Taki upórTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wybór i opracowanie redakcyjne

Maria Krawczyk

Kwerendy ikonograficzne

Agnieszka Kaczmarska,

Joanna Łuba-Wróblewska,

Agata Witerska

Przygotowanie zdjęć

Piotr Janeczek, envigo.pl

Bibliografia

Małgorzata Kudosz

Współpraca

Piotr Głogowski,

Anna Kaliszewska,

Małgorzata Kudosz

Skład komputerowy

Piotr Suwiński

Projekt graficzny, wybór zdjęć

Danuta Błahut-Biegańska

© Copyright by Fundacja Edukacyjna Jacka Kuronia, Jakub, Jan and Joanna Kuroń, 2011

© Copyright by Ośrodek KARTA, 2011

© Copyright by Dom Spotkań z Historią, 2011

Na okładce: Jacek Kuroń. Fot. Wojciech Druszcz

Warszawa 2011

Wydanie I

ISBN 978-83-64476-29-7

Ośrodek KARTA

ul. Narbutta 29

02-536 Warszawa

tel. 22 848 07 12

ok@karta.org.pl karta.org.pl

Dom Spotkań z Historią

ul. Karowa 20

00-324 Warszawa

tel. 22 255 05 05

dsh@dsh.waw.pl

dsh.waw.pl

Prace nad książką wsparli


Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


Urząd do spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych


Fondation

Crédit Coopératif


Towarzystwo Inwestycji Społeczno-Ekonomicznych SA

Partnerzy projektu


Narodowe Centrum Kultury


Organizatorzy Projektu „Zakładajcie Komitety”

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  OD WYDAWCY

  POCZĄTEK

  WALTEROWCY

  PAŹDZIERNIK

  LIST DO PARTII

  KOMANDOSI

  PRZEWARTOŚCIOWANIE

  KOMITET OBRONY

  SIERPIEŃ

  KARNAWAŁ

  ŚMIERĆ

  NADZIEJA

  PRZEŁOM

  DEMOKRACJA

  RACHUNEK

  OD REDAKTORA

  BIBLIOGRAFIA TEKSTÓW JACKA KURONIA

  KALENDARIUM ŻYCIA JACKA KURONIA

OD WYDAWCY

Świadectwo: Jacek Kuroń. Pierwszy raz przedstawiamy w tej serii nie tekst, lecz – człowieka. I to świadectwo, którego sens już wówczas, od końca lat 70., zdawał się coraz bardziej jednoznaczny – teraz zaskakuje; podane w perspektywie całego życia Autora jawi się inaczej, niż można było oceniać na podstawie dotychczasowych fragmentów czy nawet podsumowań. Oto esencja jego postaci i postawy.

Książka jest wyborem ze wszystkich pozostawionych zapisów, do których zdołaliśmy dotrzeć; niektóre teksty mają tu swój pierwodruk. W miarę powstawania tej kompozycji, rosło nasze zdumienie – jak bardzo ułożenie chronologiczne, połączenie osobnych typów tekstów, rezygnacja z wielu dygresji i spraw doraźnych uczytelnia główną drogę, o ileż wyrazistszy staje się ten pełny obraz.

To, że świetnie niby znanego Kuronia możemy tak nagle odkryć, to zasługa odejścia od spojrzenia „nawykowego” – od stereotypu, który akurat jego publiczny wizerunek wyjątkowo naznaczał. Z tysiącami stron spuścizny Autora zmierzyła się Maria Krawczyk, urodzona blisko pół wieku po Jacku i nieznająca go osobiście. W montażu tekstów podjęła się wydobyć wszystko, co zasadnicze. Przy czym kameralny wymiar narracji Autora nie został tu przesłonięty „wykazem spraw najważniejszych”.

Co z tego wszystkiego wynika? Wynika coś, z czym zapewne przed tą lekturą nie zgodziłby się niemal nikt. Wyłania się z tej książki najwybitniejszy przywódca polityczny Polski okresu powojennego, główny lider prowadzący społeczeństwo od komunizmu do demokracji, także tej unijnej. W maju 2004 Polska stała się członkiem Unii Europejskiej, Jacek zmarł siedem tygodni później.

To raczej nie brzmi przekonywająco. Jak to główny przywódca, on!? Ten facet w dżinsowej kurtce, o niewyparzonym języku; czasami spektakularnie się mylący; z nadmiernym afektem mówiący o kobietach i whisky; brat łata zadający się z jakimiś menelami; samą swoją obecnością naruszający celebrę... To miałby być powojenny Piłsudski?! Toż to kpina z Trzeciej Rzeczpospolitej!

Jacek wprawdzie nie zdominował sobą III RP, ale ta przedstawiona tutaj droga przekonuje, że to właśnie on brał na siebie odpowiedzialność za nasze zbiorowe dochodzenie do niepodległości. Jak Piłsudski prowadził do Drugiej, tak Kuroń – do Trzeciej Rzeczpospolitej. Oczywiście, nie on sam zatrząsł Peerelem, ale to on wskazał kierunek – ku odważnemu, wspólnemu wypowiedzeniu posłuszeństwa systemowi.

Opowiadamy głosem Autora drogę, którą wszyscy przeszliśmy za nim. To 70-letnie doświadczenie stanowi ważną składową fundamentu dzisiejszej Rzeczpospolitej. Gdyby Kuronia z nami nie było, Polska byłaby innym, gorszym krajem.

Jacka Kuronia – ani jego osobiście, ani jego postawy – nie ma już w polskiej polityce. Może więc z dystansem, po latach, poza kontekstem dzisiejszych sporów, zechcemy zrozumieć – śladem jego Uporu – rację przywódcy.

Sierpień 2011

Zbigniew Gluza

POCZĄTEK

W autobiografii:

Mogłem mieć wtedy cztery, może pięć lat, bo to było przed wojną. W Teatrze Wielkim we Lwowie wystawiano O dwóch takich, co ukradli księżyc1. W pewnym momencie, kiedy czarownik wsadzał Jacka i Placka do worka, zerwałem się i z rykiem ruszyłem na scenę, żeby ich ratować. Pamiętam ten paraliżujący strach i taką niesłychaną siłę, żeby go opanować. Krzyczałem, żeby ten strach zagłuszyć w sobie. Pędziłem na scenę. Już byłem przy czarnoksiężniku, widziałem jego twarz – koszmar. Ryczącego wyniesiono mnie na rękach ze sceny do foyer, gdzie siedziała babcia. Bileterki mnie pocieszały, że z tymi chłopcami wszystko jest dobrze. A ja płakałem, rozpaczliwie płakałem.

Zacząłem od zdarzenia, które uważam za swoje największe życiowe osiągnięcie. Wszystko, co robiłem potem, jest tylko powtórzeniem tamtego.

Trudno mi odróżnić, co opowiadał dziadek, a co ojciec. Dziadek mój był bojowcem Organizacji Bojowej PPS. Ojciec w 1920 roku poszedł na front na ochotnika. Miał wtedy piętnaście lat, podstawił kolegę, który zgłosił się za niego na komisję lekarską. Potem uczestniczył w powstaniu śląskim, należał do PPS, był w Armii Krajowej.

Dziadek opowiadał o strajku powszechnym 1905 roku: „Zawyły syreny i zamarł Sosnowiec”. I ja to widziałem, czułem ten zamierający Sosnowiec. Pamiętam pochody pierwszomajowe we Lwowie, ojciec mnie niósł na plecach, słyszałem, jak wyły syreny. Mam w oczach tłum, który idzie i śpiewa. To bardzo charakterystyczne – demonstracja robotnicza śpiewa tak jak procesja, tyle że są tu tylko głosy męskie. Stoją patrole kozackie, a oni idą i śpiewają: „Krew naszą długo leją katy”2. Dla mnie to jest sacrum. [...]

 

Czuję się uczestnikiem rewolucji 1905 roku. Nie wiem, co wziąłem ze Struga3, którego przeczytałem z wypiekami na twarzy w czasie okupacji, co z innych lektur, ale myślę, że podstawowy zrąb mojej wiedzy o tej rewolucji pochodzi z opowiadań dziadka i ojca. Drukarnia, pedałówki4, wylatujące gazety, kozacy, rewizja. Tatuś leżał w kołysce, a pod sobą miał bibułę. Zawsze opowiadał, że to był jego pierwszy udział w rewolucji: przyszli na rewizję, podnieśli go, a on się zlał. Kozak go puścił i w ten sposób ocaleli.

(Wiara i wina. Do i od komunizmu, 1990)

W artykule:

Lewica jest nieśmiertelna (oznacza to zresztą, że i wtórna wobec niej prawica nie zniknie). Owa nieśmiertelność zasadza się na trwałości pierwotnej intuicji etycznej, czyli uznaniu bezwzględnej wartości każdego człowieka. Być lewicowcem to znaczy iść za odruchem serca: stać po stronie prześladowanych, bitych, głodnych, budować świat, w którym można żyć bardziej po ludzku. Nie idzie przy tym o to, by pogrążyć bogatych, lecz by wspólnie podejmować ogólnospołeczne wyzwania.

[...] W latach 30. we Lwowie ojciec brał mnie tego dnia [1 maja] na plecy i szliśmy na pochód. I pomimo, że nie brakowało mi potem w życiu intensywnych doznań, to wyniesione z tamtych marszów poczucie robotniczej jedności określiłbym jako rodzaj dziecięcego przeżycia świętości, formę transgresji.

Ojciec mawiał o sobie: trzecie pokolenie proletariuszy – metalowców, polskich socjalistów. Działo się tak, mimo że zaczynał, owszem, jako metalowiec, ale potem trudnił się dziennikarstwem, a skończył na stanowisku inżynierskim. Stąd i ja, choć w ogóle nigdy nie dotknąłem się metalu, czułem łączność z klasą robotniczą i z owej wybranej przynależności czerpałem dumę.

(Lewica jutra: rozważna i romantyczna, 2002)

W autobiografii:

Ojciec miał absolutne, bezgraniczne przeświadczenie, że elementarnym obowiązkiem człowieka jest walka. I że to zawsze jest gówno, ale trzeba walczyć, taki jest nasz obowiązek.

Oni – dziadek i ojciec – mówili: robotnicza sprawa, albo po prostu: sprawa. I to znaczyło: socjalizm, ale nie używali tego słowa. I to znaczyło: pognębić wyzyskiwaczy. I to znaczyło także: Polska, Matka Boska z Jasnej Góry i groby, o które się ostrzyło stal, i ci Azjaci, których stąd trzeba przepędzić, i to, że za ich wolność też się walczy. Wszystko razem wymieszane. Więc sprawa robotnicza i Polska to było dla mnie w gruncie rzeczy to samo. I tak naprawdę, to właśnie o Polskę szło. [...]

Życie mojego dziadka, dzieciństwo i dojrzewanie, a później wiek męski ojca przypadły na czas zaborów, okupacji, walk narodowowyzwoleńczych. Nic więc dziwnego, że symbole więzi narodowej stanowiły dla nich integralną część sacrum. Nie dotyczy to oczywiście tylko ich, ale podstawowego nurtu lewicy polskiej, bo to ona przecież była przez ponad wiek nosicielką sztandaru niepodległości.

Zgodnie jednak z zasadą równości ludzi, w formacji tej patriotyzm programowo nie był zwrócony przeciw innym narodom – nawet tym, z którymi toczono walkę. To przecież także o ich wolność walczyli polscy rewolucjoniści – „Za naszą i waszą...” – wypisywali na swoich sztandarach. Wydaje mi się, że dziadek mój i ojciec czuli się patriotami wszystkich ciemiężonych narodów. Nawet jeśli – jak w wypadku Ukraińców, Białorusinów, Żydów w II Rzeczpospolitej czy Czechów przy wyprawie na Zaolzie – solidarność z krzywdzonymi wymagała wystąpienia przeciw własnemu narodowi.

(Wiara i wina, 1990)

W artykule:

Rozłam, który nastąpił w ruchu społeczno-niepodległościowym na samym styku dwóch wieków, nie przebiegał [...] według podziału na zwolenników niepodległości i rewolucji społecznej. Te różnice, jak udowodniła historia, były, mimo wszystkich pozorów, wtórne. Rozłam dotyczył wartości nadrzędnych.

Po jednej stronie – etos radykalnego inteligenta i jako jego szczególna odmiana – etos ludzi podziemnych. Niezależnie bowiem od tego, jakich w tak wyodrębnionej formacji chcemy dokonywać podziałów i jak dzielili się bohaterowie naszych rozważań – wszyscy odwoływali się do niezbywalnych praw jednostki ludzkiej jako do racji nadrzędnej. Niepodległość – bo prawo do ojczystego języka, kultury, samostanowienia o swoim losie; socjalizm – bo prawo do tego, żeby żyć jak człowiek, władać swoją pracą i jej owocami.

Po drugiej stronie – etos egoizmu narodowego, naród jako wartość nadrzędna, przeciwstawiana jednostkom ludzkim, „byt sam dla siebie” wymagający służby, ofiary, podporządkowania. Dla [Romana] Dmowskiego etyka narodowa nie wynika z etyki człowieka, ale wręcz przeciwnie – znosi ją.

(Postawy ideowo-etyczne a więź społeczna, 1972)

W autobiografii:

[Ojciec] był wyjątkowo niekonsekwentny, miał zupełnie niepedagogiczny stosunek do dzieci. Potrafił mnie zbić za byle głupstwo. Na przykład stłukł mnie kiedyś, bo mu gdzieś zapodział się zegarek. Potem go znalazł, przepraszał mnie, nosił na rękach. A mógł mi darować najgorsze rzeczy – wybicie nieumyślne szyby, strzelanie z procy w bójce, kradzieże. Nawet potrafił być dumny, jak coś zręcznie ukradłem w sadach otaczających nasz dom.

Jak mnie zakrwawionego przynosili po bójce, opowiadał, że jego codziennie na noszach wozili do pogotowia. Bałem się tak, że nie sposób sobie tego wyobrazić. A ojciec wymagał ode mnie tylko jednej rzeczy – odwagi. Za to mnie chwalił bez umiarkowania. Za tchórzostwo mógł wyśmiać, powiedzieć: baba, gówniarz, płaksa. To nie była koncepcja wychowawcza, po prostu lubił twardzieli.

[...]

Taka historia z wczesnego dzieciństwa – przedziwna, aż trudno w nią uwierzyć.

Kiedyś prosiłem mamę, żeby mi dała czekoladę przed obiadem. Wyjęła trzy cukierki czekoladowe, a ojciec na to:

– Mężczyzna nie je słodyczy. Żadnych. Nigdy.

Wiedziałem, że on je, ale rzuciłem w niego cukierkami i od tej chwili przestałem jeść słodycze. Mało tego, przestałem jeść dżem, miód, używać cukru. Zaczęła się wielka gra między mną a ojcem: tato demonstracyjnie jadł czekoladę – dobrze, w porządku, niech któryś z nas nie będzie mężczyzną. Ja się zaparłem.

[...] Mogłem mieć cztery lata, mogłem mieć siedem. Byliśmy w kilka osób na wycieczce na Pohulance. Wokół Lwowa są takie górzyste, lesiste tereny, to było najpiękniejsze miasto, jak wiadomo. Potwornie chciało mi się pić. Szliśmy górami, a po wodę trzeba było zejść do źródełek, na dół. Jęczałem, jęczałem i tata powiedział:

– Jak Aleksander Macedoński wędrował przez pustynię, to on i wojsko nie mieli wody. W końcu znaleziono wodę i przyniesiono mu w hełmie. Bierze i widzi wpatrzone w siebie tysiące oczu. I wylewa tę wodę.

Zszedłem na dół i nabrałem wody do butelki. Ojciec zabronił mi pić na dole, miałem przyjść do nich i tam dopiero ze wszystkimi razem się napić. Wróciłem, a ojciec mówi:

– Nie chce mi się pić.

Pozostali – też nie. Popatrzyłem na nich i wszystko wylałem. To była dla mnie strasznie wielka rzecz. Potem, kiedy trzeba było coś dzielić, zawsze pamiętałem o Aleksandrze Macedońskim, który wylał wodę, skoro nie starczało dla wszystkich. Nie wiem, skąd mój ojciec zaczerpnął tę historię – może ją wymyślił, to do niego bardzo podobne.

[...]

Ojciec marzył, żeby przeżyć rzeczy wielkie, ale się zakochał w mamie, która była podobno najpiękniejszą panną we Lwowie. W dodatku z rodziny profesorsko-generalskiej, a on był proletariuszem, robotnikiem. Był maszynistą w kopalni Reden na szybie Paryż w Dąbrowie Górniczej.

Rodzice się bardzo kochali, w każdym razie zazdrośni byli piekielnie i bez przerwy zajmowali się problemem swoich zdrad.

Co pewien czas mama mówiła: „Idziemy, Jacuś, i nigdy już do tatusia nie wrócimy”. Za pierwszym razem był to dla mnie niesłychany wstrząs.

Poszliśmy do jej przyjaciółki, panny Wandy. Ta jak harpia rzuciła się na mamę: jak to było, kto z kim i o co. Mnie szybko odprowadziła do dzieci; myślała, że ja nic nie wiem, a ja wiedziałem wszystko. Wtedy po raz pierwszy przeżyłem coś takiego, co mi się potem często zdarzało. Mianowicie, że jestem ja wewnętrzny i ja zewnętrzny. Ja wewnętrzny absolutnie rozdygotany; świat mi się zawalił, a ja zewnętrzny bawię się z dziećmi.

W pewnym momencie wchodzi panna Wanda i mówi:

– Jacusiu, wiesz, kto przyszedł?

Ja zewnętrzny powiedziałem, że nie wiem, ja wewnętrzny zadygotałem, bo coś czułem. A ona mówi:

– Tata.

Przyniósł parówki i pół litra. Zjadłem parówki, oni wypili, potem wzięli mnie na ręce i szczęśliwi wrócili do domu. Tak było raz, drugi, trzeci. To powodowało, że nabierałem wobec nich coraz większego dystansu. Byli mili, fajni, podziwiałem ich. Tatę za to, że potrafił pobić iluś tam adoratorów mamusi, a przez pomyłkę jeszcze jakiegoś policjanta i sprzedawcę balonów. Potem wniósł mamę na rękach na trzecie piętro, z pękiem balonów na wielkim kiju. Potem kochali się, co widziałem przez uchylone drzwi; obok stały te balony – i wtedy wkroczyła policja, żeby sporządzić protokół. [...]

Dość szybko mnie poinformował, że Boga nie ma. Przyjechała do nas babcia, patriotka, wielka katoliczka. Kłóciła się ciągle z dziadkiem, który był ateusz i socjał. Raz nie dała żebrakowi pieniędzy, bo – jak powiedziała – to Żyd, a Żydzi zamęczyli Pana Jezusa. Dla mnie to były wszystko nowe wiadomości, więc poszedłem do taty i on mi powiedział, że nie ma Pana Boga, ani Pana Jezusa nie było, to wszystko są łgarstwa, które wymyślają głupie baby. Przyjąłem to natychmiast, bo jak komuś nie można dać pięciu groszy dlatego, że jest Żyd, to cała wiara jest oszustwem.

Kiedy zaczęła się wojna, miałem tylko jedno zmartwienie – że się skończy, nim zdążę w niej wziąć udział. Oto spełniło się to, do czego rosłem. Chciałem walczyć o Polskę. Wiedziałem, że w tym wcale nie ma romantyzmu, że to będzie cholernie ciężkie, szczególnie dla mnie, bo nie lubię zabijać, a wojna to zabijanie, widziałem przecież trupy już w 1939 roku.

[...]

Mieszkałem we Lwowie na Górkach, w bloku zbudowanym z procentów ZUS. To było bardzo dobre stare-nowe budownictwo, ekskluzywne w pewien szczególny sposób: mieszkała tam postępowa inteligencja. Niedaleko, też na Górkach, były baraki dla bezrobotnych i chłopcy stamtąd – należałem do ich bandy, bo choć szczawik, zachowywałem się dzielnie – bili się z chłopcami z naszego podwórka.

Wychowałem się przy tych barakach. To był styk z kompletnymi lumpami. Poznałem najgorszy element miasta, zresztą trzeba powiedzieć na chwałę moich rodziców, że to akceptowali. O świcie wychodziłem z domu i ginąłem. Mama zawsze opowiadała, jak to w nocy szukali Jacusia. Wreszcie znajdowali, gdzieś na Górkach przy ognisku leżałem kompletnie umorusany, jadłem pieczone kartofle albo już spałem. Ci z baraków tak koczowali, ogień się palił, chłopaki i starsi opowiadali różne historie, dziwne, bandziorskie, wspaniałe. Tu krew tryska, tu on jego nożem. Czarna Mańka jak żywa – takich historii w strzępach pamiętam mnóstwo. Tata mnie niósł na rękach do domu, zapowiadał, że dostanę w dupę. I rzeczywiście ze dwa razy przylał mi porządnie, ale zwykle to były żarty.

Kiedy w 1939 roku zobaczyliśmy Rosjan, to nam stanęły serca ze zgrozy. Tak absolutnie pozbawionych zasad moralnych dzieci nikt dotąd nie widział.

[...] Gramy z kolegą w pikuty. Nagle pojawia się dwóch ruskich chłopaków z procami na drucie, najlepszej klasy z oliwną gumą. Jeden krzyczy: „Ruki wwierch!” [Ręce do góry!]. Przykłada procę do głowy, a ta ma żelazną mutrę na końcu; jak puści, to zabije. I ja, chowany na takiego, co nigdy się nie podda, podniosłem ręce do góry. Zabrali mi scyzoryk, jakąś procę na patykach i coś tam jeszcze. Całe życie będę pamiętał tę hańbę: że się poddałem, że podniosłem ręce do góry. Chłopcy mieli w oczach decyzję strzału; ale może by się nie odważyli? Według mojego kodeksu honorowego należało zagrać. Tacie o tym nie powiedziałem.

Wkrótce potem ojciec zrobił mi taką oliwną procę i miałem problem: czy ja bym mógł strzelić komuś w głowę dla Polski? Czułem, że nie mógłbym. Strasznie mnie to męczyło.

Wkroczyli Niemcy. Lwów oszalał ze szczęścia. Miał tradycję austriacką, wszyscy wierzyli, że Niemcy to prawdziwa kultura, Europejczycy, a Ruscy to Azja.

Kiedy nastała okupacja, mama zaczęła mieć dla mnie czas, czytała mi Trylogię. Pewnie dlatego, że Polska się skończyła i trzeba było po prostu dać mi trochę Polski. Trylogia była dla mnie gigantycznym przeżyciem. Po Trylogii zaczęła mi czytać Krzyżaków, ale przerwała. W tydzień nauczyłem się czytać i pożerałem potem jak leci patriotyczną literaturę – taką, która mogłaby mnie umocnić w przekonaniu, że wygramy. Walerego Przyborowskiego5, ale również Żeromskiego, Prusa, który mnie denerwował, bo taki antypatriotyczny.

 

Czytałem, żeby się utwierdzić, że wygramy, a wciąż się okazywało, że musimy przegrywać. [...] Kiedy ojciec śpiewał O, cześć wam, panowie magnaci6 – gdzie wymienia się kolejno wszystkich wodzów powstania, którzy zdradzili – była to poglądowa lekcja historii.

Najbardziej chciałem być konspiratorem. Podsłuchiwałem, wyjmowałem gazetki, sprawdzałem, gdzie są rewolwery. Ojciec mówił: „Głupi gówniarzu, lepiej nic nie wiedzieć, przecież oni przyjdą tu któregoś dnia, wezmą cię, zaczną tłuc, wsadzą ci zapałki za paznokcie, powiesz wszystko”. Od tego czasu datowała się moja obsesja, że się załamię. Wbijałem sobie za paznokcie zapałki, kroiłem sobie rękę, zadawałem sobie ból na różne sposoby – wszystko po to, żeby sprawdzić, czy się nie załamię.

(Wiara i wina, 1990)

W wywiadzie:

Pewnego razu ojciec mojego kolegi, endek, oznajmił mi, że znajomy mojego ojca, niejaki Czajka, jest Ukraińcem. Wysłuchałem go, nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia, zapytałem jednak ojca, czy to prawda. A on na to: „Czajka? Skąd! To ja jestem Ukraińcem”. Powiedział to i sobie poszedł. Co z tym zrobić? Pomyśl, jest wojna, w tych warunkach wybór narodu jest opcją frontową, zwłaszcza tam, bo Ukraińcy byli zdecydowanie proniemieccy. Strasznie się męczyłem.

Gdy wrócił, miałem gotowe rozwiązanie. Mówię mu: „Skoro ty jesteś Ukraińcem, to ja też jestem Ukraińcem”. Ojciec zaczął się śmiać i powiada: „Ani ja nie jestem Ukraińcem, ani ty nim nie jesteś, ale to przypadek. Co to znaczy? Bo przypadkiem urodziłeś się tu, w naszym domu, ale gdybyś urodził się naprzeciwko, u Liwszyca [dozorcy, Ukraińca], byłbyś Ukraińcem. A gdybyś się urodził w rodzinie Niemca, byłbyś Niemcem”. Był to dla mnie zupełnie niesłychany przełom. Dokładnie wówczas zrozumiałem, że są różne podziały, które sprawiają, że ludzie ze sobą walczą, nie mogą to być jednak podziały narodowościowe – bo te są przypadkowe.

[...] wiedziałem jedno – tego ojciec uczył mnie od dziecka – że mam obowiązek być po stronie słabszego: to mus. Ukraińcy przed wojną we Lwowie byli jednak mniejszością – i słabszą. Mniejszością po przegranej wojnie. Więc w naturalny sposób serce mnie ciągnęło do Ukraińców. Tak mi wypadało.

[...]

Wspólne ojczyzny mamy małe – na nie składa się dom, podwórko, zagroda, cmentarz z grobami przodków, cerkiewka czy kościół, krajobraz i ludzie w tym krajobrazie. Duża ojczyzna to jest cały kraj – to jest państwo. Ale z mojej perspektywy, perspektywy dziecka, tą jedyną ojczyzną była moja mała ojczyzna – Lwów; byłem jego strasznie żarliwym patriotą.

(Mnie serce ciągnęło do Ukraińców, 2010)

W autobiografii:

Sprawa żydowska objawiła mi się z niebywałą zupełnie mocą, kiedy do Lwowa przyszli Niemcy. Wtedy nagle odkryłem, że Żydami są różni moi znajomi, koledzy, znajomi rodziców.

[...]

Żyłem po aryjskiej stronie. Tak się jednak złożyło, że nieustannie ocierałem się o ludzi z tej drugiej, niearyjskiej strony muru. Pod Lwowem, w Janowie był obóz śmierci i obóz pracy. Byli tam nie tylko Żydzi, ale żydowskie kolumny czwórkami szły codziennie przez miasto; ogoleni na zero, w pasiakach, stukając po ziemi drewniakami, cienie ludzi.

[...]

Największe wrażenie robiły na mnie wyprawy z mamą na basen na Zamarstynowie. Od nas z domu jeździło się tam tramwajem przez getto. Do getta lwowskiego zwożono Żydów z całego województwa, te parę kwadratów ulic i domów nie mogło oczywiście wszystkich pomieścić. Więc leżeli na ulicach. Na pewno umierali z głodu, ale mnie jadącemu na basen zdawało się, że przede wszystkim brakuje im wody. Na końcu linii tramwajowej był bazar i mama kupowała wiśnie albo czereśnie, wielkie, soczyste owoce. Przez kratki w płocie patrzyły na to wygłodzone żydowskie dzieci.

[...]

Któregoś dnia wieczorem przyszedł do nas Grab starszy, ojciec Marka [kolegi]. Był blady, miał czarny cień zarostu na twarzy. Siedział, mówił jakieś błahe rzeczy, chciał zostać na noc. Tuż przed godziną policyjną ojciec zaczął wrzeszczeć, bo w ogóle wszystkie trudne sprawy załatwiał krzykiem:

– Proszę stąd wyjść, ja mam żonę, mam dzieci!

A ja wstydziłem się, że byłem jednym z tych dzieci mojego ojca, że to dla mnie wysyła się człowieka pod kulę karabinu. Stały za tym jakieś wyższe racje, fabryka stanowiąca lokal Armii Krajowej, transporty Żydów, które tamtędy się przewijały. Wtedy właśnie przysiągłem sobie, że nigdy, pod żadnym pozorem, dla żadnego dobra wyższego i jeszcze wyższego – nikogo nie wyrzucę z domu.

(Wiara i wina, 1990)

W wywiadzie:

Zgłosiła się kiedyś do mojej mamy dziewczyna. Chciała u nas pracować jako służąca. Mojej mamie bardzo się spodobała. Ale jak przyszedł ojciec i zobaczył, że to Żydówka z getta, kazał jej wyjść. Kilka dni później strasznie pokłóciłem się z ojcem i wyrzucił mnie z domu. Postanowiłem, że więcej nie wrócę. Latałem z chłopakami, grałem w piłkę. Obok naszego domu był skład desek. Tam postanowiłem nocować. Gdy przyszedł wieczór, zacząłem szykować sobie legowisko do spania. W pewnym momencie usłyszałem ciężki, dyszący oddech.

Obok leżała ta dziewczyna, która szukała u nas pracy. Była nieprzytomna, miała strasznie wysoką gorączkę. Pobiegłem do domu powiedzieć o tym ojcu. Zaprowadziłem go do niej. Kilka dni później oznajmił nam, że mamy kuzynkę. Nazywa się Zośka Czarniecka, leży w szpitalu zakaźnym na tyfus. Kazał nam iść ją odwiedzić i zanieść kompot. Kiedy Zośka wyszła ze szpitala, zamieszkałem z nią w mieszkaniu na Asnyka. Był tam punkt przerzutowy Żydów.

Tak więc zamieszkaliśmy z Zośką we dwoje. Ona miała szesnaście lat, ja osiem. Bawiliśmy się razem, ja chodziłem po zakupy, razem gotowaliśmy. Bardzo ją kochałem. Byłem dla niej jedyną bliską osobą. Oprócz mnie nie miała nikogo. Pamiętam, jak robiła mi takie lampiony z biało-czerwonymi orzełkami. Zanosiłem je na cmentarz Orląt.

Pewnego dnia ojciec mój przyniósł skrzynkę z cyjankali. To były takie kulki. Chwyciłem jedną z nich, wtedy ojciec wyrwał mi ją, wyszorował ręce i powiedział: „Pamiętaj, dotkniesz tym do ust i już cię nie ma. Nie żyjesz”.

Potem kazał puszkę z cyjankali schować na pawlaczu i pilnować Zośki, żeby tego nie dotykała. Po pewnym czasie Zośka zaczęła wypytywać o tę truciznę. Po czasie zrozumiałem, że ona w ten sposób wołała o pomoc.

Któregoś dnia zasnęliśmy mocno przytuleni, rano obudziłem się obok martwej Zośki. Na krześle obok łóżka leżało cyjankali. Zrozumiałem, że się otruła. To był największy szok w moim życiu. Zanosząc się płaczem, sprzątnąłem truciznę, umyłem się, podszedłem do Zośki, pocałowałem ją i znów się rozpłakałem. Wiedziałem, że muszę wyjść na ulicę i pojechać do ojca, powiedzieć mu o tym, co się stało. Nie mogłem wyjść na miasto, płacząc, bo zaraz by ktoś się mną zainteresował. Więc znów wróciłem się umyć, znów pocałowałem Zośkę i znów się rozbeczałem. I tak kilkakrotnie. Aż wreszcie poszedłem przez miasto do ojca.

Pochowaliśmy Zośkę na Cmentarzu Łyczakowskim. Postawiono krzyż, napisano: śp. Zofia Czarniecka. Ale jak naprawdę się nazywała, skąd przyszła i dokąd poszła – nie wiem. Zośka jest kolejnym moim wyrzutem sumienia. Nie pomogłem jej, nie zrozumiałem w porę jej wołania o pomoc.

(Czułem własną bezradność, 2003)

W autobiografii:

Wszystkie te historie, poszarpane, wyrywkowe, ukazują pewną ważną przyczynę polskiego antysemityzmu. Zetknęliśmy się z bliska z polowaniem na ludzi. Żyliśmy wszyscy w zagłębiu śmierci, skąd odchodziły transporty do obozów zagłady. Widzieliśmy policjantów ukraińskich czy polskich strzelających do uciekających z kolumn żydowskich dzieci, kobiet. Widzieliśmy esesmanów zabijających żydowskie dzieci na ulicach. Każdy Polak musiał stanąć wobec najgłębszego dylematu moralnego: jak żyć normalnie obok tego, co się dzieje.

Część ludzi wybierała walkę z okupantem i pomoc Żydom. Pozostali mogli żyć normalnie i nie zwariować tylko wówczas, jeśli uznali, że Żyd jest inny i gorszy, jakby podczłowiek. W ten sposób propaganda hitlerowska zaspokajała pewne zapotrzebowanie. Myślę, że zetknięcie się z zagładą Żydów może człowieka doprowadzić albo do walki, albo do domu wariatów, albo uznania tych, którzy giną, za gorszych. I tak stało się z olbrzymią częścią polskiego społeczeństwa.

[...]

Ja nie potrafiłem uznać Żydów za gorszych. A skoro nie mogłem, to musiałem przeżywać cały ten ból, wstyd i grozę. I musiałem żyć nieustannym pragnieniem walki. Nieustannie usiłowałem zakładać jakieś podziemne organizacje. Żeby zachęcić swoich kolegów do współdziałania, opowiadałem im o konspiracyjnej działalności ojca, przynosiłem z domu ulotki. Raz chciałem wynieść rewolwer, na szczęście mi się to nie udało.

Rodzice wymyślili, że jestem strasznie inteligentny – i wysłali mnie od razu do trzeciej klasy. Było mi bardzo trudno, nie umiałem nic i byłem w związku z tym zawsze głupi, najgorszy w klasie. Nie miałem kolegów, bo do szkoły poszedłem zaraz po tym, jak Niemcy wysiedlili nas z domu ZUS-u i zamieszkaliśmy na Żulińskiego. Nowy wśród dzieci jest zawsze gorszy, a zanim się oswoiłem, już żeśmy się przenosili. Stale byłem obcy, cudzy.

Te ciągłe przenosiny uczyniły ze mnie małego socjologa i etnografa. Bardzo wcześnie odkryłem, że istnieje coś takiego jak grupa, więź grupowa, przywództwo, obyczaje grupowe, że te same rzeczy nazywają się różnie. Wystarczy nie tak użyte słowo, aby dzieci się śmiały, szydziły. Nie wolno popełnić błędu, najpierw trzeba się przyjrzeć, jak funkcjonuje gromada. Ale wciąż brakowało mi rówieśników, zwykłego koleżeństwa i przyjaźni – i w rezultacie byłem bardzo samotny.

W grudniu 1942 urodził się mój brat Felek [Andrzej], a zaraz potem przyszedł do nas Wacek, cioteczny brat, którego ojciec zginął w Katyniu, a matkę wywieziono na Sybir. W tym czasie stałem się po prostu całkiem dorosły.

Może właśnie przez tę samodzielność rosła moja wrażliwość, na którą nakładałem pancerz, żeby dorównać ojcowemu wzorowi dzielnego mężczyzny. Jednak moja wrażliwość na los Żydów miała o wiele głębsze powody: przeświadczenie o braterstwie ludzi, które dziadek, ojciec i mama wpajali we mnie na różne sposoby.

[...]

Ze Lwowa wyjechaliśmy do Zarytego na Podhalu, gdzie byłem parę miesięcy. W Zarytem, kiedy zostaliśmy sami z mamą, Felkiem i Wackiem, próbowałem handlować, chodziłem sprzedawać po domach jakieś grzebienie, nici. Nie tylko sam siebie uznałem za dorosłego, ale – co znacznie ważniejsze – rodzice też.

Podczas tych wypraw z nićmi, po górach czy z Zarytego po przydziały do Rabki, wędrowałem całe kilometry sam, świtem, o zmierzchu, po ciemku. Marzyłem wtedy i w tych marzeniach zawsze był ze mną ktoś, mój najbliższy przyjaciel, z którym się rozumieliśmy, czasem dziewczyna. Z tego wyrastało moje olbrzymie wyobrażenie o miłości, o przyjaźni. I to przyjaźni i miłości w braterstwie, w walce, w służbie. Chyba dlatego moje całe życie jest w gruncie rzeczy tworzeniem przyjaźni, miłości, koleżeństwa w służbie wielkiej sprawy. To jest dla mojego życia najważniejsze.

Inne książki tego autora