(Zasady ideowe, artykuł z grudnia 1977, wyd. 1978)

W autobiografii:

Moja fascynacja komunizmem – wizją radykalnej przebudowy świata – wyrastała przede wszystkim z lektur. Byłem uczniem VII klasy, chodziłem do czytelni i z pomocą słownika wyrazów obcych, encyklopedii przegryzałem się przez różne książki. Czytałem Marksa – Manifest komunistyczny, Engelsa – Pochodzenie rodziny, własności prywatnej i państwa, Kautskiego – Pochodzenie chrześcijaństwa, Lenina – Państwo i rewolucja. Ta ostatnia wywarła na mnie szczególne wrażenie. [...]

 

[...] Marksizm jest, czy w każdym razie był wówczas, niesłychanie atrakcyjny dla ludzi bardzo młodych, tak samo jak i dla tych, którzy szybko awansują z miejsc o małym dostępie do kultury. Za pomocą kilkudziesięciu względnie prostych formułek pozwala on objaśnić wiele bardzo złożonych zjawisk społecznych. Jakże to ułatwia życie ludziom przytłoczonym ogromem i skomplikowaniem problemów świata.

Mnie marksizm dał pewność, że moja wiara się spełni. Nawet nie próbowałem się chyba w tym celu mistyfikować. Był to pierwszy system teoretyczny, z jakim się spotkałem, a już z góry miałem do niego zaufanie. Po prostu przeczytałem przekonywający wywód, że to, w co wierzę, jest naukowo dowiedzione i historycznie konieczne.

Z całej tej mojej wiary i wiedzy wynikał pewien imperatyw działania, który odczuwałem tym bardziej dojmująco, że w czasie wojny mimo rozlicznych wysiłków nie udało mi się poważnie uczestniczyć w walce. Dla działania niezbędna była przynależność, co zresztą stanowiło integralny element mojego światopoglądu. Jeszcze z okupacyjnego rozpędu, z Kamieni na szaniec, które czytałem w czasie okupacji, wstąpiłem do ZHP. Ale oczywiście w żadnym razie nie była to przynależność, której potrzebowałem.

Ponieważ nie szedłem po prostu w ślady ojca, szukałem kontaktu nie z PPS-owską Organizacją Młodzieży TUR13, a ze Związkiem Walki Młodych14, młodzieżową przybudówką PPR. Aktywistą zostałem jednak dopiero w Związku Młodzieży Polskiej w 1949 roku, gdy miałem piętnaście lat. Już wtedy czas od zakończenia lekcji aż do późnych godzin nocnych spędzałem „na dzielnicy”, jak wtedy mówiliśmy, to jest w lokalu Zarządu Dzielnicowego ZMP.

Od pierwszych dni nowego porządku dokonywał się masowy awans robotników i chłopów. W Zarządzie Dzielnicowym ZMP było to widoczne gołym okiem. Kto tam przychodził? Bardzo wielu młodych ludzi z biedadomków Marymontu, z ruder przedwojennych i skleconych już po wojnie z cegieł wydobytych z gruzów, wreszcie ze slamsów, w które zamieniły się wille oficerskiego Żoliborza, zajęte przez ludzi z baraków dla bezrobotnych. Było to więc do niedawna kompletne dno społeczne. [...]

Zasadnicze znaczenie miało to, że ci młodzi ludzie, którzy przychodzili na dzielnicę, czuli się gospodarzami kraju. W pewnym zakresie, a zwłaszcza w skali dzielnicy, naprawdę nimi byli. Na Żoliborzu nie było wielkiego przemysłu, za to mnóstwo warsztatów i warsztacików, szwalni, piekarni, mleczarni. I wszędzie tam broniło się uczniów, terminatorów, pracowników – zawsze z dobrym skutkiem.

W Zarządzie ZMP przyjaźniłem się ze znacznie starszymi ode mnie ludźmi, niejednokrotnie ciężko przez życie doświadczonymi, którzy nagle poczuli się gospodarzami Polski. Uznawali mnie za równego sobie, bo byłem kształcony, czytałem książki, mogłem im różne rzeczy wytłumaczyć. Na dzielnicy graliśmy w piłkę, śpiewaliśmy, dyskutowaliśmy, ale także kontrolowaliśmy warunki pracy w żoliborskich zakładach, walczyliśmy ze spekulacją. [...] Ci ludzie sprawili, że ja, oglądający świat przez pryzmat literatury, znalazłem w życiu praktycznym potwierdzenie swoich lektur.

Prymitywizm intelektualny moich przyjaciół, brak elementarnej wiedzy rozumiałem jako część krzywdy, która ich dotąd spotykała. Bywałem w ich domach, w strasznych mieszkaniach, jakich nigdy przedtem nie znałem. Widziałem, jakie mają ubrania i co jedzą. Miałem poczucie, że nareszcie dokona się sprawiedliwość. I dlatego, kiedy w moim domu rodzinnym różne paniusie mówiły: „Motłoch, dziwki od gnoju, parobki” – denerwowałem się bardzo. Takie paniusie były dla mnie modelem reakcjonizmu i potwierdzały, że racja jest po stronie ludzi ze społecznego dna.

Ten wielki ruch odbudowy kraju w pierwszych latach powojennych był żywotny dzięki swojej różnorodności; ZWM, ZMP i komuniści stanowili tylko drobną jego część. Najważniejsza była wówczas potrzeba normalnego życia. Ludzie chcieli odbudować swój dom, odgruzować swoją ulicę, postawić wspólną piekarnię i dom kultury. Społeczna aktywność była zjawiskiem powszechnym. Pewnie zresztą bardziej na przekór Sowietom niż dla wsparcia nowej władzy. Ale nawet jeśli działo się to pod auspicjami PSL15, to i tak wszystkie te działania składały się na jeden wielki ruch odbudowy kraju i przebudowy stosunków społecznych, któremu patronowała nowa władza.

[...]

Po 1947 roku rozbito mikołajczykowskie PSL i wszystkie jego polityczne agendy, a wcześniej Stronnictwo Pracy16. Wkrótce potem zjednoczono ruch robotniczy, to znaczy zlikwidowano resztki samodzielności Polskiej Partii Socjalistycznej i – co ważniejsze – uchwalono plan sześcioletni. W ten sposób zlikwidowano całkowicie podmiotowość społeczną. [...]

Ludzie włączyli się w tę nową rzeczywistość, żeby zmienić świat. Ale im bardziej człowiek się angażuje, tym ważniejsze staje się dla niego samo uczestniczenie w ruchu. Tak samo my – nadal przesiadywaliśmy w naszym Zarządzie Dzielnicowym, bawiliśmy się, rozmawialiśmy. Byliśmy sobie potrzebni, było nam razem dobrze, mimo że to, co robiliśmy, coraz bardziej traciło sens.

Plan sześcioletni [1950–55] był planem nędzy, głównym jego celem było uzyskanie nadwyżek przeznaczonych na przemysł ciężki. Szybka budowa wielkiego przemysłu wymagała olbrzymiej migracji ze wsi do miast, która miała wszelkie cechy awansu indywidualnego i masowego. Migracja ta miała też wiele cech ruchu społecznego. Podejmując decyzję przeniesienia się do miasta, ludzie wiedzieli, że włączają się w ruch przebudowy kraju i ta wielka wizja jakoś do nich przemawiała. Wielu z nich, dzięki niesłychanie przyspieszonemu systemowi kształcenia, awansowało do inteligencji. [...] Ten awans, który się widziało i czuło, zdawał się realizacją idei sprawiedliwości społecznej.

Jednocześnie ludzie z mojej dzielnicy coraz mocniej odczuwali, że ten ład, który się tu kształtuje, nie jest tym, o którym marzyli. [...]

W miarę jak system się stabilizował, coraz więcej ludzi uznawało, że musi się w niego wpisać. Władza zaczęła wymagać już nie tylko tego, aby nie być przeciw, ale deklarować, że się jest za. Coraz więcej ludzi wkładało czerwone krawaty, wstępowało do partii. Byli to przede wszystkim kierownicy, dyrektorzy. Nagle wokół siebie zobaczyliśmy mnóstwo zwolenników nowego ładu. Powiedzieliśmy: to karierowicze wchodzą w socjalizm i niszczą go. Uznaliśmy, że głównym źródłem zła są właśnie karierowicze.

[...]

Na początku 1951 roku Zarząd Główny ZMP przyjął program, którego hasło brzmiało: „ZMP pierwszy pomocnik szkoły”. Zetempowiec to miał być facet, który się dobrze uczy, nie ściąga, nie podpowiada, nie pali papierosów, nosi kapcie... Do władz mogli być wybrani tylko tacy, którzy uzyskali akceptację dyrekcji. Wyeliminowało to właściwie cały stary aktyw, gdyż nie mieliśmy czasu odrabiać lekcji, przecież bez przerwy zajmowaliśmy się zbawianiem świata. Paliliśmy, bo nauczyliśmy się tego od kolegów robotników w Zarządach Dzielnicowych ZMP. A przede wszystkim nauczycieli traktowaliśmy jako reakcję. Nauczyciele bali się nas. I oto nagle mogli się odegrać.

W tym samym czasie ogłoszono walkę o socjalistyczny charakter wyższych uczelni. Droga na studia prowadziła już tylko przez ZMP. I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęli ze szkół średnich przeciwnicy nowego ustroju. Zaczerwieniło się.

[...]

Toczyły się wtedy przygotowania do obchodów 70. rocznicy urodzin Stalina. Mój ojciec czytał książeczkę, którą mu przyniosłem:

– Patrz, co tu się dzieje: „inżynier naszych marzeń”, „twórca lepszej przyszłości”, „wódz i nauczyciel”, „twórca pokoju”, daj tylko po każdym „módl się za nami” i będziesz miał litanię. Nawet litania do Najświętszej Maryi Panny nie jest taka czołobitna.

W tym czasie czytałem Plechanowa17, który jako zwolennik determinizmu historycznego wojuje z koncepcją narodowolców18 o roli jednostki w historii i mówi wszystko, co można by przeciw kultowi Stalina powiedzieć. Zameldowałem się więc do Jurka Wiatra, który na odprawie kierowników propagandy referował przygotowania do uroczystych obchodów – i rozmawialiśmy w Zarządzie Dzielnicowym całą noc. Zgłosiłem mu wszystkie swoje opory.

Wiatr wysłuchał, po czym zaczął mi tłumaczyć, że masy potrzebują przywódcy, że nie o Stalina chodzi, tylko o idee, które on ma uosabiać dla mas. Powtarzał to na różne sposoby. Przekonał mnie, bo oczywiście chciałem się dać przekonać. Byłem człowiekiem tego ruchu, opowiedziałem się po jego stronie, przeciw całemu środowisku, przeciw ojcu, kolegom na podwórku, nauczycielom.

Strasznie ciężko byłoby to teraz zostawić, nie umiałem, zacząłem robić karierę. Nie w sensie jakichś profitów, ale byłem liczącym się działaczem. [...]

Takich ludzi, którzy nagle po 1947 roku stali się gorącymi wyznawcami nowego porządku, podejrzewaliśmy o najgorsze. Dla mnie byli to przede wszystkim nauczyciele i młodzieżowi działacze szkolni, moi koledzy; dla młodych robotników, których znałem – dyrektorzy, inżynierowie, technicy, majstrowie, jeszcze przed chwilą reakcjoniści, a oto bojownicy o socjalizm.

Zderzały się ze sobą dwie racje. Jedna nasza: o ludziach, którzy stroją się w cudze piórka i zajmują eksponowane stanowiska. Ale była i druga. Oto po 1947 roku, po wyborach [styczniowych do sejmu], inteligencja polska uznała, że Zachód nas zdradził i zagwarantowana w Jałcie przez zachodnie mocarstwa obietnica wolnych wyborów jest oszustwem. Nie ma ratunku, trzeba żyć w Polsce zdominowanej przez Sowietów, nie można się do rzeczywistości odwracać plecami. Ale żeby w nią wejść, trzeba zadeklarować poparcie dla nowej władzy, która coraz natarczywiej się tego domagała.

I oczywiste, że ci „karierowicze” mieli do nas, żarliwych ideowców, pretensje, że patrzymy im na ręce. Dla nich to my byliśmy ci źli. Obie strony miały rację, my i oni, i obie jej nie miały. Bo oni zaparli się siebie, a tego robić nie wolno – kłamstwo nie może służyć dobrej sprawie. Natomiast my rozbijaliśmy wyniesioną z okupacji jedność narodową Polaków i przyczynialiśmy się do zniewolenia społeczeństwa [...].

Tu trzeba powiedzieć o rozmowach po aresztowaniu Gomułki. Wróg – to było kolejne, nie mniej ważne wyjaśnienie nieprzystawania naszych marzeń do rzeczywistości. Kiedy słyszeliśmy, że na samym szczycie władzy stali wrogowie, to z jednej strony ogarniał nas strach, a z drugiej radość, że możemy dalej wierzyć w nowy porządek, bo wszystko zło to przez nich. W Zarządzie siedzieli robotnicy, przerażeni i nieszczęśliwi:

– Jak to możliwe, żeby Wiesław był wrogiem? To komu wierzyć?

– Nie trzeba wierzyć nikomu z osobna, trzeba wierzyć partii – powiedziałem wtedy.

I miałem poczucie, że przeciwstawiłem się kultowi jednostki. A oni odetchnęli z ulgą i powiedzieli:

– Tak, masz rację, Jacuś, partii trzeba wierzyć.

Nie zdawałem sobie sprawy, że przykładam rękę do powstawania niewiary w człowieka, braku zaufania, również do niewierności w przyjaźni.

[...]

W maju 1952, po zdaniu matury, zostałem etatowym pracownikiem aparatu. Poszedłem pracować jako instruktor wydziału harcerskiego stołecznego ZMP, ale – choć od wszystkich dużo młodszy – szybko zostałem dostrzeżony i awansowałem na pełnomocnika Prezydium Zarządu Stołecznego ZMP na dzielnicę Żoliborz. Zaliczono mnie w ten sposób do grupy ważniejszych instruktorów, stąd zapraszany byłem na posiedzenia Prezydium Zarządu Stołecznego.

W 1953 roku zostałem etatowym przewodniczącym Zarządu Uczelnianego Politechniki Warszawskiej. Zaraz na początku, jeszcze speszony studencko-asystenckim otoczeniem, zetknąłem się ze sprawą tak zwanego szybowania. Na wydziale architektury na pierwszym roku kilkanaście osób wszystkie prace z rysunku odręcznego przerysowywało z cudzych przez podświetloną szybę. Takie „szybowane” rysunki można było dość łatwo rozpoznać. Zrobiła się z tego afera. Zetempowców, którzy „szybowali”, usunięto ze studiów. To były inteligenckie dzieci ze środowisk architektów, artystów, otoczone niechęcią przez swoich kolegów, dzieci chłopskie i młodych robotników.

Mówię: usunięto, a przecież ja w tym wszystkim uczestniczyłem. Już pomijając mój udział w wyrzuceniu ich z ZMP – na zebraniu wydziałowym mówiłem coś o burżuazji, o paniczykach, o tym, że budujemy nową socjalistyczną uczelnię – byłem też w komisji dyscyplinarnej i wojowałem o ich relegację przeciwko pozostałym członkom komisji.

Czemu to zrobiłem? Partia obdarzyła mnie zaufaniem, dając ważne i wysokie stanowisko, musiałem więc na nie zasłużyć. Poza tym byłem znowu obcy, nowy. Chciałem być uznany za swego przez bojowych zetempowców z architektury. Na dodatek oni byli idolami dla mojej dziewczyny, Hanki. Kiedy poszła na architekturę, a ja wciąż byłem aparatczykiem w Zarządzie Stołecznym ZMP, to jakby mnie rzuciła – nowi koledzy strasznie jej imponowali. I oto nagle stałem się dla nich władzą.

 

[...]

Wierzę głęboko, że to nie system sprawia, iż człowiek staje się łajdakiem, i nie system sprawia, że staje się aniołem. To zależy od nas samych. Sprawdzam się, przeciwstawiając się systemowi nawet wtedy, kiedy jeszcze nie umiem zrozumieć jego natury. Sprzeciwiam mu się nie jako całości, ale po prostu przez to, że jestem porządnym człowiekiem mimo systemu, przyzwoicie się zachowując wobec ludzi. Nie zawsze mi się to udawało, ale chyba często tak.

[...]

Wojna, a potem system totalitarny podcięły korzenie starej kultury. Doświadczenia rodziców przestały się sprawdzać w nowych warunkach. Została zburzona najważniejsza kulturowa transmisja: pokoleniowa w rodzinie i w środowisku rodziny. I oto młodzi, wchodzący w życie, znaleźli się na pustyni kulturowej. Odrzucali to, co im mówili rodzice, a szkoła, organizacja młodzieżowa, prasa, radio, książka, film proponowały wzorzec życia tylko w działaniu społecznym i do tego wymyślony w urzędach i narzucany odgórnie. Żadnej propozycji, co robić w życiu prywatnym.

Jak mieli żyć ci ze wsi, wrzuceni w tygiel wielkiego miasta, ale także ci z inteligenckich rodzin, ze starych rodzin robotniczych, małomiasteczkowych, rzemieślniczych, kupieckich? Właściwie na swoim miejscu był tylko lump. Ten i w hotelu robotniczym potrafił się znaleźć. To on był najmocniejszy i tylko jego wzorce się potwierdzały.

[...]

To było w pierwszy dzień Świąt Wielkanocnych 1952 roku, wychodziłem z Hanką z kina „Tęcza” na Żoliborzu. Było już zupełnie ciemno. Nagle rzuciła się na mnie banda chłopców i zaczęli mnie tłuc. Mógłbym strzelić któremuś w pysk i uciec, ale byłem z dziewczyną, więc mołojecki honor nie pozwalał. Zostałem. Ją odepchnęli, mnie powalili na ziemię. Chwyciłem pierwszego, który na mnie skoczył, przyciągnąłem go do siebie. Kopali mnie, ale ten, który na mnie leżał, utrudniał im to. Niemniej twarz miałem absolutnie zharataną.

Biłem się w dzieciństwie wiele razy, nie była to dla mnie nowość, ale takiego ataku błyskawicznego, bez słowa, i takiego kopania nie przeżyłem nigdy przedtem ani potem. Przechwalam się, że w tego typu sytuacjach umiem sobie dać radę – zablefować, zapyskować, jakoś doprowadzić do zgody. Ale tu nie było żadnej możliwości, nie dano mi dojść do słowa.

Znam bliżej jeszcze trzy takie przypadki brutalnego pobicia – uważanego za chuligańskie. We wszystkich trzech – co udało mi się ustalić z całą pewnością – analogicznie jak w moim szło o zemstę na kapusiu zleconą przez zainteresowanych innym bandom chuligańskim.

Faza chuligaństwa zbiega się w czasie z walką... w szkołach o wyniki nauczania i w fabrykach o plan. Był to więc czas łamania solidarności koleżeńskiej i robotniczej. Takim sposobem łamania solidarności było zawyżanie norm, a więc cały ruch przodowników pracy. Dzięki tym Markiefkom, Pstrowskim19 w efekcie podnoszono normy. Budzili więc niechęć i zawiść [...]. Byli symbolem robotniczego awansu, ich nazwiskami nazywano statki, domy kultury, ich portrety niesiono w pochodach pierwszomajowych. [...]

Ale wszyscy łamali solidarność robotniczą, która na całym świecie zawsze wyraża się głównie w tym, aby utrzymać rozsądną normę pracy. Coś trzeba było z nimi zrobić i z tymi wszystkimi donosicielami, którzy kapowali po cichu lub publicznie, wprost, jak ja to robiłem. Więc bito ich albo napuszczano na nich bandy chuligańskie.

[...] Ci chłopcy zostali nagle rzuceni w dżunglę, bo pozbawić cywilizowanego człowieka kultury to właśnie rzucić go w dżunglę, w której nie ma szans, aby żyć. Może się ratować, tworząc własną grupę, nowe więzi społeczne i podkulturę. Była to więc agresja wywołana tłumieniem dążeń i zarazem próba jednoczenia się, negatywnego utożsamiania w nienawiści do świata. Zapewne w biciu już dawno przestało iść o to, o co szło, że ktoś tam kogoś zakapował. Solidarność takiej grupy musi się opierać na agresji wobec wszystkich, którzy do grupy nie należą. Ci chłopcy zakładali bandy. Kiedy prasa rozpowszechniła słowo „chuligan”, uzyskali nazwę, imię własne i stawali się ruchem. Ruchem [...] samoobrony społecznej przeciwko niszczeniu więzi.

[...] Znacznie szerszy i bardziej dojrzały był ruch bikiniarzy. Bikiniarze – mówiliśmy my, zetempowcy – przyjmują „amerykański styl życia”, a naprawdę próbowali po prostu ubierać się, czesać i tańczyć jak młodzi ludzie w USA. [...]

Początkowo nikt nie uważał, że wybierając sposób tańca czy ubierania, wybiera światopogląd. Zmasowany atak propagandy przeciw bikiniarzom sprawił, że ze zwykłej mody zrobił się ruch społeczny, ruch kontrkultury przeciw tym, którzy ich atakowali.

[...]

Walczyliśmy z chuligaństwem i bikiniarstwem na początku perswazją na zabawach zakładowych i szkolnych, na parkietach, które wydział kultury Stołecznej Rady Narodowej ustawiał wtedy na ulicach Warszawy. Nadawano przez głośniki muzykę, hasła, wiersze, piosenki na aktualne tematy polityczne. Miało to służyć kształtowaniu świadomości. Przychodziła tam młodzież bikiniarska i kiedy puszczano odpowiednio szybki kawałek, zaczynała drygać, jak to się wtedy nazywało. Aktywiści zetempowscy zatrzymywali takie pary i perswadowali.

Latem 1952 sekretarz Komitetu Dzielnicowego partii, towarzysz Płaska, zaprosił do siebie kierownictwo dzielnicy i powiedział tak:

– Jak syn jest niegrzeczny, krnąbrny, a ojciec mu tłumaczy i tłumaczy, to w pewnym momencie, jak słowa nie starczą, musi mu przyłożyć. Robi to z miłości ojcowskiej, z troski.

W związku z tym, że ci bikiniarze i chuligani – terminy te towarzysz Płaska stosował zamiennie – wciąż się jednak źle sprawują mimo naszej perswazji, mimo prasy, radia i mimo wszystkich karykatur wywieszanych w gazetkach ściennych, czas im przyłożyć. Trzeba więc zorganizować grupy młodych, sprawnych robotników.

Mój stosunek do bikiniarzy był niezbyt zgodny z odgórnymi instrukcjami, ponieważ w tym właśnie czasie mój ojciec szczególnie się najeżył przeciw ideologii, którą reprezentowała moja organizacja. „Co to znaczy – wykrzykiwał – kogo to obchodzi, jak kto się ubiera? To na tym ma polegać wolność, że człowiek nie może się ubrać tak, jak chce?!”. Mówił oczywiste rzeczy, o elementarnej tolerancji, o wolności i nie sposób było się z nim nie zgodzić.

Ja oczywiście broniłem naszych racji. Tłumaczyłem mu, że nieobojętne nam jest, jak żyje człowiek, który razem z nami buduje socjalizm, że to, jak się ubiera, jaką muzykę lubi, jest częścią światopoglądu, a o jego światopogląd toczymy walkę. Jednak wstydziłem się, bo w gruncie rzeczy uważałem, że jeśli rzeczywiście to jest takie ważne dla światopoglądu, to trzeba walczyć naszym sposobem tańca, naszym krojem spodni. A byłoby to o tyle łatwe, że posiadamy monopol nie tylko na propagandę, ale także na produkcję. Kłóciłem się więc z ojcem, ale uznawałem, że tu ma rację.

Dlaczego jednak nie umiałem się z nim zgodzić? Buntował się, ale kiedy wołałem do niego:

– Idź, powiedz to swojej organizacji partyjnej.

– To ty idź, donieś na mnie do UB – krzyczał.

I zupełnie się nie rozumieliśmy. Mnie szło o zgodność słów i czynów, a on uważał, że ja go chcę zakapować.

[...]

Któregoś dnia wracałem do domu stosunkowo wczesnym wieczorem. Na placu Komuny Paryskiej przy parkiecie z głośników szła muzyka i hasła. To pracował nasz ośrodek propagandy. Poszedłem sobie tam i trafiłem na początek operacji ojcowskiego karania. Puszczono jakiś szybki kawałek, na parkiecie zaczęli drygać młodzi ludzie. W tym momencie skoczyła bojówka, porwała któregoś z nich i powlokła do pobliskiego biura Warszawskiej Spółdzielni Spożywców na pierwszym piętrze domu, w którym jest apteka. Zauważyłem Płaskę, jego kolegę z referatu historii Komitetu Wojewódzkiego partii – obaj starsi, łysi, brzuchaci – jeszcze kogoś z Prezydium Zarządu Dzielnicowego ZMP, chyba przewodniczącego. Kiedy wszedłem za nimi do biura, tłukli chłopaka pięściami, butami, kopali wszyscy razem.

Inne książki tego autora