Zaraza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Fakty z życia Dionizego

Ja, Dionizy Kalamus, syn Reginy, postanowiłem od urodzenia raz na zawsze zerwać z rzeczywistością. Nie ma tutaj żadnych mebli oprócz wielkiej czterodrzwiowej szafy, zasłaniającej całą ścianę. Podchodzę do niej i pukam. Ten chłopiec w luźnych szarych spodniach i wyrzuconej na wierzch zielonej koszuli znowu przeprasza, że nie zdązył się przebrać. Stąpam po beżowym dywanie, zakrywającym środek podłogi. Ściany przyciemnione kurzem, chyba nigdy nie malowane, tylko ochlapane wapnem, pochłaniają każdy odgłos. Słońce plącze się między podwójnymi szybami, a ta blondynka o nieco za dużym nosie i szeroko rozstawionych oczach znowu przymierza skórzaną, zamszową kurtkę, przeglądając się w otwartych drzwiach szafy, w które wbudowano owalne lustro. Po prawej stronie tapczan przykryty ciemnym kocem. Śpi na nim zwinięta w kłębek mała dziewczynka w niebieskiej sukience. Dotykam jej bledziutkiej rączki, którą odruchowo cofa, ciężko oddychając przez nos. Przechodzę przez pokój, otwierając drzwi na werandę.

Drobna staruszeczka niesie szklankę herbaty. Przystrzygła wreszcie te kilka białych włosów, które wyrastały jej z dwóch brodawek nad górną wargą, lecz one i tak wkrótce odrosną i znowu będzie mnie kłuła, całując na powitanie. Dwaj mężczyźni siedzą przy okrągłym stoliku na metalowej nodze i grają w warcaby. Ten wyższy, chudszy pali papierosa za papierosem. Ten niższy, tęższy podpiera opuchniętą twarz dłonią, przez którą biegnie czerwona blizna. Zegar na serwantce nie dzwoni, lecz siedzący na nim orzeł o srebrzyście rozpiętych skrzydłach miarowo kiwa dziobem. Przygarbiona kobieta trze oczy, podtrzymując spadające okulary i dalej szyje na maszynie błękitny, błyszczący szlafrok. Wystarczy, żebym przeszedł po uginającej się desce w podłodze, a któreś z nich zaraz powie, że to grzyb i trzeba go zalać naftą. Ale wiem przecież, że to nie pomaga, i dlatego przechodzę obok stołu z surowego drewna, mijam wiadra białe, emaliowane, pociągnięte delikatną mgłą chłodnej rosy i przejeżdżam ponich palcem. Na czteropółkowej etażerce książki są zakurzone, lecz porządnie poukładane. Zamykam za sobą drzwi z dwiema szybkami, przesłoniętymi do połowy białą zasłonką, którą można przesuwać po napiętym sznurku. Klamka jest mosiężna, wyślizgana i zimna.

Od razu słyszę pisk biegnącego ku mnie dwuletniego chłopczyka w niebieskich spodenkach. Pod oknem na rozkładanej kanapie śpi młoda kobieta, szatynka o mocno umalowanych rzęsach. Rękawy nocnej koszuli podwinęły jej się do połowy ramion. Brązowe zasłony w szary, nieregularny wzór pokrywają całą jedną ścianę. Telewizor jest włączony, choć program już dawno się skończył. Przechodzę obok wysokich, obracających się foteli, potem obok regału bezładnie zapełnionego książkami. Potłuczona obudowa wysoko stojącego telefonu. Obchodzę stos zabawek wysypujący się z dziecinnego łóżeczka. Wielki, brunatny miś leży na grzbiecie, sztywno wyciągając do góry łapy. Drzwi szafy przycinają rękaw żółtej, jedwabnej bluzki. Przesuwam się obok ciepłego pieca i dotykam dłonią ukośnie żłobkowanych kafli, połyskujących w świetle maleńkiej lampki w kształcie grzybka, przytwierdzonej zaciskiem do blatu ławy. Pęknięta na pół szyba, która zawsze na niej leżała, stoi teraz w kącie obok pieca. Przekraczam jeszcze białą plastikową miskę, pełną mokrych koszulek i rajstop. Ostrożnie zamykam za sobą drzwi i dwukrotnie przekręcam w zamku złoty kluczyk.

Kuchnia jest dosyć obszerna i wyłożona ciemnozielonym linoleum, jednak nie ma tam gazu ani ciepłej wody. Z nie dokręconego mosiężnego kranu kapie do emaliowanego zlewu kropla za kroplą, a w małym piecu znowu nie chce się palić. Starsza kobieta w skurczonym od częstego prania zielonym swetrze, umurzona do łokci, klnąc wyciąga z wnętrza kuchenki na wpół tlące się kawałki węgla, drze z wściekłością całą gazetę i upycha pod fajerkami, przecina nożem większą szczapę drewna, kalecząc się przy tym w palec. Wkłada gorące węgle ponownie do pieca i próbuje zapalić zapałką wystający strzęp gazety. Po drugiej stronie na ścianie wisi biała gablotka, zdjęta z kredensu, z wiecznie otwartymi drzwiami o karbowanych, ciemnomiodowych szybach. Dwa białe fajansowe kubki o obtłuczonych brzegach, jeden większy w zielone kropki bez ucha, kilka talerzy, nierównej wielkości szklanki na górnej półce, tekturowe pudełko, w którym stoją krople na nerwy i serce, czarne w ciemnobrązowych buteleczkach o zalanych brązowymi strużkami etykietach. Pod oknem łóżko przykryte wypłowiałą, żółtą narzutą. Jeszcze oglądam się. Kobieta myje ręce w zimnej wodzie pod kranem. Jej na zbyt ciemny brąz ufarbowane włosy. Szara, poplamiona tłuszczem spódnica jest jak zwykle założona tył na przód. Między łóżkiem a ścianą z oknem jest nieco miejsca, gdzie leżą w pudełku kapusta i kartofle. Trzy litrowe butelki z mlekiem stoją na parapecie. Przechodzę do następnego pokoju, nie usiłując nawet przymknąć wypaczonych drzwi.

Mieszkanie to jest bardzo czysto wysprzątane. Ciężki, dębowy stół przykryty brązowo-zieloną serwetą, wyciskaną w srebrne zawijasy, stoi na środku pokoju. Osiem obitych skórą krzeseł, którą naciągają złociste łebki gwoździ, stoi symetrycznie wokół stołu. Biblioteczka szczelnie wypełniona książkami była kupiona zaledwie kilka lat temu. Stoi na niej dość duża doniczka w siatkowej oprawce, z której zwiesza się rozrośnięty bluszcz. Drzwi na balkon są otwarte. Z zielonych skrzynek wyrastają bladoczerwone kwiaty pelargonii. Na małym, czarnym, metalowym stoliczku o fantazyjnie wykrojonym blacie, podtrzymywanym przez powyginane nogi, zakończone zwierzęcymi łapami stoi drewniana donica z usychającą palmą o długich, ostrych liściach, których końce żółkną i więdną. Drewniana szafka ze staroświeckim, od dawna nieczynnym radiem, parkiet podłogi błyszczący bezbarwnym lakierem i ogromny, ciemny kredens, w którego podłużnej gablocie stoją jedna za drugą filiżanki do czarnej kawy, złoto wylewane wewnątrz. Stoi ich sześć na talerzykach, a pośrodku dzbanek od kompletu. Za nimi malutkie o cienkich ściankach kieliszki do wódki, a za nimi większe, o tych samych delikatnych wzorach, do wina. Wszystkie stoją na kryształowych, promieniście ciętych podstawkach. Otwieram jak zwykle pierwsze drzwi z lewej tego kredensu, który ma jeden bok zaokrąglony, a drugi ostry, kanciasty, wyciągam drugą szufladę od góry — wszystkie są opatrzone mosiężnymi, wyszorowanymi do połysku rączkami — otwieram okrągłe pudełko malowane w róże i biorę z niego jedną z powleczonych białym nalotem, wyschniętych czekoladek. Nigdy ich nie ubywa, a ja, chociaż wydają mi się spleśniałe i nieprzyjemne w smaku, muszę zjeść chociaż jedną. Stąpając po grubym, starannie wyczyszczonym dywanie otwieram białe drzwi z niklowaną klamką, których prawie całą powierzchnię zajmuje matowa szyba.

Ten pokój dopiero niedawno oddano do użytku. Tranzystorowe radio cicho gra, stojąc na szarym parapecie okna. Matowa meblościanka w kolorze kawy jest jeszcze pusta. Na jednej z półek stoi tylko mały, czarny wazonik z wydłużoną szyją, w który wstawiono krwiście czerwoną różę. Na niebieskim tapczanie leży pulchna, naga dziewczyna. Rozstawia szeroko ugięte w kolanach nogi, a jej podbrzusze zarośnięte jest prawie do pępka gęstymi, czarnymi włosami. Spocony chłopiec nie może znaleźć wyprężonym członkiem otworu jej pochwy. Przechodzę szybko do łazienki, gdzie siedzi w wannie stara, bardzo otyła kobieta, której białe ciało szoruje wielką namydloną gąbką druga, młoda o wielkich, piwnych oczach i wydatnych, pięknych ustach. Ale już słychać dźwięki fortepianu.

Szybko przechodzę do pokoju obstawionego wysokimi szafami, szczelnie wypełnionymi dużymi tomami nut. Wysoki, siwy mężczyzna o orlim nosie uderza coraz głośniej w klawisze. Obok, na nowym jugosłowiańskim materacu o seledynowym pokryciu leży wciśnięta w kąt drobna blondynka i wymiotuje na ścianę. Niektóre wrażliwe natury bywają wprost chore od tak głośnej muzyki, mówi mężczyzna. Odór taniego wina rozchodzi się po całym pokoju.

Fakty z życia Emanuela

Tak to mniej więcej wygląda, lecz w rzeczywistości było zupełnie inaczej. Obudziłem się jak zwykle koło dziesiątej rano. Deszcz bił o szyby już od kilkunastu dni i nic nie zapowiadało zmiany pogody. W piżamie, starym szlafroku i rozdeptanych pantoflach przeszedłem do kuchni. Nalałem wody do czajnika, postawiłem go na maszynce, ukroiłem kilka kromek chleba. Potem zajrzałem do lodówki, wyjąłem pokrojoną wędlinę, kawałek sera, butelkę mleka... Szykowałem sobie śniadanie słuchając radia, w którym podawano, jak co dzień o tej godzinie, najnowsze wiadomości. Następnie z filiżanką kawy w dłoni usiadłem w moim ulubionym fotelu i przeglądałem gazetę, którą jak zwykle listonosz wsunął mi pod drzwi. Byłem jeszcze bardzo senny, co niepokoiło mnie trochę, gdyż od kilkunastu dni zasypiałem bardzo wcześnie, a kiedy budziłem się rano, ledwo mogłem sobie przypomnieć, co robiłem poprzedniego dnia.

Spojrzałem w okno. Deszcz lał dosłownie strumieniami, spływając po szybach rozedrganymi strugami wody. Nie była to najlepsza pogoda na mój reumatyzm. Mimo jeszcze dość młodego wieku zaawansowana choroba uniemożliwiała mi dłuższe stanie na nogach, toteż nawet w domu korzystałem od czasu do czasu z wózka inwalidzkiego, nie mówiąc już o wyjściach do miasta, które starałem się ograniczać do niezbędnego minimum. Wypiłem jeszcze jedną filiżankę kawy, kieliszek koniaku i zabrałem się, jak zwykle o tej porze, do pisania pamiętnika.

Pisałem do południa, po czym, zjadłszy lekkie drugie śniadanie, położyłem się i oglądałem z wideokasety stary film Przeminęło z wiatrem. Podczas sceny, w której aktorka spada ze schodów, wyłączyłem telewizor, powlokłem się do łazienki i napełniwszy wannę wodą siedziałem w niej chyba z godzinę, gimnastykując moje chore nogi.

Po południu gęsta mgła przylgnęła do okien. Zjadłem obiad z gotowych produktów, które były w lodówce, nalałem sobie dużą wódkę i do wieczora grałem sam ze sobą w szachy. Potem piłem herbatę, oglądałem telewizję, przygotowywałem kanapki, czytałem i jak zwykle około dziesiątej, czując nieprzepartą senność, położyłem się spać, gdy przez moje mieszkanie przebiegł nagły wstrząs.

 

Zachwiały się książki na regale, spadł długopis z biurka, zabrzęczały szklanki w kuchni. Trzęsienie ziemi, pomyślałem, przecież na tej szerokości geograficznej to niemożliwe. Zapaliłem światło, wstałem z łóżka, usiłowałem otworzyć okno, ale widocznie zamek się zaciął. Usiadłem w moim wózku, zapaliłem papierosa i włączyłem telewizor Spiker monotonnym głosem obwieszczał, że jakaś odbita fala sejsmiczna przechodzi pod naszym miastem, należy zachować spokój... Następny wstrząs rzucił wózkiem o ścianę, posypały się książki z regału, zamigotało swiatło. Chwyciłem za słuchawkę telefonu, lecz nie było sygnału. Jeszcze lekkie drżenie przebiegło przez cały pokój i po chwili zjawisko ustało. Ja jednak byłem zupełnie wybity ze snu.

Przejechałem przez kuchnię, rozgniatając kołami wózka skorupy talerzy i potłuczone szklanki. Chciałem wyjrzeć na korytarz, lecz zamek u drzwi wejściowych nie chciał ustąpić. Wróciłem do pokoju. Na szczęście telefon już działał, więc zaraz wykręciłem numer policji. Ktoś odpowiedział mi obojętnym głosem, żebym się niczego nie obawiał i nie wychodził z mieszkania, po czym odłożył słuchawkę. W telewizji spiker w kółko powtarzał komunikat o fali sejsmicznej. Wyłączyłem aparat, otworzyłem barek i sięgnąłem po butelkę wódki, która na szczęście ocalała. Nasłuchiwałem szmeru rozmów sąsiadów, gdy światło zgasło.

Cisza. W absolutnych ciemnościach przejechałem do kuchni i wyciągając kolejne szuflady szafek macałem w nich rękami w poszukiwaniu świec, które gdzieś tu miałem schowane razem z latarką elektryczną. Jednak niczego nie znalazłem. Po omacku sprawdziłem w przedpokoju korki automatyczne, ale nie wyskoczyły. Wróciłem do pokoju popijając z butelki. Świecąca tarcza zegarka pokazywała pierwszą w nocy.

Siedziałem tak ze dwie godziny paląc papierosy i sącząc alkohol. Przez okno niczego nie można było dostrzec. Program w telewizji już się skończył, a w telefonie znowu nie było sygnału. Poczułem wreszcie nachodzącą mnie senność. I właśnie miałem kłaść się spać, gdy usłyszałem trzask otwieranych drzwi.

Pierwszy kaprys Reginy

Emanuel przebudził się z popołudniowej drzemki, lecz jeszcze doskonale pamiętał, co mu się przyśniło. Zbierało się na deszcz i ciężkie chmury zasłaniały już cały horyzont. Emanuel czuł narastający ból głowy i łamanie w kościach na skutek spadku ciśnienia i dużej wilgotności powietrza, chciał jednak zwlec się z łóżka, zrobić sobie herbaty i zażyć aspirynę, gdy delikatna, szczupła dłoń podsunęła mu szklankę z gorącym napojem. Po chwili na drugiej otwartej dłoni zobaczył tabletkę.

Niech pan zażyje, to panu dobrze zrobi, usłyszał głos młodej dziewczyny, którą wczoraj przyjął, aby ugotowała mu coś od czasu do czasu. Dziewczyna w białej bluzce nachyliła się nad nim. Była to właściwie pielęgniarka, skierowana do niego z opieki społecznej. Podniosła mu wyżej poduszkę, a on nachylił się nieco, patrząc na jej świeżo wyprany i wykrochmalony biały fartuch, przewiązany paskiem. Była albinoską. Rzęsy, brwi i włosy miała zupełnie jasne, nieomal bezbarwne i bladą, lekko zaróżowioną pociągłą twarz, od której odcinały się o ton ciemniejsze małe usta. Posprzątałam panu trochę i zaraz muszę iść, powiedziała cichym głosem. Zdjęła fartuch, przełożyła przez krzesło i widząc, że Emanuel przewrócił się na drugi bok, wyszła na palcach, ostrożnie zamykając za sobą drzwi.

Na podwórku czekał już na nią ten poznany przed tygodniem facet, wielki, barczysty brunet o kwadratowej szczęce pokrytej silnym zarostem i dłoniach porośniętych gęstym, czarnym włosem. Skórzane spodnie naprężały mu się na udach, kiedy zapuszczał motocykl. Dziewczyna ciaśniej owinęła się płaszczem i siadając za tym facetem powiedziała coś, czego on nie usłyszał, rozgrzewając silnik.

Szybko minęli topolową aleję, po czym droga skręciła w niewielki zagajnik, który z drugiej strony przylegał doszosy, prowadzącej do miasta. Mężczyzna skręcił nagle w boczną ścieżkę i po chwili zatrzymał motocykl przy kępie dopiero co rozkwitłych krzewów dzikiego bzu. Chwycił dziewczynę wpół, wpakował jej w usta zwiniętą chusteczkę od nosa, rzucił ją na trawę, a następnie leżąc na niej, rozwarł udami jej zaciśnięte kolana, zsunął sukienkę na brzuch, rozerwał białe figi w drobne, różowe kwiatuszki, po czym odpiął guzik u spodni, zsunął ekspres i wyjął ciemny, wyprężony członek, ale ledwo zdążył wsunąć napęczniałą, purpurową żołądź między jej wargi sromowe, okolone drobno poskręcanymi, białymi włoskami, otrzymał cios w głowę od mężczyzny, który sikając za drzewem obserwował całą scenę.

Kiedy zadawał mu cios w głowę ciężkim kluczem, który wziął z zaparkowanego nie opodal samochodu, miał na sobie biały, aksamitny garnitur i koszulę w kolorze gołębim oraz szaro-różową apaszkę wsuniętą pod kołnierzyk. Ściągnął tego faceta z dziewczyny, podniósł ją, wyjął jej z ust chusteczkę, posadził na tylnim siedzeniu swojej jasnoniebieskiej limuzyny i odjechali w stronę miasta.

Po drodze, na przedmieściu, mężczyzna zatrzymał samochód, dziewczyna wysiadła, weszła do starej willi, w której mieściło się przedszkole, odebrała swego małego synka i kiedy już z nim wychodziła, zauważyła tamtego faceta, pędzącego na motocyklu. Szybko wsiadła wraz z synkiem do samochodu i odjechali. Po kilku minutach, klucząc po wąskich ulicach, zgubili motocyklistę.

Zatrzymali się przed wielkim, zielonym namiotem. Stojąca przed nim tablica głosiła, że tu można zobaczyć zabalsamowanego wieloryba. We troje weszli do słabo oświetlonego pomieszczenia, wykupując uprzednio bilety, i z zainteresowaniem przyglądali się leżącemu na specjalnym postumencie ogromnemu cielsku, a właściwie odpowiednio spreparowanej skórze. W powietrzu unosił się zapach tranu. Obeszli wraz z innymi zwiedzającymi wieloryba dookoła, przeczytali na odpowiedniej tablicy, ile ważył i ile zjadał dziennie, i wyszli z namiotu.

Lecz brunet czyhał na nich przy samym wyjściu. Chwycił małego synka albinoski i zaczął z nim biec w kierunku motocykla. Mężczyzna w białym garniturze był jednak szybszy. Dopadł go i obezwładnił ciosem w szyję, po czym wyrwał mu z rąk chłopca. Zaraz też zjawili się policjanci, skuli kajdankami ręce bruneta i wsadzili go do samochodu policyjnego.

Albinoska już po raz drugi wyraziła wdzięczność mężczyźnie w białym garniturze, gołębiej koszuli i szaro-różowej apaszce na szyi. Ponownie we trójkę wsiedli do jasnoniebieskiego wozu i odjechali.

Po kilku minutach jazdy małemu chłopczykowi zachciało się siusiu. Mężczyzna zatrzymał samochód na poboczu, matka wysiadła z dzieckiem, jednak z bramy pobliskiego domu wypadł wielki, czarny pies i rzucił się na chłopca. Na szczęście mężczyzna zdążył uprzedzić jego atak i kilkoma celnymi kopniakami odegnał zwierzę. Dziewczyna po raz trzeci wyraziła mu swoją wdzięczność, po czym rozpięła spodenki chłopcu, ujęła w dwa palce jego malutki członek i dziecko wysiusiało się spokojnie.

Znowu wsiedli do samochodu i odjechali, lecz już przy najbliższej przecznicy musieli się zatrzymać. Ulicą przechodził kondukt pogrzebowy poprzedzany przez księdza w czarnej sutannie i asystujących mu dwóch ministrantów w białych komżach. Dziewczyna wysiadła na chwilę z wozu, a wtedy mężczyzna w białym, aksamitnym garniturze zatrzasnął drzwiczki, zapuścił silnik i szybko odjechał wraz z jej synkiem, skręcając w ulicę ukośnie dochodzącą do skrzyżowania.

Albinoska przyłączyła się do orszaku pogrzebowego, który zaraz przeszedł przez bramę pobliskiego cmentarza. Razem z czarno ubranymi ludźmi doszła aż do rozkopanego grobu, nad którym stali czterej grabarze, oparci na łopatach i patrzyli obojętnie, jak ksiądz w asyście dwóch ministrantów odprawia egzekwie nad trumną. Potem patrzyła na grabarzy, jak nie mogą sobie poradzić ze spuszczeniem trumny na linach do wnętrza grobu. A kiedy już zasypali grób ziemią i uklepali łopatami mogiłę, dziewczyna wyszła z cmentarza i udała się do najbliższego posterunku policji.

Określiła dokładnie mężczyznę w białym garniturze i okazało się, że go właśnie schwytano i osadzono w areszcie. Jeden z policjantów zapalił pochodnię, otworzył żelazne drzwi i powiedział, żeby szła za nim w dół po kamiennych; śliskich stopniach ciemnych schodów.

Półokrągłe, okopcone sklepienie było miejscami tak niskie, że musieli pochylać się, aby nie dotykać głowami kamieni, z których gdzieniegdzie kapała woda. Policjant wyjaśnił dziewczynie, że w tym miejscu przepływa nad nimi strumień. Nagle zza ściany usłyszeli szczekanie psa. Policjant znowu jej wyjaśnił, że do schodów przylega z zewnątrz ściana domu położonego w najniższej części miasta. Potem usłyszeli nad sobą tupot wielu nóg. Policjant wyjaśnił, że właśnie przechodzą pod powierzchnią placu, na którym stoi namiot z zabalsamowanym ciałem wieloryba.

Szli teraz długim, nieco pochylającym się w dół korytarzem, wyłożonym czarną granitową kostką, który kończył się żelazną kratą niewielkiej celi. Policjant przybliżył pochodnię do żelaznych, zardzewiałych prętów i w jej świetle dziewczyna ujrzała bruneta w czarnej kurtce oraz mężczyznę w białym garniturze, a pomiędzy nimi jej małego synka. Policjant zatknął pochodnię w specjalny uchwyt, a mężczyźni wraz z jej synkiem podeszli do samej kraty.

Dziewczyna oparła się o ścianę, tuż obok pochodni i rozkraczyła nogi, a policjant rozpiął pasek u spodni, opuścił je do kolan i zsunął do połowy ud granatowe majtki. Dwaj mężczyźni i dziecko obserwowali jego owłosione poruszające się pośladki, póki trzy razy pod rząd nie wytrysnął nasieniem do wnętrza dziewczyny. Wówczas odstąpił od niej, uchylił drzwi celi, wyciągnął z niej chłopca i zamknął je na powrót.

A wtedy albinoska ujęła lewą dłonią swojego synka za rękę, prawą zaś chwyciła za jaja policjanta i jednym ruchem wyrwała mu je z podbrzusza. A kiedy rzucił się napodłogę wyjąc z bólu, pchnęła ramieniem małe, boczne drzwiczki i po chwili była już wraz ze swoim dzieckiem na zalanym słońcem głównym placu miasta.

Zaraz też weszli do domu towarowego i w stoisku z zabawkami, mieszczącym się na parterze, kupiła chłopczykowi niewielką, kolorową trąbkę. Jej piskliwe dźwięki zaczęły mieszać się z hasłem, jaki panował o tej porze przy stoiskach.