M.O.R.D.Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
M.O.R.D.
M.O.R.D.
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
M.O.R.D.
M.O.R.D.
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Krakowski

M.O.R.D.

Saga

M.O.R.D.

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2010, 2021 Jacek Krakowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726823233

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Przesłuchanie 1

– Aleksander Lenc?

– …

– Aleksander Lenc, syn Franciszka?

– …

– Odpowiadaj, jak cię pytam.

– …

– Aleksander, odpowiadaj na moje pytania.

– Nienawidzę tego imienia. To przez matkę. Ojciec chciał...

– Odpowiadaj. Ty jesteś Aleksander Lenc: tak czy nie?

– Używam imienia Lex, przez iks.

– Lex Lenc?

– Tak, to ja.

– Niech ci będzie. Urodzony 24 września 1992 roku w Skamielinie?

– Niestety...

– Odpowiadaj: tak lub nie?

– Tak.

– Zamieszkały w Skamielinie, ulica Kwiatowa 26?

– Tak.

– Uczeń drugiej klasy Liceum imienia Jana Pawła II w Skamielinie?

– Zgadza się. Tak, jestem uczniem tego liceum.

– Aleksandrze Lenc, jesteś oskarżony o to, że w nocy z 30 kwietnia na 1 maja 2009 roku zamordowałeś księdza katechetę Gerwazego Chabera. Czy przyznajesz się do winy?

– Nie. Nie zabiłem tego księdza.

– Zastanów się.

– Nie.

– Ksiądz zginął w swoim mieszkaniu na plebanii na skutek uderzenia w głowę kryształowym wazonem. Na wazonie są twoje odciski palców. Skąd się tam wzięły?

– Nie wiem.

– I ex, to bardzo poważna sprawa.

– Mam ją gdzieś.

– Lex, zeznajesz przed prokuratorem do spraw nieletnich.

– Wiem.

– Twoje odciski są na tym wazonie.

– Proszę pani...

– Pani prokurator.

– Pani prokurator, pewnie byłem kiedyś na plebanii. Teraz nie pamiętam.

– Dobrze, idźmy dalej. Co robiłeś w nocy z 30 kwietnia na 1 maja 2009 roku?

– W nocy? Chyba spałem.

– Gdzie?

– No, w naszym domu, Kwiatowa 26.

– Kto był jeszcze w domu oprócz ciebie?

– Przecież pani prokurator wie...

– Lex, ja tu jestem od zadawania pytań. Był ktoś jeszcze wtedy w domu czy nie?

– Nie, nie było nikogo. Ojciec zmarł 25 marca tego roku, matka załamana wylądowała w prywatnej klinice pod Tuszynkiem.

– Twój ojciec, Franciszek Lenc, był znanym w Skamielinie notariuszem, prawda?

– Pewnie tak. Przepracowywał się, w końcu dostał zawału, zanim przyjechało pogotowie już nie żył.

– Jak ci się układało z ojcem?

– Obojętnie. Mało go widywałem. Przychodził późno do domu, jadł kolację, potem ślęczał nad papierami... Rano wychodził wcześnie do kancelarii.

– A matka?

– Co matka?

– Kochasz matkę?

– Mam mówić prawdę?

– Jak najbardziej.

– Histeryczka. Wyobraża sobie Bóg wie co, a potem ma do wszystkich pretensje, że jest inaczej. Matka rżnie wielką damę. Z nikim w Skamielinie nie rozmawia. Chodziła kiedyś do Akademii Muzycznej w Łodzi. Wyrzucili ją chyba po trzecim roku. Przez jakiś czas usiłowała dawać lekcje, występowała na jakichś lokalnych imprezach... Ojca roznosiło, mówił, że matka go kompromituje, bo jego zawód wymaga powagi. Takie tam...

– A brat?

– Olgierd? Palant.

– Ma 20 lat, prowadzi warsztat samochodowy na obrzeżach miasta.

– Pewnie tak.

– To trochę dziwne, że syn znanego notariusza reperuje samochody. Olgierd ukończył to samo liceum, do którego ty chodzisz?

– Jasne. W tym wielkim mieście jest tylko jedno liceum.

– Olgierd nie chciał iść na studia?

– Pokłócił się z ojcem i po maturze uciekł z domu. Nie było go z pół roku. Czasami dzwonił do mnie i mówił, że jest OK. Ojciec się wściekał. Chciał, żeby Olgierd wrócił, bo ludzie plotkują, że wyrzucił syna z domu. A matki to i tak nic nie obchodziło. Brała piguły, stroiła się i jeździła do Łodzi spotykać się z koleżankami. Tak samo zwariowanymi jak ona.

– Teraz Olgierd mieszka w waszym domu na Kwiatowej?

– Przeprowadził się po śmierci ojca.

– Gdzie mieszkał przedtem?

– Miał pokój nad tym swoim garażem. Byłem u niego raz czy dwa. Co za syf!

– Lex, zachowuj się!

– Przepraszam, pani prokurator.

– Teraz znacznie lepiej. A zatem... nie utrzymywałeś z bratem bliskich kontaktów?

– Olgierd ma swoje życie. Samochody... Ja się samochodami nie interesuję.

– A czym?

– Przygotowuję się do olimpiady... filozoficznej.

– Proszę, proszę... Nie musisz o tym mówić szeptem. To żaden wstyd.

– Mówią, że jestem kujon. A mnie filozofia naprawdę interesuje.

– Kto tak mówi?

– No... moi koledzy z klasy. Ja się tym nie przejmuję, bo to wieśniacy. Ale są dość równi.

– Którzy to? Tacy najbliżsi. Na przykład...

– Maciek Baranowski. Jego rodzice mają delikatesy w rynku.

– Kto jeszcze?

– Romek Zięba.

– Zięba?... Czyjego ojciec nie jest policjantem?

– Byłym. Teraz pracuje w firmie ochroniarskiej.

Przyszedł po mnie razem z mundurowym do szkoły. Co za obciach!

– Nie zgrywaj się. Jesteś jedynym podejrzanym w tej sprawie. Wiesz, co ci grozi?

– Nie zabiłem księdza Gerwazego.

– Dobrze go znałeś.

– Wszyscy go znali. Był naszym katechetą.

– Poznałeś go prywatnie w mieszkaniu Michalakowej.

– Skąd pani wie?

– Lex, ja tu zadaję pytania, a ty na nie odpowiadasz. Bywałeś w domu Michalakowej?

– Bywałem. Od czasu do czasu.

– Ewelina Michalak ma sklep krawiecki, czyli salon mody „Doris”. Ma też córkę Doris? Skąd to oryginalne imię?

– Stara ma fioła na punkcie takiej dawnej aktorki Doris Day. Ciągle ogląda jej filmy, bo myśli, że jest do niej podobna.

– Dobrze się znacie z Doris Michalak?

– Dość dobrze.

– Chodzicie ze sobą?

– Tak jakby...

– Gdzie jest Doris?

– Nie wiem.

– Ewelina Michalak twierdzi, że córka wyjechała z twoim bratem Olgierdem na długi weekend 30 kwietnia wieczorem.

– Być może.

– Nie dziwi cię to, że dotychczas nie wrócili?

– Olgierd często znikał na kilka dni. Miał jakieś swoje interesy.

– A Doris?

– Słucham?

– Często opuszczała lekcje?

– Dość często...

– Nie jesteś zazdrosny, że wyjechała z Olgierdem?

– …

– Lex?!

– Jestem.

Przesłuchanie 2

– Maciej Baranowski, syn Tadeusza, lat 17, zamieszkały w Skamielinie, Letniskowa 15?

– Tak, to ja.

– Jesteś kolegą z klasy Aleksandra Lenca?

– Lexa? Tak, znamy się. Fajny kumpel, tylko trochę...

– Opowiedz mi coś o nim.

– Lex nie jest na luzie. Wie pani...

– Pani prokurator.

– Pani prokurator, Lex bardzo dobrze się uczy, a my zgrywamy się z niego, że jest kujon, ale on jest zdolny, to my kujemy, żeby wylądować na trójach. On ma piątki i szóstki i przygotowuje się do olimpiady filozoficznej.

– Co miałeś na myśli mówiąc, że nie jest na luzie?

– To znaczy... On ma czasami takie napady, zamyka się, nie chce z nikim rozmawiać. Nie chodzi z nami na dyskoteki. Słucha tej muzyki... klasycznej.

– Ach, tak...

– Matka posyłała go kiedyś na lekcje fortepianu do Łodzi. Chciała z niego zrobić wirtuoza. A Lex, jak byłw gimnazjum, bił się z chłopakami i coś mu się przestawiło w prawej dłoni. Nauczyciel powiedział mu, że już pianisty z niego nie będzie.

– I wybrał filozofię?

– On dużo czyta. Nie to, co my.

– A ciebie co interesuje?

– Mnie? Sport, gram w kosza, trochę w nogę...

– A dziewczyny?

– Pewnie!

– Znasz Doris Michalak?

– Kto jej nie zna? Szkolna top modelka. Wszyscy się za nią oglądają.

– Lex też?

– Jeszcze jak. Wie pani, co się mówi?

– Pani prokurator...

– Mówi się w szkole, pani prokurator, że Lex jest w Doris ciężko zakochany.

– Coś takiego!

– Naprawdę. Odrabia za nią lekcje. Doris powiedziała kiedyś mojej siostrze, że napisał za nią wypracowanie i dostała piątkę.

– Masz starszą siostrę?

– Tak. Violetta skończyła liceum w zeszłym roku.

– Przyjaźni się z Doris?

– Różnie to bywa. Raz się lubią, raz się kłócą.

– A ostatnio jak było?

– Chyba się pożarły, bo Doris do nas nie przychodzi.

– Podobno w domu Michalaków częstym gościem bywał ksiądz Chaber?

– Pewnie tak. Doris, jak była w dobrym humorze, to opowiadała różne rzeczy Violetcie.

– A siostra powtarzała tobie?

– Moja siostra to plotkara. Bez przerwy gada. Potrafi godzinami nawijać przez telefon.

– Wróćmy do księdza Gerwazego i Michalakowej.

– Ewelina, znaczy się matka Doris, jest wdową, pewno dość bogatą. Maluje się, kręci włosy, a moja matka mówi, że jej i tak już nic nie pomoże, bo to stare pudło.

– Michalakowa lubiła księdza Gerwazego?

 

– Ciągle go zapraszała, nawet na śniadanie wielkanocne. Kiedyś Violetta była u Doris i podsłuchiwały... Niby cały czas matce chodziło o Doris, że się słabo uczy, przeżywa trudny okres i trzeba ją zmobilizować do pracy...

– Co wiesz na temat Olgierda i Doris?

– W szkole mówi się, że zwiali.

– A ty, co o tym myślisz?

– Czy ja wiem?... Olgierda znam tylko tak, z widzenia. On jeździ podrasowanym, czerwonym mustangiem. Nie wiem, skąd wytrzasnął tę brykę. Olgierd nie zadawał się z takimi szczeniakami jak my. Podjeżdżał pod dyskotekę, wyrywał laski i jechał z nimi...

– A twoja siostra, co na to?

– Violetta? Wie pani... prokurator, one się pokłóciły. Właśnie przez Olgierda. Violetta z nim kręciła i zdaje się, że Doris...

– Odbiła jej chłopaka?

– Matka słyszała. Darły się na siebie na zapleczu sklepu. Strasznie wrzeszczały! A potem Violetta płakała...

– Kiedy to było?

– Ze dwa tygodnie temu.

– Co na to Lex?

– Lex... chodził jakiś skołowany, wszyscy widzieli. Niczego nie można było od niego wyciągnąć. Podobno łykał prochy, które zostawiła matka, bo nie mógł spać.

– Skąd wiesz o tych prochach?

– Romek Zięba coś tam gadał. Lex częściej rozmawia z nim niż ze mną.

– To ten Romek, co ma ojca byłego policjanta?

– Zgadza się, jego stary jest równy gość.

– Powiedz mi Maćku... co robiłeś w nocy z 30 kwietnia na 1 maja?

– W czwartek? Byłem na dyskotece z Romkiem i kilkoma dziewczynami z klasy. Ciągnęliśmy Lexa, ale on powiedział, że musi czytać do tej olimpiady, bo jak wygra, to od razu dostanie się na studia w Warszawie.

– A Doris? Była z wami na dyskotece.

– Chyba nie. Nie wiem. Nie widziałem jej.

– A twoja siostra?

– Nie... Ona uważa, że to buda dla małolatów. Violetta jeździ do klubu.

– Do jakiego klubu?

– Kilka kilometrów za Skamielinem w stronę Poniewierska do zajazdu „Na Rozdrożu”. I tam w piwnicy jest klub „Demon”. Zlatują się tam lepsi didżeje, czasami wpadnie kapela rockowa. A bramkarze wpuszczają tylko dorosłych.

– Czyli... Doris by nie wpuścili?

– Wpuściliby. Bo Doris ma osiemnaście lat. Wie pani, ona i kilka innych dziewczyn garowały już w gimnazjum po dwa lata.

– I nadal źle się uczą?

– Przechodziły z klasy do klasy tylko dzięki pomocy księdza Gerwazego.

Przesłuchanie 3

– Roman Zięba, syn Zygmunta, lat 17, zamieszkały w Skamielinie przy ulicy Wierzbowej 2?

– Tak jest, pani prokurator.

– Siadaj. Dobrze znałeś księdza Gerwazego Chabera?

– Tak jak inni, pani prokurator.

– Maciek Baranowski powiedział mi, że z religii miałeś same szóstki.

– Bo ja co niedzielę chodzę do kościoła, a Maciek woli iść z dziewczyną na łąkę.

– Podobno lubiłeś dyskutować z księdzem na lekcjach?

– Ja czytam w domu Pismo Święte, pani prokurator. Tak jak mój ojciec.

– Ciekawe...

– I pytałem księdza, kto właściwie ukrzyżował Jezusa? A ksiądz powiedział, że Rzymianie, ale ja i tak wiem, że zrobili to Żydzi.

– Jezus też był Żydem.

– Jezus był Bogiem!

– Siadaj Romek, uspokój się... Kto ci powiedział, ze Jezusa zgładzili Żydzi?

– Mój tata. On ma różne książki. Zamawia je przez Internet. Kiedyś nawet dał mi jedną do przeczytania. Powiedział, że jak chcę wyrosnąć na prawdziwego Polaka, to muszę nienawidzić Żydów i pe... gejów.

– I ty ich nienawidzisz?

– Tak jest, pani prokurator.

– Zdaje się, że ojciec wychowuje cię w duchu wojskowym.

– Tak jest. Bardzo lubię wojsko. Szczególnie rzymskie. To byli prawdziwi bohaterowie, zdobywcy. Rzymianie podbijali całe narody!

– A wiesz, że wojsko rzymskie chodziło w spódniczkach?

– To nie tak, pani prokurator!

– Dobrze, dajmy temu spokój. Romku, co robiłeś w nocy z 30 kwietnia na 1 maja?

– Byłem na dyskotece z Maćkiem.

– Do której?

– Nie wiem... Zamykają zwykle po dwunastej.

– Rodzice pozwalają ci tak późno wracać do domu?

– Ojciec mówi, że młody chłopak musi się wyszumieć. A matka... matka jest chora i chodzi wcześnie spać.

– I jak, wyszumiałeś się na tej dyskotece?

– Było super, pani prokurator.

– Bramkarze zeznali, że około jedenastej byłeś już pijany w trupa.

– Nie pamiętam...

– A co pamiętasz?

– Że nagle pojawił się Olgierd.

– Brat Lexa?

– Tak. Stawiał browary i gorzałę.

– Olgierd na dyskotece dla małolatów?

– Dorośli też tam przychodzą. Ci, których nie stać, żeby bawić się w „Demonie”. Tam jest dość drogo.

– Olgierd przyjechał się pobawić?

– Chyba nie. Szukał kogoś... o coś pytał... nie pamiętam...

– Dobra, na razie dajmy temu spokój. Lubisz Lexa?

– Fajny kumpel, ale trochę mu odbija.

– To znaczy?

– Zakochał się w tej Doris Michalak. Kupił jej nawet róże na urodziny. Odrabia za nią lekcje. Nie powiem, zajefajna lacha, sam bym ją...

– Słucham?

– Nie, nic... W końcu Lex jej się sprzykrzył i odbiła Violetcie Baranowskiej tego Olgierda. Wie pani prokurator, że Doris zamieszkała z nim w tym pokoju nad garażem? Przechwalała się w szkole, że już jest dorosła i może robić co chce, a matka może jej nadmuchać... Zresztą ostatnio mało ją było widać w liceum. Stara Michalakowa nie wiedziała, co robić, bo wymyśliła sobie, że jak tylko Doris dostanie świadectwo ukończenia liceum, to zaraz wyda ją za mąż za tego trzydziestoletniego syna aptekarza. Mówiła do wszystkich, że to najlepsza partia w Skamielinie.

– Lex pewnie był o Doris zazdrosny?

– Najpierw była awantura, a potem Olgierd stłukł Lexa. Byliśmy wtedy u nich na Kwiatowej z Maćkiem. Mieliśmy grać na dwa komputery. A tu wpada Olgierd z mordą, że Lex przewraca w głowie Doris i żeby trzymał się od niej z daleka, bo ona już nigdy do niego nie wróci. Jej matka...

– Co?

– Lex usłyszał, jak stara Michalakowa radziła się księdza Gerwazego, czy nie umieścić córki w szkole z internatem u zakonnic. Podobno jest pod Warszawą takie liceum, ale bardzo drogie.

– Co na to ksiądz Gerwazy?

– Powiedział, że jak Doris zda do trzeciej klasy, to on się tym zajmie, żeby ją przenieść.

– Doris jest kiepską uczennicą?

– Beznadziejną. Ksiądz starał się jej pomóc. O, ksiądz Gerwazy był dobrym człowiekiem. Mówił, że Jezus kazał pasać swoje owieczki żelazną rózgą. Dyscyplina musi być zachowana. Pani prokurator, czy to prawda, że Lex zabił księdza Gerwazego?

– Sprawa jest w toku. Jak widzisz, trwają przesłuchania. Powiedz mi, kiedy ostatni raz widziałeś Doris Michalak?

– No, wtedy, w piątek.

– Przyszła na dyskotekę?

– Nie, kiedy wyszedłem na powietrze, żeby... Siedziała w bryce Olgierda, w tym czerwonym mustangu z otwartym dachem i paliła papierosa.

– Zauważyła cię?

– Chyba nie, bo zaraz pobiegłem za róg.

– Po co?

– Żeby puścić pawia, pani prokurator.

Przesłuchanie 4

– Pani była gospodynią księdza Gerwazego i nazywa się Aniela Szurgot?

– Ano ja, moja pani, ano...

– Proszę mi powiedzieć jeszcze raz, co się zdarzyło pierwszego maja.

– Mówiła już na komisariacie.

– Pani Anielo, proszę jeszcze raz. O której przyszła pani na plebanię?

– Ano jakoś tak o siódmej, może ciut później, bom się zagadała z tą Jóźwiakową, co to sprząta u Baranowskich, tych od tego sklepu w rynku. Pani moja, co tam się u nich wyprawia! Jóźwiakowa przysięgła się, że widziała na własne oczy, jak ta cała Violetta wkładała koronkowe majtki, ale jakie, moja pani! Czerwone i takie, że ledwie, ledwie ino tę kuciapę jej zasłaniały, a całe dupsko gołe. A do tego przezroczyste, aż wstyd. Jóźwiakowa mówi, że ta Violetta się puszcza.

– Pani Szurgot, niech mi pani nie zawraca głowy głupimi plotkami. Proszę powiedzieć, co pani zobaczyła po przybyciu na plebanię.

– Znaczy się, jak odkluczyła drzwi?

– Odkluczyła pani drzwi i co?...

– Jezus Maria!... Na razie nic żem nie zobaczyła, bo stałam w sieni i zdejmowała paltocik, angielski, w kratę, co to mi syn przysłał...

– Pani Anielo, do rzeczy! Zdjęła pani palto, weszła do pokoju...

– A nie, nie, moja pani. Najsampierw ja weszła do kuchni, bo zawsze stawia na piecu mleko, żeby się zagotowało, bo ksiądz Gerwazy musiał mieć do kawki świeżutkie mleczko. A piecyk mamy nowomodny, elektryczny, ino cyk i już się grzeje na czerwono. Pani, czego to ludzie teraz nie wymyślą! Potem nalała wody do czajnika i miała się wziąć za mielenie kawy w ręcznym młynku. Tak, moja pani, bo ksiądz Gerwazy lubiał mieć co rano kawę ręcznie mieloną. Taki był wybredny! Mój Boże, niczego sobie nie żałował. Więc ja, moja pani, biorę ten młynek... Ale coś mnie tkło.

– Co panią... tkło?

– Że tak niby cicho, pani droga, cichuśko... O tej porze to zwykle szur, szur, ksiądz już był na nogach, a to radio cicho grało, a to ksiądz zagadał. A tu nic. Głucho i tyle.

– I co pani zrobiła?

– Otwarła drzwi do pokoju i mówię: Proszę księdza, przepraszam, żem spóźniona, ale ta ględa Jóźwiakowa, jak kogoś dorwie... A on leży jak nieżywy! Faktycznie był nieżywy, ale ja o tym jeszczem nic nie wiedziała, ino podeszła na palcach, patrzę... Leży, nieboraczek, na tym swoim nowym dywanie, co to go kupił na Boże Narodzenie i ani drgnie. Krew mu z głowy wyciekła i zalała te kręcone wzory. Ksiądz mówił, że to hiszpański dywan. On umiał sobie dogadzać! Widziała pani srebra w kredensie? Cacuszka! A filiżanki...

– Pani Anielo, co pani jeszcze zobaczyła?

– Co ja zobaczyła?... Pani, co ja mogła zobaczyć, jak od razu łzami się cała zalała, na kolana padła i ręce załamała. A potem poleciała do kuchni, żeby mleko wyłączyć, bo by jeszcze wykipiało na ten nowy piec. I zdjęła ze ściany lusterko, coby przystawić je księdzu Gerwazemu do ust i zobaczyć, czy jeszcze chuch w nim dyszy. Ale on już, moja pani... nieboszczyk jak ta lala. Leży sobie na boczku i ani mru-mru... No to wzięła z podłogi ten wazon i postawiła na stole.

– Jaki wazon?

– Cudny, rżnięty kryształ, ten od Michalakowej. A to pani nie wie? Michalakowa ma salon mody, ale ona nie tylko sukniami ślubnymi handluje, bo daleko by na tym nie ujechała. A to sztuczne kwiaty, a to kapy na łóżka skombinuje, a to lustra sprowadzi. A przed Wielkanocą ściągnęła skądsiś kryształowe wazony. Ciężkie jak nie wiem co! I, moja pani, te wazony coś nie szły. Ksiądz nieboszczyk kupił jeden, ale na mój gust, to ona mu go dała, ta Ewelina, bo mówią na mieście...

– Postawiła pani wazon na stole?

– Aż cała się wzdrygła, moja pani, bo ja nie obrzydliwam, ale na krew nie mogę patrzyć. Zara mnie tak, o tu, coś mgli... No to ja wybiegła na dwór z krzykiem i wpadła na tego Furmaniaka, co to kupił sobie na wiosnę czerwony rower i krzyczę: Panie Furmaniak, księdza nam zabili, jedź pan na policję! A on mi na to: Już pędzę, pani Szurgotowa! I jak stanął na tych pedałach, to ino kurz po nim został.

– Dlaczego pani nie zatelefonowała z plebanii?

– Ksiądz Gerwazy odłączył telefon, bo to ludzie cięgiem przychodzili dzwonić, a tak po prawdzie, to przeglądali mu kąty. On tego nie cierpiał i kupił sobie taką tę... komórkę. No przecie nie będę grzebała mu po kieszeniach. I ja tam się na tym nie znam.

– Jak pani myśli, dlaczego ktoś zabił księdza Gerwazego Chabera?

– A to, moja pani... Tak już jest. Człowiek nie zna dnia ani godziny. A taki był dusza człowiek. Zawsze czyściutki, paznokietki opiłowane... Mój Boże...

– Pani Anielo, niech się pani uspokoi...

– Nie mogę, moja pani, za nic nie mogę... Kiedy pomyślę sobie, że on, bidulek, tam leży. I pewnie go nawet pokroili! Ludzie to teraz są takie podłe, moja pani. Jak tylko przyszedł ten list, to od razu...

– Jaki list?

– Biały. Po wierzchu wydrukowany, nie pisany, jakby z jakiego urzędu. Ksiądz nawet zdziwił się, że list i z Łodzi, bo jak coś od niego chcą, to zawsze dzwonią. Albo piszą co trzeba przez ten komputer. A tu list! Ino przeczytał, od razu zrobił się taki bladziutki na twarzy i cały dzień chodził jak struty.

– Na policji nie zeznała pani o tym liście.

– A bo to, moja pani, czy ja nie umiem trzymać języka za zębami? Ksiądz Gerwazy powiedział, żeby nikomu ani słóweczka, no tom nikomu nie mówiła, ale pani, pani sędzio...

 

– Jestem prokuratorem.

–... pani tak dobrze z oczu patrzy.

– Proszę...

– Jak tylko zobaczyła, że ksiądz nie żyje, od razu wyjęła list z biurka i schowała go za stanik. Bo to pani wie, ludzie będą potem mleć ozorami byle co, jak się wyda, że...

– Ksiądz Gerwazy nie zamykał biurka na klucz?

– Pewnie, że zamykał. A klucz wieszał za krzyżem świętym, tym dużym, co to wisi pod obrazem z Matką Boską. Niech pani czyta. Trochę się pogniotło.

– „Skończ z Doris, bo my skończymy z tobą. M.O.R.D.”

– Jak tylko ja to przeczytała, od razu wiedziała, co się święci!