Ciemne moce

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jacek Krakowski

Ciemne moce

Saga

Ciemne moce

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Jacek Krakowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728075401

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Kiedy nie widzę słów, kłębiących się wokół mnie jak

obłoki dymu, pogrążam się w mroku – jestem niczym.

Virginia Woolf Fale

I
KIEDY NIE WIDZĘ SŁÓW

Domorosły filozof stoi przy oknie, popijając wystygłą herbatę. Kropla wolno spływa po szkle. Za oknem wystawia się widok. Domorosły patrzy, widzi: coś tam jest, a on – ten sam w tym samym. Sprawdza słowo po słowie, nazwę po nazwie, dopatruje się ukrytych znaczeń. Może gdzieś coś naprawdę się dzieje?… Zaraz do tego dojdzie. Powoli zastanawia się nad ostentacyjnie widzialnym fenomenem, oblepiającym go szczelną powłoką. Chciałby zedrzeć z oczu widok nisko wiszących chmur. Filozof mniema, że są wynikiem jego namysłu nad codziennym wpatrywaniem się w widok za oknem. Sens zwidu budzi w nim poważne zastrzeżenia. Nasuwają się same, kiedy po dojściu do przytomności wstaje z łóżka, patrzy w okno: tam coś jest. Sam nie wie, skąd się tu wziął. Tego nie da się ukryć. Z trudem wmawia sobie siebie, tutaj ten sam, kim mógłby być tam, gdyby nie sen i codzienne wypatrywanie widoku za oknem. Ponadto nie ma pojęcia, kim będzie. Niepokój kołatającego serca, nakazuje mu po chwili wziąć tabletkę na uspokojenie czego? Kłębiącej się w nim psyché czy podrygów biologicznego upostaciowania?… Kiedyś został w nie podstępnie wpasowany, pozostawiony sam na sam ze sobą samym. Tabletka na kolejne wątpliwości. Filozof skłania się do spekulacji nad tym, co zdarzyło się po przebudzeniu: jednostronność widoku, trójpodział czasu na nieuchronny, nadchodzący, niepokojący… Domorosłe refleksje starają się rozkręcić ziejący nudą chaos. Wyświechtane frazesy, utarte zwroty, oklepane bełkoty klekoczą na podorędziu. Myśli mrowią, rozłażą się, wietrzeją, więdną, a wczorajsza jasność znów oblepia oczy przyzwyczajeniem, popycha do patrzenia przez okno, gdzie czai się widok nisko wiszących chmur. Filozof chce opuścić mieszkanie, lecz nasiona wątpliwości już wypuszczają w jego głowie wijące się nitki korzonków. Omotują istotę szarą, zewnętrzną warstwę mózgowia, subtelną plecionką białego unerwienia. Nieuchronnie nadchodzi… Ciałem myśliciela wstrząsają dreszcze. Nadchodzi niepokojące… Zakłada szlafrok na piżamę, zastyga, czekając na grę słów. Niepokojące niewiadome!… Poranny słowotok każe mu dociekać, skąd przychodzi przekonanie, iż on, stojąc nieruchomo przy oknie, może brać udział w porządku świata. Gra słów wciąga. Opiera dłonie o parapet, jakby chciał przemówić, potrąca szklankę z herbatą, tłucze szkło, leje się napar. Domorosły zaciska zęby, potrząsa ręką, a z przeciętego palca gęsto tryskają krople krwi wprost na poszarzałą firankę. Okręca krwawiący palec chusteczką, chwyta klucz, zamyka drzwi, zbiega po schodach. Ból doskwiera, słowotok nie odpuszcza. Skład apteczny „Datura” zielonkawo połyskuje szybami po drugiej stronie ulicy. Bez namysłu (to jedno, co udaje mu się ustalić) filozof przebiega jezdnię, po czym wpada do ciemnawego wnętrza.

Stara gospodyni włącza radio, smażąc jajka na maśle. Wie, że wieloletnie doświadczenie nie pozwoli jej snuć odrębnych wątków związanych z przyczyną takiego stanu rzeczy. Musi trzymać się swoich zasad. Przywiązała się do grania śniadania po niczym nie różniących się przebudzeniach: oczy same otwierają się na świat, ręce same wyciągają się po nóż. Odkrawa kawał masła, przyrządza jajka sadzone, stojąc przy kuchni w koszuli nocnej, która pamięta dawne czasy. Przyzwyczajenie wiąże starą z przystawaniem do powtarzalnych przedmiotów codziennego użytku. Obejmuje i dopasowuje do niej rzeczy niczym dodatkowe członki korpulentnego ciała. Gospodyni trzyma rączkę aluminiowej patelni bez rozważania sensu realności, a surrealistyczny widok jajek ścinających się na maśle, umyka doświadczanemu przyzwyczajeniu. Wpatruje się odruchowo w brudną ścianę, bowiem zapach akroleiny nie sprawia kobiecie przykrości… Pogrążając się w rozpatrywaniu minionych śniadań, z mechaniczną precyzją podważa ścinające się białko, ćwiczy cicho oklepane zwroty, spływające do spragnionych jajecznicy ust. Przełyka ślinę, rozmawia z byłymi mężami, argumentuje, jak zwykle jest górą, mimo że trzy rozwody położyły się cieniem (tak właśnie zdołała to ująć) na rozwoju jej kariery towarzyskiej. Dłonią w izolacyjnej rękawicy silniej ściska rączkę patelni. Doświadczenie podpowiada jej, że jajka są już gotowe, lecz wzdryga się ze złości na pamięć wysnutych ze snu poranków. Nawyk parcelowania dnia na wspominki powinien dawno wejść starej w krew, jednak przelane słowa ciekną po brodzie sznureczkiem śliny. Jajka skwierczą, zalatując spalenizną. Tak było, tak jest, tak będzie – takie od lat odnosi wrażenie. Właściwie dlaczego?… Dlaczego rozdrażniona uderza metalową łopatką raz za razem w patelnię, a suchy dźwięk jeszcze bardziej ją rozsierdza?… Znowu wchodzi w poranne swary z trzema dawno zmarłymi mężami. Zawsze tak samo o to samo. Radio gra szlagiery do tańca. Bezwiednie unosi dłoń, chcąc otrzeć z ust ślinę słów, gdy patelnia o nierównym dnie wywraca się, a spalone masło pryska na jej rękę. Stara gospodyni krzyczy z bólu! W ostatniej chwili zakręca gaz, chwyta płaszcz, bezwiednie zatrzaskuje drzwi mieszkania, mocno opierając się o poręcz, schodzi na parter. Ty i miłość, i wiosna… Na zmianę to podśpiewuje, to przeklina swoje potrójne wdowieństwo, z trudem przebierając nogami. Znana na cały Lokalny Bąbel apteka „Datura” zielonkawo połyskuje szybami po drugiej stronie ulicy. Stara gospodyni rozgląda się, czy nic nie jedzie, po czym, mrucząc dawny przebój, przechodzi przez brukowaną jezdnię. Jak zwykle o tej porze naciska łokciem ozdobną klamkę oszklonych drzwi, od wejścia wzywając na pomoc wyłaniającą się z półmroku znajomą panią magister.

Zapomniany kompozytor popularnych niegdyś refrenów zwykle budzi się koło jedenastej, tym razem kwadrans po ósmej nagle otwiera oczy. Leży nieruchomo, po chwili jest już pewien: stało się coś złego, chociaż od dawna uważa zło za naturalny stan rzeczy. Przejawia się na okrągło, posługując się tak zwanym dobrem w celu odwrócenia uwagi od niewątpliwie koszmarnego stanu rzeczy. Ten demoniczny dualizm przyprawia zapomnianego o rozstrój nerwowy, uniemożliwiając mu tworzenie. Od lat nie zajmuje się kompozycją. Na swój sposób oddaje się poszukiwaniu „trzeciej drogi”, mającej doprowadzić go do całkowitego rozstrojenia dwubiegunowego, schizofrenicznego porządku świata. Ktoś za ścianą głośno katuje jego starą piosenkę: wydziera się, fałszuje, nie pamięta słów, a jednak motywy można rozpoznać. Zapomniany zrywa się, tłucze pięścią w ścianę. Śpiew cichnie, by po chwili wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Kompozytor znowu bije dłonią w zakurzony mur. Zło dochodzi do głosu: wydobywa wrzaski przekleństwa ze spokojnego zazwyczaj zapomnianego, dewastując stan jego umysłu świdrującym bólem głowy, pośród którego, niczym obierka w brudnej wodzie wypływającej ze zlewu, kołuje dawna melodia. Zapomniany pada na łóżko. Muzyka rozrywa mu głowę wybuchającymi racami. To nie do wymówienia, raczej do wygrania – jasne przesłanie, klarowna wymowa splotu słonecznych nut. Zrywa się, a „trzecia droga” wyłania się spod owalnego stołu, wije się między nogami krzeseł, ciasno oplata kompozytora wężowym ciałem aż po brak tchu, wpychając mu do ust przydługie słowo: uprzedmiotowienie. Zapomniany potyka się o dziurawy chodnik, leci, rozkłada ramiona, pada jak długi, uderza twarzą o podłogę, a wtedy zza ściany rozlega się śmiech oraz refren w setkach przeróbek grany na wszystkich potańcówkach. Muzyk oblizuje krew cieknącą mu z nosa. Za ścianą nadal płynie wesoło jego zapomniana piosenka. Kompozytor chwyta papier poznaczony pięcioliniami, próbuje zetrzeć krew z twarzy, rozmazując ją po policzkach. Zarzuca coś na siebie, kierując się ku obdrapanym drzwiom. Trwa pospolity kołowrót, kierat codziennych nazw, nieustające zawodzenie, stara śpiewka: zło dobrem… Trzymając dłoń na krwawiącym nosie, osuwa się po schodach. Staroświecki skład apteczny „Datura” zielonkawo połyskuje szybami po drugiej stronie ulicy. Zapomniany przystaje w bramie, uderza czołem o ścianę, rzyga, ociera wargi dłonią, krew kapie. A jeśli to jest słynna ostatnia chwila, kiedy można jeszcze zawrócić? Odwrót od wyjścia… Brak mu sił. W końcu kompozytor łapie oddech, odrywając się od zimnej ściany. Wtedy melodia milknie albo jej już nie słyszy. Chwiejnym krokiem przechodzi przez jezdnię i potykając się, zmierza wprost ku oszklonemu wejściu.

Pani magister jest uczulona na ludzi. Na samą myśl o codziennej klienteli czuje świąd, podstępnie wkradający się jej w odbyt. Także w okolicach sromu pojawia się wysypka, domagająca się podrapania nawet wtedy, gdy jeszcze nie ma nikogo, a ręce otwierają z trzech zamków drzwi do jej apteki. Odwieczny obowiązek! Wyobraźnia podsuwa obraz karnie stojącej kolejki ssaków z rzędu naczelnych o silnie rozwiniętym mózgowiu, układzie nerwowym oraz (jak wyczytała w słowniku) o jednej przynajmniej parze kończyn chwytnych. Ten rząd zwierząt obejmujący małpiatki, małpy i człowieka, doprowadza ją zwykle do z trudem hamowanych spazmów. Mimo to farmaceutka, usiłuje wytrzymać napór stałych, biorących się nie wiadomo skąd, bywalców. Nawiedzają skład apteczny, by domagać się leków na urojone, jak przypuszcza, dolegliwości. Pani magister uważa w głębi duszy, że mogą być halucynacjami spowodowanymi nadmiernym, codziennym wdychaniem oparów toksycznych ingrediencji. Wyrabiane w rodzinnej aptece tradycyjnymi metodami ucierania, warzenia i destylacji środki uśmierzające ból, wydzielają podczas produkcji szkodliwe wapory, które zapewne przyczyniły się do przedwczesnej śmierci jej dwóch braci, farmakognostów, zagorzałych zwolenników leczniczych surowców pochodzenia roślinnego, mineralnego oraz zwierzęcego. Gdzie te czasy!… Została sama z dużym zapasem gotowych specyfików, a ich postępujący rozkład sprowadza na nią pod wieczór stany szczególnego odurzenia, zmuszając farmaceutkę do pośpiesznego zamykania składu o mocno podejrzanej reputacji. Jednak na przekór nękającym ją dolegliwościom związanym z (jak je nazywa na własny użytek) postaciami przywidzeń, uważa, że coś jednak istnieje naprawdę, kryjąc się za zielonkawo połyskującymi szybami drzwi i okien. Niedorzeczność przyzwyczajeń… Niehumanitarnie oszołomiona całodziennym przebywaniem w aptece nie jest w stanie zweryfikować swojej teorii, bo ilekroć opuszcza aptekę, wychodząc tylnymi drzwiami, odnosi wrażenie, że ktoś stawia jej do oczu dwunożne twory, przewidywalne, niczym alegoryczne, człekokształtne persony wpadające do apteki. Domorosły filozof z przeciętym palcem, stara gospodyni z poparzoną dłonią czy kompozytor z zakrwawionym nosem zapewne stanowią wyzwania fantasmagorycznej hipochondrii. Magister od lat wysyła klientów na poszukiwanie „przejawów czegoś innego”: niezależnych świadków, którzy potwierdziliby stan niedorzeczności albo mu zaprzeczyli. Z uwagi na silne stany alergiczne wywierane przez figury postronne, farmaceutka woli pozostawać sama w aptece, gdzie każda szlifowana zatyczka i każdy zażółcony kroplomierz przywodzą jej na myśl rozdymającą się pustkę snów, rzewnie wspominany błogostan, kiedy jeszcze nie była człowiekiem.

 

Bezdomny bezrobotny wydziera się na całe gardło; gdy nie słyszy odzewu zza ściany, milknie, zwilżając gardło tanim piwskiem. Nie chce mu się mówić, nie potrzebuje słów. Posługuje się wytartymi zbitkami głosek. Nawet nie domyśla się ich wymowy, wystarczy, że przynoszą jakiś skutek te bełkotliwe, nerwowo wyrzucane z siebie dźwięki. Nie mówiąc nic, wskazują na coś, będąc naprawdę znakami umowy między nim a obcym, od którego zwykle usiłuje cokolwiek uzyskać. A kiedy nie ma przy nim nikogo, śpiewa, ba, ryczy starą piosenkę zasłyszaną w kinie, gdzie ukrywał się przez trzy dni. Wtedy ten z lewej strony wali pięścią w ścianę, a ta z prawej puka łyżką w rurę. Jest jeszcze ktoś nad nim. Przeważnie tupie nogą: wtedy strop trzeszczy, sufit osypuje się na głowę… Dom przeznaczono do rozbiórki, wyprowadzając z niego lokatorów jednego po drugim. Bezdomny leży w barłogu, bezmyślnie rozglądając się po mieszkaniu – mury codziennego ogrodzenia… W półkolu pękniętego lustra odbija się widok nisko wiszących chmur. Bezrobotny wstaje, podchodzi do pokrytego liszajami zwierciadła, przygląda się samemu sobie. Sam siebie widzi w odbiciu, chociaż ten widok nie jest nim samym. To nie to samo, nagle przychodzi mu do głowy. Bezrobotnym wstrząsa olśnienie: sam bez siebie samego! Kiedyś zapowiedział publicznie, że nie będzie o niczym myślał, używając codzienności wyłącznie do banalnych celów: przez myśl mu nie przejdzie, kim jest lub po co istnieje. Żaden namysł nad sobą samym, przysięgał publicznie, nie zbije mnie z tropu, gdy będę gasił pragnienie wodą życia czerpaną z rynsztoka człowieczych ekskrementów. Namacalna, ludzka prawda podpali go niczym pochodnia po czym poniesie, hen, ku nieznanym knajpom i burdelom, poza otoczkę Lokalnego Bąbla! Chwyta lustro, ciska nim o podłogę, tym poświadczonym obrazem utkwionym w zaciekach chorującego srebra. Nie ma mnie, bełkocze, mnie tam nie ma. Śmiało tnie szklanym ostrzem tętnice, zdesperowany podcina gardło, a krew nie leci, bo nie ma w nim samego siebie, samego z sobą samym: widzi wyłącznie rodzajowy obrazek ze skłonnością do samookaleczenia. W niezbyt dobrym guście. Śpiewa, wydziera się, ale nie ma nikogo, kto by go słuchał. Wszyscy udali się po zapomogi, a odszczepieniec nie został dostrzeżony. Odosobniony, osamotniony wybiega na schody. Ktoś tu jest, ktoś mnie słyszy?!… My, my, myszy, odpowiada grą słów ściana po ścianie. Srom, dom, om, niknie echo w bramie. Bezdomny rozgląda się: pusta ulica, puste okna, pustaki zwalone na kupę… Zielonkawa poświata lśni w szybach apteki „Datura”. Bezrobotny rzuca się, biegnie, byle dopaść ostatkiem sił… Wywraca się w progu oszklonych drzwi, wyciąga w górę ramiona, wzywając pomocy. A czarny smar spływa powoli po protezach rąk.

Nakłanianie do opuszczenia pomieszczenia stało się obsesją magister. Podchodziła do każdej z namolnych figur, by głosem pełnym powstrzymywanej wściekłości namawiać je do wyjścia. Stare boazerie składu aptecznego słyszały jej rozkazujące zadęcie, krzykliwie akcentowane zgłoski, wulgarny melanż słów nie pasujących do pozycji farmaceutki: starała się nimi odegnać nękające ją prośby o pomoc w nagłej potrzebie. Na nic!… Dębowa sowa od lat wisząca nad zepsutym zegarem wpatruje się w oklejane plastrami palce, bandażowane dłonie i wydawany łyżką wprost do ust syrop, podejrzany specyfik w brunatnym kolorze spreparowany jeszcze przez dwóch zmarłych farmakognostów. Sowa obserwuje nie tylko dzień dzisiejszy apteki „Datura” pogrążonej w zielonkawej mgle przyćmionych świateł, lecz pamięta także przeszłość, ów problematyczny stan zdający się przenikać martwotę rzeczy, ożywiając je w oczach magister, która przeklina swój los. Farmaceutka nie zwraca uwagi na otoczenie, a ono magazynuje zbiegły czas apteki, żerując na nieuchronnie nadchodzącym, póki dotknięte rozkładem pamięci, nie uwolni gestów i słów dawnych właścicieli. Sowa przechowuje w dębowym wnętrzu tajemnicę magister, lecz milczy, chociaż zdarzyło się, że mgr doszła do wniosku, iż artefakt nad zegarem może komuś coś zasugerować: rzuciła w ptaka szklanym flakonem. Roztrzaskał się na misternie rzeźbionej głowie, zalewając wpatrzone w kobietę szklane oczy wyciągiem z tojadu. Całe zajście obserwował ukryty w zawiłym ornamencie boazerii wąż Eskulapa. Wystarczyło mu jedno zerknięcie w otwarty list, by zrozumieć nieszczęście, jakie dotknęło właścicielkę składu. Ciaśniej owinął się wokół laski, udając, że o niczym nie wie, gdy z krzykiem rzucone słowo wirowało pośród porcelanowych słojów z kaligraficznie wypisanymi nazwami zawartości. – Rozstanie!… Z czajnika postawionego na maszynce unosił się kłębuszek pary, a niemłoda już kobieta darła na sobie systematycznie biały fartuch. Tabliczka za szybą oznajmiała „zamknięte”, mimo to potrzebujący walili pięściami w drzwi apteki, domagając się leków i bandaży. Ten galimatias emocji, domysłów, przywidzeń, fantazji został utrwalony w zakrętasach staroświeckiego wystroju składu aptecznego „Datura”. Bezdomne psy jęczały, parząc się w ciasnej ulicy. Farmaceutka skręcała się ze złości. Cyzelatorski majstersztyk połyskiwał zawiłą symboliką perwersyjnych odniesień… Solidny wygląd miejsca pracy od czasu do czasu przypomina magister, że jej postacie nieskrywanej niechęci do obcowania z codziennością równie dobrze mogą prokurować ją – osobę niezbędną w udzielaniu im doraźnej pomocy, gdy ból przenikający racjonalne figury przytomnej obecności, nie znające swego dnia ani godziny, staje się nie do zniesienia.

Zbłąkany wędrowiec wodzi błędnym wzrokiem po ścianach, jakby chciał odgadnąć ważność ulicy, na której się znalazł. Coś go tutaj ściągnęło, postawiło pośród domów, wyrastających ze splotów narodzin i śmierci. Przyglądają mu się podejrzliwie, a on przekonany, że skądś się tutaj wziął, zmierza wprost przed siebie. Ilekroć jednak sięga do własnej historii, gubi się w mroku ni to intencji, ni to zmyśleń swego zbłąkania – jakby go nigdy nie było… Jednego jest pewien: trafił tu za sprawą czyichś błędnych wskazówek, znalazł się w tym miejscu przez pomyłkę. Zapewne ktoś ocknął się zbyt wcześnie, gdy obca mara senna nadal rozpływa się w pejzaże smutku. Zbłąkany czuje pod stopami grunt dobrze dopasowanych słów; ich sens ma go utwierdzić w znalezieniu się właśnie tutaj. Idzie powoli, a przyzwyczajeni do tego rodzaju ekstrawagancji mieszkańcy Lokalnego Bąbla, śpieszą w niewiadomych kierunkach. Niebo nabrzmiałe deszczowymi chmurami opiera się o gzymsy wyniosłych dachów. Gwarancja tożsamości, jaką daje mu obcowanie z pretensjonalną progeniturą minionego czasu, sprawia, że abstrakcyjna terminologia roznieca w nim poczucie manii pracy umysłowej, skłaniając do rozmyślań nad wędrówką dusz swobodnie przemieszczających się między ciałami, spętanymi regułami biologii. Spacer ulicą, której nazwy nie zdążył odczytać, przybliża go do zagadkowego celu. Słowa mówią same za siebie. Fabuła! Dusza, obca osobność zagnieżdżona w jego obecności, może zbłąkanego opuścić bez uprzedzenia, ustępując miejsca równie niejasnej i zbłąkanej. Choć wędrowiec wie, że to błędna droga, przystaje na swą przechodnią naturę. Cóż, pospolity wygląd przypomina komuś o czymś, zwłaszcza temu, kto zaczepia wędrowca, biorąc go za siebie samego. Słodkie wspomnienia, syczy przez zaciśnięte zęby. Nie jestem tobą, odpowiada zbłąkany, nie jestem tym ani tamtym, nie rzucam się w oczy, chociaż sprawiam wrażenie już kiedyś gdzieś napotkanego. Wędruję umyślnie w poszukiwaniu, w tym się całkowicie zawieram. Miasto przepełnia czas zarówno przepadły, jak i nadchodzący, rozbiórka miesza się z budową. Dusze niczym nietoperze wlatują do cudzych mieszkań. Uczłowieczają je przelotnie, po czym zmykają, ustępując miejsca innym, równie niedopasowanym do realności fenomenom. Ja tylko mimowolnie antropomorfizuję niedowarzone zamysły… Zielonkawy blask na szybach apteki „Datura” wskazuje na upiorne wyziewy, czyhające tuż za drzwiami. Naturalna śpiączka farmakologiczna robi swoje. Nagłe ocknięcie się magister farmacji, czymkolwiek by nie było, nakazuje pobudzonemu iść przed siebie. Wędrowiec nadal wędruje w przekonaniu, że jego błąkanina osiągnie wreszcie swój kres, a jego wymyślona postać znajdzie się tam, gdzie jeszcze nikt nigdy przed nim nie dotarł.

Domorosły filozof zaopatrzony w medykamenty wyrusza w drogę, w celu znalezienia naocznego świadka jednostronności widoku i trójpodziału czasu. Niech potwierdzi jego wątpliwości, co do natury świata obejmującego swym śmiertelnym uściskiem. Dziś albo nigdy. Wzruszenie dławi mu krtań, łzy cisną się do oczu. Wyrusza w wewnętrznym poruszeniu lawiną znaczeń, lecących niczym stado sów w głąb głowy. Wstrząs wywołany bólem przeciętego palca zrujnował budowlę zbioru frazesów przyzwyczajeń. Przyległość lat – zwyczaj śledzenia z okna naocznych objawów, okazał się samotniczą dolegliwością, której za wszelką cenę stara się uniknąć. Opiatyczne krople na uspokojenie rozkojarzają, syrop na uśmierzenie nie pomaga. Słowa nie kwitną na pnączach myśli. Jakże domorosły odezwie się do napotkanego, by wyjaśnić mu, o co chodzi? Na szczęście nikt nie idzie. Tylko znajomy konsyliarz, doktor… Kwiecistość wypowiedzi jest nie na miejscu. Poruszenie psyché otworzyło jałową przepaść domysłów: na jej dnie spoczywa, niestety, śmiertelne żniwo. Nieuchronnie nadchodzi niepokojące niewiadome. Filozof, posługując się wyświechtanymi sztuczkami, usiłuje sklecić coś na kształt prowizorycznie akceptowalnej realności, ale nic poza wycieruchami wysłowień nie przychodzi mu do zdemolowanego umysłu: wymłócone zboże, trujący bluszcz, pochopne domniemanie, wędrowiec ciągnący przez świat… Niezdecydowany stoi w drzwiach apteki, na jej progu leży bezdomny, wiatr pędzi bure chmury. Urzeczywistnienie wychodzącego! Za zielonkawymi szybami trwa zapewne gorączkowy ruch, chociaż ulica zdaje się być wymarła. Przestrzenny widok porusza zalążki myśli: może wymarłe przeświadczenia, podlewane jadem wspomnień grzybnie pleniące się po labiryntach rozpaczy. Wstrząs wywołany bólem palca zniszczył nędzne łamigłówki, a staromodny kurz krwi osiadł na metaforycznym trotuarze przyziemności. Bezrobotny wyciąga do domorosłego ręce z drewna, lecz ten udaje, że nie dostrzega tego aspektu istnienia. Namiastka dłoni zaciska się na nodze filozofa – gdy żywo reaguje, próbując wyrwać się z martwego objęcia, bezdomny otwiera protezę ust, wskazuje na nią drewnianym palcem drugiej ręki i bełkotliwie domaga się pożywienia. Z cienia ulicy wyłania się szary, przypadkowy przechodzień. Filozof chwyta go za rękaw, a poszarzały w udręce odosobnienia bez wahania zostawia odzież w jego dłoniach. Odchodzi szybkim krokiem, nie zwracając uwagi na sytuację. W kieszeni przechodniego płaszcza domorosły znajduje nóż. Chwyta za rękojeść, obcina nożem sztuczną dłoń, wciska ją bezrobotnemu w gardło i wymachując jesionką, biegnie za rozmywającym się przechodniem. Proszę pana, woła, czas się utożsamić! Niech wyjdzie na jaw dojmujące domniemywanie, niech pan nie znika…

 

Zbłąkany wędrowiec, parający się zawodowo przemierzaniem bezdroży, nie pyta „gdzie jestem?”, lecz kultywując w duszy jedyną kwestię „jak jest?”, zanurza się w światło lub mrok, dopasowując swoją postać do zmieniającego się otoczenia. Przestrzeń zawija się wokół idącego, wlecze się za nim wraz z ociężałym dobytkiem niczym dziurawy tobół. Każda ulica ma to do siebie, że można znaleźć się na niej, lecz żadna nie daje rękojmi stabilności statusu znalezionego. Zbytek istnienia. Jawna sprzeczność wypowiedzi na temat tego, co wyrzucą podmuchy napływającego czasu, jakie plewy słów wydmuchną z otwartych drzwi, nie świadczy dobrze o pewności namacalnej sytuacji. Mury kruszeją pod naporem wiatru, trzeszczą framugi, szyby wypadają z okien, zeszłoroczne liście wirują na chodnikach. Jakby dosłowność chciałaby wziąć odwet… Ludzie, opędzając się od przelatujących śmieci, okręcają się wokół osi, potwierdzając sens rozdmuchiwania ich wzdłuż linii sił czasu: nazywają owe życiowe naleciałości, spadającymi na nich plagami lub szczęśliwymi zbiegami okoliczności. Posuwając się zgodnie z chaotyczną niewiadomą losu, uważają rozchwianą realność za opokę nieprzewidywalnych poczynań. Niedorzeczne! Zbłąkany nie chce dać się ponieść, stawiając umysłowy opór w celu naocznego wykrycia istnienia gęstwiny możliwości, przez którą, jak sądzi, nieustannie się przedziera. Tłumaczy sobie, że zakres jego słownictwa jest ograniczony, a fenomenologiczny zaduch (cokolwiek by to miało oznaczać) przenika go na wskroś, sugerując niemożliwy do wyrażenia niestabilny stan rzeczy. Wędrowiec uważa się za zbiór pierwiastków: złączone splotem mało prawdopodobnych, chociaż możliwych incydentów ujawniły się pod jego postacią, posuwającą się wzdłuż czasowego zagęszczenia energii w rozfalowanej przestrzeni, która przybiera wygląd nieba, chodnika, apteki lub staromiejskich murów. Kiedy z pobliskiej bramy wybiega nieduża korpulentna kobieta, uderza w zbłąkanego, krzyczy coś, wpada do apteki i po chwili wylatuje z niej jako rzeźbiona w dębie sowa, wędrowiec rozumie – granica jego możliwości poznawczych została przekroczona, a metaforyzacja postępuje z całą mocą. Rzeczywistość mieni się w nim składowiskiem przywidzeń, możliwych do poświadczenia zmysłami, służącym wcielaniu się w postacie ludzi dopasowanych do osuwiska czasów. Nieszczęśni zbyteczni, giną pod nim od chwili wystawienia ich na świat, daremnie wzywając na pomoc bóstwa, demiurgów, szamanów, wszelkiej maści mentalnych ekwilibrystów. Wędrowiec uważa całą tę… pieprzoną fasadę za wielce podejrzaną przypadłość zbakierowanego umysłu (dziedziczna choroba weneryczna nie wykluczona), jednak przemierzając odludzia i bezdroża, niczego nie daje po sobie poznać.

Stara gospodyni idzie jak na ścięcie do swej przyjaciółki, by zwierzyć się jej ze swoich nieszczęść. Nienawidzi znajomej za to, że oprócz niej nie ma z kim dzielić się swoimi sekretami. Wyobraź sobie, mówi oburzona, odprawili mnie z kwitkiem, kazali iść, gdzie oczy poniosą. Przecież niczemu nie jestem winna! No, sama powiedz… Przyjaciółka, prawdziwa lub urojona, potakująco kiwa głową. Stara jęczy: sparzyłam się nie raz na tej znajomości, ale tym razem to przechodzi ludzkie pojęcie. Przyjaciółka wie, że „ludzkie pojęcie” jest realnie ograniczone, składa się z roztartych na miazgę kolokwializmów, które ta doświadczona przez życie osoba wyrzuca z siebie, mniemając, iż w ten sposób zwierza się ze swych niewymownych cierpień. Kiedy wychodziłam z domu, wpadł na mnie brudny łazęga, o mało mnie nie zabił. Aptekarzowa popatrzyła krzywo: kazała mi się wynosić. Jak mam udowodnić światu, że ludzie dybią na mnie i mój majątek?! Przyjaciółka przywykła do utyskiwań gospodyni, traktuje jej obecność jako niedyspozycję żołądkową lub przywidzenie w lustrze. Pani magister poradziła mi, abym poszukała przekupnych świadków takiego stanu rzeczy, a potem starała się o odszkodowanie. Mówiłam jej tyle razy, że to do niczego nie podobne. A czym jest zaduma nad rozgrzaną patelnią? A niebacznie rzucone słowo? A były mąż? Przyjaciółka (jak spodziewa się stara) bezradnie rozłoży ręce… to jest właśnie ten moment, by plasnąć dłonią w stół i orzec: kto się na gorącym sparzył, ten na zimne dmucha! Przyjaciółka zdaje sobie sprawę, że stwierdzenie doświadczalnie wsparte wieloletnim przyzwyczajeniem po prostu wisiało w powietrzu. Otwiera okno, a wiatr nanosi do pokoju chłód odradzającej się wiosny, daleki śpiew, wonne ślady… Trik losu! Ktoś dawno temu stąpał na paluszkach, a teraz wbiega do mieszkania w brudnych butach, obiecując, że już się więcej nie powtórzy. Rozmowa tli się w szydełkowej serwecie, w długich frędzlach chusty wiszącej na drzwiach, w motku splątanej włóczki rzuconym na tapczan. Co ja chciałam powiedzieć?… A pamiętasz owo albo tamto? Przyjaciółka wietrzeje, nie podtrzymując rozmowy. Siedzi w fotelu przy oknie, dobywając z marcowego poranka chwilę nieruchomej obecności; nie ma o czym myśleć, nie ma na kim się zawiesić… Zamysł gospodyni zanika w milczeniu. Zdania rozplatają się, uwalniając wyblakłe przez zimę skrzydełka słów. Rozpowiadają na prawo i lewo przypadki, miotając wyblakłe litery. Może znowu nabiorą kolorów. Przyzwyczajenie do powtarzalności, jako ćwiczenie istoty w drodze do zagłady, sprawia, że głuchoniema przyjaciółka nieustannie otwiera się na widok, dręczący zainteresowanych noc w noc, dniem po dniu… Wywołuje to sławetne urzeczenie życiem, co w świecie realnych wydaje się tak przekonywująco oczywiste.

Zbłąkany wędrowiec idzie w zaparte. Ktoś go widzi, ktoś za nim patrzy, komuś na kogoś wygląda, chociaż nigdy jeszcze tutaj nie był. Są mury, o które się nie oparł, są chodniki, po których nie deptał, a mimo to, te bałwany martwej wiary, przewidując bieg wydarzeń, akceptują w swym nieożywieniu nadejście biologicznego przedstawiciela bytu. Utrwalają się, stabilizują, przyjmują postać zaszłości namacalnej materii, jakby wdawały się w grę czasowników, wiodącą wszystkich na… wyprowadzenie. Coś w tym musi być? W tym, czego nie ma. Zbłąkany uważa upływ godzin za produkt uboczny procesu związanego z rozkładem wydobytych na jaw. Artefakty istnienia musiały być przygotowane na przyjęcie zbłąkanego pod jakimikolwiek czasochłonnymi postaciami. Zanim się jeszcze pojawił, wyłoniły z przewidywalnej perspektywy siew przyszłości. Wędrowiec zaniepokojony stanem rzeczy, usiłuje zerwać z tym, kim jest, lecz wiosenny wiatr przewiewa mu głowę odgłosami tylu nagabujących go dusz, że woli pozostać przy dawnej postaci, zamęczającej swego żywiciela mordęgą percepcji codzienności. Nienawidzi personifikacji, wątpi w uczłowieczające się idee, a jednak musi sprawować pieczę nad wymykającym się z rąk dobytkiem, posługując się wymownością swego wędrowania. Zderzenie z zakrwawionym muzykiem przypomina mu spotkanie z nim na „trzeciej drodze”: spiralnie rozchodzącym się rozkurzu rozkładających się zdarzeń. Od słowa do słowa u zapomnianego zamawia Odę do nicości. Na utwór czekają spragnieni, chcący uczcić nim kolejną rocznicę rozprowadzania po hermetyczno-dogmatycznym pobycie. Psiakrew! Kompozytor złorzecząc, wpada do składu aptecznego „Datura”, a zbłąkany wędrowiec niczym skryty dobrodziej idzie dalej; próbuje przezwyciężyć własną przyszłość, poruszyć niewidzialne, bo tylko to, czego nie ma, warte jest zajmowania się przez niematerialne myśli. Bezcielesna błąkanina jest bezproblemowa, natomiast istnienie wymaga specyficznych zabiegów, przezwyciężających cielesną szpetotę, co stawia je w rzędzie dwuznacznie rozumianych profesji. Na widok zbłąkanego wędrowca lokalni przechodnie zmykają, przymykając co najmniej jedno oko. Dlatego zmuszony jest ogłaszać się w brukowcu „Kij”, biuletynie informacyjnym Lokalnego Bąbla, jako… obrazoburca: za niewielkim wynagrodzeniem kala czołobitne symbole, sra na ołtarze i burzy mity niepokalanego dziewictwa sprawujących władzę osób. Tajne służby patologiczne mają zbłąkanego na oku, widząc w nim chodzący wentyl bezpieczeństwa. W ten sposób zarabia na niegodne życie, wędrując od wsi do wsi, od miasta do miasta, od czasu do czasu wzbudzając zamęt pośród wyznawców ziejącej nienawiścią bestii miłosierdzia, panoszącej się w ruinach kościoła wieczności.