3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Zuchwała wyprawa Dziamdziorka i Mamrotka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zuchwała wyprawa Dziamdziorka i Mamrotka
Zuchwała wyprawa Dziamdziorka i Mamrotka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 14,98  11,98 
Zuchwała wyprawa Dziamdziorka i Mamrotka
Zuchwała wyprawa Dziamdziorka i Mamrotka
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
9,99 
Szczegóły
Zuchwała wyprawa Dziamdziorka i Mamrotka
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Krakowski

Zuchwała wyprawa Dziamdziorka i Mamrotka

Saga

Zuchwała wyprawa Dziamdziorka i Mamrotka

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Jacek Krakowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728011515

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

– Dokąd jedziemy, Mamrotku? – spytał zaniepokojony skrzat Dziamdziorek.

– Przed siebie, jak zwykle przed siebie – odparł jego starszy brat, Mamrotek, nadgryzając kolejną kanapkę.

Za oknami migały łodygi kwiatów i ziół, wonne powietrze owiewało policzki, a kolejka pędziła wzdłuż drogi wysadzanej rozkwitającymi lipami.

– Mieliśmy nie ruszać się z naszego domu – rzekł niezadowolony Dziamdziorek.

– Ach, co tam! – Mamrotek machnął dłonią umazaną miodem. – Byle dalej!… Trzeba poznawać świat.

– W taki upał – Dziamdziorek otarł pot z czoła – nic mi się nie chce.

– Nie marudź, Dziamdziorku – obruszył się Mamrotek. – Aż się prosi, żeby w piękny, lipcowy dzień wyruszyć na…

– Jeśli chodzi o wyruszanie na…

– Dziamdziorku, widzisz to, co ja? – przerwał mu brat skrzat.

– Jeśli to można nazwać widzeniem – odparł bez namysłu Dziamdziorek i wpatrzył się w krajobraz za oknem. Po czym przetarł oczy ze zdumienia i spytał cicho: – Albo… przywidzeniem?

– Tam coś jest – rzekł z przekonaniem Mamrotek.

– Mamrotku, czy to możliwe?

– Jakby się unosiło…

– Wszystko przez ten upał, braciszku…

– Faluje w naszą stronę – zaniepokoił się Mamrotek.

– Białe, powiewne… – zastanawiał się Dziamdziorek. – Panna młoda zgubiła welon na łące.

– Jakby jakaś postać…

– Zawoalowana – Dziamdziorek włożył palec do ust. – Wiesz co, braciszku?…

– Wzlatuje i opada, wzlatuje i opada – powtarzał jego starszy brat, podskakując z wrażenia.

– Pewnie jakaś… bratnia dusza? – kombinował Dziamdziorek, nie wyjmując palca z ust.

– Dusza? Co ty pleciesz! – wołał rozgorączkowany Mamrotek. – W samo południe?! To może być tylko duch.

Wysoka postać w powiewnej, białej sukni polatywała obok pędzącego pociągu. Jej twarz nakrywała biała woalka, spod której wymykały się długie, białe włosy. Woalkę przytrzymywał na głowie wianek z białych róż.

– Zaraz welon wkręci się w koła kolejki – zauważył rzeczowo Dziamdziorek.

– Duch jest coraz bliżej! – wołał Mamrotek, nie przestając podskakiwać.

– Wszystko przez ten upał, braciszku. Uspokój się…

– Nie mogę! – krzyknął Mamrotek. – Duch jest tuż-tuż!

– A jeśli to tylko – rozmyślał Dziamdziorek – ta… jak jej tam… fatamorgana?

Trzask wylatującego z torów pociągu, przerwał jego domysły. Kolejka stoczyła się do rowu i spłoszyła pszczoły, które z głośnym brzęczeniem uniosły się nad pole koniczyny.

– Wyciągnę was! – usłyszeli srebrzyście brzmiący głos i dwie blade dłonie pomogły skrzatom wydostać się z przewróconego wagonika.

– Pewnie będę miał siniaki – martwił się Mamrotek.

– Jak się macie, chłopcy? – spytała zawoalowana postać.

– Nie za ciepło pani w tym welonie? – szepnął Dziamdziorek. – Mamy dzisiaj straszny upał.

Zwiewna, biała postać zaśmiała się perliście:

– Mnie, Południcy, nigdy nie jest za gorąco! Jestem w swoim żywiole!

– Pani Południco, pędziliśmy przed siebie – zauważył Mamrotek – a pani pojawiła się tak znienacka.

Biała zjawa zamachała rękami.

– Jest pani trochę… niecodzienna – dodał z wahaniem Dziamdziorek.

– Mam straszny kłopot – Południca nachyliła się nad skrzatami – sama już nie daję sobie rady. Nie mogę polatywać nad łąką, bo wszędzie śmieci. Gdzie nie spojrzę, coś się klei, gdzie nie siądę, coś się lepi…

I pewnie mówiłaby jeszcze długo i zawile, gdyby nie dał się słyszeć radosny śpiew. Ktoś nadchodził pylistą, polną drogą i przytupując, śpiewał lekko ochrypłym głosem:

Dlaczego w lecie

zbieram śmiecie?

Dlaczego chodzę?

Bo przy drodze,

z lewa czy z prawa,

tu czy tam,

zawsze coś znajdę

i już mam:

Piórko, wiórek,

skórkę , sznurek,

skrawki trawki,

spruty szal.

Tu papierek,

tam cukierek,

jak przyjemnie

ruszyć w dal.

– Znów słyszę ten znajomy śpiew – przeciągnęła się Południca. – Poczciwy, stary jeż… Swój chłop! Niczego nie przeoczy.

A jeż śpiewał dalej:

Dlatego w lecie

zbieram śmiecie,

dlatego chodzę,

bo przy drodze,

słońce czy słota

zimnem wieje…

jeż łatwo na coś się –

nadzieje!

Stare chrupki,

resztki zupki,

ścinki z szynki,

zeschły liść.

Tu chusteczka,

tam bułeczka,

aż mi chce się

dalej iść.

I podśpiewując w kółko refren, jeż odszedł w stronę splątanych krzewów dzikich jeżyn.

– Idźcie za nim – Południca chwyciła ich za kubraczki i postawiła na drodze. – On was doprowadzi do żaby.

– Nie lubię żab – odparł Dziamdziorek – ciągle się nadymają.

– To madame Trawna – rzekła półgłosem biała postać. – Leśna żaba samotnica. Za młodu występowała w cyrku jako iluzjonistka: Królewna Żabka. – Po czym, zanosząc się śmiechem, Południca dodała: – Połykała muszki, wypuszczała gruszki!

– To będzie coś do jedzenia? – zainteresował się Mamrotek.

Południca objęła skrzaty białymi ramionami.

– Powiedzcie jej w moim imieniu: czas na sprzątanie, madame… Ona zarządza tym terenem. A cały teren, to jeden wielki śmietnik.

– Żaba tutaj rządzi? – dopytywał się zdziwiony Dziamdziorek.

– Dawna historia, później wam o tym opowiem – zafalowała biała postać. – Madame Trawna odziedziczyła po licznej rodzinie znaczne posiadłości… Albo tak jej się tylko wydaje. Też mi Królewna! Powiedzcie tej żabie, że na niczym się nie zna. Nawet na sprzątaniu. Niech ktoś wreszcie rzuci Królewnie prosto w oczy: mieszkamy na śmietniku! No, chłopcy, idźcie już, idźcie, bo jeszcze stary jeż się gdzieś zaszyje.

I Południca popchnęła ich w stronę kolczastych krzewów dzikich jeżyn.

*

– Panie jeżu, panie jeżu! – wołały skrzaty, nie mogąc nadążyć za szybko oddalającym się zwierzątkiem.

Chłopcy z trudem przedzierali się przez splątane łodygi jeżyn, a one drapały im ręce i buzie, jakby chciały zatrzymać, uparcie dążących przed siebie Dziamdziorka i Mamrotka.

– Panie jeżu, gdzie pan się podział?! – Dziamdziorek rozglądał się bezradnie. Co prawda, niewiele było widać przez wysokie, gęste trawy, które zasłaniały cały widok, ale skrzat nie ustawał w wysiłkach.

Natomiast Mamrotek zwinął dłonie w trąbkę i nawoływał tak głośno, że echo szło po lesie:

– Hop, hop! Panie jeżu! Hop, hop!!

Wreszcie dopadli jeża, który odpoczywał pod rozłożystym dębem. Szerokie liście rzucały zielony cień i mogło być nawet przyjemnie, gdyby nie skwaszony pyszczek jeża. Przymrużył oczy, wydłużył ryjek i spytał gniewnie:

– Czego chcecie?

– Przysyła nas pani Południca – odparł zziajany Dziamdziorek. – Prosiła, żeby pan doprowadził…

– Południca, ta trzpiotka! – fuknął z wyższością jeż. – Polatuje i polatuje, szczególnie koło południa i nic z tego nie wynika.

– Pan to co innego – zauważył przymilnie Mamrotek.

– Zgadza się! – Jeż nastroszył kolce, zrzucił z nich kilka papierków i wycedził przez zaciśnięty ryjek: – Mam tytuł Nadwornego Porządkowego.

– Nadwornego? – zdziwił się Dziamdziorek. – Jest tu jakiś dwór? A może… królestwo?

– Królestwo roślin i zwierząt – odparł pyszałkowato jeż, by po chwili dodać z niezadowoleniem: – A rządzi nim żaba samotnica: madame Trawna. Zazwyczaj za dnia! W nocy nie ma nic do gadania.

– Żaba wami rządzi? – zainteresował się Mamrotek.

– Nadaje tytuły i ordery – odparł nieco zmieszany Nadworny Porządkowy. – A poza tym, cóż…

– Pani Południca wspomniała o śmieciach na łące – rzekł Dziamdziorek.

Jeż fuknął przez nos i nic nie odpowiedział.

– Południca powiedziała, że pan nas doprowadzi do madame Trawnej – stwierdził Mamrotek – bo pan świetnie zna się na drogach.

– I na żabach – dodał skwapliwie Dziamdziorek.

– Mówcie mi: Kolec. – Jeż skinął głową i szerzej otworzył okrągłe, czarne oczka. – Mogę wam wskazać drogę… Możecie iść tą drogą, a nawet trafić do celu. – Jeż uniósł się, wyprostował i stanął na tylnych łapkach. – Jednak to na nic się nie zda, jeżeli Królewna Żabka nie zechce was przyjąć. Trzeba wiedzieć jak do niej… podejść.

– Królewna… – skrzywił się Mamrotek. – Słyszeliśmy coś niecoś…

– Podobno odziedziczyła ten teren po licznej rodzinie – napomknął od niechcenia Dziamdziorek.

– Ja tu tylko sprzątam! – prychnął Kolec. – Dostałem order za dochodzenie i medal za nadziewanie. Znam tutaj każdą dróżkę i wiecie – zniżył głos do znaczącego szeptu – potrafię znaleźć każde dojście.

 

– Kolec! – krzyknął Mamrotek. – Jesteś nieoceniony. Jeżu, prowadź!!

– O, nie, nie! – zawołał jeż. – Wskażę wam drogę i pójdziecie sami, a jakby co – Kolec skinął na nich łapką, więc podeszli bliżej – nigdy się nie spotkaliśmy.

– Dobra, niech ci będzie – zgodził się Dziamdziorek. – Mów, Kolec, jak dojść do tej żaby.

I kiedy szli drogą wskazaną przez Nadwornego Porządkowego, od kamienia do kamienia, od pnia do pnia, Mamrotek mimowolnie zauważył:

– Ciekawe, co się za tym kryje?

– Ja – usłyszeli nosowy głos, dochodzący z zagłębienia po drzewie przewróconym przez wiatr.

– Wąż – zdołał wykrztusić Dziamdziorek i chwycił za rękę starszego brata. – Wąż w głębi wykrotu.

– Wypraszam sobie! – oburzył się nosowy głos. Spomiędzy grudek gliny i plątaniny sterczących korzeni wynurzył się złocisty, połyskliwy…

– Jak nie wąż, to kto? – spytał rezolutnie Mamrotek.

– Padalec – odparło półmetrowe, wijące się zwierzę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?