Lato naszej miłości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Lato naszej miłości
Lato naszej miłości
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 32,98  26,38 
Lato naszej miłości
Lato naszej miłości
Audiobook
Czyta Aneta Todorczuk
19,99  14,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Krakowski

Lato naszej miłości

Saga

Lato naszej miłości

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 1992, 2021 Jacek Krakowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726823226

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział I

Ściany czaiły się wokół. Wilgotne i zimne dociskały się do mnie, a ja starałam się odeprzeć ich atak. Z bolesnym wysiłkiem rozpychałam ciasną przestrzeń oddalając od siebie kamienny sufit i szlamowatą maź podłogi. Nie mogłam jednak rozewrzeć ramion ugrzęzłych w tłustej glinie. Szamotałam się pośród dławiącego klajstru, który zalewał tężejącą posoką moje oczy. Zdzierałam ją z twarzy opętana przerażeniem i gdy tylko chwyciłam głębszy oddech, ściany ustąpiły, tworząc wokół mnie błotnistą ciemność, pełną trujących wyziewów i martwego chłodu. Wtedy pojawił się głos, z początku wydobywający się z ust pełnych ziemi, potem coraz wyraźniejszy, wywołujący mnie ze studni mroku. Przestrzeń rzedła, lecz każdy mój gest prżejmował tę lepką gliniastość, spowalniając się i zamierając w połowie. Czułam, że za chwilę pogrążę się we wciągającej mnie topieli i wtedy krzyk śliski i ostry jak stalowe ostrze ugodził mnie w serce. Ożyłam! Rozdarłam zbutwiałą zasłonę nocy... i otworzyłam oczy. Kołdra leżała odrzucona. Powoli wracałam do rzeczywistości.

Wczoraj, kiedy zziębnięta i przemoczona dotarłam do domu ciotek, te, nie pytając o nic, napoiły mnie herbatą z malinowym sokiem i położyły do łóżka. Leżałam nakryta po uszy kołdrą w niebieskie różyczki, a sierpniowy zmierzch turlał się po dachu wichrem i ulewą, z grzechotem rynien i dachówek spływając kaskadami zimnego deszczu po kwadratowych szybkach.

Zamknęłam oczy i zdawało mi się, że mój niewielki narożny pokoik z półokrągłym wykuszem unosi się wraz ze mną, przedzierając się przez wzburzone morze wieczoru. Czułam ciepło opływające mnie falami szczęśliwej senności, miękki dotyk puchowej kołdry i delikatny policzek poduszki, do którego przytuliłam się z całą bezbronną, zwierzęcą ufnością.

Nie chciałam zasypiać. Szelest deszczu, poskrzypywanie starego kasztana i łomotanie wichru zaplątanego w czeluść komina przyjmowały mnie do siebie, mnie, wyrwaną z luksusowego mieszkania skrzętnie oznakowanego garniturami, papierośnicami i gazetami mego męża. Zakurzone, odpryskujące pod sufitem ściany tego pokoiku, na których blakły zielone rozpryski palmowych liści, chroniły mnie przed obecnością jego przedmiotów, jego gości i jego poglądów.

Tutaj rzeczy pamiętały o ludziach. Różowa lampka na krzywej nóżce, kładąca krąg matowego światła wokół wytartego dywanika, trzeszczące łóżko z wezgłowiem rzeźbionym w winogrona, sięgający sufitu brązowy piec ze spękaną glazurą... Przedmioty były jak rośliny, mocno zaczepione korzeniami o podłogę, kiedyś rosnące wraz z tym domem, teraz obumierające w zadumie nad swym staroświeckim życiem, pełnym zbędnych już manier i niemodnej galanterii.

Moich ciotek nie było stać na odnowienie domu, a może nie chciały niczego zmieniać. Florentyna, pielęgniarka, wdowa po wujku Teodorze i jej młodsza siostra Honorata po latach rozłąki i jakichś zadawnionych waśni postanowiły razem zamieszkać w tym zniszczonym domu położonym na krańcach zaniedbanego miasteczka.

Trzy podłużne okienka w półokrągłym wykuszu wprost zachłystywały się deszczem. Naciągnęłam kołdrę na policzek, podkurczyłam nogi i wtulając twarz w poduszkę starałam się zapomnieć o tym, że przyjechałam tu kilkanaście godzin temu. Daleko, daleko jest inny świat — szeptałam cichutko. — Właśnie płynę do niego samotna, opuszczoną przez wszystkich, kolysząc się na wąskim stateczku gnanym lodowatą wichurą. Lecz mnie jest zacisznie i dobrze i nikt nie wie, dokąd zdążam. Nawet mój mąż, dyrektor Stanisław Grawicz nie wie, gdzie jestem. Ta burza wyrzuci mnie na brzeg świata, którego istnienia nawet nie podejrzewa.

Kasztan za oknem poskrzypywał, zmagając się z porywami wiatru, a ja wiedziałam, że to trzeszczy drzewce żagla mojej łodzi, opierającej się nawałnicy. Zawsze marzyłam o takim huraganie, który zniszczyłby całe miasto, całą ziemię, a mnie porwał wraz z łóżkiem z rozpadającego się mieszkania i poniósł jak najdalej od tego świata. Tak, pragnęłam jakiejś nagłej katastrofy: trzęsienia ziemi, potopu, zamętu i paniki ogarniającej ludzi w uporczywie ciułanej codzienności.

— Śpisz?... — usłyszałam nosowy głos ciotki Florentyny.

Odburknęłam coś niewyraźnie, zła, że przerywa mi moją drzemkę.

— Kolacja za kwadrans.

— Dobrze ciociu — szepnęłam — zaraz schodzę.

Poczekałam aż ucichną jej kroki i obróciłam się na wznak. Sufit przypominał poszarzałe niebo pokryte burzowymi chmurami. Postrzępiony rdzawy zaciek otaczał ciemną plamę przypominającą głowę lwa, który miał za chwilę ryknąć gromem. Wątłe światło lampy wydobywało z kłębowiska cieni grupę galopujących zwierząt, bladych z przerażenia, pędzących przez błotniste zarośla w kierunku ciemnej smugi lasu, wyrastającego znad pieca. Schowajcie się za szafę — pomyślałam — tam na pewno nikt was nie dosięgnie. Lecz zza rzeźbionego w liście dębu frontonu ciemnego pudła szafy wyrastały pazury pęknięć, czarne kolczaste krzewy, rozpełzające się gęstą siatką po całej ścianie, wiążące w ostrych rysach więdnącą zieleń zblakłych plam.

Odrzuciłam kołdrę i opuściłam nogi na zimną podłogę. Ciepło ulatywało wraz z nieprzytomną sennością, która tak przyjemnie kołysała na falach wygodnego marzenia. Dreszcz chłodnej wilgoci przeszył mnie nagłym skurczem ramion. Założyłam sweter, naciągnęłam spódnicę, wsunęłam stopy w rozdeptane, zbyt duże łapcie i podeszłam do okna.

Rulony deszczu spływały po szybach drżącymi zwijkami, muślinami, festonami migotliwych perełek, opływając pięciopalczasty liść przylepiony do ciemnego szkła, zieloną dłoń bóstwa wody, dającego mi tajemny znak niezniszczalnego istnienia. Przez zbutwiałe krawędzie framug sączyły się ciężkie krople, wzbierając na parapecie drobnymi strumyczkami, które z cichym terkotem spływały na podłogę. Wyjęłam z walizki ręcznik i położyłam go na parapecie najbardziej przeciekającego okna.

Wtedy cienie mego potrójnego odbicia pochyliły się i obróciły niby w powolnym tańcu, beznadziejnie zapłakanym valse triste, jakby wiedziały, że za chwilę utracą swój efemeryczny byt, gdy tylko oddalę się w głąb pokoju. Czatowały w mroku półokrągłego wykuszu i gdy tylko poruszyłam się, z potrójną zawziętością, jakby chcąc maksymalnie wykorzystać ulotny czas swego istnienia, przybliżyły się do mnie, bełkocząc coś przez lawinę wiatru i deszczu.

— Jak nic oberwanie chmury — powiedziała ciotka Honorata stając W drzwiach. — Na pewno znowu zaleje piwnice. Jak się czujesz, drogie dziecko? A może wolałabyś zjeść kolację w pokoju?... Nam to naprawdę wszystko jedno. Dobrze, że w lipcu naprawili dach, bo zalałoby nas na amen.

— Już idę, ciociu — odparłam. — Nie mogę tylko znaleźć grzebienia.

Czesałam włosy przypatrując się swemu odbiciu w łuszczącym się lustrze toaletki. Roje owadzich plam obsiadły ciemną powierzchnię, nakrapiając moją postać liszajami chorującego srebra. Przesuwałam grzebieniem po trwałej ondulacji, a wszystko wydawało mi się coraz bardziej pogmatwane i niejasne. Moja choroba, mój powrót, moja ucieczka od męża, mój przyjazd do ciotek, z którymi widziałam się przelotnię chyba dwa lata temu...

Nie chciało mi się iść do kuchni, obawiałam się jednak uprzejmej, ale morderczej natarczywości tych dwóch starszych pań, które nie ustąpią, póki nie wepchną we mnie chleba i herbaty. Wyszłam więc z pokoju i od razu znalazłam się u szczytu drewnianych schodów pokrytych dziurawym chodnikiem. Opierając się o wyślizganą poręcz schodziłam po nich, a one trzeszczały, chrzęściły i popiskiwały, dając cały koncert na niezwykły instrument drewniany, po którego klawiszach stąpałam z obawą, że zaraz załamie się jakaś zmurszała deska, a ja zlecę w mrok zalatującej naftaliną bawialni.

Była to dość szumna nazwa na określenie tego zakurzonego i w zasadzie nie używanego pomieszczenia. Okrągły stół i wytarte, pluszowe fotele w bezruchu dochodziły swoich dni, podczas gdy, o ile zdążyłam się zorientować, życie koncentrowało się w kuchni i w dwóch pokojach ciotek, z których jeden był sypialnią wujka, a drugi jego gabinetem.

Wichura potrząsała okiennicami, deszcz warczał w rynnach, trzeszczały wiązania dachu, a z piwnicy zdawać by się mogło, dochodzą jęki potępionych. Wzdrygnęłam się na samą myśl o tym, że coś, czego nie umiałabym sobie wytłumaczyć, mogłoby mnie nagle przerazić i położyłam dłoń na mosiężnej klamce.

— Co za pogoda — usłyszałam apodyktyczny głos ciotki Florentyny. — W zeszłym roku o tej porze upał był nie do wytrzymania.

— Za dużo tych samochodów — dobiegły mnie szeleszczące, przesypane lekkim seplenieniem słowa ciotki Honoraty. — Ale my na pewno nic na to nie poradzimy. Trzeba się z tym pogodzić...

— Nigdy z niczym się nie godziłam i nadal nie mam zamiaru — replikowała Florentyna. — Niech się godzą ze mną, jeśli im na tym zależy. Chyba przyzna mi pan rację, że samą biernością niczego się nie osiągnie.

— Oczywiście, ale czasy są bardzo trudne — usłyszałam głos jakiegoś mężczyzny.

Czyżby ciotki wynajmowały komuś pokój? W ich sytuacji finansowej, wcale bym się nie zdziwiła. A może to tylko sąsiad?... Czułam się coraz bardziej niespokojna. Moja wymarzona Oaza samotności stawała się rzeczywistym domem, pełnym nieznanych mi głosów.

 

— Honorato, zobacz no jeszcze raz, co ta dziewczyna wyprawia — zadysponowała nagle ciotka Florentyna. — To szczyt wszystkiego, żeby tak się spóźniać.

Zacisnęłam zęby, wstrzymałam oddech i otworzyłam drzwi do jasno oświetlonej kuchni.

— Jestem — powiedziałam — przepraszam... Nie mogłam się pozbierać.

—Siadaj, moje dziecko, siadaj. Zaraz dostaniesz gorące naleśniczki — zaszeleściła ciotka Honorata krzątając się po kuchni.

Duży, prostokątny stół z surowego drewna nakrywała okrągła, płócienna serweta. Usiadłam na krześle obok drzwi, przypatrując się siedzącemu naprzeciw mnie mężczyźnie. Miał chyba około trzydziestu pięciu lat, szczupły, drobnokościsty, o ciemnych, nieco kręcących się włosach i regularnie zarysowanej twarzy, Spojrzał na mnie spod gęstych brwi szarozielonymi, głęboko osadzonymi oczami i zaraz pochylił głowę nad talerzem.

— Idalio, pan jest naszym sąsiadem — rzekła ciotka Florentyna podsuwając mi imbryk z herbatą. — Nie zdążył przed deszczem. Zresztą znamy się dopiero od miesiąca, przepraszam, ale ja ciągle zapominam pańskiego nazwiska.

— Zygmunt Tylman — powiedział mężczyzna podnosząc się z krzesła i pochylając lekko głowę.

— Grawiczowa — mruknęłam pod nosem.

— Właśnie — zawołała Fłorentyna — pan Tylman uczy od pierwszego w naszej szkole.

— Proszę, kochanie, jedz szybciutko, bo zaraz wystygnie — szepnęła ciotka Honorata.

Postawiła przede mną talerz z trzema zwiniętymi, przyrumienionymi naleśnikami. Spod złocistobrązowej skórki wymykały się grudki przypieczonego pasztetu. Pochyliwszy głowę nad talerzem, zaczęłam szybko jeść, mając nadzieję, że w ten sposób uniknę rozmowy z człowiekiem, którego nie miałam ochoty poznawać.

— Nasza spadkobierczyni — nadmieniła ciotka Honorata, będąca źródłem nieocenionych i niepotrzebnych wiadomości — przyjechała z Warszawy. Jej mąż jest dyrektorem banku... Ale to właściwie wszystko jedno, prawda, drogie dziecko?

— Prawda — odparłam ze złością — i ciocia dobrze o tym wie.

— A jak się miewa profesor Moraczewski? — pytała już Honorata, częstując mężczyznę ciastem drożdżowym i puszczając moją uwagę mimo uszu. — Nie widziałam go od trzech dni.

— Honorato — zaoponowała Florentyna — spotkałyśmy go wczoraj na Topolowej. Nie pamiętasz? Kłaniał się nam z drugiej strony ulicy.

— Ale nie podszedł się przywitać — rzekła nadąsana Honorata.

— Widocznie śpieszył się na zastrzyk do kliniki — powiedział gość unosząc głowę znad filiżanki z herbatą. — Nie chce, żeby pielęgniarka przychodziła do domu. Domyślają się panie, dlaczego.

— Tak, tak, oczywiście — zamachała rękami Florentyna. — Ale przecież ja mogłabym robić mu te zastrzyki. Za darmo!

Ciotka Honorata zmarszczyła nos i fuknęła kilkakrotnie, potrząsając przy tym głową.

— Florentyno, co ty mówisz... Profesor umarłby chyba ze wstydu, gdyby musiał przed tobą... hm... obnażać się... Co za pomysł!

Pamiętasz Iduniu profesora Moraczewskiego? To ten starszy, zażywny pan, z którym przyjaźnił się wujek.

Ciotka Florentyna popatrzyła na Honoratę, przygładziła związane w węzeł włosy, spojrzała na mnie, zacisnęła wąskie usta, po czym rzekła, zwracając się do sąsiada:

— Przepraszam pana za to co powiem, ale, jak to ujęła moja siostra, obnażonych mężczyzn już dość się w życiu naoglądałam z racji mojego zawodu i... i od pewnego wieku zupełnie mnie nie ciekawią.

Parsknęłam do filiżanki, rozpryskując herbatę na obrus. Wszyscy spojrzeli na mnie.

— Zakrztusiłam się ciastem — powiedziałam głęboko wciągając powietrze.

— Nie widzę w tym nic śmiesznego — rzekła z powściągliwą powagą Florentyna. — W końcu jestem dyplomowaną pielęgniarką. Czy nie mógłby pan przekonać profesora?

— Rzadko z nim rozmawiam — odparł mężczyzna — nie chcę mu się narzucać. Zdaje mi się, że znowu zaczął komponować.

— Szkoła wynajęła panu pokój w willi Eugeniusza — poinformowała mnie teatralnym szeptem Honorata. — Ale to nie znaczy, żeby pan miał nagabywać go w tak... intymnych sprawach.

Zauważyłam, że Zygmunt Tylman czuje się skrępowany i obawiałam się, że za chwilę ciotki zaczną się prześcigać w natarczywych uprzejmościach. Współczułam mu, bo sama nie znosiłam takiej sytuacji, speszona dociekliwością znudzonych kobiet.

— Przepraszam, zapomniałam papierosów — powiedziałam wstając od stołu.

Pobiegłam na górę i zamknęłam za sobą drzwi na klucz.

Czego oni właściwie ode mnie chcą? — pomyślałam rzucając się na łóżko. Tak mi było dobrze, gdy leżałam nakryta po uszy kołdrą w niebieskie różyczki. Nie musiałam o niczym wiedzieć, nie musiałam kłamać...

Deszcz jeszcze padał, potrząsając kwadratowymi szybkami, ale nastrój tego zmierzchu rozsypał się, niby z trudem ułożona mozaika, którą ktoś potrącił przez nieuwagę.

Przypomniałam sobie letni dzień z dzieciństwa, gdy wujek Teodor i profesor Moraczewski siedzieli w ogrodzie na ławce, a ja szłam aleją pełną rozkwitających peonii, starając się nie potrącić różowych głów tych silnie pachnących kwiatów.

„Nasza mała syrenka” — powiedział wtedy profesor i to określenie tak mną wstrząsnęło, że pamiętam je do dziś, chociaż nigdy właściwie nie zrozumiałam, co miał wtedy na myśli. Ciekawe jak teraz wygląda?... Swego czasu kobiety musiały za nim szaleć. Nigdy bym nie przypuszczała, że wynajmie pokój komuś obcemu w swojej secesyjnej willi. Nawet temu, skądinąd zupełnie sympatycznemu, panu Zygmuntowi.

Zapaliłam papierosa i podeszłam do okna. Deszcz właściwie już przestał padać i pojedyncze krople spływały wolno, kreśląc drżące, zanikające dróżki po ciemnych szybach. Żal mi było, że ulewa się kończyła. Miał to być potop ogólnoświatowy, odcinający móją wyspę od czyhającej na mnie rzeczywistości, w której królował mój mąż, dyrektor Stanisław Grawicz, absolutny pan i władca opuszczonego przeze mnie terytorium.

Otworzyłam okno. Chłodne, wilgotne powietrze orzeźwiło mnie na tyle, że postanowiłam zejść na dół, Poprawiłam włosy, przypudrowałam twarz i zeszłam po klawiszach tych schodów grających wszystkimi wiązaniami.

W bawialni panował półmrok rozjaśniony jedynie światłem sączącym się spod drzwi kuchni. Okiennice milczały, ale do piwnicy musiała wedrzeć się woda przewracając jakieś stołki czy puszki. Przybrałam obojętnie życzliwy wyraz twarzy, nacisnęłam klamkę i weszłam.

— Coś się dzieje w piwnicy — powiedziałam, — Może to duchy?

Honorata Zaśmiała się cicho mrużąc niebieskie oczki.

— Wiatr garnki przewraca — odparła — myszy harcują... Trzeba by okienka ponaprawiać.

I wymownie spojrzała na pana Zygmunta.

— Honorato! — skarciła ją Florentyna. — Nie powinnaś występować z tak daleko idącymi propozycjami.

— Naprawdę? — zdziwiła się Honorata nawijając na palec drobne, siwe loczki. — Przecież pan jest naszym sąsiadem? A jak zdrowie Eugeniusza? A pańska żona jak się czuje?... Zdaje się, że ostatnio była niedysponowana i nie mogła do pana przyjechać.

— Honorato, daj spokój — rzekła zmęczonym głosem Florentyna.

— Co chcesz? Nie wolno zapytać? Cały czas zachodzę w głowę, dlaczego profesor tylko ukłonił się nam z drugiej strony ulicy. Może go czymś uraziłyśmy?

— Na pewno bardzo się śpieszył — rzekł Zygmunt spoglądając na mnie Z uśmiechem. — Natomiast, jeśli chodzi o moją żonę...

— Honorato, przestań pana wypytywać, to nieładnie — upominała swoją młodszą siostrę Florentyna.

— Ależ moja droga, ja nikogo o nic nie wypytuję. Pan kiedyś wspominał, że jego żona niedomagała... Czy to nie chodziło o gardło?

— Zapewne. Moja żona jest śpiewaczką i od czasu do czasu zdarzają jej się drobne komplikacje zaspokoił wreszcie ciekawość ciotki Zygmunt. — Przygotowuje się do recitalu, dlatego musiała pozostać w Warszawie.

— Ach, tak — ucieszyła się Honorata. — To pewnie bardzo ciekawy zawód?...

— Owszem — przytaknął. Zygmunt — ale wymagający przede wszystkim talentu. No i dużo pracy.

— Tutaj znalazłaby idealne warunki — kontynuowała Honorata. — Przecież profesor ma fortepian. I ten spokój... Wie pan, uwielbiam śpiew, sama zresztą...

— A ja nie cierpię — ucięła nagle rozmowę Florentyna. — Zresztą śpiew jest bardzo szkodliwy dla zdrowia. Pamiętacie Zulę Pogorzelską? Śpiewała i umarła. Na raka gardła!

— Florentyno, więcej taktu — szepnęła Honorata.

— Jestem w swoim domu i przede wszystkim cenię sobie szczerość — odparowała ciotka. — Ale czemu pan wstaje, proszę jeszcze zostać — zwróciła się do Zygmunta.

— Pójdę już, deszcz przestał padać — rzekł popatrując w okno. — Dziękuję paniom za kolację.

— Ach nie ma za co, nie ma za co — powiedziała ze słodkim uśmiechem Honorata. — Było nam bardzo miło.

— I niech pan nie zapomni powiedzieć profesorowi — dodała Florentyna — że gdyby tylko się zgodził, chętnie robiłabym mu te zastrzyki. Nie widzę w tym nic niewłaściwego.

— Boże, Florentyno — westchnęła ciotka Honorata — czy ty zawsze musisz być taka natrętna. Może Eugeniusz tego sobie nie życzy, a nie chcąc ci sprawić przykrości, będzie musiał przystać na twoją propozycję.

Florentyna z ironicznym błyskiem w stalowych oczach spojrzała na Honoratę. Zygmunt odwrócił się w jej stronę, żeby coś odpowiedzieć, zaczepił połą marynarki o czajniczek do herbaty stojący na brzegu stołu i strącił go na podłogę.

— Nic się nie stało! — zawołała Fłorentyna. — Nie ma o czym mówić!

Naczynie rozpękło się na dwie części ukazując ciemnobrązowe wnętrze, z którego wysypały się kilkakrotnie już dziś zaparzane, wilgotne fusy.

Ciotka Honorata ze ścierką w ręku przyklękła na podłodze. Zygmunt prosząc o wybaczenie, nie wiedział, czy zostać do końca sprzątania, czy wyjść. Wstałam od stołu, próbując pomóc Honoracie.

— Kochanie, na co czekasz? Idź, odprowadź pana do drzwi — rzekła Fłorentyna trzymając w ręku szczotkę i szufelkę. — Nie będziemy przecież płakać nad starą skorupą.

— To moja pamiątka z Paryża — westchnęła cicho Honorata. — Ale co tam...

Zygmunt skinął głową, otworzyłam drzwi i przeszliśmy do przedpokoju.

— Niech pan się tym nie przejmuje — powiedziałam. — Mają karę za to, że tak pana wypytywały.

— Nic nie szkodzi — odparł Zygmunt. — Przecież jesteśmy na prowincji. Postaram się odkupić ten czajniczek.

— Drobiazg — machnęłam ręką. — Długo pan u nas zabawi?

— Mam kontrakt na rok szkolny 39/40, a potem... zobaczymy.

Zatrzymałam wzrok na jego ciemnozielonych oczach, w których błyszczały zalotne ogniki. Wydawało mi się, że chciał jeszcze coś dodać, ale uchylił tylko kapelusza i wyszedł w pachnący zielenią wieczór. Przez chwilę patrzyłam jak jego wysportowana sylwetka znika za przemoczonymi drzewami, powoli zamknęłam drzwi, przeszłam przez korytarz i już miałam wejść do kuchni, gdy usłyszałam podniesione głosy moich ciotek.

— Nawet nie powiedział, jak jego żona ma na imię — mówiła Honorata. — Ona tam, a on tu. Coś w tym jest...

— Zauważyłaś jak wlepiał oczy w Idalię? — spytała Florentyna. — Wprost pożerał ją wzrokiem. Musi być z niego niezły gagatek...

— Siedziała jak ta mumia egipska — powiedziała ze złością Honorata. — Ja nie wiem, jak Stanisław z nią wytrzymuje. Rozpieszcza ją do niemożliwości.

— Wyobrażasz sobie, ile musiała kosztować tą kuracja — rzekła z przekąsem Florentyna. — I co to dało?... Pieniądze wyrzucone w błoto. Przyjrzałaś się jej znudzonym minom?

— Może z nią jeszcze nie wszystko w porządku — zasepleniła z nietajoną satysfakcją Honorata.

— Moja droga, w tego rodzaju przypadkach nawrót choroby jest nie wykluczony — poinformowała ją z profesjonalną znajomością rzeczy Florentyna.

— Dobranoc — powiedziałam wkładając głowę przez uchylone drzwi. — Idę spać.

Weszłam do łazienki, umyłam się szybko w zimnej wodzie i pobiegłam do swego pokoju. Co za zmory — pomyślałam zamykając drzwi na klucz. — Stare megiery.

Założyłam piżamę i wsunęłam się pod wystudzoną kołdrę. Deszcz znowu zaczął padać, początkowo brzęcząc delikatnie w szyby, potem zacierając dźwięk szelestem liści kasztanowca, aby po kilku minutach uderzyć z szumem w drżące okna.

Ciotki znalazły sobie nową ofiarę ich nigdy nie zaspokojonej ciekawości. Tajemniczy mężczyzna... Przystojny i do tego z Warszawy. Uroczy, wrażliwy, nowy nauczyciel. A czy ja nie jestem urocza i wrażliwa? Zapewne, ale co z tego?... A on w pełni sił męskich, interesujący, fryzjer damsko-męski, męsko-mięsko...

 

Zasypiałam powoli, kołysząc się słowami, które same przeze mnie przepływały niby strumienie wody ściekającej z okien. Byłam tą małą, tkliwie rozrzewniającą, drobnodrżącą szybką, na którą spadał z sierpniowych obłoków deszcz złotej jesieni, deszcz kasztanów, deszcz słów lejący się z ust moich ciotek, kamiennych maszkaronów rzygających z głębi bulgoczących gardzieli strugami wody. Każda z nich trzymała w zębach zardzewiałą rurkę, z której bił bicz zimnego żywiołu.

Boże, co ja bredzę! Pewnie mam nawrót choroby. Zerwałam się z łóżka, otworzyłam torebkę, połknęłam dwa luminale i położyłam się ponownie, starając się o niczym nie myśleć. Noga ciężka, ręka ciężka, głowa ciężka. Chciałam uśpić się jak najprędzej, przypominając sobie jakieś bzdurne zalecenia lekarza. Proszki zostawiły na języku gorzki osąd. Próbowałam rozpuścić go śliną, ale nie ustępował.

Z dołu dochodziły stłumione głosy ciotek. Pewnie pokłóciły się przy zmywaniu talerzy. Byłam zbyt słaba i zbyt nieprzytomna, żeby zwlec się z łóżka i zobaczyć, co one tam wyprawiają po nocy.

Znieczulona — myślałam — znieczulona na samą siebie. Jak to przyjemnie wiedzieć, że zaraz zasnę, że czuję już leciutkie odrętwienie całego ciała i chociaż mój sen będzie niezdrowy, i na pewno te proszki na coś mi zaszkodzą, pozbędę się siebie na jakiś czas, odpłynę w deszczu i nikt nie będzie wiedział, że tu jestem, nawet ja sama, mała syrenka śpiąca na dnie morza po zażyciu specjalnej mikstury szczęścia, która powoduje, że małe dzieci nie wiedzą kim są i zdaje im się, jakby trochę byli ludźmi, a trochę zwierzętami, a trochę deszczem, i są tak sobie nieprzytomne i niewiadome, bo nie wiedzą, czy naprawdę są, czy tylko je ktoś wymyślił, i wtedy, dla niepoznaki, przybierają nasze imiona i nazwiska, podszywając się pod nasze nazwania, znaki wywołane z otchłani, gdzie krążymy i czekamy, krążymy i czekamy, krążymy i nagłe ktoś krzyknie: Idałio! Zygmuncie! A my już wiemy, że to o nas chodzi i chwila najwyższego szczęścia wreszcie nadeszła, i dobywamy się z przepaści, dobywamy, walczymy i płyniemy przez sen, przez czas ku światłu, szczęśliwi, że ktoś sobie o nas nareszcie przypomniał.