Zaraza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dalszy ciąg podejrzeń Reginy

Zaledwie przypuszczałam, że nie znane mi ciemności, w których się pogrąża (były one ciemnościami jedynie dla mnie, znającej przecież tylko dzień i noc), stanowią dla niego coś w rodzaju światła, są rodzajem organizmu, któremu oddał całą swą istotę za cenę swego nieistnienia, płacąc sobą za możliwość panowania nad tym, co stworzył.

My, pogrążeni w świecie rzeczy i przemian, zachowywaliśmy swoją indywidualność jedynie dzięki temu, że nie byliśmy w stanie dociec ich natury, on zaś swą wielką rezygnacją z siebie wskazał nam na coś, czego istnienia dotychczas nie podejrzewaliśmy. Będąc w dalszym ciągu tutaj, z nami, zakpił ze śmierci i czasu, wydarł z siebie wszystko to, co nazywamy człowiekiem, aby znaleźć się tam, dokąd nikt jeszcze przed nim nie dotarł.

Potwierdził mit wiecznej wędrówki, ale zarazem zaprzeczył mu, oddalając od siebie tę nieodmiennie związaną z nią przygodowość, element cudowności i zaskoczenia, ludzkie wzruszenie na widok czegoś niespodziewanego. Jakże śmieszne było to wszystko w porównaniu z jego obecnym stanem. Teodor już niczego nie pragnął, o niczym nie marzył, stał się tym niezrozumiałym, które otacza nas — milczeniem.

Płakałam w duchu widząc, że jak gdyby nigdy nic podchodzi do telefonu i wykręca numer. On, którego tu właściwie nie było, wzruszał mnie swą nieobecnością nie wiedząc nawet, że czuję się rozdarta między pamięcią, jego słów i pieszczot, a tym, że w dalszym ciągu postępując tak samo już dla mnie nie istnieje. Usiłowałam go jeszcze kochać, lecz wiedziałam, że łudzę samą siebie, kultywując w sobie owe dawne uczucia, które dla niego nie miały już żadnego znaczenia. Nie rozumiał ich i nie pragnął, a kiedy mówił: przytul mnie, myślał o tej, której nie ma, wiecznie bliskiej i niedosiężnej, miłości sztuki utrzymywania się na krawędzi spełnienia.

Właśne wtedy, gdy po raz pierwszy zauważyłam, iż żywi się tym skomplikowanym uczuciem, zrozumiałam, że nic nie jest już w stanie powstrzymać go przed ostatecznym odejściem.

Kochałam go jeszcze tą mieszaniną litości i przyzwyczajenia, związanymi z poprzednią obecnością, jego pozostającą tutaj cielesną powłokę, powleczoną resztkami codziennych gestów i słów, którymi obejmował moje przywiązanie wiedząc, że jego istota czy też dusza przebywa już gdzie indziej.

Nie wiem nawet, czy zdawał sobie sprawę z mojej miłości, ale zapewne uważał za swój obowiązek wykonywanie pewnych czynności domowych: naprawianie korków, wynoszenie śmieci, uśmiechanie się do mnie, tak jakby rzeczywiście tu był i kochał naprawdę.

Właśnie wtedy, pewnej nocy, kiedy leżeliśmy zwarci ze sobą i zdyszani, pomyślałam, że kiedy ja tu pośród przedmiotów mego domu gryzę palce, aby nie krzyczeć z rozkoszy, on dopływa właśnie do swego Avalonu, tej wytęsknionej Wyspy Jabłoni, Cytery czy Arkadii, gdzie znajduje szczęście wśród bujnych rąk, łagodnego oddechu błękitnego powietrza i spokojnego poszumu morza, wśrod snu o samym sobie, którego nawet moja miłość nie jest mu w stanie odebrać. Pozostawiał mi jedynie swoje ciało, którego spocone plecy drżały pod moimi dłońmi w oczekiwaniu spełnienia.

Patrzyłam potem w jego oczy, o których wiedziałam, że widzą coś, czego nie jestem w stanie dostrzec, jakiś wygodny raj, znienawidzony przeze mnie. Przyznaję, że nie rozumiałam jego pojęcia „życia”, tak jak on nie pojmował mojego przebywania tutaj pośród kłopotów i problemów, które nie tyle zajmowały mnie, co dręczyły brakiem rozwiązań. On potrafił je wyminąć, czy też nie chciał o nich myśleć w jakiś właściwy dla siebie wygodnicki sposób, ja natomiast uważałam, że jedynie te troski mogą mieć znaczenie w naszym wspólnym życiu. Nie umiałam ich się pozbyć, oczekując od niego pomocy, on zaś nie chciał ich rozwiązać, bowiem nie stanowiły już wtedy dla niego „spraw ważnych”. Potrafił (i tego chyba mu zazdrościłam) doskonale się bez nich obchodzić, tak jak ja nie odczuwałam potrzeby uczestniczenia w jego wzlotach w sfery, szczerze mówiąc, dla mnie śmiesznie przeestetyzowane.

Teraz dopiero zrozumiałam, że oba nasze życia były jednakowo prawdziwe i tak samo bolesne, bowiem o ich wartości nie decydowało, co się dzięki nim dzieje, ale jak oboje je przeżywamy. Nie mogliśmy się pozbyć nie tyle swego egoizmu, bo w końcu cóż nas broni przed zagarnięciem przez świat jak nie egoizm, co wyobrażenia o swych wolnościach, do których każde z nas przymierzało własne kryteria. Ja chciałam być wolna tutaj, wśród siebie. Teodor zaś osiągał wolność dzięki temu, że pozbawiał się swej osobowości na rzecz świata, który z siebie budował.

Rozmowy z nim wzbudzały we mnie przywiązanie i nienawiść, chociaż rozumiałam, że gdybym mu nawet o tym powiedziała, potraktowałby mnie jak rozhisteryzowanego podlotka, pogłaskał, pocałował i jeszcze nagadał na siebie, jaki to on jest okropny, przewidując w pewnym sensie to, co chcę mu powiedzieć. Jednak gdy czasami, kierowana jakąś szczególną intuicją, sięgałam, jak to się mówi, do głębszych pokładów jego świadomości, mówił, że postępuję nieodpowiedzialnie, a właściwie nie mam pojęcia o tym, co w nim jest naprawdę.

Rzeczywiście, w sensie jego postępującego oddalenia plotłam głupstwa, ale chciałam wiedzieć, co jeszcze tutaj pozostało z tego człowieka, którego kiedyś niebacznie pokochałam. Nic — jakiś atawistyczny infantylizm, który przecież najtrudniej z siebie wyplenić, jakaś najtrudniejsza do pozbycia się tęsknota za zmyślonym po części i wyidealizowanym dzieciństwem i coraz gęstszy mrok zagłuszającej jego istnienie „muzyki”, która porywała go i zabierała ode mnie tam, dokąd ja wraz z nim odejść nie mogłam. Dla mnie stawał się coraz bardziej umarły, dla siebie — zaczynał dopiero żyć.

W końcu nie wiem, czy go kiedykolwiek kochałam, owszem, często wyznawałam mu swą miłość i przyjaźń, ale było to wtedy, gdy uważałam go za mojego człowieka, drzemiącego we mnie, którego wyidealizowałam sobie i widząc go nagle, a raczej jego fizyczną postać, zdawało mi się, że to właśnie on. Lecz już wtedy te jego cechy były jedynie resztkami tego, co kiedyś sobą reprezentowały, sprawiając wrażenie tak kruchych, wysublimowanych, a czasami, odnosiłam wrażenie, dwuznacznych. Pozbawił się on systematycznie wewnętrznych oznak swej płci (jakże banalnych w naszym stereotypowym wyobrażeniu), zachowując swe męskie ciało i zdolność dawania rozkoszy. Widziałam w nim, wtedy gdy zbyt delikatnie mnie obejmował, kiedy przytulał twarz do mego ramienia, dysząc zmęczony stosunkiem, dziecko zaspokojone w swym kaprysie, nie rozumiejące, że są to tylko przypadkowe odpryski, zapodziane w zakamarkach jego wnętrza przeszłości, których jeszcze nie zdążył od siebie oddalić. Chociaż mówił mi, że sprawiam mu ból, wyrzucając mu jego infantylizm, teraz dopiero zrozumiałam, że oboje kłamaliśmy: ja, która właściwie nie spotkałam się z takim zachowaniem mężczyzny, traktującym oddającą mu się kobietę jak dziecko, bowiem uważałam, że w gruncie rzeczy ma mnie za niedorozwiniętą idiotkę, on, gniewający się na mnie owym dawnym przyzwyczajeniem, będącym dla niego już wtedy odruchem broniącym go przed światem, a jednocześnie ulegający mi.

Dopiero teraz splot tych skomplikowanych emocji wydaje mi się fałszywy i niepotrzebny. Idąc ze mną brzemienną po schodach, podtrzymuje mnie ramieniem, całuje w policzek, cieszy się z rychłych narodzin i martwi się bólem, który mnie czeka. Właściwie chciałam z początku usunąć tę ciążę, jednak on tak pragnął tego dziecka, że w końcu zdecydowałam się na poród. Czułam się właściwie upokorzona, zgnębiona jego dyskretnie postępującą, lecz stale rosnącą dominacją, zdając sobie sprawę, że będąc coraz bardziej pod jego wpływem i tak nigdy nie osiągnę tego, co on już w sobie posiadał, że zatracając siebie nie zyskam dostępu do najgłębszych zakamarków jego jestestwa, które na zawsze pozostanie dla mnie zamknięte. Dlatego też w sobie już dawno go porzuciłam, wracając do siebie uboższa o to, co zniwelował stałą presją swej osobowości, wróciłam spustoszona, lecz własna, podczas gdy on, nigdy właściwie nie dając mi z siebie nawet najmniejszej cząstki, oddalił się stąd na zawsze.

Jeszcze czekałam na niego, jeszcze rozmawialiśmy ze sobą, jeszcze nasze zwarte ciała obdarzały się przyjemnością, lecz ja już próbowałam odnajdywać w sobie to, co utraciłam, on natomiast był jedną z kulminacji tych muzyk, tych sztuk, do których zawsze podchodziłam z dużą r rezerwą uważając, że powinny korzystać z życia i służyć mu jako swego rodzaju zabawki, podczas gdy Teodor sztuką chciał zastąpić ludzi i świat. Podejrzewałam nawet, że obcowanie ze sztuką daje mu rozkosz podobną do tej, jaką przeżywa ze mną, traktując mnie jedynie jako narzędzie służące do osiągnięcia tego wysublimowanego stanu.

Jego wrażliwość wydawała mi się teraz nie tyle nieprawdziwa, co nie przystająca do rzeczywistości, w której planowaliśmy urządzić sobie życie we dwoje. Była czymś żenującym, nie na miejscu, zdradzającym co chwila jego niezgodność z tym, co go otaczało, tak że w końcu zaczynałam się bać o niego. Z drugiej strony nie chciałam brać na siebie odpowiedzialności obciążającej mnie jego wysiłkiem życia i miłości, jego niezręcznym przyzwyczajeniem, które było już przyzwyczajeniem przyzwyczajania, pozorem pozorów rozdzierającym i nieustannym oddalaniem się od tego świata.

Był tym, którego już nie było, a ja tą, w którą starał się uwierzyć. Jeszcze wtedy myślałam, że to ból, że to jest właśnie ta wielokrotnie opisywana rozpacz, kiedy zorientowałam się, że nie rządzi nim nawet obojętność (która też zalicza się do ludzkich emocji), lecz ów niemożliwy dla mnie do pojęcia brak, wieczne oddalenie, droga ginąca w ciemności, z której nikt już go nie jest w stanie zawrócić.

Pamięć Teodora

Napisałem do znajomych górali, u których miałem stale zarezerwowany pokój, spakowałem trochę drobiazgów i pewnego wrześniowego dnia wyjechałem pociągiem do znanej górskiej miejscowości wypoczynkowej. Stamtąd zaś autobus w ciągu pół godziny dowiózł mnie do wsi położonej w niewielkiej, gęsto zalesionej kotlinie. Jeszcze piętnaście minut szybkiego marszu i znalazłem się na rozległej polanie otoczonej świerkami. Drewniany dom moich gospodarzy krył się za pagórkiem, ukazując jedynie szczyt dachu i dymiący komin. Dochodziła piąta po południu. Poszedłem rozjeżdżoną błotnistą drogą w kierunku chałupy, a kiedy dochodziłem już do płotu, kudłaty Harnaś, ogromny owczarek, zaczął szczekać, skakać i machać ogonem. Postawiłem neseser na ławce, pogłaskałem psa i spojrzałem na góry. Powietrze, przetykane niewidzialną złotą nitką, rozstępowało się pod naporem wzbierających kolorami jesieni lasów, które pięły się po zboczach powleczonych przydymionym błękitem, spływającym z czarnoszarych turni. Popołudnie nasycone zapachem siana wypełniało polanę łagodnym oddechem ciszy, stojącej nieruchomo pośród smukłych świerków. Dzień dobry, panie Teodorze, zawołała gospodyni wychodząc na ganek, witamy, niech pan wejdzie. Napaliłam trochę w piecu, bo wieczory już teraz chłodne.

 

Cztery pokoje, które wynajmowali górale, mieściły się na piętrze domu, lecz jedynie mój, znajdujący się na końcu korytarza o trzeszczącej deskami podłodze, posiadał piec kaflowy oraz stare meble, sprowadzone tutaj przeze mnie z domu nie żyjącej od kilku lat mojej babki. Nie byłem jednak jedynym gościem gospodarzy. Pokój sąsiadujący z moim wynajęło na dwa tygodnie młode małżeństwo (jak z uśmieszkiem stwierdziła gospodyni — ale bardzo porządni i spokojni ludzie, proszę pana). Minąłem się z nimi na schodach. Oboje wysocy, szczupli, w dżinsach i ciemnozielonych kurtkach. Ona, ciemnoruda o mocno umalowanych oczach i małych, wydatnych ustach, wydała mi się interesująca, chociaż reprezentowała ten typ chłodnej urody, za którym specjalnie nie przepadam. On, przystojny szatyn z czarną brodą, obejmował ją w pasie, lecz na mój widok zdjął rękę z jej biodra, a kiedy minęliśmy się wymieniając pozdrowienia, zbiegli na dół ze śmiechem, a potem zobaczyłem ich z okna mojego pokoju, jak przytuleni idą ścieżką, znikając po chwili w jarze pobliskiego potoku.

Wieczór spędziłem w kuchni u moich gospodarzy. Rozmawialiśmy trochę o lecie, o zbiorach, o polityce, jedliśmy kolację i byłbym nawet z nimi posiedział jeszcze dłużej, gdyby nie spory kieliszek samogonu, który dosłownie usypiał mnie przypominając, że wstałem jednak o piątej rano. Przeprosiłem gospodarzy, obmyłem się trochę w łazience (tak, była tutaj łazienka z wanną i sedes), poszedłem do siebie i padłem na łóżko. W nocy zbudziły mnie hałasy za ścianą. Nie ulegało wątpliwości, że te rytmiczne trzeszczenia i pojękiwania doprowadzą wkrótce do szczęśliwego zakończenia. Tym to dobrze, pomyślałem odwracając się na drugi bok i zapadając ponownie w głęboki sen.

Na mój obecny pobyt w M. złożyło się kilka spraw: po pierwsze — napięta sytuacja w domu, będąca, jak mi się wydawało, wstępem do rozwodu, po drugie — zakończenie obszernego eseju o muzyce Gustawa Mahlera, do czego naglił mnie termin w wydawnictwie, po trzecie — ogólne zmęczenie i zniechęcenie życiem. Niedawno skończyłem czterdzieści pięć lat i niepokoje tego „niebezpiecznego wieku” raz poraz dawały mi się we znaki. Potrzebowałem nowości, zmian, atrakcji, gdy tymczasem mój dostatni, unormowany i, co tu dużo mówić, monotonny tryb życia codziennie dawał mi do zrozumienia, że wszystko już mam za sobą. Pragnąłem czegoś nieoczekiwanego, co wytrąciłoby mnie z tej, tak kiedyś upragnionej przeze mnie, atmosfery równowagi która na kształt smakowitego i gęstego sosu, podanego do obfitego niedzielnego obiadu, wsysała mnie w swą ciepłą i rozleniwiającą toń.

Przedpołudniowe słońce rysowało na drewnianych ścianach kuchni moich gospodarzy świetliste kwadraty, wpadając ostrym blaskiem przez niewielkie, nisko umieszczone okna. Siedziałem sam przy stole pijąc mleko i jedząc chleb z twarogiem, gdy weszła ta dziewczyna, którą wczoraj przelotnie widziałem na schodach, w długim swetrze z owczej wełny, sięgającym prawie kolan, z włosami związanymi w węzeł i zaczęła parzyć kawę na kuchni. Wymieniliśmy jakieś nic nie znaczące uwagi o pogodzie, o wycieczkach w góry. Po kilku minutach zszedł jej chłopak. Usiedli przy stole i jedząc śniadanie zastanawiali się głośno, czy iść lepiej do Kotliny Pięciu Stawów czy na Zawrat. A może poszedłby pan z nami, zaproponowała w pewnym momencie dziewczyna. Przepraszam, powiedziałem, nawet nie zdążyłem się jeszcze przedstawić. Wymieniliśmy uściski dłoni. Na imię miała Regina.

Zrezygnowałem jednak z wycieczki, wymawiając się koniecznością zaaklimatyzowania. Mieli być tu jeszcze przez tydzień, a potem wracali do Krakowa. Regina była asystentką w katedrze muzykologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, a kiedy powiedziałem jej o moim eseju, roześmiała się, bowiem pisała pracę magisterską o symfoniach Mahlera. No to mamy jednego fioła, powiedziała nachylając się ku mnie. Ależ, Regino, oburzył się jej facet. Nic nie szkodzi, odrzekłem, trzeba mieć porządnego hopla, żeby pisać taką muzykę, a jeszcze większego, żeby ją analizować.

W południe siedziałem przed domem na leżaku udając, że piszę, pół drzemiąc, pół marząc o nieprawdopodobnych przygodach i namiętnych miłościach. Regina pomyślałem, ta musi być niezła w tych rzeczach. Wieczór potwierdził moje przypuszczenia. Przez dobre dwie godziny buchało wprost zza ściany odgłosami szalejącej namiętności, a łóżko trzeszczało i jęczało wszystkimi sprężynami. Siedziałem przy maszynie przepisując mój esej, wysłuchując jednocześnie cmokań, szeptów i westchnień, słysząc prześpieszone bicie swego serca i czując podrygującą sztywność między nogami. Wreszcie wyszedłem na dwór, usiadłem na ławce przed domem i wdychając orzeźwiające, chłodne powietrze, wpatrywałem się w gwiazdy nisko wiszące nad lasem. Wtedy właśnie przyszło mi na myśl, że to wielkie Adagio rozpoczynające X Symfonię jest obrazem nocnego nieba, którego ogromne, lecz łagodnie obejmujące brzmienie, zakłócają nagle ostre, dysonansowe klastery, zwiastujące nadejście Boga lub Szatana, burzącego spokój wiecznósci.

Kołysanie wieczornej ciszy przerwał nagle dzwonek roweru. Okazało się, że przyjechał chłop z poczty z telegramem do moich erotomanów zza ściany. Wszedłem za nim do domu. Po chwili ten facet z góry zbiegał po schodach zapinając koszulę i naciągając kurtkę. Prosił gospodarza o pożyczenie motocykla, gdyż musi natychmiast jechać do Krakowa, bo jego ojciec jest umierający. Regina zeszła za nim, potargana, owinięta kusą podomką, pocałowała go wieszając mu się na szyi i powiedziała, że zadzwoni jutro rano.

Następnego dnia, gdy wracałem z przedpołudniowego spaceru po okolicznych lasach, spotkałem ją na drodze, idącą szybkim, zamaszystym krokiem. Na szczęście wszystko w porządku, powiedziała, ale Emanuel będzie musiał jeszcze zostać przy ojcu przez kilka dni. Nie ma kto się nim opiekować. Chyba przyjedzie po nią dopiero w sobotę. Współczułem jej i rzekłem, że teraz będzie musiała zadowolić się moim towarzystwem. Puściła do mnie oko i odparła, że będziemy musieli ze sobą poważnie porozmawiać — o Mahlerze.

Spodobała mi się ta dziewczyna, jej żywy, bezpośredni sposób zachowania, bystre, zalotne spojrzenie i smukłe, szczupłe dłonie, którymi żywo gestykulowała podczas rozmowy. Nieznaczny, starannie zapudrowany cień nad górną wargą dodawał jej wyrazistej mimice, jej nieznacznie zarumienionej twarzy, jak na mój gust zbyt mocno pokrytej makijażem, szczególnego uroku. Proste kasztanowate włosy zakrywające policzki i szyję stwarzały połyskliwe obramowanie dla jej uśmiechów, którym dołeczek w lewym policzku zdawał się sekundować w kokieterii, jak mi się wydawało, nieco sztucznej i zbyt obcesowej.

Wieczorem zapukała do mojego pokoju i powiedziała, że w telewizji jest Śmierć w Wenecji i może chcę zobaczyć, bo ona schodzi na dół. Wiedziałem, że ilustrację muzyczną stanowią fragmenty III i V Symfonii Mahlera, jednak nigdy nie uważałem, że można dobrze przenieść na ekran prozę Tomasza Manna, dlatego nie byłem w kinie na tym filmie i teraz nadarzała mi się okazja zobaczyć go po raz pierwszy. Muszę przyznać, że z pewnym zażenowaniem oglądałem pogoń profesora Aschenbacha za pięknym Tadziem, podczas gdy Regina śmiała się, a gospodarz, podpiwszy sobie nieco, zorientował się wreszcie, o co tu chodzi, i wyraził się, że to świństwo w dupę jebane, po czym wyszedł z izby, a po chwili usłyszeliśmy przez uchylone okno, jak na tle Mahlerowskiego Adagietta płynącego z głośnika telewizora oddaje mocz na podwórzu.

Następnego dnia przypadała dwudziesta piąta rocznica ślubu moich gospodarzy. Pojechałem rano autobusem do Z., aby kupić im coś stosownego, bowiem długoletnia znajomość z nimi zobowiązywała mnie do okazałego prezentu. Moja żona byłaby oczywiście przeciwna tego rodzaju zakupom twierdząc, że i tak dosyć na nas zarabiają. Im więcej mieliśmy pieniędzy, tym bardziej stawała się skąpa, wydając jednocześnie jakieś nieprawdopdobne sumy na luksusowe kosmetyki i zagraniczną bieliznę. Potem okazało się, że wszystko to robi nie dla mnie, ale to już inna historia.

Kupiłem więc po długim namyśle kryształowy wazon i zmęczony tłokiem głównej ulicy miasta wszedłem do pobliskiego baru, aby napić się kawy. I kiedy z filiżanką w jednej ręce, a kryształem w drugiej rozglądałem się po sali w poszukiwaniu wolnego stolika, dostrzegłem Reginę siedzącą w kącie pod oknem. Po dużym koniaku nasza rozmowa stała się bardziej ożywiona, tym bardziej że kieliszek, który trzymała w dłoni, kiedy się przysiadałem, był już pusty. Być może, wcześniej wypiła więcej, bo plotła trochę od rzeczy, a w końcu patrząc mi prosto w oczy spytała z przejmującą powagą, czy mężczyźni zdolni są do prawdziwej miłości, bo przecież zawsze tylko o jedno im chodzi. Jej ciepły, altowy głos drżał jakimś ukrywanym wzruszeniem i pomyślałem, że nie tylko chodzi jej o moją odpowiedź, co o zadawanie sobie tego rodzaju pytań i roztkliwianie się nad nimi oraz samą sobą.

Będąc już na „ty”, popołudniowym autobusem wróciliśmy do M. Regina zażenowana moim prezentem i obficie zastawionym stołem, do którego zapraszali gospodarze, skoczyła na górę i po chwili wróciła z butelką Johnnie Walkera. O, to dobre, powiedział gospodarz, piłem kiedyś, zupełnie jak bimber od starej Pacułowej. Niedługo potem zaczęli się schodzić goście i wkrótce, jak to można było przewidzieć, cała uroczystość zamieniła się w pijaństwo, gęsto przetykane niewybrednymi przyśpiewkami i prostackimi dowcipami. Siedzieliśmy z Reginą na ławce obok siebie jako jedyne „letniki” między górąlami, jedząc, pijąc i śmiejąc się wraz z nimi. Oparta o moje ramię, opowiadała mi studenckie kawały, zapomniawszy jakby o swoim chłopaku i o problemach, które trapiły ją w barze. Wyjdźmy trochę, powiedziała gdzieś koło dziesiątej, strasznie tu duszno i taki hałas.

Noc była czarna i chłodna jak granitowy masyw podparty kolumnami świerków. Przytuleni spacerowaliśmy po łące paląc papierosy. Myślę, szepnąłem, że to jest odpowiedni moment, abym cię pocałował. Najlepszy z możliwych, odrzekła i po chwili poczułem jej gorące, wilgotne usta na swoich i ruchliwy język, sięgający mojego podniebienia. Przytuliłem ją mocno do siebie i tak trwaliśmy zafascynowani tą wrześniową nocą, póki nas nie spłoszył gwar gości wychodzących z domu.

Muszę przyznać, że rozpaliła mnie ta dziewczyna. Emanowała z siebie jakiś, że się tak wyrażę, zdrowy erotyczny żar, pociągała mnie jej młodość, chociaż pamiętając o odgłosach niedawno słyszanych zza ściany powinienem raczej powściągnąć swe ambicje. Zarazem to, iż tak łatwo spoufaliła się ze mną, zapominając o swoim chłopaku, kładło cień na jej charakterze. Wypity alkohol pozwolił mi jednak szybko zapomnieć o tego rodzaju skrupułach. Pobiegliśmy do domu, wypiliśmy jeszcze w kuchni po jednym z gospodarzami na dobranoc i poszliśmy na górę.

Zapraszam na kawę, powiedziała całując mnie w usta przed drzwiami swego pokoju, chociaż nie jestem pewna, czy ją mam. Nie szkodzi, odrzekłem zdyszany i podniecony, wysilając się na dowcipną odpowiedź, będę pił z twoich ust. Zaczęła chichotać, i to tak głośno, że chwyciłem ją wpół i otwierając nogą drzwi wniosłem do pokoju i rzuciłem na to trzeszcząco-jęczące łóżko.

Mimo wszystko czułem się trochę skrępowany rolą napastnika i uwodziciela, w której nie występowałem od paru dobrych lat, poprzestając na „ustatkowanym” współżyciu z moją żoną, tak że właściwie byłem zadowolony, że Regina przejęła na siebie całą inicjatywę. Po ciemku zdjęła ze mnie sweter, rozpięła koszulę i spodnie, śmiało sięgając dłonią między moje nogi, gdzie znalazła wszystko w pełnej gotowości. Przesunąłem ręką po jej biodrze, lecz ona szepnęła, że sama się rozbierze, odsunęła się ode mnie i po chwili usłyszałem szelest ściąganej odzieży.

Leżałem tak, wyciągając do niej ręce, czując pulsowanie krwi w wyprężonym aż do bólu członku i szepcząc: kochanie, chodź już do mnie, chodź... A wtedy Regina zapaliła znienacka światło, stanęła w rozkroku i trzymając w garści swoje męskie przyrodzenie, zawołała chrapliwym głosem: no, chodź do mnie, kochanie moje, chodź, a pot błyszczał kropelkami na jej gęsto owłosionej piersi.

 

Zerwałem się z łóżka, chwyciłem jedną ręką opadające spodnie, drugą ściągnąłem z krzesła sweter, na którym leżał wypchany stanik, i wybiegłem z pokoju, słysząc jej męski, wesoły i szyderczy śmiech. Ubrałem się na korytarzu i zszedłem na dół, gdzie ucztowało jeszcze kilku zapitych gości. Przyłączyłem się do nich pijąc z musztardówki.

Rano spakowałem swoje rzeczy i wyjechałem z M. pierwszym autobusem. Na dworcu kolejowym w Z. omal nie zderzyłem się z „jej” narzeczonym. Co to, już pan wyjeżdża, spytał zdziwiony, jak się miewa Regina? Rozmawiał pan z nią o Mahlerze? O tak, odparłem, bardzo dużo. Jej poglądy wydają mi się dość kontrowersyjne, ale kto wie, czy w końcu nie ma racji. Proszę pozdrowić ją ode mnie. Po czym wskoczyłem do wagonu, zatrzaskując za sobą drzwi, chociaż pociąg odjeżdżał dopiero za godzinę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?