Za ciosem

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Za ciosem
Za ciosem
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Za ciosem
Za ciosem
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wywiad 4

– Rozmowa z panem Arnoldem Lutomierskim, zięciem Ewarysta Lutomierskiego. Panie Arnoldzie, można wiedzieć, czego od pana chciała prokuratura?

– Przepraszam, ten obiad mi chyba zaszkodził. Tyle razy mówiłem Szymci, żeby tak tłusto nie gotowała. Muszę wziąć lekarstwo. O co pan pytał?

– Był pan w Łodzi…

– Myślałem, że interesuje pana wyłącznie Matylda Delmonte.

– Oraz jej najbliższe otoczenie. Nie chcę strzelić jakiejś mimowolnej gafy. Wie pan, czasami to może drogo kosztować.

– Może. Zaparzę w ekspresie kawy. Lavazza dobrze nam zrobi. Więc o co pan pytał? A, prokuratura… Cóż, to żadna tajemnica. Jestem wiceprezesem firmy „Limbo”. W związku z zaginięciem Ewarysta przejąłem jego obowiązki. Prokurator uzyskał nakaz rewizji.

– Jakieś nieprawidłowości?

– Och, oni teraz wszędzie węszą… Już sami nie wiedzą, czego chcą.

– Czy to prawda, że Ewaryst Lutomierski zbankrutował?

– Powiedzmy: przeinwestował.

– Ścigają go dłużnicy?

– Nic mi o tym nie wiadomo.

– Czy więc wydawnictwo „Kiss” nie jest w tej sytuacji zagrożone?

– Wydawnictwo „Kiss” ma się świetnie. Nakłady romansów Matyldy Delmonte są coraz większe.

– O ile wiem, był pan jednym z założycieli wydawnictwa.

– Smakuje panu kawa? Powiedzmy, że przyczyniłem się do jego rozwoju.

– „Kiss” rozpoczęło działalność w osiemdziesiątym ósmym bez specjalnego rozgłosu.

– Zaczęliśmy wydawać Chandlera i Hammetta. Dla pań dodaliśmy Fleszarową-Muskat i ona sprzedała się znacznie lepiej niż te kryminały. Kiedy więc Matylda przyniosła nam swoją pierwszą książkę, zaryzykowaliśmy. A potem już… poszliśmy za ciosem.

– Kto był pana wspólnikiem?

– Mój szkolny kolega Bruno Hubert. Nadal jest szefem wydawnictwa. Ja wycofałem się po ślubie z Lilianą, kiedy jej ojciec zaproponował mi wiceprezesurę „Limbo”.

– Zdaje się, że pani Matylda poznała swego męża w waszym wydawnictwie?

– To zupełny przypadek. Przeprowadzaliśmy pewną transakcję z Lutomierskim. Chodziło o dokapitalizowanie spółki wydawniczej.

– Dlatego Lutomierski ma 49 procent udziałów w wydawnictwie?

– Coś koło tego. Nie pamiętam.

– Kiedy pan ożenił się z jego córką, wpływ rodziny Lutomierskich na politykę wydawniczą „Kiss” zapewne przeważył?

– Takie są prawa wolnego rynku.

– Panie Arnoldzie, pozwoli pan na osobiste pytanie? Dlaczego po ślubie przyjął pan nazwisko żony? To dość rzadki przypadek.

– Miałem brzydkie nazwisko.

– Może pan je zdradzić?

– I tak pan się dowie. Mruk. Koledzy, jak sobie popili, wołali na mnie Mruczek, Mruczuś… Nie znosiłem tego.

– Rozumiem. Wróćmy do pani Matyldy. Poznała swego męża w wydawnictwie…

– Prawdopodobnie. Już nie pamiętam…

– Miłość od pierwszego wejrzenia?

– Być może. Ojciec tak się wściekł, kiedy ich nakrył, że wylądował w szpitalu.

– Pański ojciec?!

– A, to pan nic nie wie… Matylda była przedtem żoną mojego ojca. Nie, nie jestem jej synem. Moja matka rozwiodła się z ojcem w osiemdziesiątym pierwszym i po roku tata ożenił się powtórnie. Miałem wtedy osiemnaście lat. Naprawdę nie wiedział pan, że Matylda wcześniej była mężatką?

– Wolałem to usłyszeć od pana. Ona też nie lubiła nazwiska Mruk?

– Jasne. Razem z Brunonem wymyśliliśmy pseudonim: Matylda Delmonte. Ładnie brzmi, trochę po polsku, trochę po włosku… W każdym razie – romantycznie.

– Zaraz, zaraz… Pański ojciec nazywał się Mruk. Mariusz Mruk?…

– Tak, Mariusz Mruk.

– Coś sobie przypominam. Pisały o tym gazety.

– Ma pan dobrą pamięć. Ojciec był tym oficerem bezpieki, który współpracował z podziemną „Solidarnością”. W 1986 skazano go na pięć lat. Wyszedł w osiemdziesiątym ósmym.

– Wtedy pani Matylda poznała Lutomierskiego?

– Coś koło tego. Ojciec zmarł wkrótce po rozwodzie.

– Nie lubi pan macochy?

– Powiedzmy, że nie darzę jej nadmierną sympatią.

– A pańska żona?

– Liliana? Mówiąc między nami… chyba jej nie cierpi.

– Mimo to mieszkacie wszyscy w jednym domu.

– Tak sobie życzył Ewaryst. Jak pan zauważył, dom jest bardzo obszerny. Można tu mieszkać razem i w ogóle się nie widywać. Do tego kawał ogrodu i lasu. Nawet sąsiedzi mają trudności z zaglądaniem nam do garnków.

– Rzeczywiście, posiadłość jest bardzo rozległa.

– Teść kupił ziemię, kiedy była jeszcze względnie tania. Dziesięć lat temu wybudował ten dwór, bo akurat taka była wtedy moda.

– Nie lubi pan tego domu?

– Ani domu, ani okolicy. Lisice to w końcu dziura. Kiedyś była szalona moda na tę miejscowość. Kilku działaczy partyjnych pobudowało tu swoje dacze, więc szosę pokryto asfaltem. Wkrótce podciągnięto kanalizację, doprowadzono gaz i wodę. Wtedy wszyscy rzucili się, żeby stawiać tutaj domy letniskowe. Ceny poszły w górę.

– No tak, zabudowa jest dość gęsta.

– Dlatego mamy zamiar z żoną wyprowadzić się w przyszłym roku do Konstancina pod Warszawą.

– I tam przenieść wydawnictwo „Kiss”?

– To nie ode mnie zależy.

– A od kogo? Od Brunona Huberta?

– Faktycznie on jest szefem.

– Ale o finansach decyduje Lutomierski?

– W zasadzie tak.

– Panie Arnoldzie, w ostatnim czasie prasa brukowa pełna była sensacyjnych doniesień.

– Ach, o to panu chodzi… Piramidalne bzdury!

– Co za bzdury, mój drogi?

– Liliana?! Przecież miałaś wyjechać do siostry.

– Ale już wróciłam. Ta zgaga jest nie do wytrzymania. Przedstaw mi pana redaktora.

– Pan Janek…

– Jan Maron, bardzo mi miło.

– Liliana Lutomierska, córka swego słynnego ojca. Pan to nagrywa?

– Zapomniałem wyłączyć magnetofon.

– To niech pan go nie wyłącza. Chętnie dorzucę panu kilka pikantnych szczegółów z życia tej osławionej rodzinki. Będzie pan miał sensacyjny materiał.

– Liliano!

– Odwal się, Mrusiu. Pan pozwoli do mego uroczego buduaru.

Wywiad 5

– Nagrywa pan?

– Nagrywam pani Liliano.

– Istna tragedia.

– Słucham?…

– No, to zamieszkiwanie pod wspólnym dachem. Wielopokoleniowa rodzinka. Jeden koszmar!

– Pan Arnold mówił, że państwo się wyprowadzają.

– Wyprowadzamy się?… Od roku to słyszę.

– Nie mają państwo dzieci?

– Na szczęście nie. Wyobraża pan sobie bachory ganiające po całym domu? A do tego ci starcy nieustannie snujący się po korytarzach.

– Kogo pani ma na myśli?

– No, ta stara ropucha Szymcia i jej ślubne monstrum Franciszek.

– To jest małżeństwo?

– A jak. Nie wiedział pan? Matylda sprowadziła ich z jakiejś wsi, diabli wiedzą skąd.

– Mieszkają tutaj?

– Na drugim piętrze. Bo w tej rezydencji nie ma, niestety, czworaków. Okropni ludzie. Ta straszna baba podsłuchuje pod drzwiami, a ten brudny staruch zagląda do okien na parterze. Ja bym ich od razu wyrzuciła na zbity łeb, ale ojciec… tak tańczy, jak mu zagra Matylda.

– Raczej pan Orson.

– Coś pan wie?

– Tylko tyle, że gra Schuberta na białym fortepianie.

– Czasami. A poza tym…

– Nie lubi go pani?

– Zarozumiały bubek, chociaż dość przystojny. Ma pan papierosa?

– Nie palę.

– Szkoda, trzeba by zejść do kuchni. Ale tam urzęduje to stare babsko.

– Szymcia panią drażni? To może ja zejdę…

– Niech pan zaczeka. Mam tu gdzieś skręta z marychą. Dlaczego Arnold uważał, że pan mówi bzdury?

– Powtórzyłem tylko to, co napisali w tabloidzie „Z pierwszej ręki”.

– Ach, tak… że plajta? Nie ma się czym przejmować. Tatuś tyle razy wychodził z gorszych opresji. I wie pan co? Zawsze się odkuł. Teraz też mu się uda. Często powtarzał: Liluś, złego diabli nie wezmą.

– Więc to prawda z tą plajtą?

– Czyja wiem? Trzeba go zapytać, jak wróci. Mnie to w ogóle nie interesuje.

– Słyszałem, że pani Matylda pożyczyła mu większą sumę pieniędzy.

– Matylda? To sknera jakich mało. Musiał ją pewnie przycisnąć do muru. Ona nie tak łatwo rozstaje się z forsą.

– Wiedziała pani, że ojciec wyjeżdża do Łodzi z tymi pieniędzmi?

– Ja? Wszyscy wiedzieli, kto chciał i nie chciał. Matylda urządziła ojcu taka awanturę w holu, że szkoda gadać. Nagle rozmyśliła się i chciała, żeby ojciec zwrócił jej szmal. Ba, twierdziła nawet, że tę forsę podstępnie z niej wyłudził. Groziła, że go zabije…

– Dużo tego było?

– Sto pięćdziesiąt tysięcy euro.

– Niezły grosz.

– Ojciec potrzebował żywej gotówki, żeby spłacić namolnego wierzyciela.

– Wie pani, jednego nie mogę zrozumieć. Dlaczego firma „Limbo” znalazła się nagle pod kreską? Przecież rynek gier komputerowych rozwija się znakomicie na całym świecie.

– Ojciec tłumaczył mi, że konkurenci wygryzają się wzajemnie. Podobno przespał wprowadzenie nowinek technicznych i inni go ubiegli. Gry firmy „Limbo” poszły do lamusa. Zanim się przestawili, na rynek weszła konkurencja. Cholera, nie znalazłam tego jointa. Będzie pan musiał zejść do kuchni. W szafce przy oknie powinny być chesterfieldy. Nie chcę się natknąć na Szymcię.

– Działa pani na nerwy?

– O wszystkim donosi Matyldzie. Kiedy kto wstał, z kim rozmawiał, co robił… Nie mogę na nią patrzeć. Paskudne babsko.

– Matyldy też pani nie lubi?

– Matyldy? Nigdy nie wiadomo, co jej do łba strzeli. Jednego dnia jest milutka i zgrywa słodką idiotkę, drugiego – odpychająca i wściekła. Na co dzień staram się ją omijać, ale to strasznie męczące. Lepiej się wyprowadzić. Niech siedzi sama w tej swojej rezydencji.

– A ojciec?

– Mam nadzieję, że ją rzuci. To kompletnie niedobrana para.

– A pani małżeństwo?

– Moje małżeństwo? Jest jak… męczeństwo. Śmieje się pan. Tak, można się ze mnie śmiać, że wyszłam za tego Mruka, ale ojciec się uparł.

– Ojciec zmusił panią?

– Nie chciałam mu robić przykrości. Przejmował wtedy wydawnictwo „Kiss”.

 

– Razem z Matyldą Delmonte? Czyżby transakcja wiązana?

– Chciał rozbić tandem Mruk and Hubert. Z ojcem Arnolda łączyła go jakaś dawna zażyłość. Tata chciał poprzez mój ślub z Arnoldem Mrukiem wykukać Huberta, ale mu się nie udało, mimo ofiarowania Brunonowi Hubertowi znacznej sumy.

– Hubert nie chciał wyjść z wydawnictwa?

– Chciał. Ale ktoś się sprzeciwił.

– Kto?

– Matylda Delmonte.

– Coś takiego!

– Uważała Mruka i Huberta poniekąd za swoich przyjaciół i nie chciała się z nimi rozstawać. Powiedziała nawet, że nikt nie umie prowadzić marketingu tak jak oni dwaj.

– „Kiss” jest pani ojcu kulą u nogi?

– Tego bym nie powiedziała. Skoczy pan po te papierosy?

– Już idę. Więc jak by pani to określiła?

– Niech pan to wyłączy. Ojciec traktuje wydawnictwo „Kiss” jak dojną krowę.

Wywiad 6

– Można?

– A, to pan młody z gazety. Proszę, proszę…

– Nie przeszkadzam?

– Gdzie tam. Wrzuciłam wszystkie talerze do tej maszyny i niech się myją. Teraz, panie, to takie nowomodne wymysły, że aż strach.

– Pani Szymciu, mógłbym z panią chwilę porozmawiać?

– No pewnie. A o czym?

– O pani Matyldzie.

– Mój panie, to lepsza elegantka. Ściągnęła nas tutaj ze wsi. Dobrze nam u niej, nie powiem.

– Ściągnęła panią i pana Franciszka?

– Migiem nas tu przywiozła.

– Jak to się stało, że pani Matylda akurat was wybrała?

– A to, panie kochany, byliśmy po powodzi. Ze wszystkim zalani. W chałupie wody do pasa, świnie potonęły, no to nas zabrali do tej szkoły, co ją na wzgórzu wyrychtowali. A ona, jak jaka pani, z telewizją przyjechała. Artystka pełną gębą. I dawaj nas zapraszać, że to daje utrzymanie i takie tam… No to my się zabrali. Ale po Wielkiejnocy wracamy na swoje.

– Nie podoba się pani tutaj?

– Panie, to nie to. Tutaj ludzie mają różne fochy. Cięgiem przychodzą obcy: różne reportery z gazety, z kamerami… Nic, ino podłogi froteruj, okna myj, kawki, ciasteczka, zmywanie, pranie… Człowiek już nie zwyczajny. Wiesz pan, chwili posiedzieć nie można. Furt robota i robota. A do kościoła daleko.

– Ta wyprowadzka, to już postanowione?

– Musowo. Panie, nie ma to jak na swoim. Franciszek, znaczy się mój ślubny, już jeździł do wsi. Chałupę się na wiosnę jako tako odbuduje, a my na razie zamieszkamy u jego brata. Ma rocznego wnuczka, Igorka, to pomoc się przyda.

– Pani Matylda nie będzie zadowolona.

– Co robić, mój panie, co robić… Z nią to bym jeszcze wytrzymała, a i ten Ewaryst nienajgorszy. Ale ta Liliana! Wyżej sra niż dupę ma. Nic, ino kopci papierochy, jednego za drugim, w nocy spać nie daje, łazi po całym domu, a to zrób jej kanapkę, a to się kąpie i woła o ręczniki…

– Pani Matylda pewnie niezadowolona?

– A pewnie! Zamyka się w swoim pokoju z tym Orsonem. Wiesz pan, na mój gust ten Orson to zwyczajny miglanc. Co z tego, że gra na pianinie? Na co komu jego granie.

– Pewnie wam pani dobrze płaci?

– A tam, panie, ona to skąpiradło. Pan za wszystko płaci. O, pan Ewaryst to ma gest. Na Wigilię dał nam po tysiąc złotych i pochwalił mnie za pierogi. Ludzki człowiek, nie to, co ten Arnold.

– Nie lubi pani męża Liliany?

– Panie, to nie to. Ja przeciwko niemu nic nie mam, ale mój stary mówi, że Arnold taki jakiś dziwny. Mało co się odzywa, chodzi po lesie, myśli…

– Może chory?

– Kto go tam wie. Nic nie robi. Je byle co. A po obiedzie to palto założy, wsiada w samochód i jedzie w pizdu. I nie ma go ze trzy dni.

– A pani Matylda? Jak jej się układa z mężem?

– Panie, ja tam nic nie wiem. Ale jak człowiek cały dzień łazi po chałupie, to się coś niecoś do ucha wśliźnie.

– Zdaje się, że ostatnio doszło do jakiegoś nieporozumienia?…

– Panie młody, to była cała awantura! Ale pani kazała trzymać gębę na kłódkę. I dała nam po sto złotych, znaczy się mnie i Franciszkowi.

– Rozumiem. To było wtedy, jak pan wyjechał i już nie wrócił?

– A wyjechał, wyjechał i przepadł jak kamień w wodę. Mój Boże, taki był dobry pan… A torbę to miał całą wypchaną zagranicznymi pieniędzami. Sama widziałam. Taki był ludzki, litościwy…

– Pani Szymciu, niech pani nie płacze. No, proszę… Ma pani takie ładne imię. Ciekawe…

– Na chrzcie świętym dali mi Szymoneta. Ojciec chrzestny uparł się, że to po babce.

– Szymoneta! Piękne imię. Proszę już nie płakać.

– Kiedy ja taka uczuciowa, że jak się komuś krzywda dzieje, to nie mogę się powstrzymać. Aż mnie mgli z tego żalu, o tu, na podołku.

– Myśli pani, że panu Ewarystowi działa się krzywda? Przecież pani Matylda jest bardzo zamożna. Wydała tyle książek.

– Teraz panie to ona zamożna, ale była biedna jak mysz kościelna. Kiedy ten jej Mariusz siedział, nie miała z czego żyć.

– Znała pani wcześniej panią Matyldę?

– Ano… znałam i nie znałam. Musiałam się przysiąc przed świętym obrazem, że nic nikomu nie powiem. I Franciszek też się przysięgał.

– Pani Matylda kazała państwu złożyć przysięgę?

– Jakiemu tam państwu! Mnie i mojemu staremu. Że to niby będziemy w takim porozumieniu, co to nikt nie wie. Ale ona dla nas niedobra. Nie powiem, dała pięćdziesiąt tysięcy i od razu napisali o tym w gazetach, ale to panie tylko takie konto. Jak parę z gęby puścimy, to pieniądze zabierze i wyrzuci nas na zbity pysk.

– Nie bardzo rozumiem.

– A bo to widzi pan szanowny, taki pakt z nami zawarła. Ale jak tu żyć, jak tu żyć z taką straszną tajemnicą. Aż coś człowieka w piersiach pali i spać nie pozwala. Nieraz płaczę po kątach, bo tak mi z tym wszystkim jakoś nijako. Dlatego my uradzili ze starym, znaczy się z moim Franciszkiem, że stąd wrócimy na wieś, jak tylko się da. Jego też po nocach zmora dusi, a on mówi, że to przez te oszustwa. Kupiłam mu nawet psi smalec, żeby sobie piersi smarował. Bo to panie prosty chłop i nie zna się na tych miastowych krętactwach.

– Boicie się, że pani Matylda zabierze wam te pieniądze?

– Nie, panie. Martwimy się tylko o nią. Bo ona taka wpływowa…

Wywiad 7

– Wieczór. Nagrywam trzecią rozmowę z panią Matyldą Delmonte.

– Może porozmawiamy wreszcie o moich książkach?

– Mam szczery zamiar, pani Matyldo. Zacznijmy od pani debiutu. „Fałszywe pocałunki” od razu zapewniły pani rozgłos. Jest to historia młodej dziewczyny, która przyjeżdża ze wsi do Warszawy zwabiona blichtrem życia w wielkim mieście. Urodziwa i utalentowana, usiłuje dostać się do filmu. Poznaje wziętego reżysera, który uwodzi ją i porzuca. Pozostawiona samej sobie, stacza się na dno, lecz na szczęście, dzięki swej odwadze i pracowitości, wydobywa się z matni i w końcu wychodzi bogato za mąż.

– Mniej więcej tak to wyglądało.

– Nie uważa pani, że temat był dość… wyeksploatowany?

– Może dlatego książka cieszyła się takim powodzeniem.

– Krytycy zwracali uwagę na dbałość o szczegóły. Na ile w tej książce kierowała się pani własnymi przeżyciami?

– Proszę pana, sto razy już mnie pytano, czy to jest książka o mnie, a ja sto razy odpowiadałem, że to jest fikcja literacka. Jasne, że doświadczenia życiowe są niezbędne.

– Urodziła się pani na wsi?

– Urodziłam się w zubożałej rodzinie ziemiańskiej. Mówiłam już o tym. Ojciec był spowinowacony z Krzyżtoporskimi, matka pochodziła z drobnej szlachty. Cudownie grała wieczorami na fortepianie. Stąd moje zamiłowanie do muzyki.

– Dlatego pan Orson zrezygnował dla pani z kariery pianistycznej?

– Złamał rękę na nartach i od tego czasu ma trudności z repertuarem.

– Słyszę, że gra całkiem dobrze.

– Często ćwiczy… wieczorami.

– Wróćmy do pani twórczości. Pani druga książka „Przekleństwo matki” była właściwie kontynuacją „Fałszywych pocałunków”. Planowane małżeństwo nie dochodzi do skutku. Niedoszły mąż porzuca narzeczoną, a ona znowu boryka się z losem. Wpada w ręce gangu rozprowadzającego narkotyki i sama staje się ofiarą nałogu. Na szczęście z opresji ratuje ją przystojny policjant. – Czy miała pani na myśli swojego pierwszego męża?

– Prędzej czy później musielibyśmy zahaczyć o ten temat. Tak, mój pierwszy mąż pracował w ówczesnej milicji.

– Nazywał się Mariusz Mruk i był ojcem Arnolda Mruka-Lutomierskiego, pani pasierba.

– Jak pan wie, to po co pan pyta?

– Chciałem tylko potwierdzić informacje.

– Proszę pana, nie zaprosiłam pana tutaj po to, żeby wyciągał pan ze mnie rodzinne tajemnice. Nie wiążą się one w żaden sposób z moją twórczością. Myślę, że w tych sprawach powinno obowiązywać jakieś minimum dyskrecji. Ja pana nie wypytuję o to, jak pańska matka z domu, więc proszę mi dać spokój. Słyszał pan o tajemnicy danych osobowych?

– Pani Matyldo, jest pani osobą bardzo znaną. Liczni czytelnicy zafascynowani artyzmem pani książek…

– Panie Janku, proszę mi nie kadzić. Doskonale zdaję sobie sprawę z poziomu tych powieścideł. Liczni czytelnicy pochłoną każdy chłam podpisany Matylda Delmonte. Nie łudźmy się, to nie jest żadna literatura, tylko zwyczajna pisanina przeznaczona do szybkiej konsumpcji. I pan o tym doskonale wie.

– Jednak przynosząca znaczne dochody.

– Wszyscy ze mnie ciągną, ile się da.

– Należy pani do najlepiej zarabiających kobiet w Polsce.

– Złudzenie, mój panie. Napije się pan whisky? Zarabiam dużo i wydaję… jeszcze więcej.

– Te sto pięćdziesiąt tysięcy, które dała pani mężowi…

– Kto panu powiedział?

– Pani Liliana.

– Wydra! Co ją to obchodzi? W końcu to są moje ciężko zarobione pieniądze.

– Pani Matyldo, pozwoli pani, że zapytam wprost: czy panią ktoś szantażuje?

– Szymcia, do jasnej cholery! Czego wpadasz jak bomba?!

– A bo to, proszę pani…

– Znowu bez pukania.

– Nie zdążyłam…

– Nie widzisz? Jestem zajęta

– Przyszedł Franciszek.

– No to co?

– Ma pani coś do powiedzenia.

– Jutro. Przepraszam pana, ciągle zawracają mi głowę jakimś głupstwami, a to dziura w płocie, a to dach przecieka…

– To coś ważnego.

– Przepraszam, pani Matyldo.

– Franciszek? Mógłbyś chociaż wytrzeć kalosze.

– Znalazłem…

– Franciszku, na miłość boską! Nie teraz.

– Znalazłem w śniegu…

– Co w śniegu?

– No, tego człowieka.

– Jakiego człowieka? Ciągle ktoś przełazi przez płot.

– Leży w śniegu.

– Położył się? Może pijany. Wyrzuć go stąd natychmiast.

– Nie mogę. Leży.

– No to go podnieś. Pewnie zasnął.

– Za ciężki.

– No to go kopnij. Może sam wstanie.

– Nie wstanie.

– Skąd wiesz?

– Bo to…

– Kto?

– Trup.

II. Okolica

Wywiad 8

– Rozmawiam z panem Cezarym Leszczem, właścicielem sklepu spożywczego w Lisicach.

– Panie redaktorze, czy to prawda, co ludzie gadają, że u Lutomierskich znaleźli trupa?

– Prawda, panie Czarku.

– No tak, tak… Był u mnie policjant, pokazywał zdjęcie. Nie mogłem patrzeć, chociaż nie jestem obrzydliwy. I kto to jest, ten trup?

– Nie wiadomo. Nikt go nie rozpoznał.

– Podobno ten Franciszek znalazł go zakopanego w śniegu?

– Tak, mężczyzna leżał pod płotem.

– Panie, bo ten Franciszek to nie od nas. Oni ze wsi przyjechali, on i ta jego Szymcia. My tu ich nie lubimy, bo to sam pan wiesz, wsiowe… A chytre! W sklepie to kupi tyle, co za grosz.

– Nie zaopatrują się u pana?

– A gdzie tam. Chleb kupią albo mleko i tyle ich widzę. Ona, znaczy się ta Matylda, wsiada w samochód, bierze Szymcię i jadą do miasta Łodzi na zakupy. W piwnicy mają taką wielgachną lodówę jak szafę i tam wszystko upychają.

– Skąd pan wie o tej lodówce?

– A to proszę pana redaktora stąd, że raz u mojej starej zamówili grzyby. No to im przyniosła ze trzy kilo prawdziwków. Nie powiem, od razu zapłacili i ta Szymcia zeszła z nią do piwnicy. Panie, czego tam nie było! Cała spiżarnia.

– Panie Czarku, niech mi pan powie, z kim w okolicy kontaktuje się pani Matylda? Chciałbym porozmawiać z jej przyjaciółmi, a niezręcznie mi, żeby ją wypytywać. W takim małym osiedlu przecież wszyscy o sobie wiedzą.

– Panie redaktorze, wiedzą, co chcą wiedzieć. Czasami gadają, byle gadać, bo coś się komuś przywidziało. Kiedyś ona była inna, znaczy się ta Matylda, jak się zaraz sprowadziła do Lutomierskiego, taka skromna, uprzejma, ale teraz…

– Zmieniła się?

– Ludzie mówią, wie pan, jak to jest, że jej woda sodowa do głowy uderzyła. Tak po prawdzie Matylda ledwo dzień dobry komu odpowie. Wielka pisarka, psiakrew! Ciągle o niej w gazetach piszą. Kiedyś kolegowała się z tą śpiewaczką.

– Jaką śpiewaczką?

– No, z tą grubą Reginą, co mieszka na Kwiatowej w białym domu. Latały do siebie, zapraszały się, a potem wszystko się ucięło. Przez tego Orsona.

 

– Co się stało?

– A, to pan nic nie wie?… Orsona przywiozła do Lisic ta śpiewaczka. Mówiła o nim: mój korpetor… korepetytor, czy jakoś tak. Podobno przygotowywała się do występów. On grał, ona śpiewała. Słychać ją było nieraz na całą ulicę, bo my naprzeciwko niej mieszkamy. Panie, ja tam się nie znam. Niektóre kawałki odstawiała nieraz całkiem, całkiem… Przyjemnie było posłuchać. Ale jak raz zawyła, to psy się wściekły w całej okolicy i zrobił się jazgot nie do wytrzymania.

– A co z tym Orsonem?

– Nasza Matylda, to znaczy pani Delmonte, tak do tej Reginy długo latała, aż wylatała tego Orsona. I on przeniósł się do niej jako sekretarz. Kto ich tam wie. Pani Rawicz, ta śpiewaczka, mało szału nie dostała. Tak panie, lekarz był u niej. I od tej pory nie śpiewa. Podobno straciła głos z powodu nerwów.

– To musiała być lepsza awantura.

– Ach, panie, co się działo. A jak się na siebie darły, jak kłóciły. Co jedna, to większa artystka! Do oczu sobie skakały! Jak to mówi moja stara: zęby i włosy koszami wynosili. Mieliśmy tu niezłe kino, ale żeby trup?… Nie, tego w Lisicach jeszcze nie było.

– Wygląda na to, że to ktoś nie stąd.

– Może i on nieznajomy, w każdym razie nieboszczyk. Pewnie go ktoś zabił.

– Tak pan myśli?

– Panie redaktorze, ludzie różnie o tym domu gadają. Że jakieś złe licho w nim siedzi albo ta ziemia przeklęta, czy co. Bo to było tak: przedtem na tym miejscu stała pochyła, drewniana chałupa i mieszkała w niej garbata Janiakowa, co to o niej mówili, że choroby zamawiała. To ją panie stąd policja wysiudała do jakiegoś przytułku, bo po prawdzie nogi miała sparaliżowane, denaturat piła i pod siebie robiła, ale wyprowadzić się za żadne pieniądze nie chciała. A potem, kiedy pan Lutomierski ten dom wystawił, to zaraz jego pierwsza żona umarła. Nawet ładna babka była, tyle panie, że chorowita, suchotniczka… No, a po niej zjechała tu ta Matylda. Nie powiem, kobitka sobie niczegowata, ale, wiesz pan, ma coś nieprzyjemnego w ustach.

– Panie Czarku, co ludzie mówią na temat zaginięcia Ewarysta Lutomierskiego?

– Panie, różnie ludzie gadają. A to, że uciekł od żony, a to, że go mafia zaciukała, bo miał śmierdzące układy. Podobno wdał się w jakieś lewe interesy. Nieraz nazjeżdżało się do niego samochodów od jasnej cholery. I wie pan co, głowy bym nie dał, czy tego nieboszczyka czasem też nie widziałem.

– Ale policji powiedział pan, że go nie zna?

– Panie, a co ja się będę wtrącał. To ich sprawy, za to im płacą, to niech go szukają. Najlepiej jak każdy pilnuje swego nosa. Pan to mi na równego gościa wygląda, więc panu mówię. Tylko mi pan powiedz, jeżeli chodzi o tego trupa: zabili go czy umarł normalnie?

– Zabili go. Dostał cios w głowę.

– O kurwa mać! Patrz pan, jakie teraz ludzie są bezlitosne.

– Panie Czarku, niech mi pan powie, z kim jeszcze utrzymywała znajomości pani Matylda? Oprócz tej śpiewaczki.

– Czy ja to wiem, mój panie… Od rana do wieczora siedzę w sklepie, ale moja stara, to ją często widziała u fryzjera. Matylda plotkowała z tą malarką Solską, co to mieszka w niskim domu pod lasem. Mówią na to bungalow, czy jakoś tak… Basen kazała sobie wybudować.

W dupie już jej się przewraca od tych pieniędzy, a tu człowiek dzień w dzień haruje jak głupi…

– Bardzo bogata ta malarka?

– Ludzie mówią, że śpi na forsie. Wie pan, robi portrety różnym nadzianym frajerom i ciągnie z nich szmal, ile się da.

– Aha. I kto jeszcze może powiedzieć mi coś o pani Matyldzie?

– Czyja wiem?… Może ten pijak od filmu. Ale do niego musisz iść pan z flaszką, bo inaczej nic z niego nie wyciągniesz.

– Od filmu?

– No, mówią, że to jakiś reżyser, czy ktoś taki… ja tam się nie znam. Nazywa się Miazga.

– Konrad Miazga?!

– Chyba tak. Mieszka na Borówkowej w takiej zapuszczonej willi obrośniętej dzikim winem. Kiedyś był to najładniejszy dom w Lisicach.

– Co Miazga może wiedzieć o Matyldzie Delmonte?

– A bo to podobno, ale ja tam nic nie wiem, ona, jak była młoda, to grała u niego w jakimś filmie. Ktoś zobaczył stary film tego reżysera i ją poznał. Musiałby pan porozmawiać z moją starą, ona bardziej wie co i jak. Albo spytaj pan listonoszki. Ładna dziewucha, tylko cokolwiek nieśmiała. A, ten film to nazywa się „Wakacyjna miłość”. Moja stara miała go pożyczyć, ale on jej zabrał go sprzed nosa.

– Kto? Ten reżyser?

– Nie, ten sekretarz. Orson Fiedler

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?