ZarazaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Krakowski

Zaraza

Saga

Zaraza

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1987, 2021 Jacek Krakowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726823202

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Czujemy w jednym świecie, a myślimy i nazywamy w drugim; możemy ustalić między nimi zgodność, ale nie możemy zapełnić dzielącej ich przestrzeni.

marcel proust

Obietnica wiecznej szczęśliwości

Ja, Regina Kalamus, kobieta czterdziestoletnia, przebudziwszy się stwierdziłam, że zaspałam. A przecież wczoraj nakręciłam budzik i nastawiłam go na godzinę szóstą rano. Co prawda wieczorem wyleciał mi z rąk, szkiełko stłu- kło się i rozsypało po podłodze, ale chodził w dalszym ciągu. Teraz jednak nie słyszę jego monotonnego cykania.

Drugi zegarek stoi w kuchni na lodówce, ale tak mi się nie chce wstać. Leżę tu sobie w moim wygodnym łóżku pod puchową kodrą i właściwie mogłabym zdrzemnąć się jeszcze trochę. Na budziku jest piąta, lecz chyba będzie gdzieś koło ósmej. Odchylam zasłonę w oknie, nie podnosząc się z łóżka. Na dworze jest jeszcze ciemno. Czyżbym przespała cały dzień?

W moim łóżku jest tak ciepło, że wcale mi się nie chce wstawać, jednak niepokoi mnie ta ciemność. Nigdy w zasadzie nie budzę się w nocy. Naciskam guzik lampki, lecz żarówka nie zapala się. Prawda, zepsuła się już w zeszłym tygodniu. Chociaż wczoraj, o ile sobie przypominam, wkręcałam nową.

Jednak muszę wstać. Siusiu mi się chce, nie wiem, która godzina, na dworze ciemno. Usiłuję odrzucić kołdrę, ale nie mogę sobie z nią dać rady. Przecież jest taka lekka, zrobiona z tej małej pierzynki, która leżała w szafie. A teraz przygniata mnie swym ciężarem.

Jest mi ciemno i ciężko. Musiałam się chyba spocić, bo niteczki chłodnej wody dotykają mych boków i ramion. Jest mi duszno i ciepło. Koszula lepi mi się do nóg, a ja nie mam siły poruszyć ręką, aby ją podwinąć. Całe szczęście, że wystawiłam stopę spod kołdry. Czuję, jak cienkie strumyczki chłodnej wody przesączają się między palcami, łaskocząc mnie w piętę.

Poruszam dłońmi, chcąc ściągnąć z piersi tę ciężką, dławiącą kołdrę, lecz palce zagłębiają się w wilgotny, gęsty piach. Mam pełne garście ziemi, w której wyczuwam drobne, obłe kamyczki. Boję się odezwać, aby piasek nie zasypał mi gardła. Boję się otworzyć oczy, aby kamienie nie uszkodziły mi źrenic.

Leżę tak w ciszy, lecz po chwili z góry dolatuje mnie jakiś szmer. Ziemia porusza się, przesypuje. Ciężar jakby trochę zelżał i teraz już czuję wyraźnie ruch wokół siebie. Obsypują się drobne kamienie, narasta szum i nagle czyjaś ciepła dłoń zgarnia z mej twarzy mokry piach. Otwieram oczy. Słońce stoi w zenicie, a łagodne fale ciepłego morza obmywają moje bose stopy.

Trzech nagich mężczyzn zbiera ze mnie resztki muszli i wodorostów, które przylgnęły do mojej nocnej koszuli z różowego weluru. Po wysokim, jasnym niebie przesuwają się wolno lekkie obłoki, a oni, pochyleni nade mną, wygarniają dłońmi piach spod moich ramion i bioder. Dzień jest wyjątkowo upalny.

Wiedziałam, że tu przyjdą nadzy i bosi, bez śniadania nie ogoleni i nie domyci. Cóż by zrobili beze mnie? Musieli się dosyć długo nabiegać po tej plaży, nim znaleźli mnie tu, leżącą co prawda dość płytko na granicy ziemi i wody, zaledwie kilkanaście centymetrów pod warstwą mokrego piachu. I tak dobrze, że zrobiła się taka ładna pogoda. Inaczej na pewno dostaliby kataru, a ja później musiałabym ich kurować w domu. Trochę się zmęczyli, ale nic nie przychodzi bez wysiłku. Mogłam być ukryta gdzieś pod wydmą lub przysypana kamieniami. Niech się cieszą, że im tak łatwo ze mną poszło.

Jacy są niezgrabni i śmieszni ze swoimi dyndającymi goliznami, zdyszani i zmęczeni odrobiną wysiłku, który musieli włożyć w moje odkopanie. A przecież plaża jest tu prześliczna, piasek miałki i biały, woda nagrzana słońcem. Powinni mi być wdzięczni za ten ruch na świeżym powietrzu, który na pewno pójdzie im na zdrowie. Noszą teraz w dłoniach wodę i spłukują ze mnie piasek. Oczywiście, żaden z nich nie pomyślał, żeby wziąć ze sobą ręcznik albo szlafrok kąpielowy — ten chiński w duże, różowe kwiaty — czy okulary przeciwsłoneczne.

Wdycham głęboko wspaniałe morskie powietrze i przyglądam się ich krzątaninie. Ciekawe, czy dadzą radę, żeby mnie podnieść? Śmiać mi się z nich chce, ale zachowuję powagę udając, że wpatruję się w niebo. Nie będę im psuć powagi chwili. Naradzają się teraz, ale żaden z nich nie pomyślał, żeby mi przynieść świeżą koszulę, chociaż w bieliźniarce leży cały tuzin wiosennych, letnich bez rękawów, jesiennych i zimowych z ciepłej, grubej popeliny. Siusiu chce mi się coraz bardziej i czuję, że będę musiała im zepsuć poważny nastrój tego słonecznego dnia. Podchodzą wreszcie do mnie.

Już sobie wyobrażam, ile musieli się namedytować, jakich wykrętów użyć, aby nie iść do pracy, jacy są głodni, zmęczeni i wściekli, że musieli oderwać się od swych codziennych manii, przyjść na plażę — na pewno nie pomyśleli o tym, żeby zamówić taksówkę — i wykopać mnie własnymi rękami z nadmorskiego piasku. Oczywiście zostawili zapalone światło w łazience i zamknęli drzwi tylko na jeden zamek albo, co gorsza, zostawili otwarte. To do nich podobne. Już wyobrażam sobie ten bałagan w domu. I górę statków do zmywania.

Najmłodszy, cherlawy dwudziestolatek, mój syn Dionizy, bierze mnie za ramiona, średni, z wyraźnie zarysowującym się brzuszkiem, mój czterdziestopięcioletni mąż Teodor, obejmuje mnie w pasie, a jego siedemdziesięcioletni ojciec, a mój teść, Emanuel o zapadłej piersi, gęsto porośniętej siwym włosem, ujmuje mnie za nogi. Stękając, podnoszą mnie i grzęznąc w piachu niosą przez plażę.

Słońce przypieka, morze szumi, koszula na mnie prawie wyschła. Spod oka przyglądam się zaczerwienionej i spoconej twarzy Teodora, nasłuchuję przyśpieszonego oddechu Dionizego, wyczuwam na swoich kostkach tracące siłę palce Emanuela. Nic nie mówiąc do siebie, niosą mnie po stoku wydmy. Piach osuwa im się spod stóp, upał praży głowy, wreszcie Dionizy potyka się, a ja wpadam niby w gorącą, miękką pierzynę. Wtedy właśnie ulżyłam swemu wypełnionemu pęcherzowi.

Odsapnęli chwilę i ponieśli mnie dalej, póki nie doszli do naszego mieszkania, weszli do łazienki, w której oczywiście paliło się światło, i wrzucili mnie do wanny, pełnej dawno wystygłej wody.

Fakty z życia Teodora

Było tak: pralka łomotała odwirowując bieliznę, w telewizji zapewniano, że będzie więcej, ja goliłem się maszynką elektryczną, a w radio, jakby nigdy nic, grali sobie Kwartet smyczkowy a-moll op. 132 Ludwika van Beethovena. Daj mi papieroska, zawołała Regina z ubikacji, bo nie mogę zrobić kupy. Odłożyłem golarkę, w chwili gdy jakiś łysy facet w TV coś stwierdzał, podałem jej zapalonego papierosa, odbiło mi się, a w radio rozpoczęła się właśnie trzecia część Kwartetu a-moll Pieśń dziękczynna cudownie uzdrowionego poświęcona Bóstwu, w tonacji lidyjskiej. Co, zawołała z ubikacji Regina. Pieśń dziękczynna odkrzyknąłem włączając maszynkę. A teraz zapraszamy państwa na program poświęcony zagadnieniom rozbrojenia nuklearnego, powiedziała telewizja. Pralka zaczęła wypluwać wodę do zlewu. Emanuela nie dzwoniła, krzyknąłem w stronę ubikacji, rozpinając rozporek, bo spodnie wciskały mi się w brzuch. Dzwoniła, pisała akurat pozew o rozwód, usłyszałem głos Reginy, a po chwili szum spuszczanej wody. Instrumentaliści grali z nadzwycżajnym przejęciem, pralka trzęsła się od wirowania, w TV startowały rakiety międzykontynentalne, a ja wyłączyłem maszynkę. Nie może już z tym pijakiem wytrzymać, powiedziała Regina wychodząc z ubikacji. Pralka zatrzęsła się i znieruchomiała. Wklepywałem sobie w policzki wodę kolońską. Telewizor umilkł, pokazując zegar. Dziwię się, że tak długo z nim wytrzymała, rzekłem ściągając spodnie i sweter. Regina myła ręce pod kranem. Co mówisz, zawołała, zlew się zatyka, ledwo ta woda przelatuje. Właśnie wtedy zakładałem szlafrok, a na podwórku zaczął szczekać pies. Że i tak długo z nim wytrzymała. Kwartet wykonywano po prostu nadzwyczajnie. A nie ma u nas takiej gumy do przepychania zlewu? Długie, przetrzymywane dźwięki skrzypiec zda wały się wzlatywać ku dalekiemu niebu. Weszła Regina, włączyła odkurzacz, a z telewizora buchnął sygnał dziennika. On teraz oczywiście ją przeprasza i w ogóle zrobił się idealny. Zapaliłem papierosa. Gdzieś było to do przepychania. Czy ty nie masz czasem sraczki, spytałem Reginę, bo mnie coś tak kręci w brzuchu, pewno po tym ciastku. To weź sobie węgiel. Posłuchaj, jaka świetna jest tutaj wiolonczela. Regina wyłączyła odkurzacz, a w telewizji powiedziano, że rośnie. Pobiegłem do ubikacji. Zaparz mi mięty z dziurawcem, zawołałem ściągając majtki. Mam tylko miętę, a ja rru. A jaki smród. Jest taki epizod w Ulissesie, kiedy bohater siedzi w ustępiei czyta gazetę. Pochylony przeczytałem tytuł pod nogami: Kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? No kto, pomyślałem, ja, o matko, jak mnie kręci w brzuchu. Beethovena też często brzuch bolał. Regina smażyła kotlety na kolajcę. Tylko nie dawaj za dużo cebuli. Troszeczkę, do smaku. Siedziałem podparłszy ręką głowę, gdy zadzwonił telefon. Nie mogłem zrozumieć tego, co mówi Regina. Kotlety się przypalają, zawołałem. Dionizja urodziła dziewczynkę, powiedziała Regina, przestawiając patelnię. Co ty powiesz, kiedy? Wczoraj w nocy. To fajnie. Podcierałem się właśnie, gdy usłyszałem trzy dzwonki do drzwi. Ja otworzę, spuściłem wodę, w kuchni podciągnąłem majtki, poprawiłem sobie genitalia i owinąłem się szlfarokiem. Wszedł Reginald. Może byście przyszli jutro wieczorem do nas? Wstawiłem wodę na herbatę. Dionizja urodziła córkę. Wejdź. Myłem ręce. Nie będę się rozbierał, zaraz lecę. Regina odłożyła słuchawkę i ściszyła telewizor. Może wpadniemy, tak koło ósmej. Pieśń dziękczynna dobiegała końca. Dobra, przyjdziemy, a co u was? A nic. No to cześć. Nalałem wody do miski, przekręciłem zamek w drzwiach. Regina obierała ogórki, radio umilkło.

 

A może, powiedziałem całując ją w kark, a może byśmy tak sobie trochę pofiglowali przed kolacją. Kotlety ostygną, odparła Regina całując mnie w nos. Zdjąłem szlafrok, ściągnąłem majtki, postawiłem miskę na podłodze i spytałem, dlaczego to radio nie gra, bo przecież są jeszcze dwie części. Nie wiem, odparła Regina, a brzuch ciprzeszedł. Już dosyć dobry, odparłem, podmywając się Jest dzisiaj jakiś film? Nie wiem. Właśnie zaczęła się czwarta część Kwartetu smyczkowego a-moll op. 132 Ludwika van Beethovena, Regina nalewała herbatę, a ja wycierałem się granatowym ręcznikiem, gdy światło zgasło.

Znowu! Gdzie są świece? W stole. Cholera jasna. Zaraz zapalę. Przecież miałam przeprasować spódnicę. No i mamy wieczór przy świecach. Uważaj. Zapałki są na piecu. No już. Gdzie jest wódka? Na oknie. A keczup? W lodówce. Może to tylko u nas? Nie, to na pewno w całym domu, jak zwykle. Trzeba zdzwonić, żeby naprawili. Masz numer? Zapisany w notesiku. A gdzie notesik? Na półce. Masz? Mam. Postaw tu świeczkę. Uważaj, żeby nie kapała. Dobra, widzę. Zadzwonisz? Już kręcę. Chciałbym zgłosić awarię prądu w domu przy ulicy. Już wiedzą. Kiedy? Za godzinę. Dobranoc. No to już. Jedzmy. Ja tylko trochę, niedawno jadłam. Dobre te kotleciki. Dostałam mielone. A cukier? Został w kuchni, zaraz przyniosę. To cholery, miał być film. No widzisz. Niczego nie może sobie człowiek zaplanować. Czemu nie jesz, Teodorku? Co? No jedz, nie smakuje ci? Bardzo dobre. No to wypijmy. Nie masz coś dzisiaj nadzwyczajnego humoru. Nie. Coś ci jest? Co ci? Co?

Czuję w sobie jakiś egzystencjalny niepokój. Wiesz, to głupie, ale zdaje mi się, że moja dotychczasowa równowaga za chwilę weźmie w łeb. Albo mnie da po głowie. Sam nie wiem. To jest takie coś tu gdzieś w okolicy serca, trzepotliwy ptak i tu w głowie, jakby czekał mnie jutro egzamin, do którego w ogóle się nie uczyłem. Jest to raczej trema przed codziennością. Co tu gadać o egzystencjalizmach i takich bzdurach. Po prostu boję się, że jutro, gdy zbudzimy się jak zwykle, ty będziesz taka jak zawsze, lecz ja będę musiał coś zrobić czy postanowic, do czego zupełnie nie jestem przygotowany. Rozumiesz? Będę musiał rozstrzygnąć sprawę, o której dotychczas nie miałem pojęcia, ona jednak istniała już od dawna. Szczerze mówiąc, wiedziałem, że istnieje jednak, jak zwykle spychałem ją na dalszy plan, bowiem swoje życie mogłem przeprowadzić, opierając się na innych rozstrzygnięciach. Teraz, niestety, te inne już się wyczerpały i zużyły, a ja zostałem z tą jedną, jedyną historią o wyłącznie alternatywnych rozwiązaniach. Dlatego lęk mnie ogarnia, bo wiem, że nie potrafię wybrać właściwego, tym bardziej że nie będę już się mógł potem cofnąć. To, co zadecyduję teraz, powlecze się za mną przez resztę życia. Nieważny jest w tej chwili konkret, liczy się jedynie moje zachowanie. Być może, uda mi się jeszcze odwlec całą sprawę o tydzień lub miesiąc, ale moment rozwiązania musi nadejść. Nawet gdybym nic nie robił i leżał w łóżku udając chorobę, będzie to także wybór, lecz nie mogę przecież chorować do końca życia. W chwili gdy wstanę, okaże się, być może, że dobrze postąpiłem i jestem uratowany, ale jeśli stanie się tak, że znajdę się wtedy obok i już nie będę miał tu nic do roboty? Jeżeli będę tym, który został odrzucony, a moje pozostałe życie jest równe śmierci lub czemukolwiek, albowiem jestem stracony i zbyteczny? Rozumiesz chyba teraz, dlaczego tak się spieszę. Otóż chcę zdążyć przed tym momentem ostatecznej decyzji. Nawet jeśli okaże się, że to jeszcze nie jest definitywne rozwiązanie sprawy, nawet — załóżmy — jeżeli uda mi się cofnąć i tak już będzie za późno. Zostanie jedynie poddanie, z którego nie potrafię się wydobyć. Ach wiem, nazbyt poważnie traktuję życie codzienne, ale wierz mi, niezwracanie na nie uwagi wymaga ode mnie tyle wysiłku, że od czasu do czasu, gdy moja wewnętrzna uwaga osłabnie na chwilę, zaraz rzuca się ono na mnie ze zdwojoną siłą, a ja oczywiście nie jestem przygotowany na to, aby odeprzeć jego atak.

Nie narzekaj, powiedziała Regina, wyjrzę na korytarz zobaczyć, czy naprawiają już światło.

Podejrzenia Reginy

Kiedy obudziłam się rano i stwierdziłam, że nic się nie zmieniło, zmartwiałam ze strachu. To było na jokropniejsze, co mi się mogło przydarzyć. Rzeczywistość — czy może być coś bardziej przerażającego. Jeżeli przyjmiemy, że nasze istnienie, jakiekolwiek ono by nie było, w swym człowieczym kształcie cielesnym podlega nieustannym zmianom, do których zdążyliśmy się już przyzwyczaić, w takim razie ów przyzwyczajeniowy obraz rzeczywistości powinien być zmienny na tyle, aby współgrać ze zmianami, odbywającymi się w obrębie naszej tożsamości. Tymczasem budząc się i spostrzegając, że otoczenie, które pozostawiłam wczoraj, jest identyczne z tym, które będę musiała znosić dzisiaj, doznałam głębokiego szoku.

Pomyślałam zatem mniej więcej tak: zmiany niewątpliwie musiały zajść, lecz ja ich nie spostrzegam ani nie odczuwam. Znaczy to, że albo zachowuję w sobie jeszcze wczorajszy obraz świata, albo nie jestem w stanie uchwycić zachodzących procesów w ich rzeczywistym zachowaniu, odczytując to, co jest, jedynie z grubsza, pobieżnie, nie wiedząc, co naprawdę kryje się pod ogólnikowym obrazem świata. Jeżeli tak już jest, to trudno, nic na to nie poradzę, bowiem moja kondycja jest taka, a nie inna, ale przebywać w tym, co było wczoraj, a może nawet kiedys dawniej, spowodowane jest niewątpliwie moim lenistwem. Wygląda bowiem na to, iż obraz świata jest mi niejako dany czy narzucony z zewnątrz, a ja zamiast próbować się przez niego przebić, przyzwyczajam całe życie swój umysł do byle jakiego i powierzchownego odbioru tego stanu rzeczy.

Dlaczego dopuszczam do tego, abym zanurzała się coraz głębiej w ową mętną wodę codzienności, przez którą prześwitują zaledwie kontury czegoś, co ja przyjmuję za pewne całości, wdrażana od dziecka do takiego właśnie pojmowania? Czy muszę całe życie już trwać pośród tych obdrapanych mebli, brudnych ścian, nie domytych okien i zakurzonych chodników? Przecież zdaję sobie sprawę, że są to tylko fasady czegoś, co można nazwać namacalnością, i jasne jest, że w świetle moich ułomnych zmysłów będą one wyglądały zawsze tak samo, niezależnie od tego, co rzeczywiście kryje się za nimi. To jest właśnie cała udręka mojego przyzwyczajenia, nie będąca jednak jedynym sposobem postrzegania.

Umysł mój, posługując się wątpliwym w swej jakości przekazem zmysłowym, został po prostu omamiony, poszedł, by tak rzec, na łatwiznę, co nie znaczy, by przyzwyczaił się do tego ułamkowego obrazu świata, polepionego byle jakim klajstrem, wywatowanego jakimiś odpadkami ze śmietniska postrzeżeń, sprawiającego wrażenie całości, jedynie dzięki nieudolnemu działaniu moich zmysłów. Myśl nie podlega przecież ani przestrzeni, ani czasowi, a zatem nie identyifikuje się ze zmysłami, a to, że przyjmuje ich obrazy za swoje, wynika jedynie z naszego wrodzonego lenistwa. Zresztą, od maleńkości byłam do tego przyzwyczajona i to zapewne wywarło główny wpływ na pochopną ocenę otaczających mnie realiów.

Myśl i świat, pomyślałam sobie, w żaden sposób nie są do siebie przystawalne. Owszem, posługują się sobą nawzajem na skutek pewnego zbiegu okoliczności, ale nigdy nie powinny utożsamiać się z sobą i przedstawiać się sobie w formach zaczerpniętych nie ze swojej dziedziny. Lęk mnie ogarnął, bowiem zdałam sobie nagle sprawę, że i ja mogę nie być tą, która jest. W jednej chwili wydało mi się, że tracę ostatnią ostoję, jaką była moja osoba.

Ale nie straciłam swojej myśli! Nigdy, powiedziałam do siebie, to jedyny, prawdziwy i rzeczywisty punkt oparcia, któremu mogę zaufać. Czymkolwiek by ona nie była, kształtuje się we mnie, panuję nad nią i kieruję nią na swój sposób, a więc — jakieś „ja” w postaci czegoś indywidualnego istnieje. Nie może to być jeszcze jedno przyzwyczajenie, bowiem dopiero dzisiaj pomyślałam o takim właśnie postawieniu sprawy. Jeżeli jednak jestem w stanie zapanować nad swoimi myślami, powinnam także zapanować nad obrazem świata, a nie poddawać się jego zwodniczej aurze, która leniwie faluje wokół mnie sprzętami, przyczynami, powinnościami, zwyczajami, przepisami, pewnymi jak to określiłam — zmowami, dotyczącego właśnie takiego i jedynego porządku rzeczy.

Ależ to jest tylko jedna z możliwości, powiedziałam do siebie, a kto wie, czy ona w ogóle jest możliwa. Zauważyłam bowiem, że zmowy te, pokutujące w nas od iluś tam wieków czy tysiącleci, mogą być najzupełniej przypadkowe. Po prostu — kiedyś, bardzo dawno temu, każdy z ludzi miał taki obraz świata, na jaki go było stać, i niewykluczone, że któryś z nich postrzegał rzeczywistość taką, jaka jest naprawdę. W ciągu wieków przystosowano się zapewne do obrazu wymagającego minimalnej siły umysłowej do jego przyswojenia. I tak już pozostało. Rzeczywistość została zredukowana do przyczynowości, a w tej z kolei prym wiedzie użyteczność, zawężająca się dodatkowo do własności. Bałam się potwornie, lecz w tej samej chwili pomyślałam, iż myśli moje o tym, że jest inaczej, świadczą, że tak właśnie jest i zaraza świata tego jeszcze mnie nie dotknęła.

Wyszłam z łóżka, owinęłam się starym, dziurawym szlafrokiem i trzęsąc się z zimna postawiłam czajnik z wodą na maszynce. Za oknem sypał śnieg, a w moim maleńkim pokoiku, który od kilku lat wynajmowałam, było chyba z dziesięć stopni. Nie poszłam dzisiaj do pracy i przysięgłam sobie, że nigdy więcej nie pójdę. Tak, pomyślałam, najwyższy czas, aby odzwyczaić się od wszelkich zmów, które krępują mój umysł fałszywie ułatwionym fantomem rzeczywistości. Nie twierdziłam, że brały w tym udział jakieś konkretne osoby. Pomyślałam jedynie, iż jest to coś w rodzaju równania do dołu, a dno, jak wiadomo, ma tę właściwość, że jest na końcu.

Ludzie nie mają czasu, aby się tym zająć szczegółowo, ale ja będę miała czas. Właśnie od dzisiaj. Oderwę się od tego, co przez te wszystkie lata musiałam przyjmować jako dane; dlaczego, kto mi to dał i po co, kiedy wcale tego nie chciałam. Ha, widocznie musiałam, aby nie wydawać się inną. Pojęłam nagle, że musiałam być taka sama, gdyż w przeciwnym wypadku nie umiałabym się poruszać w tym, co na mnie czekało. Ale nie dziś, powiedziałam sobie, i już nigdy.

Rozpaliłam ogień w piecu, usiadłam na stołku i pijąc herbatę — wczorajsze fusy zalane wrzątkiem — zaczęłam się zastanawiać, od czego zacząć odzwyczajać się na początek. Obrazy, pomyślałam, widzenia, to co moje niedoskonałe oczy przyjmują za istniejące, jest przecież jedynie tym, co one mogą dostrzec. Widzą, ale nie mogą zobaczyć, gdyż przyzwyczaiłam się do ich sposobu patrzenia. A przecież powinno być odwrotnie — trzeba zobaczyć to, co się wymyśliło, trzeba słyszeć to, co słyszy już wewnętrzny słuch, a wszystko po to, aby przekonać swoje ciało, iż nie jest ono tym, za które się uważa. Obraz, przyzwyczajeniowo rzecz jasna, spełnia w naszym ogólnikowym bytowaniu niewątpliwie najważniejszą rolę. Zaciemniając jednocześnie w największym stopniu właściwy sens, stwarza zarazem możliwość najbardziej bezpośredniego dowodu, że to, co widzimy, nie jest tym, co nas naprawdę otacza. Słuch, węch, smak, dotyk — oczywiście, ale w największym stopniu przemawiający do wyobraźni jest...

I tu przyłapałam się na podstawowym błędzie. Przecież to wyobraźnia ma ukształtować ów obraz, a właściwie jej najbardziej niezależna od zewnętrznego świata część — sfera zmyśleń. Stanowi ona, w takiej jak dotychczas postaci, jedynie pewne curiosum, nie przystające do ułatwionego widzenia świata, skazane zapewne na zniszczenie. Po cóż bowiem wyobrażać sobie cokolwiek, jeśli tego i tak nie ma — z punktu widzenia przyzwyczajeniowej rzeczywistości. Ostatecznie zmyślenie mogłoby być jeszcze jedną z możliwości, lecz dla mnie jest koniecznością, stanowiąc podstawę niepodważalnego „ja”, jedynej siły, dzięki której mogę podjąć walkę ze światem.

Ktoś zapukał do drzwi, ale nie otworzyłam. Pukanie powtórzyło się. Nie odzywałem się, obserwując poruszaną z zewnątrz klamkę. Ktoś jeszcze raz zapukał i odszedł. I tak przecież nie otworzyłabym, pomyślałam, bo byłabym w pracy. Nie słyszałabym tego pukania ani nie widziałabym poruszającej się klamki. Nic bym o tym nie wiedziała, a jednak by to nastąpiło. Co to znaczy, no co to właściwie znaczy?

 

Ktoś, pomyślałam, albo pomylił mieszkania, albo zapomniał, że wychodzę rano do pracy — może sąsiadka, a w takim razie nie poddał się wczorajszemu obrazowi świata, zapomniał o nim. Właśnie, powiedziałam do siebie, pierwsza sprawa to zapomnieć o tym, co jest, wprowadzając w zapomniane miejsca zmyśleniowe widzenie rzeczy, takich, jakimi są naprawdę. Popatrzyłam na mój kubek z obtłuczonym uchem, który lśniąc rubinowo mocarzom dawał przedsmak mojej słabej herbaty. Jest, zawołałam, jest! Ruszyli ukosem, ciągnąc juczne zwierzęta przez kryształ wyszczerbionego spodka, a powycierana cerata miała żółtą plamę. Och, jakież to trudne, pomyślałam, a jednak przy pewnym wysiłku możliwe. Zaraz, spróbuję jeszcze raz.

Dorzuciłam węgla do pieca, a czarny sztorm przeszedł nad purpurowym miastem, kiedy moje nogi, przeźroczyste i ciche, odrzucały sygnał rozpostarty z trzaskiem nad popiołem dobroci. Pędźcie, moje ogniste okna, przez rupiecie, lecz lampy niech myszką malutką... A kysz! Mysz na pewno była w tym mieszkaniu. Słyszałam przecież wyraźnie jej szurnięcie. Na pewno siedzi za rozlatującą się ze starości szafą. Straciłam wątek.

To jednak bardzo trudne, pomyślałam, ale trzeba próbować, nie wolno się poddawać. Moja ostatnia szansa, aby dowiedzieć się, jak jest naprawdę. Zatkałam uszy koreczkami z waty, ugryzłam kawałek czerstwego chleba i żując go zamknęłam oczy. A kiedy je otworzyłam, już biegli ku mnie owi piękni, błękitni, a woda przelewała się z niebieskch wysp i podmorskie schody unosiły moją kuchnię wielkimi, białymi skrzydłami. Esse, esse, usłyszałam szepty zwinięte w załomach muszli. Przepastni ciszą odmykaliśmy wymowę szumiących dłoni i wtedy marmur solniczki ukazał pochód świętego pokłonu, wirujący śmiechem, płonący...

Noga mi ścierpła. Wstałam z krzesła i dorzuciłam kilka bryłek węgla do pieca, a kiedy odwróciwszy się spojrzałam na mój pokój, wiedziałam, jak jest naprawdę. Szafka na bieliznę była niedobrym snem mojej niedawno zmarłej matki, która właśnie wydawała w niej huczne przyjęcie na cześć mojego męża. Porzuciłam go na skraju tego wyblakłego zaklęcia, mierzącego swą dobrotliwą miną bystre, zżółkłe firanki. Ten spacer wiosenny, w którego głosie poznałam od razu przemykanie drobnej sierści. To tu po przez granie smaku płynęłam pesząc odwie, a smal welpego derpowia wygrzebywałostwiąguklabcde...

Tak, nareszcie wiedziałam, co to znaczy. Wiedziałam już, że nie jest, jak było, chociaż nie byłam w stanie pojąć tego nowego, ale zdawałam sobie sprawę z jego możliwości. Trzeba natychmiast stąd wyjść, pomyślałam. Ta podłoga w każdej chwili może okazać się śnieżnym pyłem zamieci. Tajemnica, jeżeli ona w ogóle istnieje, jest niewątpliwie straszna, ale straszna w tamtym, wczorajszym rozumieniu, lecz ja już jestem dziś i nie poddając się zmowom lęku ani szczęścia, ani nadziei, ani rozkoszy, ani bólu, ani żadnej innej rzeczy, do której przyzwyczaił mnie świat, wyjdę stąd, aby ujrzeć zmyślenie Ziemi.

Założyłam moją starą, przenicowaną jesionkę, filcowy beret i buty i wyszłam na ulicę. Już schodząc po schodach zauważyłam, że pęcznieją, ukazując pod swoją powierzchnią różową kaskadę, pełną syren i aniołów, ale udałam, iż tego nie dostrzegam, nie chcąc poprzestać na byle czym.

Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało tak jak wczoraj, ale ja wiedziałam już, że to tylko pozory, którym moje zmysły, rozleniwione długoletnim przyzwyczajeniem, ulegają z półsennym przeciąganiem i ziewaniem. Czułam osobliwość tej sytuacji, lekko zwieńczonej tylko przeźroczystą fasadą, nurzającą się w błękitnym dymie, spoza którego raz po raz przezierało łagodnym uśmiechem pojęcie marzeń, siejące srebrzystym wiatrem po kwitnących dolinach.

Co podać, usłyszałem koloraturowy śpiew wysokiej brzozy, rosnącej posuwiście w obłędnej grocie. Przeczuwałam jeszcze resztkami odchodzącego gdzieś w głąb mnie omamu rzeczywistości, że jest to opryskliwy głos tej świni, ekspedientki, która zawsze chce mnie oszukać na kilka groszy, ale widziałam przecież, jak atletycznie zbudowani młodzieńcy pędzą wokół niej na motocyklach, a ona sama w złotej sukni kąpie się w szampanie. Podaj mi swą rękę, odparłam namiętnym tenorem, a zapach fiołków trzepotliwymi skrzydłami smyczków osiadł na mym języku. Ten uchwyt, który miałam pod ręką, otworzył drzwi i ulica na moment jakby znowu chciała przyzwyczaić mnie do siebie.

Zmysły, powiedziałam do nich, stojących wokół mnie, cóż wam takiego uczyniłam, że nie chcecie mnie opuścić. Zawsze traktowałam was z sympatią, a czasami nawet szczerze lubiłam, lecz teraz odstąpcie ode mnie, idźcie swoimi drogami. Nie chcę być dłużej waszą niewolnicą, a i wy zapewne macie mnie dosyć. Rozstańmy się zatem w zgodzie, bowiem od dzisiaj postanowiłam nie korzystać więcej z waszych usług. Lata, które spędziliśmy razem, już się nie liczą, chcę o nich zapomnieć. Odejdźcie ode mnie i zostawcie mnie w spokoju. Wniknijcie raczej w tę waszą rzeczywistość i z niej spróbujcie postrzegać mnie, wyzwoloną z waszych fałszywych sensów. Tak jest, jak mi się wydaje.

Rozproszcie się po rzeczach, zanurzcie się w skutkach i przyczynach, smakujcie ten pozorny chleb nie istniejącego wypieku, a wtedy, być może, zrozumiecie, że miałam rację. I nie lękajcie się, jeśli przebudzone znienacka dzwonieniem budzika o piątej trzydzieści rano ujrzycie mnie inną niż wczoraj, bo wtedy będę już tylko zmyśleniem, które będziecie kształtować na swój obraz i podobieństwo, nie wiedząc już nigdy, kim jestem naprawdę. Będziecie oglądać jedynie moje powłoki, takie, na jakie stać waszą ułomną rzeczywistość. Być może, wydam wam się starą wariatką, która idzie ulicą śmiejąc się do siebie, ale zapewniam was, że jest to tylko jedna z możliwych do wyobrażenia postaci, którą przybieram w waszych oczach.

Esse, esse, wsłuchajcie się w ten głos, ten, który przemawia ponade mną. On wie, że nie ma go poza mną, a ja wiem, że nie ma mnie poza nim. Być może, zmyślenie to przekracza wasze możliwości, ale kiedy się zorientujecie, o co chodzi, ja już dawno, w waszym pojęciu, nie będę żyła. Być może, wejdę nie wchodząc pod samochód, który nie będzie przejeżdżał, być może, znajdzie się pod nim nieudolny pozór mojego ciała, ktory prześladuje mnie od tylu waszych lat. Bo gdzie jest czas, jeśli przestałam na niego zwracać uwagę? Gdzie jest przestrzeń, jeżeli przestałam ją spostrzegać Gdzie jest moje brudne mieszkanko o ścianach pełnych zacieków, skrzypiącej podłodze i śmieciach poupychanych w kąty?

Nie ma, słyszycie, moje biedne, głupiutkie zmysły, niczego nie ma, tak samo jak was, moje dzieciątka nie narodzone. Byłyście zaledwie jakimś niedobrze spełnionym marzeniem tej ze wszech miar godnej pogardy rzeczywistości, z którą zerwałam już raz na zawsze. Nie żegnajcie mnie, nie wstrzykujcie mi kamfory do serca, którego i tak nie ma. Ach wiem, chcecie mnie „ratować” za wszelką cenę, aby dalej latami męczyć moje ciało, abym służyła wam i poświadczała swoim mizernym bytowaniem wasze pozory, ułudy, fantazje, realizmy. Niedoczekanie wasze! Mam być jeszcze jednym dowodem — a tych nigdy nie jest za dużo — na to, iż to właśnie wy macie rację. Nigdy więcej!

Opuszczam was, aby nareszcie być. Zostawiam wam w spadku moje stare graty, których obecność wmawiałyście mi przez tyle lat. Myślicie, że uwierzę w wasze litościwe głosy: zasłabła, nie ma już ratunku, beznadziejna sprawa... O nie, nie dam się zwieść fałszywym obietnicom. Nareszcie jestem oddechem, tchnieniem, światłem nie skłamanym, zmyśleniem. Esse, esse...