ZborowskiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zborowski
Zborowski
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,33  53,06 
Zborowski
Zborowski
E-book
28,43  20,47 
Szczegóły
Zborowski
Zborowski
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Ilustracje
Hubert Czajkowski


Lublin 2012

Książki Jacka Komudy wydane nakładem naszego wydawnictwa

1 Wilcze gniazdo

2 Warchoły i pijanice

3 Opowieści z Dzikich Pól

4 Imię Bestii

5 Bohun

6 Czarna szabla

7 Diabeł Łańcucki

8 Galeony Wojny – tom 1

9 Galeony Wojny – tom 2

10 Czarna bandera

11 Herezjarcha

12 Samozwaniec – tom 1

13 Banita

14 Samozwaniec – tom 2

15 Krzyżacka zawierucha

16 Samozwaniec – tom 3

17 Zborowski

Polak to ma po naturze,

Bić się polem, a nie w murze

Maciej Kazimierz Sarbiewski

Jego Mości Panu

Bogusławowi Kołcz

Panu na zamku w Dubiecku,

gdzie powstawała książka

z podziękowaniem Autor


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Starościc Jazłowiecki

1.

Historia pana Samuela Zborowskiego młodszego zaczęła się w deszczu. Padało, jakby Pan Bóg chciał potopić wszystkich moczygębów i opilców. Samuel przemókł do szpiku kości. Tylko siedzenie w tureckiej kulbace i nogi przyciśnięte do końskich boków zachowały cokolwiek ciepła. Nie znaleźli noclegu w Poniżu, chruścianej mieścinie wyrosłej na wołoskim szlaku. Karczmę zajmowała obdarta kompania wolentarzy, mająca w herbie znak swawoli, a za starszego jakiegoś Murawskiego, który dla fantazji kazał się zwać panem rotmistrzem. Trzy szable to za mało, aby otworzyć wrota, więc Samuel i jego ludzie poszli w noc szukać noclegu.

I teraz rękodajny, Kozak Nikifor Hunia, wypatrzył chałupę na końcu zachwaszczonego zagonu. Drzwi wisiały na jednym zawiasie. Strzecha była dziurawa jak sito.

– Gadali w Poniżu – wycharczał, świecąc w ciemności oczyma – chłopów pohańcy porżnęli. Straszy! – Błysnął białymi zębami spod poczernionego wąsa.

Pobożny Bohusz przeżegnał się jak pop na widok jezuity.

– Z koni! Światła dajcie.

Lało jak z cebra, ale Hunia żarem serca chyba rozgrzał hubkę, bo skrzesał snop iskier, zapalił latarnię.

Chałupa, jak to na Podolu, nie miała osobnej komory – o komin lepiej było nie pytać. Na gliniastym klepisku rosły pokrzywy i inne chwasty. Palenisko wygasło chyba jeszcze za króla Stefana. Ruina... Jednakże w chwili, kiedy nadzieja na znalezienie kwatery utonęła w deszczu, kleć wyglądała przytulnie jak dom, którego Zborowski nigdy nie miał.

– Wprowadźcie konie!

Ledwie Samuel wstąpił na rozmiękłą polepę, rozjechały się pod nim nogi. Gdyby nie ramię Huni, zatańczyłby jak Kozak z prysiudami.

Zdradziecka mokra glina! Bohusz wprowadził konie w kąt, rozpinał popręgi, podpiersia, ściągał kulbaki z parujących grzbietów. Czapraki przemokły jak łachmany. Dymiły, kiedy rozwieszał je na sznurach.

– Dawaj horyłki!

Hunia powiesił latarnię na zardzewiałym haku. Sięgnął do juków po bukłak. Zborowski odpiął pas z szablą, przysiadł na pniaku. Niespodziewanie Kozak znalazł zbity z grubych desek blat, postawił go na trzech pieńkach, awansując na stół.

Samuel pociągnął łyk gorzałki: jeden, drugi, trzeci – dziesiątego nie starczyło, by zalać robaki gryzące jego duszę.

– Rozpalcie ogień.

Wyciągnął bukłak w stronę Huni, ale ten wsłuchał się w plusk deszczu.

– Zaraz i tak będzie gorąco! – syknął. – Na piczę mojej matki kokoty! Ławą walą!

Bohusz zakrztusił się kęsem słoniny, który zwędził z juków. Jego oczy stały się okrągłe jak dwa księżyce. Kozak po przyjacielsku walnął go pięścią w plecy.

– Na kolana i klep pacierze, chłopku!

– Hunia, gotuj się!

Kozak roztopił się w mroku jak duch. Zborowski usłyszał trzask kurka opuszczanego na panewkę. Sięgnął po nadziak. Ukrył go pod stołem niczym tuza w rękawie.

Z pola doszło kląskanie kopyt i ludzkie głosy. Potem zakotłowało się przed chatą, jakby ktoś wywalił beczkę żywych węgorzy.

Weszli w sześciu. Pijani – jeden się potknął, omal nie zwalił w pokrzywy. Na czele stał wysoki szlachcic w karmazynowej delii i czapce zwieńczonej złotą szkofią. Młode oblicze, wąskie brwi, skośnawe oczy jak u ruskiej szlachty. Ogarnął mętnym wzrokiem Zborowskiego, konie, zmrużył oczy od blasku latarni. Z tyłu wrzały głosy jak w bulgocącym saganie.

– Co to za jedni?! Kto śmiał?

– Czyje konie?

Nieznajomy milczał. Zborowski wiedział od razu, że to pan i władca – wodzący kompanów na tak krótkim munsztuku, że nie mieli prawa podskoczyć nawet na piędź. Samuel był pewien, że znowu spełniło się przekleństwo. W noc, w którą żal byłoby wygnać psa, przyszli wypędzać go z opuszczonej chałupy.

Z gromady wyskoczył mały szlachetka, czupurny jak kogut na własnym podwórku, z płowym wąsikiem, wąską gębą i głęboko osadzonymi ciemnymi oczyma. Jeden z tych, co wyłechtani obuszkiem, wracają z szablą, a ululani na stryczku, wywracają całą szubienicę.

– Proszę, proszę – zagadał. – A za czyim pozwoleniem acan tu stoisz?

– Tego – Zborowski wskazał dziurę w strzesze – kto mi pozwolił żyć i chodzić.

– Do mnie? – zaskrzeczał kogut. – Mówisz to do mnie?! Powtórz raz jeszcze! Miejsce zajęte! Kwatera pana Ruszczyca.

– Zły gospodarz, który dał jej zarosnąć pokrzywami. Nie ma tu pieca, drzwi ani okien.

– Ty myślisz, że ja mam czas z tobą gadać?! Wyganiaj konie! Nie osiedzisz się!

Szlachetka zdzielił Bohusza złożonym wpół nahajem.

– Dymajcie na gościniec! Szukać szczęścia. I nowej kwatery!

– Kto szuka guza, znajdzie go niejednego. – Zborowski położył dłoń na szabli.

– Dyć, mospanie, pomieścimy się wszyscy – jęknął Bohusz. – Miejsca tu star...

Kogut złapał za szablę. Przedwcześnie! Krótki gest ręki młodego watażki osadził go w miejscu jak wystrzał z rusznicy.

– Odstąp, waść – rzekł młody panek spokojnie. – Chcesz zwady?

Czupurny sługa z nahajem wytrzeszczył oczy; wpatrzył się w oblicze pana Samuela jak bisurmanin w Allacha.

– To jest Zborowski – wykrztusił niepytany. – Syn tego...

Zborowski... To słowo podziałało jak iskra na prochy. Nazwisko, do którego lgnęli wywołańcy i hultaje, a ludzie poczciwi na jego dźwięk odwracali głowy i nader chętnie obciążali je winą za cudze grzechy.

– Dam wam miejsce. Przecież... Zmieścimy się wszyscy.

– Ja ciebie znam – zadudnił głos młodego Ruszczyca. – Ojciec cię przysłał!

– Chyba zza grobu!

– Mało mu było krwi i zwady! Wynajął na mnie... Zborowskiego! Ja nie wrócę! A jeśli, to po jego trupie!

– Co waszmość pan mówisz? – zapytał Samuel, bo słuchając słów Ruszczyca, czuł się jak na tureckim kazaniu. – I o czyim ojcu?

Odpowiedź była krótka.

Ręka chwytająca za ormiankę, szarpiąca rękojeść, gdy pochwa skręciła się w drugiej dłoni.

Zborowski poczuł, jak owionął go pijacki dech Ruszczyca; świst szabli ciął powietrze.

– Raaaz! – ryknął Ruszczyc. Skoczył na Zborowskiego, rąbnął z góry, prostą primą i...

Samuel uchylił się, wywracając pieniek. Zerwał się i stanął bokiem in quartato, a szerpentyna Ruszczyca wbiła się w blat. Uskakując, Zborowski sięgnął po broń. Szabla z łańcuszkiem sama wskoczyła w rękę jak wierna kochanka...

Zahaczył nadziakiem klingę Ruszczyca, przygwoździł do stołu! A potem podsunął tamtemu sztych szabli pod brodę.

To znaczy – chciał podsunąć. Nagle przeciwnik pośliznął się na gliniastej polepie – w tym samym miejscu, gdzie omal nie wywinął orła Zborowski.

Glina zdradziła!

Ostrze weszło w gardło jak w masło; szlachcic nadział się na wystawiony sztych tak okrutnie, że i poprawiać nie trzeba było.

Krew siknęła jak z bitego wieprzka, na stół, na Zborowskiego, na bukłak z gorzałką...

Samuel szarpnął szablę, w półmroku, w zwarciu nie mógł jej wyrwać. Potrącił stół, zwalił go pod nogi Ruszczyca i wtedy oswobodził ostrze.

Ranny zacharczał głosem tłumionym przez sikającą z gardła krew. Zatoczył się, zwalił na kolana. Czarna krew pełna drobnych, pękających pęcherzyków plamiła usta.

Chciał coś rzec, wpatrzony błędnym wzrokiem w pogromcę. Nie znalazł sił; zwalił się na blat, między pieńki. Rzęził, dusił się...

Zborowski zbladł, bo pchnięcie było śmiertelne. Wbił okrwawioną szablę w polepę, podniósł w górę otwartą prawą dłoń.

– Spokój, waćpanowie!

Nie posłuchali. Zborowski dojrzał ostrze skierowane ku swej piersi... I wściekłe oczy sługi. Konus pędził nań z nastawioną bronią, z wyciągniętą szyją i przekrzywioną głową – jak kogut na podwórku.

 

Zborowski był bez szabli...

Przechwycił w locie przegub przeciwnika! Rąbnął nadziakiem od dołu, w miejsce, gdzie przedramię staje się dłonią. I wyłuskał szablę z garści tamtego jak orzech ze skorupy.

Zblokował rękę szlachetki na własnej piersi, porwał go w tany, obracając w piruecie; dodał skrzydeł kopniakiem w miejsce niżej pleców, zwane pobożnie sepetem, a po hultajsku – zadkiem. Wypuszczając z objęć – zdzielił nadziakiem po krzyżu; zwrócił kompanom koguta mało nadszarpniętego na ciele, za to o wiele więcej na duchu.

Podniósł się krzyk, gdy szlachcic potknął się o dygocącego Ruszczyca, wpadł między towarzystwo niczym kula z arkebuza, roztrącił, zwalił z nóg.

Zanim zdołali się pozbierać, Zborowski porwał za pistolet, zaświecił im w oczy długą lufą puffera.

– Stać! – warknął. – Albo was powystrzelam jak kundle!

Z ciemności wychynął Hunia. Trzymał Starycę w rękach niczym mołodycię. Otwór garłacza był czarny jak gardło smoka. A jego rozmiar przywodził na myśl spiżową lufę kolubryny.

– Spokój!

Z drugiej strony nacierał Bohusz z rusznicą. Światła było mało, nikt więc nie widział, że ręce trzymające łoże drżały.

Kompani Ruszczyca, pijani, pewnie rzuciliby się prosto na lufy, gdyby nie jeden z nich – w kapturze, z kosturem pielgrzyma lub kwestarza.

Uderzył lagą najbliższego z panów braci po ręce z taką siłą, że szlachcic wypuścił szablę, drugiego bez pardonu zdzielił w łeb, krew pozostałych chłodził dźwięcznym, przenikliwym głosem:

– Pax, pax, diablęta! Pokój między chrześcijany!

– Zabierać rezuna i precz! – Zborowski ciął słowem jak nahajem. – Na gościniec, fajdanisy! A tego... Opatrzyć, bo się wykrwawi.

Pątnik przypadł do rannego, ujął za ramię, aby przewrócić na bok. Pod ciałem utworzyła się prawdziwa kałuża krwi.

– Ruszczyc zabity! – jęknął pielgrzym. – Na śmierć.

– Stój! – Zborowski prawie popchnął lufą najbliższego szlachcica. – Bo będziesz następny!

Deszcz szalał na dworze, skapywał na blade oblicza towarzyszy zabitego. Samuel wskazał ciało ruchem głowy.

– Zabrać pana i precz!

Zawahali się i tym samym stracili ostatni moment, by roznieść wrogów na szablach. Karta przeszła na stronę Zborowskiego i jego pocztu. Kogut, który bez szabli wyglądał jak kapłon, obejrzał się na Kozaka. Widząc szczery uśmiech Huni, splunął pod nogi.

– Dziś w deszczu wygrałeś tę partię, mospanie – wycharczał. – Ale jutro spotkamy się na słońcu.

– Wychody! – Hunia ponaglił go lufą Starycy. – Szybko, mospan Raszowski. Staryca głodna, Staryca zła. Nie chciałbym jej karmić waścinymi bebechami...

Kompani zaburczeli, ale posłuchali. Chwycili bezwładnego Ruszczyca, podnieśli ciało wciąż broczące kropelkami krwi. Pątnik ujął go za głowę, przeżegnał.

– Pater noster, qui es in caelis, fiat voluntas Tua1 – zaintonował.

1 Łac. – Ojcze nasz, któryś jest w niebie, bądź wola Twoja.

Zawalidrodzy wyszli, zataczając się od pijaństwa. Zwycięzcy zostali sami w szumie deszczu.

– Jak powiedziałeś? Raszowski? Znasz go? – zapytał Zborowski Nikifora. – A skąd?

– Zabójca pana Rabrowskiego. Banita, wywołaniec.

– A ten Ruszczyc to kto?

– Nie znam, choćbyście pasy darli.

– Zechcę, to i będę drzeć.

– Byłoby za co, panoczku. Oj, tęskno mi. Ckni się...

– Za czym?

– Poszedłbym, choćby z nimi! – wypalił Kozak prosto z mostu. – Poswawolić, pohulać. A u was służba, cierp, Kozacze, głowę schylaj. Jak u murwy mojej matki. Dukatów nie ma, a ciągle służ!

– Jak pies! – zgodził się Zborowski. – Kulbaczcie konie. Wolę być sto mil stąd, kiedy powrócą. Bo to, że wrócą, pewne jak amen w pacierzu!

Kozak przygryzł wąsa, ale skłonił się wzięty na smycz posłuszeństwa.

– Bohusz! Zbieraj się.

Rumiany i okrągły sługa wpatrywał się w plamę krwi na polepie, w zadeptane chwasty. I ledwie widoczny szlak ciemnych kropel wiodący ku wejściu, znaczący ostatnią drogę Ruszczyca.

Poczciwy chłopek nie wytrzymał. Skoczył za konie, padł na kolana. Zborowski słyszał, jak przenicowuje żywot, zwracając i tak ubogą wieczerzę.

– Laboga świętego! – jęczał chłopak. – Poszaleli panowie. Bo to... nie można było razem, pod jednym dachem? Jak chrześcijanie?! Czego ja nie zostałem w Czufut-Kale. Albo to źle mi było...

Bóg tak chciał, myślał pobladły Zborowski. Bo niezbadane są wyroki Jego.

2.

– Laboga! – lamentował Bohusz. – Dyć konie bym przestawił, razem przy ogniu cieplej by było. Polewkę byśmy uwarzyli, kiełbasy z juchą, a może i zajączka na rożnie. A jeszcze i to waszmości powiem, że kara na was będzie za pychę i zwadę...

– Zamilcz! – warknął Zborowski. – Co ty wiesz o szlacheckiej fantazji, pachołku?!

Płynęli płaskodennym promem zwanym bykiem przez Dniestr. Oryle napierali na pojazdy, mokra lina skrzypiała na kołowrocie. Wilgotne pasma mgły opadały ze wzgórz upstrzonych brązowymi smugami osypisk.

– Towarzystwo czeka na drugim brzegu – mruknął Hunia. – Będzie ze dwadzieścia głów. Hu-ha, pohulamy! Dla każdego starczy, nie bójcie się.

Zborowski wytężył wzrok, ale na drugim brzegu widział tylko pomost, stosy beczek i szopy smolarzy.

– Sabaty. Czapy z rękawami jak u lackiej delii.

– To czego stoisz?! – warknął Zborowski. – Szykuj Starycę.

Wytężył wzrok, ale nic nie zobaczył. Szlag! Musiał się zdać na sokole oko Huni.

Coś zaswędziało go na szyi, pod lewym policzkiem. Sięgnął ręką i zdrapał ze skóry grudkę krwi Ruszczyca.

Obrócił się do starszego oryla, który mocował się z upartym sterem byka.

– Zawracaj!

– Słucham, jaśnie wielmożny panie?!

– Wy tam, rzućcie w diabły pojazdy! Zawracamy.

– Wasza wielmożność, a cóż się stało?!

– Nie lubię ścisku na drugim brzegu. Słyszysz, co mówię?!

Stary oryl o pomarszczonej gębie, rozparty na szeroko rozstawionych nogach, pokręcił wolno głową.

– To już dopłyniemy, panie. Prąd rwie, jakoby dydko nami kotłował. Nie wrócę... bo – stęknął boleśnie – ludzie nie wydolą!

– To rozkaz, słyszysz?!

– Ja słyszę, wszystko słyszę. Niech wasza wielmożność nie krzyczy, bo nie ma potrzeby!

– Cóż to, bunt, chamie?!

– Ja cham, ale nie waszej miłości poddany. Ja mam swój rozum. Ja nie przestanę płynąć. A wasza miłość co uczyni? Zabije mnie, starego?

„Tak!” – ozwał się w głowie Samuela jego ojciec, banita Zborowski. „Zabij go, synu! Tnij szablą! Dobij nadziakiem!”

– Nie! – Młody Zborowski patrzył na spracowanego chłopa, na dygocące z wysiłku ramiona i ręka uniesiona do szabli opadała bezwładnie.

„Słabyś” – szeptał ojciec banita. „Słabyś i tchórzliwy... Precz!”

Byk z łoskotem uderzył w drewniane bale, zakołysał się. Na przystani czekali sabaci w czerwono-białych barwach. Pięciu konno, jakby gotowych do pościgu; reszta pieszo. Pocieszające, że półhaków i arkebuzów nie kierowali jeszcze w pierś Samuela.

Szedł ku nim wolno, prowadząc swego konia – Pioruna. Za nim podążał Hunia, wiodąc złego i srokatego Bohinia. Na końcu Bohusz z baryłkowatym wołoszynem.

Chwila dłużyła się niczym wyrok w starościńskiej wieży.

– Mości panie Zborowski!

Samuel porwał za szablę. Sabaci podnieśli półhaki i rusznice!

Zza worków i beczek wyszedł stary, zgarbiony szlachcic o marsowym spojrzeniu. W ręku gniótł kołpak, przerzedzone włosy podgolone miał równo, na donicę. Objął Zborowskiego wpół, poklepał dygocącą starczą dłonią po plecach. Z siwym wąsem skrzącym się pod wielkim nochalem, rumianą gębą i oszronionym łbem wyglądał jak portret trumienny idealnego Sarmaty.

– Samo niebo nam ciebie zsyła, mości panie Zborowski. A czekaliśmy, czekaliśmy długo. Każdy, kto szuka, znajduje. Kto kołacze, tego wpuszczą, choćby i na królewskie komnaty, panie bratku.

– Skąd mnie acan znasz?

– Jakżebym nie znał syna sławnego Samuela. Co w dalekim Krakowie pod basztą Lubranką dał gardło pod miecz węgierskiego tyrana... Do rzeczy jednak, do rzeczy, panie bratku.

– Kim waść jesteś?

– Jędrzej Porycki, sługa uniżony waszej mości. Klucznik i powiernik jaśnie oświeconego Michała Jazłowieckiego, starosty chmielnickiego, pana na Jazłowcu, Husiatynie, Kossowie, Rożniowie, Załużu...

– A cóż pan jaśnie oświecony starosta Jazłowiecki z Chmielnika i Jazłowca chce od pana Zborowskiego bez ziemi?!

– A... Zaprosić w gościnę, panie bratku, na zamek. Do samego Jazłowca!

– Czy aby zaprosić na biesiadę, trzeba dwudziestu sabatów? A może owi żołnierze mają zawlec mnie do starosty na powrozie, jak Tatarzy jasyr?!

– Uchowaj, Panie Boże! – Jędrzej ułapił szlachcica za rękaw. – Drogi niebezpieczne, panie bratku, a koło Lwowa na traktach trwogi!

– Mości Jędrzeju, lepiej powiedzcie wprost, jaką sprawę ma do mnie jegomość Jazłowiecki. O co idzie? O politykę? Zajazd? Uprzedzam, że nie jestem najmitą jak Jacek Dydyński. Zbyt cenię wolność, aby zmienić się w dworaka.

– To tylko dobra wola jegomości! – Jędrzej strzelał jak wojskowe organki. – Gościnność szlachecka, panie bratku, bo gdzie gość w domu, tam i Pan Jezus przyjdzie.

– Może i będę potrzebował Jego łaski – mruknął Zborowski. – Mam nadzieję, że nie jakieś gardłowe sprawy, bo właśnie przypadkiem przykroiłem jednego szlachcica do trumny. Znałeś waszmość Ruszczyca? Nie wiem, z których on tam Ruszczyców, z poczętych w krzakach, w bramie czy na wozie, ale rzecz pewna, że jego gałąź rodowa uschła.

– Jeśli masz, bratku, sprawę z kryminałem – tym razem Jędrzej ułapił Zborowskiego za guz u delii – pan z Jazłowca chętnie pomoże. Tak, niejednego on już wyciągnął z wieży. Byli i tacy, których podniósł na nogi z katowskiego kobierca. I to razem z głową!

Zborowski spojrzał przekrwionym wzrokiem. Nie spali całą noc, zmęczone konie spuszczały łby. Bohusz podrzemywał na stojąco.

– Pojadę do Jazłowca – zdecydował Samuel. – Tylko puśćże wreszcie mojego guza.

3.

Jazłowiec był nagrzany słońcem i śmierdział chłopską posoką. Ledwie nadciągnęli od strony Nowosiółki, traktem przez zbocze góry, schodzącym łagodnie ku zakolom Jazłowczyka i Olchowicy, do Jędrzeja przypadła młoda dziewka. Bosa i złotowłosa, z wiankiem na głowie, w zapasce.

– Przez mękę Spasitiela, pomyłuj, jasny pane! – krzyknęła raczej, niż prosiła, chcąc złapać za rękę szlachcica. Stary klucznik odganiał się przed tym jak przed pocałunkiem Judasza.

– No, no, Sołokija, dajże spokój.

– Pomyłuj Opanasa, pane. Pomyłuj nas, jak Hospodi, oczysti jego hrechi2, władyko!

2 Scs. – Panie, zbaw jego grzechy.

– Odstąp! – warknął, widząc, że dziewka chce złapać konia za munsztuk. – A co ja mogę, myślisz, a? A przecież nie chodził to ja do pana starosty? Nie mówił, coby twemu batce folgował? I co wskórałem? Nic! Nie do mnie, dziewko, składaj ręce!

– To puśćcie, jasny pane, na zamek. Ja panu staroście... do nóg, jako przed Ojcem niebieskim. O zmiłowanie proszu...

– At, co gadać, poszła precz! – Jędrzej stuknął konia ostrogą, przejechał obok, odwracając głowę. Sołokija zaszlochała; obejrzała się na Hunię, jakby szukając ratunku u jedynego Kozaka wśród panów.

Źle by wybrała, bo w sercu Huni nie było litości dla nikogo, nawet dla siebie samego.

– Hardzi ci nasi chłopi kabany! – mruknął Jędrzej, kiedy przejeżdżali przez bramę. – Raz im popuścisz, zaraz na łeb wejdą. Albo pod pierzynę.

– Pod pierzynę nie byłoby źle – mruknął Zborowski, dostrzegając kątem oka, jak dwaj hajducy odpędzają Sołokiję od bramy i bronią jej wejścia do zamku skrzyżowanymi czekanami.

– Breszesz, bratku. Mój rycerz by poległ w tym starciu jak Zawisza pod Golubcem. Nie w moim wieku gonić z kopią do pierścienia.

Dziedziniec powitał ich gorącem nagrzanych kamiennych płyt. Zborowski rozglądał się za gospodarzem, ale zamiast niego ujrzał satyrę na leniwego chłopa. Pod kuźnią stał przy pręgierzu dygocący półnagi człowiek ujęty w karby żelaznej kuny. Samuel drgnął, słysząc świst i mokre plaśnięcie, z jakim korbacz spadł na okrwawione plecy.

– Czterdzieści siedem... Dość, Opanas – rzekł kościsty, ponury człek w samej koszuli i hajdawerach. Sapnął, podniósł okrwawiony bat, otarł pot z czoła. – Odpoczniesz. Bo jeszcze drugie czterdzieści cię czeka! Odlewanych!

 

– Prosimy do komnaty. – Jędrzej rozłożył ręce. – Gość w dom, Bóg w dom!

– Płocho bije – mruknął z okrutnym uśmiechem Hunia. – Pary w łapach nie ma. Ja bym od razu przez żebra, o tak... – Zamachnął się ręką, aż długi, poczerniony wąs wypadł mu zza ucha. – Na ukos ciąć, batem kręcić, wyrywać kawałki mięsa...

Jakiś hajduk wskazał Bohuszowi i Nikiforowi drogę na kwatery, a Jędrzej pociągnął Zborowskiego za rękaw do komnat. Samuel rozglądał się ciekawie, bo zamek był nieprzyzwoicie bogaty. Spoglądał na weneckie szyby w oknach, ściany obite postawami czerwonego sukna, flandryjskie arrasy, dywańskie kobierce i wreszcie upchane gdzieś po kątach kołtryny, to jest obrazy malowane na tkaninie. Zobaczył pstrozłociste ławy do siedzenia, a pod ścianami komody, ławki, kaflowe piece, kredensy błyszczące srebrnymi talerzami, misami i paterami. Rzeźbione stropy i kasetony wyobrażające różne osoby – przeważnie Wenerę, Jowisza i innych pogańskich patronów mocy, miłości i powabu.

A wszystko to uzupełniała broń: szable, ormianki, ordynki, buzdygany, pancerze i juszmany, szmelcowane kirysy, misiurki, szyszaki husarskie i rajtarskie, zdobyte pewnie na Szwedach. Kałkany i portrety Jazłowieckich, wśród których wyróżniał się mocno poczerniały Jerzego – wojewody ruskiego i hetmana wielkiego koronnego, założyciela rodu.

Michał Jazłowiecki, starosta chmielnicki, oczekiwał na nich w sali o ścianach obitych atłasowymi brytami, obwieszonych bronią i obrazami. Nie czekał, a leżał. Nie leżał, ale dogorywał.

Przestąpiwszy próg, Zborowski ujrzał łoże, gdzie na piernatach, z poduszkami usłanymi wysoko pod głową, spoczywał kościsty starzec z sumiastym białym wąsem i wysokim, podgolonym czołem. Czujne żółte oczy osadzone były głęboko w oczodołach. Na łbie bieliły się szarpie bandaża.

Obok przy klęczniku przycupnął młody bernardyn, przesuwający paciorki różańca.

Jędrzej padł na kolana i posunął się do ręki dobrodzieja. Zborowski skłonił się, zdjął czapkę z czaplim piórem. Niespodziewanie Jazłowiecki odezwał się pierwszy:

– Powitać sławnego pana Zborowskiego... Którego ojca miłowałem jak brata własnego. I byłem niepocieszony, gdy opuścił ten padół.

– Stare dzieje, mości panie starosto. Chciałeś mnie widzieć, jestem, choć nie wiem, czy na usługi.

– Rad cię ugoszczę na Jazłowcu.

– Wolałbym wcześniej się dowiedzieć, jaka jest przyczyna twego zaproszenia. Przywykłem, że kogoś, kto zowie się Zborowski i pieczętuje Jastrzębcem, nie zaprasza się li tylko dla towarzystwa. Albowiem goszczenie mnie nie zawsze kończy się dobrze dla gospodarzy, przez grzechy nieszczęsnego ojca banity.

– Tutaj nie musisz się bać Zamoyskich i Żółkiewskich, mój synu – rzekł wolno Jazłowiecki. – Dobrze odgadłeś – wydyszał. – Mam do ciebie prośbę. Przez wzgląd na twego ojca, w którego winę powątpiewałem zarówno ja, jak i moi bracia nieboszczycy, Hieronim i Mikołaj.

– Kawa na ławę, jak mawiają Ormianie. O cóż waszmości idzie?

Starosta odetchnął chrapliwie, jakby się dusił.

– Potrzebuję pomocy. Mój syn... Bernard... Podniósł na mnie rękę. Zranił tak, że dobywam ostatniego ducha.

Rozkaszlał się, a Jędrzej przyskoczył bliżej, chwycił srebrny kubek ze stolika, ale starosta chmielnicki odtrącił go precz.

– To wszystko, panie Zborowski, niewiele waży. Ja nie chcę go karać. Darowałem mu grzechy. – Zaszlochał, a po policzkach stoczyły się dwie grube łzy. – Bo to jedyny syn. Ostatni z rodu... Dziedzic fortuny Jazłowieckich. Namówili go hultaje, wywołańcy, psie syny – dyszał Jazłowiecki. – Diablęta Stadnickie. Zwłaszcza Władysław z Łańcuta. Pobuntowali przeciw ojcu, aż uszedł i zaszył się gdzieś. To... To... – charczał, zbladł i trząsł się. Uparty Jędrzej znowu przycisnął mu kubek do warg, napoił jakąś driakwią albo remedium. Cokolwiek to było, nie skróciło cierpień starego. – To nie jest, panie bracie, gardłowa sprawa. Chcę, abyś go odnalazł, bo jeśli nie ty, to kto? A potem przemówił do rozumu. Wybłagał słowami ojca, aby wrócił. A ja mu wszystko wybaczę, aby tylko był przy mnie.

– Wynajmij Jacka Dydyńskiego, jest lepszy.

– Dydyński to rzeźnik. Skąpy, chciwy na złoto. On nie ma serca. Nie wie, co to ojcowska miłość. Oni swego rodzica razem z bratem zadusili, jak mówią, aby rozdrapać włości. Rąbali się szablami, kiedy stary dogorywał w izbie.

Rozkaszlał się ponownie, a Zborowski poczuł zimny chłód.

– Trzeba panicza znaleźć szybko, bratku – rzekł Jędrzej – bo zanadto poswawolił i dorobił się kilku wyroków. Kilku to mało powiedziane, został banitą i infamisem. A przecie Jazłowiecki nie może pójść do starościńskiej wieży ani stracić głowy. Bo co by był za porządek, gdyby syn starosty i karmazyna dał gardło dla uciechy chamów? Słońce by spadło z firmamentu, morze z brzegów wystąpiło, a Mać Boża szlochała krwawymi łzami. My wszystko popłacimy, zajednamy. Byleby wrócił, ot co!

– Jakże wygląda syn waszmości?

– O, tu masz portret.

Zborowski spojrzał. I przeklął sam siebie. Z włoskiego płótna spoglądał nań wysoki, młody szlachcic. Pan w delii i kołpaku z trzęsieniem. Młode oblicze, wąskie brwi, nieco skośnawe oczy jak u ruskiej szlachty...

Niepodobny do ojca.

Niepodobny teraz, w oczach Zborowskiego, w ogóle do kogokolwiek żywego.

Bo martwy od dwóch dni. Zabity szablą Samuela w starej chacie w Poniżu.

Pan Ruszczyc! Zawalidroga.

Odmienił nazwisko, pomyślał Zborowski. Kazał się zwać Ruszczycem, aby nikt go nie poznał.

Poczuł lód w sercu. Ta sprawa robiła się równie gardłowa jak proces o wychędożenie żony Radziwiłła.

– Jak dawno nie widziałeś waszmość Bernarda?

– Dwa, trzy... Nie... Będzie od kwietnia... Prawie kwartał.

– A jeśli twój syn nie żyje?!

Starzec poderwał się z łoża tak gwałtownie, że aż zaskrzypiały deski. Uchwycił Zborowskiego pożółkłą dłonią za ramię, tak mocno, że każdy z paznokci pozostawił po sobie bolesne wgłębienie.

– Ty mi takich rzeczy nie mów! O nie, mości Zborowski, Bernard musi żyć! Musi i żyje! Bo jeśli zginął, to mnie, staremu, pozostała już tylko zemsta! Zemsta na tym, kto porwał się na starościca. Bo to tak samo, jakby porwał się na cały ród Jazłowieckich! Na mnie, na mego ojca Jerzego, na braci Hieronima i Mikołaja. I Piotra Andrzeja, co zszedł na febrę w czasie podróży do Rzeszy. A ramię, które targnęło się na nasz ród, powinno być skruszone i spalone. – Dygotał i charczał, plując kropelkami śliny.

Jędrzej wraz z bernardynem objęli go wpół, prawie siłą obalili na poduszki. Zborowski dojrzał, jak na szarpiach spowijających dumne czoło pojawiła się czerwona plamka, zrazu mała, ledwie widoczna, ale powiększająca się z każdą chwilą.

– Bernard żyje! – ryczał starosta chmielnicki. – A jeśli zginął, przywieziesz mi jego kata, mości panie Zborowski. Bo tego, kto zamachnął się na nasz ród, każę rozerwać końmi, będę darł pasy i własną ręką wcierał sól w rany. Będę wiercił świdrem oczy, piekł na ogniu, czy to będzie chłop, Kozak, Żyd czy szlachcic. Bo ja jestem Jazłowiecki! Mnie stać na główszczyznę nawet za kniazia i królewicza!

Mnich i Jędrzej ledwie utrzymywali starca na łożu. Zakonnik chciał lać w gardło medykamenty, ale starosta plwał remedium, wykrzywiał usta w złości.

Na zewnątrz, na dziedzińcu, rozległ się słaby krzyk chłopa bitego pod kuną. Samuel skrzywił się, bo wrzask uświadomił mu aż nadto boleśnie, że starosta nie zwykł rzucać słów na wiatr.

– Nikogo ci nie przywiozę – rzekł twardo. – Nie umiałbym znaleźć Bernarda, bo nie jestem zagończykiem, nie w mojej mocy łowić ptaki w powietrzu albo łapać w morzu ryby gołymi rękoma. Jeśli liczyłeś na mnie, to powiem prosto: nie można polegać na Zborowskim jak na Zawiszy, bo jestem synem banity i wywołańca, a nie zacnym i uczciwym obywatelem.

– Ja tobie zapłacę. Nie weźmiesz pieniędzy, to wiem, ale dam ci coś, czego sam nigdy nie zdobędziesz. Za znalezienie Bernarda przepiszę ci wieś. Na własność wieczystą, nie na dożywocie. Będziesz miał dwór, żonę, gromadę dziatek. Będziesz miał cały Jasieniów, bez żadnych kontraktów i danin. Czeladź, poddanych, pola, konie, stada i co tam jeszcze sobie zamarzysz.

– Lepiej daj, waszmość, na mszę w intencji powrotu syna. A może udobruchaj Pana, okazując łaskawość kmiotkowi, którego tam, na dziedzińcu, twoi słudzy uczą bojaźni bożej?

– Opanas Kliczko to mój rab, mój chłop, wieczysty poddany – wycharczał Jazłowiecki. – Z moich włości, zagonów, krwi. Dziadowie i ojcowie zaorali tę ziemię sercem. Wydarli pola i wioski lasom i bagnom, Tatarom i Wołochom. Wznieśli na niej zręby Jazłowca, ciosali podwaliny Laszek i Bielczy, fundowali na surowym korzeniu Husiatyń, Kossów i Sipowce. Użyźnili ją krwią i własnymi kośćmi. Pod Kamieńcem, Oczakowem, Obertynem, Czarnym Lasem, Białogrodem dobrze jej się wysłużyli. I w ich to święte imię weźmie rezun Kliczko sto pręg u kuny. Ani jednej mniej i ni jednej więcej. Na wieczną rzeczy pamiątkę i ku intencji powrotu Bernarda.

– Mości panie starosto, ja nie odmawiam z pychy, lecz ze słabości. Nie wiem, gdzie szukać waścinego syna. Poza tym stawiam moją szablę przeciwko postołom owego Kliczki, że jegomość Bernard jest o wiele sprytniejszym lisem ode mnie. Nie mogąc go dostać, wolę w ogóle nie próbować, bo nie chcę zawodzić wiary, jaką wasza miłość pokłada we mnie.

– Zastanów się, co tracisz. Byłbyś dla mnie drugim synem, panie Zborowski.

– Nie umiem waszmości pomóc.

– Dam ci, co zechcesz, z moich majętności. Choćby pół Jazłowca.

– To nie jest historia królewny Banialuki, ale twego syna, mości starosto. Nie obiecuj mi połowy księżyca, mospanie.

Zborowski skłonił się i chciał odejść, ale starosta poderwał się jak ryś. Chwycił go za ramię, przytrzymał dygocącą ręką.