Widziałam, jak zabił

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Widziałam, jak zabił
Widziałam, jak zabił
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,98  43,98 
Widziałam, jak zabił
Widziałam, jak zabił
Audiobook
Czyta Grzegorz Woś
34,99  25,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Krakowski

Widziałam, jak zabił

Saga

Widziałam, jak zabił

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Jacek Krakowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726930672

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

WRZESIEŃ

Rozdział 1. Przywidzenie

Życie sprowadziło mnie na złą drogę. Zamiast dojść do czegoś, wolałem dojść do siebie. Nie było tak, jak mi się wydawało. Los hulał po rozłogach. Czas mówił: idź, gdzie oczy poniosą. Pewnego dnia wyszedłem z domu…

Monotonny stukot kół pustego tramwaju spychał umysł w coraz głębsze odrętwienie. Toczyłem się przez pustynne krainy, przemierzałem odludzia. Dzwonek przerywał drzemkę. Siedziałem nad powieścią całą noc.

Kiedy w niedzielę rano zatelefonowała ciotka, błagając o wykupienie leków, nie wiedziałem, jak się nazywam. Walcząc z niewyspaniem, ubrałem się, zamknąłem drzwi i pojechałem na drugą stronę miasta.

Ciotka Katarzyna od lat chorowała na miastenię. Miała trudności z poruszaniem się, oddychaniem i widzeniem. Jeden z lekarzy zauważył, że zafundowała sobie „hrabiowską chorobę”.

I odtąd powtarzała znajomym: wiesz, choruję na hrabiowską chorobę. Szczyciła się tym, jakby otrzymała tytuł szlachecki. Mimo to, mieszkająca samotnie na krańcu Łodzi osiemdziesięciopięcioletnia kobieta, czuła się coraz gorzej.

Tramwaj wlókł się, wystając na czerwonych światłach. Bezwiednie wpatrywałem się w połyskliwy asfalt. Ludzi jakby wymiotło. Może w nocy nastąpiła przymusowa ewakuacja?

Fantastyczne domysły usiłowały zawładnąć wyobraźnią. Motorniczy dawał wolną drogę mglistej pustce ulic niedzielnego poranka. Dzwonił i jechał dalej. A ja, opierając czoło o brudną szybę, zastanawiałem się, dlaczego właśnie dzisiaj mam służyć starszej pani swoją pomocą?

Wyrwany z porannego snu zdecydowałem się na ponadgodzinną jazdę tramwajem. Choć nie raz słyszałem, bym nie ulegał fanaberiom zdziwaczałych osób.

Katarzyna manipuluje faktami, twierdziła mama. Nigdy jej nie dowierzaj, bo sprowadzi cię na manowce. A kiedy będziesz całkowicie zdezorientowany, wyciągnie zabójczego asa z rękawa.

Bywały okresy, podczas których ciotka czuła się zupełnie dobrze. W dzień czytała klasyczne powieści kryminalne, wieczorem siadywała przy oknie, obserwując, co się dzieje w okolicy.

Odkąd na stałe wróciłem do Łodzi, dzwoniła o nieprawdopodobnych porach, mówiąc tajemniczym półgłosem:

– Zauważyłam coś ciekawego…

A wiedząc, że piszę, dodawała znacząco:

– To temat na kryminał.

– Ależ, ciociu – odpowiadałem niecierpliwie – co za kryminalne afery mogą wybuchnąć na ulicy Krasnoludków?

Wtedy zapraszała do siebie, obracając wszystko w żart. Odmawiałem. Jej telefony zawsze pozostawiały jednak cień wątpliwości: może postąpiłem zbyt pochopnie, może naprawdę była świadkiem niecodziennego zdarzenia?…

Opary, otulające ogrody zaspanych posesji, tłumiły jęk dalekiej syreny wozu policyjnego. Ostatni tydzień września. Zza szarych szyb wagonu ciemno połyskiwały mokre dachy. Oblepione nalotem wcześnie napływającej jesieni przypominały widma, kryjące się w listowiu więdnących drzew.

Ciotka mieszkała w starym domu na północnych obrzeżach Łodzi. Z jednej strony ulicy rozpościerał się Las Łagiewnicki – właściwie park leśny, pełen poukrywanych w nim mniej lub bardziej luksusowych posiadłości; z drugiej strony do Krasnoludków przylegała Gotycka, ciasno obsadzona paskudnymi, nowobogackimi willami.

– Tutaj dzieje się więcej, niż ci się wydaje – twierdziła z przekonaniem starsza pani, uporczywie namawiając do odwiedzin.

Nie miałem dla niej czasu, postanowiłem bowiem napisać powieść o człowieku ranionym przez dopusty losu. A gdy wreszcie wybija godzina jego triumfu, ginie przygnieciony gorzkim powodzeniem.

Tramwaj kołysał się coraz wolniej na rozchwianych torach. Zazgrzytał na zwrotnicach, zatoczył koło i przystanął przed zapuszczoną poczekalnią. Byłem jedynym pasażerem tego wagonu.

Podszedłem do drzwi, a one otworzyły się z gasnącym sykiem, jakby wydawały ostatnie tchnienie. Motorniczy położył głowę na złożonych rękach i pogrążył się we wczesnoniedzielnej drzemce.

Zszedłem powoli po metalowych stopniach i od razu zanurzyłem się w ospałą ciszę miejskich peryferii. Skapywała z brzozowych witek na policzki, zatrzymując przybysza wpół drogi między pokusą odwiedzenia dobrze znanych okolic a chęcią natychmiastowego powrotu. Dokąd?… Wrona siwa przystanęła na trawniku, wpatrując się w świat wypukłym okiem.

Pamiętałem obrośnięte bluszczem wąskie przejście między płotami jeszcze z czasów, gdy przyjeżdżałem tutaj z ojcem. Ocierając się o sploty łodyg pokryte ciemnym listowiem, wychodziło się wprost na dom ciotki Katarzyny.

Nie chciałem tutaj wracać. Dojazd z południowej części miasta dla kogoś, kto nie miał samochodu, trwał nieskończenie długo. Poza tym… Dawne miejsce zabija, chociażby z zemsty za to, że zostało nagle opuszczone.

Ciotka za nic nie chciała wynieść się z Łagiewnik. W mieście można nabawić się klaustrofobii, uważała, za to przedmieścia wciąż roztaczają przed nami perspektywy pełne świeżego powietrza.

– Tutaj zawsze zobaczy się coś nowego – powtarzała uparcie.

No i zobaczyła… W niedzielę, dwudziestego drugiego września, kiedy na wpół przytomny przybyłem wreszcie na ulicę Krasnoludków pod numer 13, Katarzyna Zauber, stojąc w drzwiach, oznajmiła z przejęciem:

– Widziałam, jak zabił.

I energicznie przeszła do stołowego. Tę korpulentną staruszkę, z powodu postępującej miastenii i nadmiaru zażywanych leków, zapewne dręczyły jakieś koszmary. Najwidoczniej zapomniała o tracących ważność receptach, z którymi miałem pędzić do dyżurującej w niedzielę apteki.

– Coś się cioci przywidziało? – spytałem zaniepokojony.

Nie mogę pobłażać jej dziwactwom, bo popadnie w stan bezkrytycznego samozadowolenia. Postępujący niedowład umysłowy płata ciotce figle, ale taka jest kolej rzeczy: trucizna pamięci zabija każdego powoli i z premedytacją.

– Mnie się przywidziało?! – żachnęła się Katarzyna.

Przetarła okulary, gniewnie fukając przez nos.

– To raczej niecodzienne wydarzenie.

Na pogrzebie matki w marcu usłyszałem, jak ciotka plotkuje na temat stanu mojego zdrowia. Obawiałem się wypytywania z łapczywą ciekawością o szczegóły mojej obecnej egzystencji.

– Wiem, co mówię – orzekła, zakładając okulary. – Widziałam i już.

Dyskusja z nią wydała się bezcelowa, a jej upartość nie dawała powodów, by dalej ciągnąć rozmowę. Zamilkłem, czując senne oczadzenie. Ciotka wyjęła z kredensu karafkę wina porzeczkowego i nalała po kieliszeczku.

– Widziałam, jak zabił – powtórzyła, z zaciśniętymi ustami czekając na moją reakcję.

– Kiedy to było? – spytałem dla świętego spokoju.

– Wczoraj postanowiłam położyć się wcześniej. Wiesz, wstałam o szóstej rano, żeby ogacić krzewy różane, bo zapowiadali przymrozki. Zmęczyłam się, lewa powieka mi drgała, a w prawej ręce pojawił się ostry ból. Musiałam zrobić sobie okład. Światło zgasiłam po dziewiątej wieczorem.

– Bardzo rozsądnie – zauważyłem. Ciotka lubiła telewizyjne, nocne horrory i nieraz dzwoniła przed emisją, namawiając do oglądania koszmarnych filmideł.

– Kiedy wróciłam z łazienki w szlafroku i nocnej koszuli, uchyliłam zasłonę i rzuciłam okiem na ogród. Ot, tak, dla świętego spokoju. Czasami dziki podchodzą pod sam płot. Z okna sypialni widać ulicę, biegnącą w głąb lasu.

– To ta droga, co idzie wzdłuż ogrodzenia? – spytałem zmęczony. – Chyba wieczorem jest na niej zupełnie ciemno.

– Otóż nie – odparła z zadowoleniem. – W sierpniu zafundowano nam latarnie. Można śmiało wyjść nocą z domu. A poza tym to nie żadna droga, tylko ulica Bajkowa – dodała, przyglądając się mi z politowaniem. – Cóż, dawno tutaj nie byłeś… A przecież okolica nie jest pozbawiona uroku. Co ty widzisz w tym ponurym mieście?

Róg Bajkowej i Krasnoludków: wspaniały adres! Po śmierci matki wiosną tego roku, dzisiaj pierwszy raz przyjechałem do Łagiewnik, aby dowiedzieć się, że ciotka nie boi się już wychodzić wieczorem z domu.

– Usiłuję coś zrobić – tłumaczyłem rozdrażniony, tłumiąc ziewanie. – Brak mi wprawy, a pisanie powieści okazuje się niezwykle skomplikowane. Całe noce siedzę przy biurku i sam nie wiem, co z tego wyjdzie… To bardzo męcząca praca, muszę dużo ćwiczyć. Gdybym miał więcej talentu…

– I pieniędzy – dorzuciła obcesowo.

Nie odpowiedziałem. Nie miałem na czynsz, nie miałem na jedzenie, nie miałem nic…

– W porządku. Młody człowiek nie powinien zawracać sobie głowy zwariowaną ciotką – zauważyła od niechcenia, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Szkoda cennego czasu. Nie zaprzeczaj! Wiem, co mówię.

– Co ciocia zobaczyła na Bajkowej? – spytałem, nie chcąc narażać się na kąśliwe uwagi starszej pani.

– Ach, jeżeli nie ciekawi cię moja obserwacja – powiedziała obrażona, wygładzając obrus – nie musimy do niej wracać.

– To szalenie interesujące – odrzekłem, mając na uwadze stan jej zdrowia. – Co ciocia zobaczyła?

 

– Faceta w szarym płaszczu – oznajmiła półgłosem, pochylając się nad stołem. – Chodził w tę i we w tę pod latarnią i palił papierosa za papierosem.

Ciotka Katarzyna dłuższy czas musiała… rzucać okiem na ogród.

– I to on zabił?

– Nie, to on zginął.

– Pod latarnią? Może to była jakaś… kobieta lekkich obyczajów? – zapytałem ostrożnie, by nie urazić starszej pani mocniejszym słowem.

– Kpisz sobie – rzekła rozeźlona. – Nic więcej ci nie powiem.

– Ciociu, przepraszam… Ciekawa rzecz, naprawdę – burknąłem bez przekonania, starając się opanować ciążącą senność.

– Uważasz, że znawiam jakieś baliwerny – zauważyła z przekąsem.

– Ja? Nie, skąd… Nikomu ciocia o tym nie mówiła?

Ciotka wpatrzyła się w kieliszek wina i niesłychanie zaaferowana wyznała:

– Januszku, mam do ciebie zaufanie. Widziałam, jak ktoś kogoś zabił. Policja mogłaby sobie pomyśleć nie wiadomo co. Ale mnie wzrok nie myli! Trzy miesiące temu usunięto mi zaćmę z drugiego oka.

Irracjonalne przekonanie ciotki o wiarygodnym stanie jej zmysłów zwalało z nóg nawet najbardziej zacietrzewionych oponentów.

– Policja na ogół odnosi się sceptycznie do naocznych świadków – zauważyłem. Katarzyna Zauber każdego zanudziłaby o tak wczesnej porze, ale jej pewność siebie kazała mi się mieć na baczności.

Kiedyś matka, wspominając sytuację na Krasnoludków, nadmieniła, bym nie mieszał się do tamtejszych spraw. Peryferie rządzą się przyzwyczajeniami, mówiła. Zatęchłymi i niepodważalnymi. Można niechcący naruszyć delikatny układ. I dostać za to po głowie. Katarzyna coś wie na ten temat…

Nigdy nie miałem zamiaru wtrącać się w zadawnione konflikty na drugim końcu miasta. Wymazywałem przeszłość z pamięci, aby nie zatruwała mozolnie obmyślanej koncepcji pisania: podróży do samego siebie podczas jazdy w nieznane. Załóżmy… W końcu byłem tylko początkującym amatorem.

– Ten człowiek właśnie zapalał kolejnego papierosa – stwierdziła ciotka stanowczo. – A potem spojrzał na zegarek.

– Ciocia ma sokoli wzrok po tej operacji – rzuciłem od niechcenia.

– Mam bardzo dobrą lornetkę – odparła bez żenady. – Niestety, wieczorem padał deszcz, zegar właśnie wybił wpół do dziesiątej i trudno było dostrzec, hm… pewne szczegóły.

Pokiwałem głową, myśląc o nieopanowanym wścibstwie starszych osób i spróbowałem wina porzeczkowego: słabiutkie i słodziutkie. Głowa pękała z bólu rozdymana balonem bezsenności. Wstrząśnięty dreszczem chwilowego oprzytomnienia, spytałem:

– Ciociu, mógłbym prosić trochę mocnej kawy?

– Zaraz. I właśnie wtedy – kontynuowała z przejęciem – pojawiło się granatowe auto. Wysiadł z niego rosły mężczyzna. Podszedł do człowieka pod latarnią i…

– I co?! – spytałem przymulony, czując dreszcze chodzące po plecach.

Katarzyna Zauber wciągnęła głęboko powietrze:

– I wbił mu nóż w brzuch.

– Straszne! – krzyknąłem. Fantazja ciotki nie znała granic.

– Morderca odjechał samochodem… Chwileczkę!

Podeszła do wiszącego na ścianie kalendarza z górskim krajobrazem, wpatrzyła się w daty i nagle zawołała:

– Jak mogłam nie zauważyć! Jesienne zrównanie dnia z nocą przypadło właśnie z soboty na niedzielę. I wtedy to się stało!

– Niesłychany zbieg okoliczności – zauważyłem bez entuzjazmu.

Głowa bolała mnie coraz bardziej. Zaraz wyjdę na świeże powietrze i wszystko przejdzie. Albo wcześniej wpadnę pod stół.

– E, znowu żartujesz! – parsknęła oburzona. – Lepiej mogłam trzymać język za zębami.

– Nie, ciociu, bardzo proszę… Intrygujący przypadek – powiedziałem, próbując zachować równowagę. – Co było dalej?

– Nic. Poszłam do łóżka – odparła zagniewana. – I spałam jak zabita!

– A denat nadal tam leży?… W rowie pod latarnią na Bajkowej. Zadźgany nożem? I dotąd nikt się nim nie zainteresował?

Spojrzała nieco udobruchana.

– Nie zauważyłam auta policyjnego.

Nie było sensu sprzeciwiać się jej iluzjom.

– Powinienem tam iść i rozejrzeć się? – spytałem, czując obezwładniającą senność. Jeszcze chwila, a zacznę ziewać.

– Jak uważasz…

– Nie poszłaby ciocia ze mną?

Wstała od stołu i z niezwykłą energią zaczęła przestawiać zdjęcia rodzinne, rezydujące na wiekowym pianinie.

– Przy mojej chorobie?… Wykluczone – mówiła z przejęciem. – Ale będąc na twoim miejscu… Oczywiście, ja cię do niczego nie zmuszam. Tym niemniej warto byłoby chociaż zerknąć… Żeby upewnić się, co tam się stało, nie uważasz?

– Jeśli ciocia nalega – westchnąłem ostatkiem sił – zerknę.

– A nuż przydałoby ci się to do kolejnej książki. Znowu kryminał?

Moja kolejna książka… Nie wiem, czy ktoś będzie chciał czytać o facecie, którego najbliższa rodzina spycha na margines, pozbawiając go swego losu. Wolałem nikogo nie wtajemniczać w moje plany.

– Próbuję napisać coś bardziej ambitnego.

Ciotka Katarzyna poruszała się po domu o lasce. Jednak – jak twierdziła moja matka – gdy tylko zdarzały się „wielkie” wyjścia na imieniny, na wesele czy do teatru, stan ciotki ulegał cudownej metamorfozie: wyprostowana, pełna wigoru, parła przed siebie, nie oglądając się na bliźnich. Tym razem wyraźnie utykała, nie chciałem więc zaogniać sytuacji.

– Dobra, pójdę zobaczyć – powiedziałem dla świętego spokoju.

Póty będzie wierciła mi dziurę w brzuchu, póki nie sprawdzę, co się stało zeszłego wieczora pod latarnią.

Kiedy ostatni raz przed śmiercią matka stawiała mi karty, zauważyła, że przede mną długie poszukiwanie. Wygląda to na podróż, ale nią nie jest. Uważaj, byś nie zbłądził. Stoisz na rozdrożu i sam nim jesteś, dorzuciła zagadkowo.

Nigdy nie przywiązywałem wagi do jej „przepowiedni”, lecz teraz właśnie się spełniała. Pamięć tego, co chciałbym na zawsze od siebie odrzucić, znowu dawała o sobie znać. Umarłe głosy bełkotały w mojej głowie, a ja nie byłem w stanie nad nimi zapanować. Nadchodziło niewiadome.

– Patrz uważnie pod nogi – upomniała ciotka.

– Postaram się…

Po czym dodała po krótkim namyśle:

– Wiesz, poszłabym z tobą, ale nie mogę się schylać. Niczego nie przegap! Drobiazgi odgrywają w tych sprawach kolosalną rolę.

Poinstruowany przez czytelniczkę klasycznych kryminałów, obszedłem jesienny ogród i odwróciłem się, by pomachać jej dłonią. Od pętli na Gotyckiej niosło się dzwonienie tramwaju. Raz, drugi…

Sąsiad wychylił się z domu naprzeciwko, rozejrzał się i po chwili zniknął za drzwiami. Zrobiło się przejmująco cicho.

Niebo przybrało barwę gołębiego puchu. Stado szpaków zawisło w powietrzu. Ciotka z okna przez lornetkę obserwowała każdy mój ruch. Matka spytała ją kiedyś:

– Na co ci ta lornetka?

– Śledzę grzyby, jak szybko rosną – odpowiedziała Katarzyna.

Skoligacone przez tatę, którego ojciec był bratem ciotki Katarzyny, nie pałały ku sobie szczególną sympatią. Matka uważała, że ciotka z braku innych zajęć wymyśla niestworzone rzeczy, ciotka zaś twierdziła, że matka po śmierci męża obraca się w nieodpowiednim towarzystwie. Nie traciły ze sobą kontaktu, choć spotykając się przy różnych okazjach, nie szczędziły sobie uszczypliwości. Jak to w rodzinie…

Rozdział 2. Kusząca propozycja

Bajkowa była zwyczajną, bitą drogą z rowami po bokach. Nad chodnikiem zamontowano latarnie na betonowych słupach. Pierwsza znajdował się na rogu Krasnoludków, następna kilkadziesiąt metrów dalej, tuż za siatkowym płotem ciotki Katarzyny, niedaleko brzozowego młodnika ciągnącego się wzdłuż ulicy.

Nasycone mglistym spokojem niedzielne przedpołudnie obejmowało las leniwym chłodem. Nic nie wskazywało na to, by wczoraj wieczorem ktoś tutaj kogoś zamordował. Ani śladu po papierosach rzekomo palonych przez ofiarę. Według ciotki, morderca przyjechał granatowym samochodem. Zabił i zniknął. Nocny deszcz zapewne zmył ślady opon.

Mimo sennego przymulenia, wciąż zastanawiałem się, po co Katarzyna sprowadziła mnie do siebie? Odżyły w niej rodzinne sentymenty? Nie sądzę. W końcu nie łączyła nas zbytnia zażyłość. A jeśli właśnie dzisiaj źle się poczuła i nie chciała o swojej niedyspozycji mówić wprost?… To było do niej podobne. Tak czy owak, z zasady nie powinienem jechać do Łagiewnik.

Od pewnego czasu wokół mojej osoby działy się osobliwe, a może całkiem naturalne rzeczy: głuche telefony, nocne pukanie, żółta koperta pod drzwiami… Nieraz przez cały dzień nie wychodziłem z mieszkania, by nie zostać wplątany w obłędną historię. W tę, co czyha za progiem.

Ból czasu minionego dawał o sobie znać. Umarli chcieli bym wyświetlił tajemnice ich życia. Wciągali pamięć w gonitwy wątpliwości i przypuszczeń. Godzinami leżałem w łóżku nakryty kołdrą na twarz i wsłuchiwałem się w ich podszepty, kołaczące się po głowie niejasnymi strzępami rozmów i domysłów.

Brałem tabletki na uspokojenie, na sen, na zapomnienie, lecz udręka natrętnych dociekań robiła swoje. Wstawałem w nocy, chodziłem po pokoju, paliłem papierosy, piłem piwo…

Pewnie ciotka wiedziała od matki o moich skłonnościach i postanowiła wreszcie wykorzystać je do swoich celów. Neurasteniczne przewrażliwienie! Półprzytomny z niewyspania, postanowiłem jak najszybciej wracać na Chojny.

Na wszelki wypadek zajrzałem do przydrożnego rowu. Na dnie stało nieco mętnej, ciemnej wody. Ulewa położyła przerośnięte zielska. Pod nimi na pewno nie ukrywał się żaden nieboszczyk. Już miałem zawrócić, gdy coś błysnęło między chwastami. Schyliłem się i wyciągnąłem z mokrej trawy scyzoryk o metalizowanej powłoce, połyskującej marką niezbyt popularnego piwa.

– No i co, no i co? – dopytywała się podekscytowana ciotka, gdy stanąłem na wycieraczce.

– No i nic – odparłem, bacznie obserwując jej zachowanie. – Brak śladów, brak denata, coś się cioci zdawało…

– Mnie się zdawało?!… Żarty ci się trzymają.

Zaciskała pulchne dłonie, mamrotała pod nosem i potrząsała głową, a jej zakręcone do góry siwe włosy opadały na pucołowatą twarz, przesłaniając zmrużone złością okrągłe, bladoniebieskie oczy.

Chciałem jak najprędzej wrócić do mojego zapuszczonego mieszkania. Zaszyć się w nim i udawać, że nie istnieję. Niczego nie chcieć, niczego nie mieć, o niczym nie wiedzieć: to była moja ulubiona dewiza na przetrwanie. Wyjadę do znajomych pod Warszawę i ciotka da mi święty spokój. Już miałem się z nią pożegnać, gdy rzekła, siląc się na obojętność:

– Jednak po coś się schyliłeś.

Sięgnąłem do kieszeni i pokazałem jej scyzoryk.

– Nic takiego… Reklamowa tandeta.

– Zaraz, zaraz – powiedziała Katarzyna, zakładając okulary. – To może być corpus delicti.

Musiała wetknąć zapamiętane łacińskie słówka. Podczas okupacji robiła maturę na tajnych kompletach i szczyciła się swoją znajomością tego martwego języka, ograniczoną w zasadzie do kilku wyuczonych sentencji, które z lubością rzucała od niechcenia w tak zwanym lepszym towarzystwie.

Wzięła do ręki scyzoryk i przyjrzała mu się pod światło.

– Karmelowe – szepnęła, oblizując usta. Po czym przełknęła ślinę i dodała: – Muszę jechać trzy przystanki, by je kupić w hipermarkecie, bo okoliczne sklepy tego gatunku nie sprowadzają.

Wiedziałem, ile kłopotów sprawia jej wsiadanie do tramwaju czy autobusu, więc spytałem zaskoczony:

– Jeździ ciocia tramwajem po piwo?

– Po inne rzeczy też – odparła szybko. – W markecie jest znacznie taniej. A poza tym, podczas promocji, kto kupił czteropak karmelowego, dostawał drobny upominek.

– I ciocia dostała taki scyzoryk?

– Wybrałam przywieszkę z kompasem – mruknęła i spłonęła rumieńcem, niczym uczennica przyłapana na gorącym uczynku. – Zawsze gubię się w lesie. To znaczy, teraz już nie chodzę…

– Facet w szarym płaszczu zgubił ten nożyk? – spytałem. – Przecież gadżet mógł tam leżeć od dłuższego czasu.

Rzuciła mi sceptyczne spojrzenie, usiadła w ulubionym „wiktoriańskim” fotelu i otwierając scyzoryk, rzekła tonem godnym postaci z telewizyjnego serialu:

– Promocja była w zeszłym tygodniu, w piątek. Spójrz, ostrza są błyszczące i nieużywane. – Po czym zauważyła mimochodem: – Niewiele osób bywa na Bajkowej.

– Śledzi ciocia sytuację na bieżąco? – spytałem. – Przez lornetkę?

– Większość sąsiadów mieszka po drugiej stronie Krasnoludków. Albo przyjeżdżają od strony Warszawskiej, albo idą przejściem między ogrodami do pętli na Gotyckiej– odparła rzeczowo. – Wiesz, tutaj ruch jest znikomy. Osiedle wojskowe zaczyna się dopiero za torem.

 

Osiedle wojskowe Malinki… Od razu przypomniałem sobie obrośnięty pokrzywami nasyp linii kolejowej. Zardzewiałe torowisko przecinało obecną ulicę Bajkową, szerokim łukiem omijając dębowy zagajnik.

Ostatni raz przechodziłem tamtędy z ojcem dziesięć lat temu. Tata palił po drodze, rozglądał się nerwowo, milczał zły i zamyślony. Musiał być od dawna zaangażowany w wojskowe machinacje. Tak mi się teraz wydaje. Z nikim na ten temat nie rozmawiał, tym bardziej z małoletnim młokosem.

Pochłonięty niezrozumiałymi problemami, krążył po obrzeżach świata opisywanego w powieściach sensacyjnych. Pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że tata jest kimś… nieoczywistym. To jednak stało się znacznie później.

Wtedy bywaliśmy co niedziela z wizytą na Krasnoludków. Zwykle po obiedzie brałem rower i jechałem w stronę nasypu kolejowego, by zobaczyć buchającą dymem i parą lokomotywę.

– Dwa razy w tygodniu nadal jeździ tamtędy pociąg – dodała ciotka ze znajomością rzeczy, wytrącając mnie z zamyślenia – w środę po południu i w poniedziałek rano. Bocznica prowadzi do dawnej fabryki kabli. Od roku 2001 produkują w „Companie” wyroby z tworzyw sztucznych.

– Jest ciocia doskonale poinformowana – rzekłem, zastanawiając się, po co mi to mówi.

– Pociąg daje sygnał przed niestrzeżonym przejazdem – zauważyła z kwaśnym uśmieszkiem. – Trudno tego nie słyszeć.

Jej twarz nagle pobladła, niebieskie oczy przygasły i rzekła po chwili z wyraźnym trudem:

– Zygfryd… Mój syn pracował w firmie „Compan”.

Pod koniec grudnia zeszłego roku byłem z matką na pogrzebie wujka Zygfryda. Po śmierci syna ciotka Katarzyna nieco zdziwaczała, a hrabiowska choroba raz po raz dawała jej się we znaki.

– Wszyscy bardzo przeżyliśmy ten wypadek.

– Kiedy słyszę pociąg… – przerwała, umilkła i znieruchomiała.

Zygfryd Zauber to nieodpowiedzialny człowiek, rzekł kiedyś ojciec. A matka była przekonana, że ludzie, z którymi kontaktuje się syn ciotki, prędzej czy później doprowadzą go do zguby. Na wszelki wypadek trzymaj się od niego z daleka, dodawała półgłosem, głaszcząc mnie po głowie, jakby jej ostrzeżenie mogło wpłynąć na moje przyszłe losy.

Chciałem już wracać na Chojny, więc spytałem, wskazując na scyzoryk:

– Przyda się cioci w ogrodzie?

Pozamykała ostrza i wyciągnęła rękę w moją stronę.

– Kochany – odparła, patrząc mi w oczy – do przycinania róż to ja mam taki kozik, że mogłabym nim przebić na wylot.

– W takim razie – rzekłem – dam scyzoryk synowi dozorcy.

– Na twoim miejscu popytałabym, co i jak.

– Słucham?

– W związku z sobotnim zajściem…

– Mam rozpytywać w hipermarkecie? – spytałem zdziwiony. – O ten drobiazg? Ciociu, nikt nie będzie pamiętał.

– Zapytaj Henia – rzekła zadumana.

– Nie rozumiem… Kto to jest Henio?

– Wyjrzał z domu, kiedy poszedłeś na Bajkową. Cóż, sąsiedzi już cię namierzyli. Na pewno od razu zadzwonił do tej… mniejsza z tym. Ona zaraz rozniesie po całej ulicy.

– To chyba nic strasznego?

Zamysły ciotki związane z moją osobą zdawały się nabierać konkretnych kształtów. Coś sobie ubzdura, a potem zadręcza bliźnich, wzdychała moja matka. Mieszkańcy Krasnoludków skarżyli się na nią. Ten wiek tak ma. Poza tym śmierć syna i jej choroba…

– O co pytałeś? – rzuciła Katarzyna. Pogrążona w sobie tylko wiadomych spekulacjach, bawiła się ostentacyjnie reklamowym gadżetem.

Była nachalna w podsuwaniu mi pod oczy wątpliwego dowodu. Sama podrzuciła ten scyzoryk?… To do niej podobne. A teraz usiłuje skontaktować mnie z kimś, kto był zamieszany w śmierć wujka Zygfryda.

Przypomniałem sobie, jak matka mówiła: cuchnąca sprawa. Więc spytałem jeszcze raz:

– Kto to jest Henio?

Ciotka Katarzyna zacisnęła usta, wpatrzyła się w ścianę pokrytą kwiecistą tapetą, wreszcie zdecydowała się na wyznanie:

– Henio jest ochroniarzem w hipermarkecie. Na pewno zna z widzenia stałych klientów. Henio na wiosnę skopał mi ogródek i pobielił jabłonki. Miły gość, choć… plotkarz jakich mało. Mieszka naprzeciwko.

O tych koneksjach Katarzyny Zauber nie miałem pojęcia. I nadal nie budziły one mojego zainteresowania. Leciałem z nóg.

– Jeżeli ktoś kogoś zabił na Bajkowej, trzeba zawiadomić policję – rzekłem zdecydowanym tonem.

– Wykluczone – odparła ze złością. – Zbędą człowieka byle czym. Tak jak wtedy… Łachudry! A poza tym…

– Podejrzewa ciocia okolicznych mieszkańców? – dopytywałem się, coraz bardziej znużony jej niedopowiedzeniami.

– Może tak, a może nie – odparła tajemniczo. – Przecież nie widziałam go dokładnie. Ciemny płaszcz, postawiony kołnierz, poza tym padało… Nie było śladów na drodze?

– Pewnie deszcz je zmył albo auta rozjechały.

– Od rana nie przejechał tędy żaden samochód. Ci wojskowi zza kolei mają swoją ulicę Dworską, a moi sąsiedzi… pojechali Krasnoludków do Warszawskiej na mszę w klasztorze.

– Ciocia nie chodzi do kościoła? – spytałem odruchowo.

– Nie – odparła twardo – odkąd pokłóciłam się z księdzem na pogrzebie syna. I tak już zostało.

Nie chciałem pytać, o co poszło… Dłużej tego nie zniosę! Krzyknęła i odeszła stukając obcasami po oblodzonym chodniku; córka wujka Zygfryda nie mogła patrzeć, jak ciotka kłóci się z księdzem nad urną z prochami ojca. Ktoś rzucił wulgarnym słowem i cała uroczystość przerodziła się w awanturę.

– Ciociu – zakasłałem – nie wiem, czy jestem właściwą osobą. Poza tym nie czuję się na siłach.

– Przecież piszesz kryminały – rzekła, wpatrując się w ścianę nieobecnym wzrokiem. – Nie interesuje cię moja obserwacja?

– Wydałem na razie jedną niewielką książeczkę – odparłem skrępowany. –Druga jest w rozsypce. Muszę poszukać stałego zajęcia.

– Pewnie kończy ci się gotówka?

Poczułem się nieswojo, obawiając się morderczej dociekliwości ciotki.

– Pytam ze szczerego serca – dodała ciepło.

– Mieszkanie wymaga remontu – odparłem, nie wierząc w czyste intencje Katarzyny. – Musiałem sprzedać meble z sypialni po matce. Nie przedłużyli mi renty inwalidzkiej. Komisja orzekła, że jestem zdrowy i nadaję się do pracy. Przecież nikt mnie nie przyjmie, kiedy się dowie…

– Januszku, ja ci pomogę – przerwała mi. – Mój syn zginął w zeszłym roku podczas awarii w zakładzie „Compan”.

Skinąłem głową w milczeniu, szanując jej żałobę.

– Dostałam spore odszkodowanie – dodała, nie kryjąc złości – a emerytura zupełnie mi wystarcza. Mogłabym ci wypłacać przez rok stypendium.

Ekscytowała się swoim zamiarem. Starsza, samotna kobieta coś sobie obmyśliła, przedyskutowała całą rzecz sama ze sobą i teraz, bezkrytyczna wobec swoich poczynań, stara się jak najszybciej swój zamysł wprowadzić w czyn.

– To bardzo miło z cioci strony. Naprawdę, sam nie wiem…

Wolałem nie być od niej uzależniony, zdając sobie sprawę ze starczych dziwactw i przyzwyczajeń. Matka rzekła kiedyś w złości: zaborcza wiedźma… Obawiałem się przymusowej wdzięczności, jaką trzeba żywić do osoby, która łoży na twoje utrzymanie.

– Płaciłabym ci pod jednym warunkiem – rzuciła niespodziewanie ostrym tonem – przeprowadziłbyś się do mnie i zamieszkał na górze.

– A co z mieszkaniem na Chojnach?

– Wynajmiesz je wnuczkowi mojej kuzynki z Koluszek. W październiku chłopakrozpoczyna studia na Politechnice Łódzkiej.

Jasne. Sprawa była wcześniej ukartowana, a ciotka miała przygotowaną odpowiedź. Wnuczek kuzynki z Koluszek! Nie do końca zostałem wyleczony z nawrotów rozstroju nerwowego, a ona narzucała się z namolną opiekuńczością.

Mogła sobie kupić psa albo przygarnąć kota, ale nie cierpiała zwierząt w domu, gdzie cały dobytek musiał być poustawiany i uporządkowany, zgodnie z wpojonym jej pedantycznym zamiłowaniem do czystości i symetrii.

– Ciociu – powiedziałem po chwili – dam znać jutro po południu i powiem, co postanowiłem. Nie spodziewałem się… Bardzo dziękuję. Muszę rzecz poważnie przemyśleć.

– Albo ja zadzwonię do ciebie, mój January.

– Nie lubię tego imienia.

– Dobrze, Januszku, zastanów się. Na pierwszym piętrze jest pokój z łazienką. Zygfryd zamieszkał tam po rozwodzie z żoną. Zrobił nawet osobne wejście, bo często wracał nocą z pracy i nie chciał mnie budzić.

– Wezmę to pod uwagę – odparłem. Jej propozycja stawała się coraz bardziej nęcąca.

– Wiesz, wolałam… – odchrząknęła, przykładając chusteczkę do ust – nie wynajmować tego pokoju obcym ludziom. Z nieznajomymi różnie bywa.

Coś zapaliło się nagle w mojej głowie. Szary facet w szarym płaszczu stanął w drzwiach mieszkania i rzekł szarym głosem: twoja matka nie żyje.