Zgubne dziedzictwo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zgubne dziedzictwo
Zgubne dziedzictwo
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Zgubne dziedzictwo
Zgubne dziedzictwo
Audiobook
Czyta Aneta Todorczuk
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Krakowski

Zgubne dziedzictwo

Saga

Zgubne dziedzictwo

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2012, 2021 Jacek Krakowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726823295

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

I. Sobota, 29 października

1

– Ledwo zdążyłam na pogrzeb ciotki Zenobii Kruszyńskiej. Mój stary samochodzik kompletnie wysiadł, więc wlokłam się po nocy pociągiem podobno ekspresowym z Olsztyna do Poznania. Potem z Poznania po przesiadce w Gorzowie Wielkopolskim dojechałam wreszcie do Kostrzyna nad Odrą akurat w porę, by wziąć taksówkę i dojechać do cmentarza na Osiedlu Drzewice. Mój zegarek wskazywał 13.30, kiedy właśnie przy akompaniamencie dzwonu wyprowadzano z kaplicy urnę z prochami cioci Zenobii.

– To nie była nasza najbliższa rodzina – dodała po chwili Laura. – Żona brata ciotki Zenobii była siostrą mojego dziadka ze strony matki. Wiem, drogi wujku, że to wszystko bardzo skomplikowane, ale powoli postaram się całą rzecz w miarę przystępnie wyjaśnić. Nie pojechałabym do Kostrzyna, gdyby nie mama, która uważała, że powinnam wreszcie poznać bliżej tę gałąź naszej, bądź co bądź, familii.

Moja młoda kuzynka, Laura Sawicka, absolwentka Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie, siedziała na kanapie z podwiniętymi nogami, pijąc świeżo zaparzoną kawę. Po tych wszystkich wypadkach, jakie miały miejsce w Kostrzynie na przełomie października i listopada, wpadła do mnie do Łodzi, aby przed powrotem do swego ukochanego Olsztyna zdać mi sprawozdanie z owych wstrząsających wydarzeń.

Dotychczas przyjmowałem jej wcześniejsze relacje z pewną dozą nieufności, starając się to i owo w nich korygować, tak aby wyszły z nich historie zadowalające wydawcę moich kryminałów. Tym razem jednak opowieść snuta przez Laurę była na tyle intrygująca i skomplikowana, że kilkakrotnie musiałem przesłuchiwać nagranie na dyktafonie, aby wreszcie uchwycić sedno sprawy.

Laura patrzyła w listopadowe okno zasnute wieczorną mgłą i pocierając palcem brzeg filiżanki, powoli wracała myślami do owego pogrzebu.

– Właściwie niewiele znałam tych wszystkich ludzi. Jedynie wujek Franciszek Malewicz, brat ciotki Zenobii, której w życiu na oczy nie widziałam, odwiedził nas raz czy drugi po roku 1990. Długo rozmawiał z matką, co niewiele mnie wtedy obchodziło, nocował u nas, po czym wyjeżdżał rannym pociągiem do Gdyni. Było to dobre dwadzieścia lat po śmierci jego żony, Róży, siostry mojego dziadka, która zginęła zastrzelona podczas pamiętnych wypadków w Gdyni w grudniu 1970 roku.

– Pogrzeb wlókł się w nieskończoność – kontynuowała swoją opowieść. – Zimny, październikowy wiatr niósł mokre liście, które oklejały twarze żałobnikom. Obok mnie stanął szpakowaty facet koło sześćdziesiątki. Zauważyłam, że kilka razy zerknął w moją stronę, po czym rzekł:

– Przepraszam, ojciec pokazywała mi kilkakrotnie pani zdjęcia. Pani Laura Sawicka, prawda? Jestem Adam Malewicz, syn Franciszka Malewicza. Moja matka, Róża, zginęła w Gdyni...

– Ach, to pan – powiedziałam, przypominając sobie jego twarz. – Bardzo mi miło. Wujek Franciszek przywiózł nam do Olsztyna fotografie pana i pańskiego syna, Rafała. Ale to było już jakiś czas temu... Przepraszam, że pana nie poznałam.

– Nic nie szkodzi – odparł cicho. – Rafał to ten wysoki, w czarnym płaszczu. Poszedł przywitać się z matką.

Wiedziałam od mojej matki, że Adam rozwiódł się ze swoją żoną, kiedy Rafał miał kilka lat i syn został z ojcem, ale nie chciałam w całą sprawę głębiej wnikać. Zresztą, co mnie to wszystko obchodziło. Miałam nadzieję, że zjem rodzinny obiad i złapię (co wyczytałam w Internecie) wieczorny autobus, który z Berlina, oddalonego o jedyne 80 kilometrów, pędzi przez Kostrzyn do Poznania. A stamtąd pojadę do Łodzi, aby wpaść do ciebie, drogi wujku, a potem „puszczę się” pociągiem bądź autobusem do Olsztyna.

Niestety, natychmiast wypatrzył mnie wujek Franciszek, wiekowy gość z wąsami i miną morsa.

– Lauro, moja droga, mowy nie ma, żebyś dzisiaj wyjechała – powiedział na wstępie. – Tyle lat się nie widzieliśmy. Przystojna z ciebie dziewczyna. Musisz mi wszystko opowiedzieć, co się u was dzieje. W willi naszej Aurelii jest tyle wolnego miejsca, że śmiało możesz przenocować. Poza tym wieczorem zostanie odczytany testament Zenobii. Kto wie, może odziedziczyłaś miliony? – zaśmiał się kostycznie.

Wiedziałam tylko tyle, ze Aurelia Kruszyńska była siostrą Ksawerego Kruszyńskiego, tego, z którym ciotka Zenobia z domu Malewicz wyjechała w 1939 roku do Brazylii. Nie myślałam, że Aurelia jeszcze żyje, ale Franciszek popchnął mnie lekko w stronę siedzącej na wózku inwalidzkim mocno starszej pani, zatulonej w czarne karakuły i czarny koronkowy szal.

– Nasza kuzynka z Olsztyna, Laura Sawicka – przedstawił mnie tej nieco drzemiącej damie.

– Nie przypominam sobie – rzekła cichym głosem, wyciągając do mnie drobną, wychudłą dłoń.

Pocałowałam ja w rękę i powiedziałam:

– Ciocia Róża, żona wujka Franciszka, była siostrą mojego dziadka Józefa.

– Ach, tak... – rzekła po dłuższym namyśle ta co najmniej dziewięćdziesięcioletnia pani, podczas gdy ksiądz odprawiał nadmiernie rozwleczone i zapewne dobrze opłacone ceremonie żałobne. – Oczywiście możesz u nas przenocować. Miejsca jest pod dostatkiem. Walerian wieczorem odczyta testament.

Deszcz padał coraz gęstszy. Wujek Franciszek pociągnął mnie w stronę rozłożystego kasztanowca i rozpiął nad nami ogromny, czarny parasol.

– Kto to jest Walerian? – spytałam.

– Walerian Hubertus, notariusz skoligacony z rodziną, u którego ciotka Zenobia złożyła nowy testament po powrocie do Polski w 1996 roku.

– Nie wie wujek, dlaczego wróciła z tej Brazylii? – pytałam zaciekawiona.

– Jej mąż, Ksawery Kruszyński zmarł w 1995. Ciotka z jego prochami przyjechała do Polski i osiedliła się w willi Aurelii, czyli siostry jej zmarłego męża.

– Wróciła na starość do Polski, do domu siostry męża? – drążyłam temat. – Przepraszam, że spytam, nie miała z czego żyć po jego śmierci?

– Przeciwnie – odparł z uśmiechem wujek Franciszek, zapewne dziwiąc się mojej niewiedzy. – Ciotka Zenobia była milionerką. Mieli pod Kurytybą w brazylijskim stanie Parana olbrzymie plantacje kawy i bawełny, na których dorobili się po zakończeniu wojny. Eksport do zrujnowanej Europy był wtedy bardzo opłacalny. Potem zainwestowali w nieruchomości i... zbili na tym jeszcze większy majątek.

– Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego ciocia Zenobia Kruszyńska wróciła do Polski?

– Widzisz, nie miała tam właściwie żadnej rodziny oprócz kilku przyjaciół... do brydża. To było bezdzietne małżeństwo. Po śmierci wujka Ksawerego w 1995 roku ciotka liczyła sobie – zamyślił się na moment – 75 lat. Miała jakieś zadawnione schorzenie kręgosłupa i wymagała opieki.

– Starość nie radość – westchnęłam.

– A poza tym – dodał wujek Franciszek – jej mąż życzył sobie, aby być pochowanym w Polsce. Ciotka spieniężyła większość majątku, przelała aktywa do Crédit Suisse w Zurychu, drugim co do wielkości banku szwajcarskim i... przyjechała do Kostrzyna.

– Przepraszam państwa – powiedziała, podchodząc do nas kobieta pewnie niewiele ode mnie starsza, ale nieumalowana, w jakimś okropnym, czarnym kapelusidle na przetłuszczonych blond włosach i w paskudnej zgniłozielonej pelerynie, słowem obraz nędzy i rozpaczy.

– Po pogrzebie babcia bardzo prosi wszystkich na obiad – mówiła cichym, jakby udręczonym głosem.

Potem podchodziła do innych osób, zapewne powtarzając to samo.

– Kuzynka Bietka? – spytałam, przywołując tytuł powieści Balzaka.

Wujek Franciszek spojrzał na mnie z uznaniem.

– Coś w tym guście – odparł po chwili. – To Małgorzata Grabowska, wnuczka Aurelii, córka Sylwii...

Jego dalsze wyjaśnienia zagłuszył chór intonujący „W mogile ciemnej...”. Podeszłam bliżej do rodzinnego grobowca. Chór zamilkł na znak księdza, a ten niezwykle drobiazgowo zaczął się rozwodzić nad zasługami nieboszczki, szczególnie podkreślając jej wkład (zapewne finansowy) w rozwój życia parafialnego.

Kiedy doszło do opowieści o zorganizowanej przez ciotkę Zenobię pielgrzymce do Rzymu, stojąca obok mnie starsza kobieta, z głową wtuloną w kołnierz z czarnego lisa, rzuciła z niesmakiem: „Suka”. Mocniej naciągnęła nocnikowaty kapelusz na miedzianorude włosy i powoli odsunęła się od grobu. Chór znowu zaintonował: „W mogile ciemnej śpi na wieki...”

Oparłam wiązankę złocistych chryzantem o tablicę z różowego marmuru, na której połyskiwały napisy: Ksawery Kruszyński 1910-1995, Zenobia Kruszyńska née Malewicz 1920-2011. Non omnis moriar.

Żałobnicy, szepcząc miedzy sobą, powoli odchodzili od grobu.

– Przedstawiam pani mojego syna Rafała – powiedział Adam Malewicz. – Proszę wsiąść z nami do samochodu.

– Rafał, przywitaj się z kuzynką – powiedział wujek Franciszek. – Nareszcie się poznacie...

– Laura – rzekłam, wyciągając rękę do Rafała, chłopaka mniej więcej w moim wieku, nawet dość przystojnego, ale jakiegoś zarośniętego, rozlatanego, niespokojnie łypiącego na boki niebrzydkimi, ciemnozielonymi oczami. – Miło mi cię poznać.

 

– Mnie też – odparł zdenerwowanym głosem. – Jedźmy już. Ja prowadzę.

– Wiesz, że ci nie wolno – powiedział Adam, odbierając synowi kluczyki.

Wujek Franciszek milczał. Rafał nie oponował.

Deszcz rozpadał się na dobre, a coraz silniejszy wiatr porywał z alei zeschłe liście i rzucał je na mokre nagrobki. Obłoki pędziły po niebie, jakby raz na zawsze chciały opuścić ziemski padół.

Fantazyjna, kuta w żelazie brama była otwarta szeroko, na ulicy przylegającej do cmentarza stał rząd samochodów. Wsiedliśmy do srebrzystego peugeota i pojechaliśmy do willi Aurelii Kruszyńskiej.

2

Kostrzyn nad Odrą to dziwne miasto. Puste przestrzenie, ze śladami ruin pokrytymi kępami chwastów, przeplatają się ze skupiskami bloków z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Nagle w jakimś zdziczałym parku otwiera się perspektywa na drogę, prowadzącą donikąd i przecinające ją tory tramwajowe. Tu i ówdzie widać jeszcze przerośnięte trawą schodki, wiodące do dawnego domu i zrujnowaną posadzkę westybulu.

To wszystko ślady działań wojennych, jakie miały miejsce w lutym i marcu 1945 roku. Niemcy ewakuowali ponad 20 tysięcy ludności cywilnej, zamieniając miasto w twierdzę Küstrin. Kostrzyn, zniszczony nieomal w 100 procentach, nazwano „polską Hiroszimą”.

Oblężenie miasta przez wojska radzieckie nie trwałoby tak długo, gdyby nie zapasy trzech browarów. Po spożyciu odpowiedniej ilości piwa, wojska atakujące zostały wypierane z miasta przez hitlerowskich obrońców, by wytrzeźwiawszy, przystępować do kolejnej ofensywy. Wreszcie, po wysadzeniu browarów, miasto zostało zdobyte.

Tę opowieść zasłyszaną od Jana Stando, zmarłego w 1980 roku męża ciotki Aurelii, przekazała mi moja matka. Po wojnie Aurelia bez środków do życia wyszła za mąż w 1946 roku za działacza partyjnego, który został „rzucony” do Kostrzyna.

Zajmują tam jedną z niewielu ocalałych willi, pozostawioną wraz z wyposażeniem przez któregoś z browarników. Jan Stando pnie się po szczeblach kariery, ciągnąc za sobą ciotkę, która za kilka lat zostanie dyrektorką nowo otwartego liceum. Rodzi im się dwoje dzieci: Henryk i Sylwia. To zapewnie Sylwia jest matką tej wyglądającej jak skaranie boskie Małgorzaty, która zaprosiła nas na obiad.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział Adam, zatrzymując samochód.

Dom wyglądał imponująco. Marmurowe schody wejściowe, nad którymi królował półokrągły taras, olbrzymie parterowe okna z wykuszami i stromy dach przebity półokrągłymi facjatami drugiego piętra.

Wszystko to przywodziło mi na myśl okazałą fabrykancką willę Anstadta, którą miałam okazję podziwiać w Łodzi. Nawiasem mówiąc, Anstadt był przed wojną właścicielem potężnego browaru. Widocznie wszyscy europejscy browarnicy mieli kiedyś ten sam gust, pomyślałam, wysiadając z samochodu.

W owalnym holu panował nieprzyjemny, wilgotny chłód. Długi, słabo oświetlony korytarz zakończony schodami przedzielał cały parter na dwie części. Zdjęłam kurtkę i aż dreszcz mnie przeszył. Wujek Franciszek otworzył drzwi do jakiegoś pokoju i powiedział:

– Zaczekamy tutaj na obiad. Mam nadzieje, że ktoś napalił w kominku.

Niestety, w kominku nikt nie napalił. Rafał zaszył się w kąt, nie zdejmując krótkiego, wełnianego płaszcza. Wyjął telefon komórkowy i bawił się jakąś grą. Adam poczęstował mnie papierosem, ale odmówiłam. Pstryknął zapalniczką i zaciągnął się głęboko.

Jesienne powietrze oplecione bladoniebieskim dymem spływało z długich pluszowych zasłon na kryształowe bibeloty wystawione na bufecie ciężkiego, orzechowego kredensu, po czym owijało się wokół mosiężnych zawiasów, by końcu utknąć w wydeptanym różowogranatowym dywanie, tnąc zimnem po nogach.

– Dzień dobry państwu – powiedziała, stając w drzwiach, niemłoda już, drobnej postury, szczupła kobieta.

Rudawe, lekko kręcone włosy miała zwinięte w ciasny węzeł, a czarny, trzeba przyznać, doskonale skrojony kostium, podkreślał bladość jej cery. Wąskie wargi, ledwie tknięte odrobiną szminki, zaciskała z taką siłą, że, zdawać by się mogło, ostatkiem sił próbuje powstrzymać to, co ciśnie jej się na usta.

– Moja droga – rzekł wujek Franciszek – pozwól sobie przedstawić naszą młodą kuzynkę z Olsztyna, Laurę Sawicką. Lauro, to jest doktor Ewelina Hubertus-Stando.

– Bardzo mi miło – powiedziała przez zaciśnięte zęby.

– Mnie również – rzekłam ściskając jej żylastą, silną dłoń. – Przepraszam, nie jestem bardzo zorientowana w rodzinnych parantelach, ale nazwisko Hubertus już obiło mi się o uszy.

– Notariusz Walerian Hubertus jest moim ojcem – oznajmiła doktor Ewelina z nieukrywaną wyższością.

– Ewelina jest żoną Henryka Stando, syna ciotki Aurelii. Mieszka z mężem i synem w tym domu – dorzucił wujek.

– Ale już niedługo – prychnęła pani doktor, podchodząc do kominka. Elektryczną zapalarką rozpaliła złożone bierwiona. – Na Boże Narodżenie przeprowadzimy się do naszej willi. Jest na ukończeniu...

Pomarańczowy ogień opływał polana złocistego drewna. Nareszcie zrobiło się trochę cieplej.

– Proszę mi wybaczyć, może to nietakt z mojej strony – zauważyłam, wyciągając zziębnięte dłonie w kierunku kominka – ale nie widziałam pani na pogrzebie...

– Nie byłam na nim – odparła sucho. – Ktoś musiał dopilnować obiadu.

– Zdaje się, że Małgorzata wczoraj wszystko przygotowała – rzekł Adam – nawet jej trochę pomagałem...

Ewelina popatrzyła na niego z nieukrywaną odrazą.

– Małgorzata nie potrafi nawet...

– Proszę państwa do stołu – powiedziała Małgorzata, stając w otwartych drzwiach.

– Chciałabym umyć ręce – szepnęłam, przechodząc obok niej.

– Korytarzem do końca – odrzekła cicho – ostatnie drzwi na prawo.

Łazienka była obszerna i staroświecka. Ogromna wanna na lwich łapach, srebrzyste krany opatrzone emaliowanymi napisami: warm i kalt, pociemniała rura pieca kąpielowego, ściany pokryte spękanymi, oliwkowozielonymi kaflami i podłużne okno z matowymi szybami ciętymi w pionowe prostokąty, przez które sączyło się szare światło wczesnego popołudnia...

Z boku, we wgłębieniu łazienki wyodrębniono dwie kabiny przesłonięte drewnianymi drzwiami, opatrzonymi metalowymi, grawerowanymi tabliczkami: Damen i Herren.

Nacisnęłam klamkę drzwi z napisem Damen – zajęte. Na szczęście miejsce za drzwiami z napisem Herren było wolne. Z kabiny obok dochodził cichy płacz.

Ktoś łkał, nie mogąc się opanować, coraz głośniej, coraz bardziej rozpaczliwie, by wreszcie wybuchnąć z trudem tłumionym, głośnym szlochem.

Pociągnęłam za wiszący na łańcuszku fajansowy uchwyt, głośno opróżniając tkwiący pod sufitem żeliwny rezerwuar z napisem „Corona”.

Płacz nie ustawał.

– Proszę pani – powiedziałam głośno – jeżeli mogę w czymś pomóc?... Bardzo proszę, niech pani nie płacze...

Drzwi uchyliły się.

– Kim pani jest? – spytał zapłakany głos. – Niech mi pani da spokój.

– Nazywam się Laura Sawicka – odparłam. – Przyjechałam z Olsztyna na pogrzeb ciotki Zenobii. To moja powinowata...

Drzwi otworzyły się szerzej.

– Poza tym pani Małgorzata prosiła na obiad – dodałam.

Płacz nieco przycichł. Z kabiny wyszła niemłoda już kobieta o opuchniętej, szerokiej twarzy. Podeszła do umywalki i pomoczywszy chusteczkę zimną wodą, przecierała nią zapłakane oczy, popatrując w prostokątne lustro poznaczone liszajami chorującego srebra.

Mogła mieć jakieś 60 lat. Jedynie jej ciemne, gęste, naturalnie kręcące się włosy stanowiły ostatni ślad minionej urody. Zbyt tęga sylwetka ukryta pod rozwleczonym ciemnym swetrem, zbyt obcisła ciemnoszara spódnica, stare, rozdeptane kozaczki...

– Przepraszam panią – powiedziała, wyjmując z czarnej, niemodnej torebki tusz do rzęs i plastikową puderniczkę – ale czasami... człowiek już nie może znieść tego wszystkiego...

– Widziałyśmy się na cmentarzu – rzekłam – stała pani obok pani Małgorzaty.

– To moja córka – odparła. – Mieszka tutaj, u babki, bo... nie umie sobie dać rady w życiu. Boleję nad jej losem... Ludzie są okrutni.

– Przepraszam, że spytam: pani jest... córką cioci Aurelii?

Skinęła głową, malując rzęsy i poprawiając ołówkiem brwi.

– Sylwia Grabowska. Moja córka, Małgorzata... jest nieszczęśliwa. Nie cierpią jej w tym domu, a ona... nie umie się odszczeknąć. Może dlatego, że straciła ojca, kiedy była jeszcze malutka. Biedne dziecko!

– Kto jej nie cierpi? – podszepnął mi pytanie mój policyjny instynkt.

– No jak to, kto? Ta ruda małpa, Ewelina, przybłęda jedna! Ukradła mi brata, a Małgorzatę traktuje jak piąte koło u wozu. Wielka doktorowa, psiakrew! Liczy się tylko jej cudowny Krystianek. Szkoda gadać... Idzie pani? – spytała, poprawiając dłonią włosy.

– Za chwilę – odparłam.

Trzasnęła drzwiami łazienki. Słyszałam jej energiczne kroki, cichnące w korytarzu. Spojrzałam w to poszarzałe, pokryte ciemnymi plamami lustro...

Cóż, wszystko wskazywało na to, że dotychczas w ogóle nie znałam swojej dalszej rodziny.

Wyszłam na słabo oświetlony korytarz i po chwili natknęłam się na Małgorzatę, niosącą wazę z zupą. W spranym niebieskim fartuchu narzuconym na brązową sukienkę wyglądała jak służąca. Podbiegłam i otworzyłam na oścież dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do jadalni.

– Bardzo pani dziękuję – powiedziała – widzi pani, wszyscy są dzisiaj tacy zajęci, a ktoś przecież musi zadbać o rodzinę...

Jej dalsze słowa zagłuszył gwar rozmów osób zgromadzonych przy stole.

3

Olbrzymi żyrandol, z lampami w kształcie zwieszających się tulipanów z matowego szkła, oświetlał prostokątny stół nakryty białym, adamaszkowym obrusem.

Światło odbijało się od nacięć w kryształowych kieliszkach, zataczało kręgi na kremowej rosenthalowskiej porcelanie, lśniło w złotych szlakach wokół talerzy i gasło w srebrzonych trzonkach frażetowskich sztućców. Trochę się znałam na dobrym gatunku tej zastawy.

Pani doktor Ewelina Hubertus-Stando, stojąc nad otwartą wazą, napełniała talerze rosołem, zagłębiając w brzuchatą czeluść naczynia, zdobionego pękami malowanych róż, ogromną srebrną łyżkę.

Pierwszy napełniła talerz Aurelii Kruszyńskiej, zajmującej miejsce u szczytu stołu, potem siedzącej po prawej stronie seniorki rodu starszej kobiecie z miedzianorudymi włosami, tej samej, która podczas pogrzebu tak brzydko wyraziła się o nieboszczce.

– Jest jeszcze czerwony barszcz z pierożkami ravioli – powiedziała Małgorzata – może ktoś sobie życzy?

Barszcz pachniał czosnkiem i majerankiem. Doktor Ewelina rzuciła jej nienawistne spojrzenie, a wujek Franciszek, siedzący z lewej strony Aurelii, uniósł się z krzesła i rzekł:

– Ja poproszę. Mój drogi, bądź łaskaw...

Adam wstał, a ja, zajmując miejsce między Adamem i jego synem Rafałem, rzuciłam:

– Ja też poproszę...

Ten czerwony barszcz był dla mnie wybawieniem, bo nie cierpiałam rosołu. Ale zdaje się, że nie tylko ja. Adam postawił podłużną wazę obok swojego talerza i raz po raz zerkając na Ewelinę, nalewał głęboką, porcelanową łyżką barszcz całej lewej stronie stołu: swemu ojcu, Franciszkowi Malewiczowi, mnie, Małgorzacie i Rafałowi, a na końcu sobie.

Stojąca naprzeciw niego Ewelina napełniała talerze rosołem bliżej nieznanym mi osobom: tej kobiecie z ciemnorudymi włosami, siedzącemu obok niej starszemu, łysemu mężczyźnie w czarnym garniturze, nieciekawemu facetowi koło sześćdziesiątki, zajmującemu miejsce z prawej strony pani doktor, Sylwii Grabowskiej – tę jedną poznałam niedawno, kiedy płakała w łazience i młodemu, może dwudziestoletniemu chłopakowi o długich włosach w odcieniu gotowanej marchewki, związanych w koński ogon.

Ten młody człowiek miał dziwną, szczupłą twarz pozbawioną widocznego zarostu i bladozielone, podłużne oczy. Gdyby nie biała koszula, ciemny krawat i szary garnitur, mogłabym mieć pewne obiekcje, z jaką właściwie płcią mam do czynienia.

Obok Małgorzaty Grabowskiej pozostawiono przy końcu stołu jedno wolne krzesło. Nachyliłam się ku niej i spytałam:

– Spodziewają się państwo jeszcze kogoś?

– Raczej nie – odparła z bladym uśmiechem. – Krzesło stoi ot tak... dla symetrii. Zresztą serwis jest tylko na dwanaście osób. Trzeba by dostawiać inne talerze.

– Czy mogę się przesiąść i zamienić z panią dwa słowa?

– Oczywiście...

Chwyciłam mój talerz z aromatycznym czerwonym barszczem i usiadłam obok niej.

 

– Widzi pani, nie znam wielu osób siedzących przy tym stole, a pani mogłaby mi pewno powiedzieć, kto jest kim? Poza wujkiem Franciszkiem, który był u nas w Olsztynie, właściwie nikogo nie znam.

– Proszę mi mówić po imieniu, tak będzie znacznie wygodniej. Małgorzata...

– Laura. – I dodałam: – Pyszny barszcz. Sama gotowałaś?

Skinęła głową.

– Gdyby nie ja, pomarliby z głodu. A i tak będą mieli do mnie wieczne pretensje. Do końca świata i o jeden dzień dłużej – dodała z cieniem uśmiechu, który na chwilę rozjaśnił jej przemęczone oczy.

– Poznałam na cmentarzu Adama, syna wujka Franciszka i jego wnuczka Rafała, a poza tym – mówiłam, zajadając się delikatnymi pierożkami nadziewanymi mieloną cielęciną – oczywiście zostałam przedstawiona Aurelii Kruszyńskiej i tej pani doktor Ewelinie Stando.

– A, właśnie – dorzuciłam – przypadkowo zetknęłam się z twoją matką w łazience. Zdaje się, martwi się o ciebie...

– Sylwia, to znaczy moja matka nie może znieść tego, że ja tutaj... pracuję. Trzeba przyznać, że jestem ubezpieczona i nieźle wynagradzana. W tej chwili nigdzie bym tyle nie zarobiła, chociaż przyznaję, to bardzo uciążliwe zajęcie, bez limitu godzin.

– Cały dom na twojej głowie – szepnęłam.

– Te dwie starsze panie, Aurelia i Zenobia wymagają... wymagały pewnego wysiłku z mojej strony, ale, widzisz, to mi się opłacało. A poza tym miałam wszystko na oku. Nie wiem, co teraz będzie.

Pochyliła głowę i w milczeniu wodziła łyżką po talerzu. Z drugiego końca stołu dobiegł mnie stłumiony śmiech. Kobieta z miedzianorudymi włosami była wyraźnie rozbawiona tym, co powiedział, siedzący obok niej łysy mężczyzna.

Wyczułam, że Małgorzata jest nieufna i nie mówi mi wszystkiego, co by mogła, więc na wszelki wypadek spytałam:

– Kim jest ta starsza pani o miedzianych włosach, która siedzi po prawej ręce ciotki Aurelii? Pogrzeb wyraźnie ją rozbawił...

– Ludmiła Hubertus – odparła moja sąsiadka – żona siedzącego obok niej Waleriana Hubertusa, notariusza, u którego ciotka Zenobia złożyła testament. Ewelina to ich córka...

– Wiem – rzekłam – zdaje się, że szczyci się swoim pochodzeniem.

– Jej pochodzenie – odparła z przekąsem Małgorzata – jest co najmniej wątpliwe.

Nie chciało mi się wnikać w tę – jak mogłam się pobieżnie zorientować – przerastającą mnie sytuację, spytałam zatem:

– Ten facet obok niej, to mąż pani doktor?

– Henryk Stando, syn Aurelii. Jest inżynierem mechanikiem w tutejszych zakładach papierniczych.

Dopiero teraz dostrzegłam rodzinne podobieństwo między Henrykiem i zajmującą obok niego krzesło siostrą, Sylwią Grabowską. Ta sama szeroka, może nieco tatarska twarz, te same gęste, bardzo ciemne włosy i nieduże, głęboko osadzone czarne oczy...

Nie byli podobni do swojej matki, raczej pewnie do ojca, Jana Stando, tego nieustraszonego działacza partyjnego rzuconego na zachodnie rubieże Polski Ludowej.

– A ten chłopak siedzący obok twojej matki? – pytałam nadal. – Oryginalny typ.

– Syn doktor Eweliny i Henryka, Krystian Stando. Nie lubię tego wymoczka.

– Młody jak na tak... dojrzałą panią doktor – odparłam, lustrując wzrokiem tego, jak nazwałam go w myślach, niewyraźnego młodzieńca.

– Urodziła go jak miała 39 lat – szepnęła Małgorzata. – To jej drugi syn.

– A pierwszy? – spytałam odruchowo.

– Moja droga – rzekła głośno przez stół pani doktor, zwracając się wyraźnie w stronę Małgorzaty – chyba już czas pozbierać talerze.

– Ja pomogę – ofiarowałam się natychmiast.

– Kim pani właściwie jest? – spytała skrzekliwym głosem Ludmiła Hubertus.

– Nasza kuzynka ze strony Róży – odparł za mnie wujek Franciszek – przyjechała z Olsztyna.

– Ach, tak – westchnęła Ludmiła, przyglądając mi się podejrzliwie zza szkieł okularów, powiększających jej zielone oczy. – Pięknie, tylko tego nam brakowało...

– Czego? – spytałam odruchowo, zbierając srebrne łyżki i rosenthalowskie talerze, pamiętające pewnie lata czterdzieste XX wieku.

– Henryku, bądź tak dobry i przynieś nalewki – zwróciła się do swego syna ciotka Aurelia. – Najwyższy czas, żeby pokosztować twoich specjałów.

W obszernej kuchni było ciepło i pachniało smażonymi kotletami. Obok staroświeckiego kredensu z błękitnymi szybkami stała nowoczesna zmywarka, a nieco nadszarpnięty zębem czasu zlew kontrastował z nowoczesnym elektrycznym piekarnikiem z nawiewem, stojącym na metalowym blacie, tuż obok przestarzałej kuchenki gazowej.

Wysokie okna, przesłonięte w dolnej części namarszczonymi zazdrostkami, pokrywały grube krople deszczu.

– Jak tu miło – powiedziałam.

– Ciocia Zenobia nie zdążyła wszystkiego sfinansować – rzekła Małgorzata.

– No wiesz – oburzył się Henryk Stando – a kto kupił tę lodówkę?

Wskazał dłonią na wysoką, połyskującą matową szarością, dwudrzwiową szafę.

– Ale zabieracie ją do nowego domu i zostaniemy z tamtym starym gratem – odrzekła Małgorzata, otwierając piekarnik.

– Co mnie to obchodzi? – rzekł, wyciągając z kredensu trzy karafki z kolorowymi nalewkami oraz butelki białego i czerwonego wina. – Trzeba było się starać.

– Jak możesz! – rzuciła rozeźlona Małgorzata.

A on ustawił karafki i butelki na wielkiej, posrebrzanej tacy, kopniakiem otworzył drzwi i rzekł:

– I tak będziesz musiała się stąd wynieść.

Wyszedł z kuchni, a Małgorzata układając na półmiskach zawijane zrazy i kotlety de volaille powiedziała cicho:

– Żeby ich wszystkich diabli wzięli.

Adam zajrzał do kuchni.

– Może wam w czymś pomóc? – spytał.

– Zabierz te półmiski. Laura, przełóż do salaterek kapustę i marchewkę z groszkiem. Ja zajmę się ziemniakami. A, jest jeszcze ryż. Gdzie te cholerne sosjerki?

Nadmierną ruchliwością pokrywała widoczne zdenerwowanie, a kiedy długi widelec wypadł jej z rąk i brzęknął o podłogę z ciemnoczerwonej terakoty, podniosłam go i spytałam:

– Może jednak mogłabym ci w czymś pomóc? Widzę, że nie wszystko układa się w tym domu.

– W tym domu – odrzekła, przysiadając na drewnianym zydlu – nic się nie układa. Jeden drugiego utopiłby w łyżce wody. Weź tę drewnianą tacę i idziemy. Nie ma się na czym roztkliwiać. Po Wszystkich Świętych wszystko wróci do normy.

– Myślisz, że rodzina pozostanie aż do pierwszego?

– Na pewno... chyba że się przedtem zagryzą.