Trans

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Trans
Trans
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 49,98  39,98 
Trans
Trans
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Krakowski

Trans

Saga

Trans

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1987, 2021 Jacek Krakowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726823219

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

DOM

Od pewnego czasu zaczęły mnie nawiedzać dziwne sny. Zburzone miasta, opustoszałe ulice, zrujnowane domy... Błądziłem wśród nich szczęśliwy samotniczym szczęściem przebywania wśród zgliszcz świata, którego byłem jednym mieszkańcem. Bladożółty, pylisty koloryt nieba powlekał domy i ulice mdłym światłem, równomiernie zacierając wszelkie kontrasty. Przyglądałem się stertom mebli, zwojom dywanów, usypiskom porcelany zgromadzonym na placach i skwerach, gdzie piętrzyły się stosy na wpół spalonego drewna, rozsypującego zwęglone szczątki na kopce nawianego piachu, po którym osuwały się niby martwe mrówki po zboczach mrowiska.

Nie były to właściwie sny w ścisłym znaczeniu tego słowa, raczej obrazy myśli, wyblakłe i rozpływające się, gdy nie skupiało się na nich dostatecznej uwagi. Czasami ograniczały się do kilku słów: „opuszczone miasta” czy „puste, żółte ulice”, czasami ukazywały niewyraźne zarysy zawieszonych w powietrzu ścian lub okien, innym razem rozpościerały się przestrzennym, jednoczesnym widzeniem wnętrza labiryntu mieszkań i schodów, ogólnym planem zrujnowanych dzielnic, makietą rozsypującego się miasta.

Obrazy te przepływały przez siebie niby skomplikowane zdania, szepczące swe zawiłe sensy, rozpadające się w poświatę bladożółtego nieba. Szemrzący odgłos, podobny do szelestu przesypującego się piachu, towarzyszył każdorazowemu pojawieniu się słowa-snu, wywołanego niekiedy zupełnie obcym mi wyrazem.

Niejednokrotnie usiłowałem domyślić się znaczenia tych szeptów, wyłowić z nich logiczny wątek, lecz ilekroć zaczynałem sterować myślą, poszukując dodatkowych objaśnień w swej pamięci, krajobrazy płowiały, słowa rozpadały się na pojedyncze zgłoski, a ja — uczepiony jakiejś w kółko powtarzającej się, niezrozumiałej frazy — zapadałem się w ciężką ciemność prawdziwego, głuchoniemego snu.

Obrazy myśli przybywały do mnie dopiero przed przebudzeniem. Nawołujące z oddali, dymiące upalnym wiatrem, odtwarzające porządek zrujnowanej rzeczywistości bełkotliwymi dialogami, rozgrywającymi się wśród umierających ogrodów, które sypały zeschniętymi liśćmi, zagłuszającymi swym szelestem potok niewyraźnych słów. Budziłem się wtedy otępiały i ogłuszony, ciężko chwytając powierze, przerażony tym, że nie wszystko we mnie stanowi moją własność. Byłem przekonany, że jakiś świat usiłuje porwać mnie stąd, aby zniszczyć, podobnie jak swoje miasta i słowa. Leżąc nieruchomo w łóżku wpatrywałem się w ciemność gwiaździstej nocy, stojącej za oknem, wsłuchiwałem się w monotonne tykanie zegara i ze wszystkich sił przekonywałem sam siebie, że jestem tutaj naprawdę.

W wyniku przewlekłej choroby przez kilka miesięcy, a może lat, przebywałem w szpitalu i kiedy nareszcie z niego wyszedłem, czułem, że nie mam w sobie siły, aby sprostać oczekującej mnie normalnej rzeczywistości. Przytłaczany raz po raz dręczącymi snami nie byłem w stanie przejść kilku kroków po pokoju. Nie dlatego, abym był sparaliżowany, po prostu nie umiałem pomyśleć swego chodzenia. Wyczerpałem zupełnie możliwość logicznego łączenia przyczyn ze skutkami, co niewątpliwie sprawiły obrazy myśli, zmuszające mój umysł do rozwiązywania ich zagadek.

Od kilku dni, a może tygodni, przebywałem w domu Antoniego — brata mojego dziadka. Nigdy w życiu nie spotkałem się z nim, a nawet nie wiedziałem o istnieniu owej zmurszałej willi w głębi zdziczałego ogrodu. Ani rodzice, ani dziadek nigdy nie wspominali o istnieniu tego domu i tej zapomnianej gałęzi naszej rodziny. Może wstydzili się, a może nie pamiętali o niej, w każdym razie byłem zdziwiony, stykając się po raz pierwszy z ludźmi, którzy zwracali się do mnie po imieniu i zachowywali tak, jakbym był ich dobrym znajomym. Żona Antoniego, Patrycja, wysoka, koścista starucha o wodnistych oczach, tłumaczyła mi, skąd się tu wziąłem, lecz ja, na wpół odurzony nachodzącymi mnie majakami, nie rozumiałem jej słów, przelatujących przeze mnie niby czarne, wygłodniałe ptaki.

Chłód ciemności owiewał moje ciało. Wynurzałem się z błotnistego bajora ogromnym, czarnym wężem. Wznosiłem się wyprostowany, kołysząc spłaszczonym łbem, póki moje jedyne rubinowe oko nie spostrzegło białej klaczy, pasącej się na trawiastym zboczu wzgórza. Podpełzłem do niej od tyłu, wyprężyłem się i wsunąłem łeb w otwór pod jej ogonem. Zarżała z nie tajonej rozkoszy. Wsuwałem się coraz głębiej, rozpychając mym stwardniałym ciałem śliskie ściany jej wnętrza, lecz im głębiej w nią wnikałem, tym bardziej lodowaty chłód dawał mi się we znaki. Wreszcie wbiłem kły w jej pulsujące mięso, wpuszczając w nie cały zgromadzony we mnie jad.

Wtedy właśnie czyjś obcy głos zmusił mnie do ucieczki.

Obudź się wreszcie, już dzień.

Otworzyłem oczy. Kornelia, pucołowata drobna brunetka o maleńkich dłoniach, przyniosła mi śniadanie. Miała może dwanaście, a może dwadzieścia lat, nie umiałem określić jej wieku, nie mogąc uchwycić w jej twarzy i zachowaniu niczego, co by go zdradzało. Szukałem jakiegoś tiku, gestu, czekałem na specyficzną intonację wypowiadanych słów. Na próżno... Można było o niej powiedzieć — młoda dziewczyna, dojrzała kobieta, tak jak się mówi o porach roku: wiosna, lato, jesień. Nie potrafiłem jednak stwierdzić, czy ta wiosna rozpoczynała się właśnie zimnym, dżdżystym marcem, czy też kończyła kwitnącymi bzami maja.

Co to za dzień? spytałem, kiedy wychodziła z pokoju.

Niedziela, odparła, oczywiście niedziela, a ty jak zwykle śpisz.

Spojrzałem na przyniesioną tacę. Znowu leżała na niej sucha bułka, a obok stała szklanka do połowy wypełniona mętną wodą. Bułka była twarda jak kamień, a woda miała smak gorzkosłony. Polałem bułkę wodą i odgryzłem kilka kęsów, kiedy kątem oka zauważyłem, że ktoś wspina się po grubym konarze dębu, rosnącego za oknem. Jakaś kobieta w obszarpanej sukni pełzła po gałęzi, przyciskając się do niej brzuchem. Zdawało mi się, że jest to Apolonia, córka Patrycji, chociaż przez gęstą firankę z trudem mogłem rozpoznać jej rysy. Kiedy zauważyła, że patrzę na nią, przyłożyła palec do ust, nakazując mi milczenie i po chwili znikła w gęstwinie liści.

Wstałem z łóżka, założyłem na piżamę szlafrok i wyszedłem z pokoju. Z głębi korytarza, znaczonego niknącymi punkcikami lamp, dobiegały mnie ściszone głosy, szmery, postukiwania, przebijane od czasu do czasu jękiem lub stłumionym okrzykiem. Zdawało mi się, że poprzez te hałasy dolatuje mnie głos Kornelii, mówiącej szybko i niewyraźnie. Żółta poświata, spływająca spod sufitu, zaczynała nabierać ciężaru, gęstniała, układając się z wolna w zarys znanego mi podwórka, skąd zwykle brały początek moje sny. Kilka cieni przesunęło się przez łukowato sklepioną bramę. Obraz obracał się, obramowując ścianami domów piaszczysty plac, falując, jakby go oglądano przez nagrzane powietrze; lecz wkrótce powiew chłodnego wiatru rozproszył całe widzenie, znikające w koncentrycznych kręgach gasnących pulsów światła.

Po schodach wchodziła babka Patrycja, ciężko opierając się ręką o drewnianą poręcz. Przystawała na każdym stopniu pochylona i zdyszana.

Czy ja mam dziesięć razy wołać, abyś zszedł wreszcie na śniadanie? wysapała widząc mnie stojącego u szczytu schodów. Żyjemy tutaj bardzo skromnie, ale jeżeli już poświęciliśmy się, aby ratować twoje zdrowie, nie znaczy to, żebyś kpił sobie z nas.

Ależ, babciu, zawołałem, przed chwilą Kornelia przyniosła mi śniadanie do łóżka!

Co ty pleciesz, powiedziała, biorąc mnie pod rękę. Od godziny wszyscy siedzimy przy stole czekając, kiedy raczysz wreszcie zejść. Antoni jak zwykle zdenerwował się i poszedł już do siebie, niczego nie jedząc. Mógłbyś mieć chociaż wzgląd na jego podeszły wiek.

Chciałbym się wreszcie z nim zobaczyć, szepnąłem.

To wykluczone, odparła gniewnie. Sam jesteś sobie winien, mogłeś się pośpieszyć, a nie czekać, żebym ja, stara kobieta, fatygowała się do pokoju młodego mężczyzny, aby wyciągać go z łóżka o dziesiątej rano.

Chciałbym jednak przywitać się z dziadkiem Antonim, rzekłem skruszony.

Obawiam się, westchnęła Patrycja, kiedy znaleźliśmy się na parterze, że po tym, co się stało, w ogóle nie zechce się z tobą widzieć.

Szmer głosów uderzył we mnie ze zdwojoną energią, natychmiast przeistaczając się w ciąg poplątanych zdań. Rozumiałem tylko pojedyncze wyrazy, ich znaczenia otwierały się dla mnie niby sprzęty mieszkania, które chciałem jak najszybciej opuścić. Garnki, naczynia, bieliznę upychałem do wielkich tobołów i z rozmachem wyrzucałem je przez okno. Krzątając się niecierpliwie po mieszkaniu pakowałem do torby zbyteczne drobiazgi: figurki z porcelany, połamane łyżki, potłuczone szklanki, wazoniki, sztuczne kwiaty, nie mogąc się zdecydować na pozostawienie czegokolwiek. Miałem już wychodzić, gdy niespodziewanie otworzyły się drzwi i usłyszałem głos Apolonii.

Nareszcie, nareszcie, wszystko już wystygło. Mleko skwaśniało, bułki stwardniały na kamień, w serze zalęgły się robaki, a on śpi w najlepsze. Ja bym takiego wałkonia przegnała na cztery wiatry, ot co!

Nie zapominaj, że poświęciłyśmy się dla jego dobra, strofowała ją Patrycja.

 

Prawda, przytaknęła Kornelia, nie jest jeszcze zupełnie zdrów, ale to nie znaczy, żebyśmy mu ulegały na każdym kroku.

Zostawcie mnie! zawołałem, dajcie mi wreszcie spokój! Nie chcę was, nie cierpię, nienawidzę. Zabierzcie mnie z tego domu, zabierzcie z tego świata. Nic nie miałem i niczego więcej nie pragnę. Ten świat, jeżeli w ogóle jest, jeśli istnieje cokolwiek, co tym światem nazywacie, jest tak męczący, że nie mam już siły stawać wobec niego, odbierać go, uczestniczyć w nim i starać się go zrozumieć. Być może istnieje coś poza mną, ja w każdym razie nie potrafię już się tym zajmować. Jestem chory, jestem zmęczony wszystkim, co powoduje mną, każe mi działać i zastanawiać się nad tym działaniem. Chcę odejść i nie wiedzieć o tym, co pozostawiam. Brak mi powodu, aby wiedzieć, przypuszczać, zabiegać o każdą chwilę, być sobą nieprzerwanie i do obrzydliwości!

Obudziłem się przerażony własnym krzykiem. Spocony, z tłukącym się sercem leżałem w łóżku, odrzuciwszy kołdrę na podłogę, a ukośna smuga słonecznego światła kładła mi się na twarz i piersi ciepłem wrześniowego dnia. Wstałem, podszedłem do okna i otworzyłem je jak mogłem szeroko, odsuwając gęste firanki. Rozłożysty dąb, rosnący za domem, szeleścił ledwo dosłyszalnie ciemnym listowiem, a pojedyncze zeschłe liście kołowały leniwie, opadając na kamienny taras, na którym ciotka Apolonia wieszała świeżo upraną bieliznę. Chłodne powietrze spływało mi po nogach. Chciałem już zamknąć okno, gdy Apolonia, zerknąwszy w moją stronę, pomachała ręką.

Jak się masz, powiedziała nie przestając rozwieszać na sznurze nocnych koszul z białego płótna. Zejdź na dół i zrób sobie śniadanie. Jesteśmy dzisiaj bardzo zajęte.

Założyłem szlafrok na piżamę i wyszedłem na korytarz. Kokosowy chodnik tłumił moje kroki tak, że mogłem niezauważony podejść do klęczącej przy schodach Kornelii i znienacka klepnąć ją w wypięte pośladki.

Ach, świnia! zawołała, odwracając głowę i morką ścierką, którą wycierała schody, trzepnęła mnie po łydkach. Ja tu ciężko haruję, a ten osioł wygłupia się.

Nie jesteś w szkole? spytałem uskakując na bok.

Przecież dzisiaj niedziela, zaśmiała się Kornelia. Ty chyba jesteś nieprzytomny, za długo sypiasz. Idź na dół i zjedz śniadanie. Babcia ma dla ciebie coś do roboty.

Zszedłem po trzeszczących, świeżo wymytych schodach, zostawiając ślady pantofli na ich mokrej powierzchni. Odwróciłem się po chwili, aby spytać o coś Kornelię, ale ona zniknęła i tylko strużki wody spływały z najwyższych stopni, wsiąkając w słoje ciemnego drewna.

Kornelio! zawołałem, czy dziadek Antoni już wstał?!

Nie odpowiedziała. Przeszedłem przez pachnący zgnilizną hall i pchnąłem drzwi do kuchni. Babcia Patrycja stojąc przy rozgrzanej płycie smażyła konfitury na wielkiej miedzianej patelni, raz po raz przewracając drewnianą chochlą bulgoczącą masę.

A, jesteś nareszcie, powiedziała nie odwracając się do mnie. Zjedz coś szybko, bo musisz mi pomóc.

Podszedłem do kredensu, wyjąłem chleb, masło i ser i szykując kanapkę spytałem o zdrowie dziadka Antoniego.

Nie czuje się najlepiej, odparła Patrycja, przekładając owoce do szklanego słoja. Wiesz, nie można go zbytnio niepokoić. Oczywiście wie, że jesteś tutaj, ale rozumiesz, to nie to samo, co bezpośrednie zetknięcie z tobą. Jego serce mogłoby to odczuć. Cóż, mój drogi, kiedy sam będziesz w tym wieku, zrozumiesz, że trzeba się oszczędzać. Ja jednak nie mogę pozwolić sobie na takie luksusy. Ktoś musi dbać o dom.

Przecież ciotka Apolonia i Kornelia pomagają babci. Sam widziałem.

Patrycja uśmiechnęła się kwaśno i machnęła ręką.

Widzę, że nic z tego nie rozumiesz, ale wybaczam ci. Jesteś jeszcze nie całkiem zdrów i trudno, żebyś w lot wszystko pojmował. Owszem, starają się jak mogą, ale w końcu ten dom jest mój i Antoniego, dlatego one nigdy nic nie będą tu miały do gadania!

Uderzyła chochlą w powidła na patelni, aż rozprysły się, sycząc na rozpalonej blasze.

Właściwie mógłbym stąd wyjechać, jeżeli sprawiam wam kłopot. Nie chciałbym przysparzać babci dodatkowej pracy. Mam mieszkanie w mieście, poza tym powinienem odwiedzić rodziców.

Odsunęła patelnię z ognia i wycierając ręce w fartuch usiadła przy stole.

Tyle razy już ci mówiłam, że przede wszystkim musisz się przyzwyczaić. Tutaj jest najbardziej odpowiednie miejsce do tego, abyś powoli znowu wchodził w świat. Czy myślisz, że po tak długiej chorobie można od razu rozpocząć zwyczajne, codzienne życie? Głowę daję, że znowu dostałbyś jakiegoś ataku i musieliby zabrać cię do szpitala. Powoli, moje dziecko, przyzwyczaisz się, okrzepniesz, zahartujesz i zobaczysz, że wszystko dobrze się ułoży. Na razie jednak musisz wierzyć nam. My całe to życie mamy w jednym palcu i wierz mi, chcemy dla ciebie jak najlepiej. Szkoda tylko, że wstajesz tak późno i nigdy nie zdążysz zjeść z nami śniadania. Poznałbyś wtedy, być może, nareszcie Antoniego, ale radzę ci, nie upieraj się zbytnio przy zawarciu tej znajomości. To niedołęga. Nie słuchał naszych cennych rad i teraz ma za swoje. Pomóż mi zanieść weki do piwnicy.

Wcisnęła mi w ręce dwa szklane słoje z konfiturami i zdjęła z haczyka mosiężny klucz. Kiedy schodziliśmy w dół po schodach, które — jak zauważyłem — nie były wymyte przez Kornelię, Patrycja, idąc przede mną, mruczała coś pod nosem.

Przepraszam, nie dosłyszałem.

Nic, nic, rzekła, dowiesz się później.

Przekręciła z trzaskiem klucz w zamku, otworzyła ciężkie, okute drzwi i zapaliła światło.

W słabej poświacie żółto tlącej się żarówki trudno było cokolwiek dostrzec, lecz babka pewnie posuwała się do przodu, odgarniając rękami festony pajęczyn. Szedłem za nią krztusząc się kurzem i stęchłym powietrzem.

Tutaj, powiedziała wreszcie, wskazując wysokie półki, na których piętrzyły się słoiki i butle pełne przetworów. Postawiłem słoje na desce i już chciałem wracać, gdy Patrycja przytrzymała mnie za rękaw szlafroka.

Czy ty rozumiesz, co to znaczy, że zawsze jemy razem śniadanie?

Czułem zamęt i ociężałość w głowie. Wysoka sylwetka babki troiła mi się w oczach, lecz jej głos, zwykle przytłumiony i nieco skrzekliwy, nabrał teraz mocnego, metalicznego brzmienia, dudniąc pod sklepieniem piwnicy.

Najwyższy czas, abyś zrozumiał wreszcie, że ktoś musi sobą potwierdzać sens tego wszystkiego. Potwierdzać, utwierdzać i przekazywać dalej. Musi każdą chwilą swego życia świadczyć na korzyść, nawet gdyby na dnie duszy krył pewne podejrzenia. Zjednoczeni i niezawodni powinniśmy otwierać każdy dzień wspólnym śniadaniem, a zamykać wspólną wieczerzą, albowiem jedynie w ten sposób możemy od rana do wieczora mieć przewagę. Trzeba tylko temu wszystkiemu narzucić pewien porządek, aby okazało się, że jest zupełnie nieszkodliwe, a nawet przyjemne w codziennej percepcji. Czy rozumiesz, co do ciebie mówię?

Chciałem coś odpowiedzieć, ogłuszony nieco jej patetycznym tonem, gdy z opresji wybawił mnie dzwonek telefonu. Dopiero teraz spostrzegłem, że obok półki wisi staroświecki aparat w drewnianej obudowie.

Jestem! krzyknęła do słuchawki Patrycja. Co? Znowu?! Już biegnę!

Rzuciła słuchawkę i pociągnęła mnie za sobą w kierunku drzwi.

Pośpiesz się, nie bądź taki ślamazarny! strofowała mnie, kiedy wychodziliśmy z piwnicy, dziadek Antoni znowu uciekł!

W hallu czekały już na nią Apolonia i Kornelia, obie w zielonych, nieprzemakalnych płaszczach z kapturami na głowach i goglami na czołach.

Pojedziemy samochodem, rzekła Apolonia, przesuwając okulary na oczy, tak będzie szybciej.

Mógłbym pojechać z wami? spytałem.

Wykluczone! zawołała Kornelia, chwytając dużą torbę podróżną, dziadek nie cierpi, gdy ktoś obcy zastaje go w tak intymnych sytuacjach.

No, dziewczyny, szybciej, szybciej! poganiała je Patrycja, założywszy na siebie identyczny nieprzemakalny płaszcz i okulary. A ty, zwróciła się do mnie, zostań tutaj i pilnuj domu. I pamiętaj, żebyś nikomu nie otwierał.

Wyszły popychane przez Patrycję, a po chwili usłyszałem zgrzyt klucza przekręcanego w zamku drzwi wejściowych. Wspiąłem się na palce i spojrzałem na podjazd przed domem przez małe owalne okienko, umieszczone tuż obok drzwi. Nikogo jednak nie zauważyłem, tylko z daleka, jakby z drugiej strony domu dobiegł mnie stłumiony warkot zapuszczanego silnika. Na próżno jednak czekałem na pojawienie się samochodu. Szeroka lipowa aleja, zasłana żółtymi liśćmi, była cicha i nietknięta. Wiewiórki goniły się po pniach drzew, lis zatrzymał się w pół drogi, rozglądając się wkoło, a wielki rudy pies, leżący w poprzek gościńca, przewrócił się na grzbiet, wystawiając brzuch do słońca.

Pomyślałem, że teraz nareszcie nadarza się okazja, abym obejrzał dom, ten, który od pewnego czasu powinienem uważać za własny. Chociaż znałem już jego meble, boazerie i stiukowe sufity, nadal miałem go za coś obcego, podobnie chyba jak on uważał mnie za persona non grata, przeszkadzając mi ciągle swymi szmerami, trzeszczeniem, głosami... Powiedziano mi zapewne, że ten dom ma być moim mieszkaniem. Mimo iż nie bardzo wiedziałem, co to znaczy „mieszkać”, przebywałem w nim, przyjmując zewnętrzne oznaki jego przejawiania się jako zwyczajne i naturalne. Nie wiem jednak, czy jemu uświadomiono w jakiś sposób konieczność mojego w nim przebywania. Tolerowaliśmy się nawzajem nic o sobie nie wiedząc, niby dwa światy przenikające się wprawdzie, ale nie uznające w swych pojęciach czegokolwiek odmiennego od siebie. Mogliśmy tak przebywać w sobie całe wieki, nie pojmując siebie, jak żywy nie pojmuje otaczającej go martwoty czy martwy powstającego w nim życia.

Poznałem już piwnicę i parter domu, gdzie mieściły się jadalnia, kuchnia i pokój Patrycji, wiedziałem o pierwszym piętrze z tarasem i trzema pokojami: moim, Apolonii i Kornelii, lecz drugie piętro od początku mego pobytu w tym domu pozostawało dla mnie niedostępne. Ilekroć próbowałem dostać się na najwyższą kondygnację, zastawałem na schodach którąś z trzech kobiet, odradzającą mi wizytę u Antoniego. Albo spał, albo czuł się zmęczony, albo wyszedł właśnie na spacer. Nie nalegałem, ale teraz, pewien, że jestem sam w tym nie rozumiejącym mnie domu, postanowiłem wejść na najwyższe piętro. Jeżeli rzeczywiście tutaj przebywam, pomyślałem, i jak mi się wydaje, spędzę tu jeszcze jakiś czas, powinienem być chyba zupełnie przekonany o jego całkowitej obecności, którą tak wytrwale sugerują mi te kobiety.

Co prawda nie wiedziałem nic o swojej przeszłości, lecz one, niby strażniczki moich myśli, podpowiadały mi nieraz pewne wydarzenia, które przecież powinienem pamiętać. Cóż jednak one mogą wiedzieć o tym, co minęło? Przecież nie ma już tego mnie, który przyszedł stamtąd, mówiłem do nich. Patrycja kiwała głową ze starczą wyrozumiałością, Apolonia mrużyła oczy w wyrazie dziwnego porozumienia, a Kornelia śmiała się, ukazując brzydkie, popsute zęby. A jednak jesteś i mieszkasz z nami w tym domu, odpowiadały, chyba sobie nie wyobrażasz, że przyjęłybyśmy pod ten dach kogoś zupełnie obcego. My mamy za sobą lata doświadczeń, a ty? Jestem, jestem, tłumaczyłem się, wciskając się w fotel i owijając szlafrokiem, a one patrzyły na mnie z politowaniem i rozchodziły się po chwili do swych codziennych zajęć.

Wtedy właśnie odzywała się we mnie czuła i nostalgiczna melodia fortepianu, płynąca z otwartych okien małego domku, położonego wśród rozedrganego wiosną sadu. Wiatr zrywał garść kwiatów kwitnącej jabłoni i ciskał je w głąb mieszkania. Muzyka milkła. Młoda kobieta w białym koronkowym peniuarze stawała w oknie, a ja wiedziałem, że jest to moja matka, szczęśliwa wspomnieniem chwili, której nigdy w życiu nie zaznała. Zaraz przyjdzie do niej na śniadanie szalenie przystojny porucznik kawalerii, a ona zbiegłszy po schodach ganku ocienionego winoroślą zarzuci mu ręce na ramiona, kryjąc usta pod jego czarnymi, wypomadowanymi wąsikami.

Widziałem ich jeszcze wchodzących po schodach, lecz wkrótce obraz rozproszyły odgłosy dobywające się zza drzwi, jedynych, do których prowadził wąski korytarzyk drugiego piętra. Rytmicznym plaśnięciom towarzyszyły stłumione jęki, a szmer kobiecych głosów zdawał się po każdym uderzeniu komentować przyczynę zadawania razów.

Po chwili głośny szloch zagłuszył inne głosy.

Już miałem zejść na dół, gdy otworzyły się drzwi i wyszła z nich babka Patrycja, czerwona i zasapana, trzymając w ręku szeroki skórzany pas, złożony na pół.

Dostał za swoje i znowu na jakiś czas będziemy mieć tu spokój, powiedziała ocierając pot z czoła. Za nią wyszły Apolonia i Kornelia, niosąc splątany zwój grubego sznura. Miały jeszcze gogle na oczach i nieprzemakalne płaszcze zarzucone na ramiona.

 

Kornelio, sapnęła babka, wskazując na mnie głową, dlaczego mu nic nie powiesz?

Natychmiast idź do swojego pokoju i czekaj, aż zawołamy cię na obiad!!! wrzasnęła dziewczyna. A przechodząc obok mnie dodała szeptem: Później ci wszystko wyjaśnię.

Kiedy zniknęły za zakrętem schodów, podszedłem do drzwi i przyłożyłem do nich ucho. Nie słysząc nic zapukałem dwa razy. Nikt nie odpowiadał. Nacisnąłem klamkę, jednak drzwi nie ustąpiły. Zapukałem jeszcze raz i powiedziałem półgłosem:

Dziadku Antoni, to ja. One już poszły. Dziadku, słyszysz, wpuść mnie.

Żaden odgłos nie zdradzał, że ktoś jest w pokoju.

Wtedy przypomniałem sobie, że z kamiennego tarasu, rozciągającego się za oknem mojego pokoju, wznoszą się żelazne schodki, prowadzące na balkon drugiego piętra. Nigdy nie udało mi się na nie wejść, zawsze bowiem któraś z kobiet kręciła się po tarasie wieszając bieliznę, zamiatając lub obierając ziemniaki. Tak, pamiętam dokładnie. A w takim razie powinno tam być coś jeszcze, myślałem, otwierając drzwi do mojego pokoju.

W jaskrawym świetle południa, przebijającym się przez liście dębu, unosił się kurz, wirujący wśród tęczowych refleksów promienia załamanego na krawędzi lustra, które stało w rogu pokoju. Wyszedłem przez okno na taras i rozgarniając rękami łopoczące na sznurach koszule, doszedłem do schodów, pnących się ukośnie po półokrągłym murze, na którym rozpływały się ciemne plamy porostów. Rdza grubymi płatami opadała spod moich stóp, kiedy wchodziłem po tym żelaznym, trzęsącym się rusztowaniu. Wreszcie uchwyciłem się kamiennej balustrady balkonu i przez wąskie, wysokie okno zajrzałem do pokoju Antoniego.

Nie było tam nikogo. Pod ścianami stało kilka oszklonych szaf bibliotecznych. Książki wysypywały się z nich, gubiąc kartki po podłodze. Z kąta pokoju wysuwało się na środek metalowe, na biało pomalowane łóżko, pełne stłamszonych kołder i poduszek. Dotykało ono wezgłowiem okrągłego stołu, wokół którego stały cztery krzesła z wysokimi, rzeźbionymi oparciami.

Zapukałem w szybę. Kilka spłoszonych gołębi zerwało się z gałęzi dębu i zniknęło nad spadzistym dachem, pokrytym zaśniedziałą blachą. Zajrzałem jeszcze raz do pokoju i przez chwilę wydało mi się, że ktoś uchylił drzwi. Wskoczyłem na balkon i pchnąłem okno. Otworzyło się, skrzypiąc i pobrzękując kwadratowymi szybkami, na których migotały plamki rozbiegających się cieni. Przeskoczyłem parapet, mając zamiar wyjść na korytarz i zobaczyć, czy ktoś nie stoi za drzwiami, gdy spod sterty zmiętoszonych poduszek wyjrzała ciemna głowa Kornelii.

Dziadek Antoni poszedł zdrzemnąć się trochę przed obiadem do twojego pokoju, powiedziała. Nareszcie możemy spokojnie porozmawiać. Nie uważasz, że straszny tutaj upał?

Skąd się tu wzięłaś? spytałem speszony widokiem jej nagich piersi widocznych spod zsuniętej kołdry.

Akurat nie miałam nic do roboty, rzekła wyciągając do mnie rękę, odpoczywam. Widzisz, serce dziadka źle znosi wyższe temperatury. Twój pokój jest znacznie chłodniejszy. Chodź, połóż się obok mnie, na pewno zmęczyła cię ta wspinaczka.

Zrzuciłem z siebie szlafrok i położyłem się obok niej na kołdrze. Zamknęłaś drzwi? spytałem.

Nic się nie bój, odparła, wysuwając się naga spod sterty poduszek i przytulając się do mnie. Wszyscy jesteśmy tutaj zawsze bardzo zajęci. Babcia Patrycja tłucze schaby w kuchni, o, słyszysz? Matka podwiązuje w ogrodzie pnące róże, które poprzewracał wczorajszy wiatr. Dziadek śpi w twoim łóżku, a sen ma wyjątkowo twardy, ja natomiast zostałam wyznaczona do zajmowania się tobą. Oczywiście jutro może się wszystko zmienić, ale nie możemy sobie tutaj pozwolić choćby na chwilę lenistwa. Ten dom, to życie każą nam ciągle coś czynić dla dobra siebie samych. Widzisz przecież, w jakim doskonałym stanie jest to wszystko, ale gdybyś wiedział, ile pracy kosztowało nas, aby dojść do tego własnymi siłami. I kiedy myślałyśmy, że możemy już trochę odpocząć i zająć się sobą, zjawiłeś się ty. Tylko nie powtarzaj, że starasz się sprawiać nam jak najmniej kłopotu. Przeciwnie, twoje zachowanie wytrąca nas z rytmu codzienności, burzy od dawna ustalony porządek powszednich zajęć. Cóż, robimy, co możemy, aby nie zwracać na ciebie uwagi, ale sam rozumiesz, że każda cierpliwość ma swoje granice. Milczałyśmy dotąd, aby cię nie urazić, ale ja — złóż to, proszę, na karb mego młodego wieku — postanowiłam w końcu przemówić ci do rozsądku. Musisz się koniecznie czymś zająć, bo inaczej zwariujesz z tego nieróbstwa.

Wiem, odpowiedziałem ściągając piżamę, ale ilekroć usiłuję was zrozumieć, od razu opadają mnie wątpliwości. Coś obcego wyrywa się ze mnie, jakbym był tylko bramą, przez którą usiłują wydostać się cudze myśli, których nie jestem w stanie pojąć. Nie wiem, co to znaczy. Nie potrafię tego zrozumieć i odrzucić od siebie. Jestem murem, o który ocierają się przypadkow iprzechodnie, a ja nie wiem, dokąd idą. Jestem drzwiami, które otwierają się i zamykają, nieświadome tego, kto przez nie przechodzi. Jestem oknem, przez które wyglądają ciekawscy, a ja nie mogę pojąć ich ciekawości. Jestem schodami, po których biega ktoś tam i z powrotem, a ja nie wiem, dlaczego to czyni. Jestem...

Kornelia położyła mi dłoń na ustach.

Uspokój się, rzekła, to wszystko z nadmiaru wolnego czasu, którego nie starasz się sobie uporządkować. A poza tym za dużo jesz, chwyciła palcami fałdę skóry na moim brzuchu. Koniecznie musisz więcej ćwiczyć, inaczej szybko się zestarzejesz. Chodź do mnie, ty kogucie, zaśmiała się pstrykając palcami w moją wyprężoną męskość, lecz kiedy znalazłem się między jej nogami, powstrzymała mnie.

Zaraz, coś sobie przypomniałam.

Przechyliwszy się przez łóżko wyciągnęła jedną z szuflad komody i wyjęła z niej coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak splątane szelki.

Dobrze, że mi się przypomniało w ostatniej chwili, rzekła obracając się w moją stronę, przecież tym — ponownie pstryknęła palcami — i tak byś mi nic nie zrobił. To jest sztuczny członek dziadka Antoniego, którym potrafił zadowolić całe legiony wymagających kobiet. Uklęknij na łóżku, to ci założę.

Po kilku minutach spomiędzy nóg wysuwał mi się skórzany fallus z namalowanym na czubku czerwonym okiem, a gumowe taśmy opinały moje biodra i pośladki, utrzymując we właściwej pozycji i odpowiednim miejscu tę czarną pałę wielkości dziecięcego przedramienia. Kornelia wyjątkowo sprawnie manewrowała skomplikowanym systemem poluzowań i zatrzasków, lecz ja, nieprzyzwyczajony do tego rodzaju perwersyjnego zachowania, czułem, jak opuszcza mnie podniecenie, które w tym wypadku nie grało istotnej roli.

Wygodnie ci? spytała regulując pasek przechodzący pod kroczem, nie uciska?

Nie, odparłem nadal klęcząc na łóżku, ale czy to potrzebne?

Od razu wyglądasz bardziej męsko, ty byku, rzekła smarując sztuczny fallus maścią wyciskaną z tuby, a poza tym to nasza tradycja rodzinna. Już ojciec dziadka używał tego narządu i przekazał mu go w spadku jako swemu pierworodnemu. Powinieneś mieć to na uwadze, starając się zdobyć względy naszej rodziny. No chodź, bo na pewno niedługo będzie obiad.

Pociągnęła mnie za przyczepiony członek, przewracając się jednocześnie na brzuch. Już miałem się na niej położyć, gdy zauważyłem przez okno, że ktoś siedzi na gałęzi dębu.

To chyba Apolonia, tam, na drzewie, szepnąłem. Podgląda nas.

Kornelia natychmiast zagrzebała się w stos poduszek.

Uważaj, mruknęła, jest zazdrosna do nieprzytomności.

Ale to... zdejmij ze mnie.

Później, później, owiń się szlafrokiem i biegnij do swojego pokoju. Jeżeli nas tutaj zobaczy, może się na ciebie śmiertelnie obrazić.

Zsunąłem się z łóżka, zarzuciłem na siebie szlafrok, podbiegłem do drzwi, otworzyłem je i wysunąłem się na korytarz.

Byłem już na pierwszym piętrze, gdy przypomniałem sobie, że w moim pokoju śpi dziadek Antoni. Słysząc kroki na schodach bez namysłu chwyciłem klamkę drzwi pokoju Patrycji — zamknięte. Skierowałem się więc do drzwi pokoju Apolonii, przytrzymując jedną ręką sterczący spod szlafroka fallus. Na szczęście były uchylone. Głosy Patrycji i Apolonii przybliżały się, wcisnąłem się więc do wielkiej szafy między zwały sukien i kapeluszy, przyciągając do siebie drzwi z lustrem. Po chwili obie weszły do pokoju, a ich zagniewane głosy wyraźnie dochodziły do mojej kryjówki.