Zawisza. Czarne krzyżeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zawisza. Czarne krzyże
Zawisza. Czarne Krzyże
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,58  62,86 
Zawisza. Czarne Krzyże
Audio
Zawisza. Czarne Krzyże
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
44,90  33,23 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Rozdział III
Ród w ruinie

Lej!

Czelej wylał ceber wody na czarniawą głowę Zawiszy. Rycerz zmywał z siebie krew i błoto, jakby razem z nimi chciał pozbyć się wspomnień o szaleństwach poprzedniego wieczoru.

Mnich Peregryn podał rycerzowi lnianą płachtę. Sulimczyk wycierał się tak mocno, że jego oblicze i ramiona poczerwieniały.

– Osiodłaj konie.

– Osiodłane – mruknął Czelej.

– Weź zapasy na dwie niedziele. Na Żmudź daleka droga.

– Co z łupami? Jest kirys i pancerz po Czamborze? I jeszcze tamta zbroja po Mateju i sukno z Bośni...

– Sprzedaj w obozie. Za głowę Kruka Krzyżacy zażądają dobrych pieniędzy.

– W Krakowie daliby lepsze ceny.

– Wiem. – Zawisza nie zastanawiał się długo. – Trudno. Nie mamy czasu. Budźcie tego małego... Jak mu tam?

– Gedeon – mruknął Peregryn.

Czelej zajrzał do mniejszego, stożkowego namiotu. Płachta przy wejściu była rozpięta, łopotała na wietrze.

Sługa zbliżył się do posłania, na którym widniał jakiś kształt owinięty w derkę. Trącił go nogą.

– Wstawaj! – zagrzmiał wesoło. – Pan się rozmyślił, będziemy cię wieszać!

Leżący nawet się nie poruszył.

Czelej pochylił się, chwycił za derkę, potrząsnął. A kiedy opadła, z jej wnętrza wysunęły się kłąb szmat i kaptur.

– Na kuśkę Świętego Antoniego! – jęknął sługa. – A żeby ty ocipiał!

Wypadł z namiotu, blady i wściekły. Zawisza, który z pomocą Peregryna nakładał kolczugę, podskakiwał z rękoma uniesionymi nad głową, a franciszkanin obciągał kółka na spodnim dublecie.

– Wywiało smarka! – jęknął Czelej. – Ot i bladiuga. Przeklęty suczy pomiot Borkowiców. Taki sam jak ojciec!

Zawisza opuścił ręce.

– Na Żmudź daleka droga – mruknął Peregryn. – Nie ma czasu.

– Jedźmy bez niego – zaproponował Czelej. – Co nam po tym tam... worze Gedeoniaszku? Syn wywołańca, dziki jak poganin. Sam wybrał.

Zawisza zacisnął zęby. Rozważał coś w głębi serca. Wreszcie zdecydował.

– Na koń!

*

Przeprawa przez Dunajec pod Starym Sączem była zatłoczona jak cygańskie obozowisko. Rzeka rozlała szeroko po wiosennych roztopach, więc ani jej przeskoczyć, ani obejść nie można było. Gedeon długo spoglądał na namioty, wozy, pałuby, ogniska. Szukał konia.

Zszedł ku rzece, gdzie na brzegu wokół wielkiego ogniska zgromadziła się szaro-pstrokata tłuszcza. Prom nie woził nocą i wszyscy czekali świtu. Kmiecie i zagrodnicy w watowanych siermięgach i huniach, pospólstwo w kaftanach i kabatach. Konie stały dalej – przy konowiązach z bali, przeżuwały siano, machając ogonami – obojętne na sprawy polityki Królestwa Polskiego i wieści o wczorajszym zdobyciu Pienin.

Gedeon wmieszał się w tłum, który cisnął się zwłaszcza do zasiadających przy ogniu trzech kupców w porwanych ubraniach. Przemknął do wierzchowców. Rzucił okiem i wybrał górskiego mierzynka o grubej, sterczącej grzywie, ale szlachetnym pysku. Rozejrzał się – wszyscy słuchali opowieści. Gedeon chwycił za konopny uwiąz i zaczął go rozwiązywać, kiedy nagle jak spod ziemi wyrósł przed nim dziobaty i ciemnowłosy chłop w płaszczu narzuconym na koszulę.

– Ej, ty, co robisz?

– Idę konia poić! – wypalił Gedeon.

I nagle z ławy koło ogniska podniósł się gruby, spocony mężczyzna podstrzyżony na donicę, z grubachnymi wąsami, rozchodzącymi się nad ustami na dwa wielkie wiechcie.

– Mojego kunia?! Coś ty za jeden?! Nie znom cię!

Gedeon chciał umknąć, zanurkować pod ramieniem dziobatego, jednak ten chwycił go za rękę; młodzieniec się wyrwał, po to tylko, by zderzyć się z okrytym hunią, twardym i śmierdzącym sadłem, brzuchem kolejnego chłopa.

Potem już poszło szybko. Wieśniacy rzucili się na Borkowica, złapali go, chociaż wierzgał, szarpał się i pluł.

– Dawać go tutaj! – zakrzyknął z ławy gruby kupiec w postrzępionej robie, z włosami ukrytymi w pątliku. – Co to za jeden?!

Powlekli Gedeona do ognia. Gruby kupiec zmrużył oczy, otaksował młodzieńca uważnym spojrzeniem, jak gdyby już przeliczał, ile jest wart.

I wreszcie tknął go tłustym paluchem.

– Ja go znam! To Gedeon, syn rozbójnika Czambora! Taki sam łotr jak ojciec!

– Czegoś tu szukał?! – warknął drugi, w skórzanym czepcu na posiwiałej głowie.

Pospólstwo rzuciło się do chłopaka. Każdy chciał go chwycić, dotknąć, zobaczyć. Ze wszystkich stron popatrywały nań złe, spocone gęby, wyciągały się sękate dłonie.

– Kunie krodł! – krzyknął wąsaty.

– To go wieszajcie – zakomenderował gruby kupiec, pokazując na uschnięte drzewo przy rzece. – Bo ze starego szelmy wyrośnie jeszcze większy szelma!

– Ale... jakże to? Teraz... zaraz? – zaoponował dziobaty.

– Dwa skojce praskie dam! Nieoberżnięte! – darł się kupiec.

To rozwiało wątpliwości. Śmierdzący sadłem wyciągnął sznur. Wąsaty zadzierzgnął go w zgrabną pętlę, tak sprawnie, że budziło to podejrzenia, iż był katowskim pachołkiem, a nie poczciwym kmieciem.

Ktoś brutalnie przytrzymał głowę szamoczącego się Gedeona, a wtedy śmierdzący nałożył mu pętlę na szyję.

Borkowic krzyczał, a kiedy sznur zacisnął się mocniej, tylko płakał i dygotał. Na próżno.

– Zaraz, zaraz, o sławetni. – Do miejsca kaźni przeciskał się szczupły, brodaty mężczyzna w obszernej opończy i żółtym kapeluszu zakończonym okrągłą kulką, nieomylnie oznaczającą starozakonnego. – Od tego są sądy! Toż to rycerz, szlachcic...

– Poszedł won, parchu, zabójco Chrystusa!

– Przyjdzie teraz mór na rycerzy – wygrażał pięścią gruby kupiec z ławy. – Jak chcą pieniędzy, to ja im brat. A jak o dług się upomnę, tom cham! Inne teraz będą czasy, inne ludzie!

– Jaki on ślachcic! Toż to syn wywołańca! Łatwo dziś dostać za denara ślachcica! – tokował kupiec w czepcu.

– Dawać go! Za mną!

Wspólnymi siłami ciągnęli podduszonego chłopaka na brzeg. Tutaj, gdzie rosło suche, ale krzepkie drzewo z rozłożystymi, obłażącymi z kory gałęziami. Śmierdzący przerzucił sznur przez najgrubszą, naciągnął, ale jakby niepewnie.

– Co tak długo?! – zakrzyknął szczerbaty chłopek w koszulinie, z zakasanymi rękawami. Sam złapał linę, wyrwał ją z rąk śmierdzącego i podciągnął w górę. Od razu wspomógł go w tym kołtunowaty i pół tuzina innych rąk.

Gedeon pojechał cztery stopy w górę, zawisł, wierzgając nogami.

– Staaać! Stójta! – zakrzyknął nagle wąsaty.

Oprawcy zamarli, wybałuszyli oczy na swego pobratymca.

– Iskać go, chłopy – darł się. – Pewnie złoto ojca gdziesik schowoł!

Puszczono sznur, a Gedeon zwalił się na podłogę. Rzucili się na niego wszyscy – poczęli zdzierać jopulę, łapać za ramiona, obmacywać. Dziobaty chciał ściągnąć ciżmy, wąsaty sprawdził pod pachami, w kroczu.

– Goły jak świnty turecki! – zawyrokował.

– Musi połknął – rzucił dziobaty i oblizał wąskie usta.

– Często tak robią!

– Trza w kiszkach sprawdzić.

Jednym ruchem wyszarpnął nóż z pochwy wiszącej u pasa, ze złym, chytrym uśmiechem przystawił go do brzucha Gedeona. Chłopi ujęli mocniej półżywego Borkowica, wykręcili mu ramiona w tył...

Nagle rozległ się krzyk. Szczupły, wysoki, czarnowłosy mężczyzna w rycerskiej czarno-żółtej jopuli roztrącił tłuszczę.

Zawisza przeszedł przez tłum plebejów jak statek przez wodę. Chłopi ustępowali mu z drogi, a Czelej i Peregryn odtrącali i odpychali co bardziej hardych. W ciszy, która zapadła, słychać było tylko ciężkie, pobrzękujące ostrogami kroki rycerza.

– Co tu się dzieje? – zapytał Zawisza.

Zamarli. W obecności uzbrojonego męża opuściła ich chamska fantazja i wiejski rezon. Spuszczali wzrok, ustępowali, chowali się za plecy prowodyrów.

Prowodyrzy zaś milczeli.

– Gedeona Borkowica sądzimy – wystękał wreszcie kupiec w pątliku.

Zawisza szybkim ruchem uderzył w gębę dziobatego. Z taką siłą i rozmachem, że chłop zleciał z brzegu i z pluskiem zwalił się w wodę. Zakrzyczał, zerwał się przerażony i ruszył do brzegu, brnąc po kolana w falach Dunajca. Sulimczyk przez chwilę patrzył na niego, jakby z nadzieją, że plebej rzuci się do gardła szlachetnie urodzonemu.

– Niewinny – rzekł Zawisza.

– Panie, jakże to... – wystękał wąsaty.

– Jeszcze słowo, a ja was będę sądził!

Dał znak Czelejowi, a ten podszedł do Gedeona. Na widok bojowego Rusina w płatach chłopi odstąpili. Pachołek przeciął nożem powróz, rozluźnił go na szyi chłopaka. Borkowic rozkaszlał się, krztusił i charczał. Czelej ujął go za ramię i popchnął w stronę przeprawy.

Zawisza spoglądał po wszystkich obecnych, ale nikt nie chciał jakoś odwzajemnić spojrzenia.

Tylko kupiec podniósł drżącą rękę w górę.

– Jeśli wy tak... To u nas strata... Do sądów.

– Czambor nas ograbił.

Zawisza sięgnął do lewego boku, do rapci, do rękojeści wysłużonego miecza.

Ale zamiast niego wydobył sakiewkę. Rzucił ją przed oblicza kupców. Rzemień rozluźnił się i z wnętrza sypnęły się rulony monet. Zabłysły i zabrzęczały srebrne czeskie i krakowskie grosze, denary, a nawet błyszczące złotawo floreny.

 

– Za jego długi. I za ojca! – powiedział.

*

– Wsiadać i ruszamy! – rzekł Zawisza, gdy wyszli na trakt. – Jedziemy na Rożnów, znam drogę. Gedeon, bierz podjezdka!

Wskoczył na drugiego, myszatego konia. Peregryn prowadził po prawej jego karego dextrariusa. Rycerz obrócił się do Gedeona, Czelej odwiązał i wcisnął młodemu w ręce wodze.

– Dałem twojemu ojcu słowo, że wezmę cię ze sobą – powiedział Zawisza.

– Tak wam zależy? – Gedeon spoglądał bez trwogi w oblicze rycerza. – A przecież go zabiliście.

– Nie dał mi wyboru.

– Mój ojciec był rycerzem – burknął młodzian.

– I skończył jak łotr – odparł cierpko Zawisza. – A jednak to mnie powierzył opiekę nad tobą.

– I mam być... niby kim? Najemnym żołdakiem jak wy? Jak wy krążyć z ugiętym karkiem od dworu do dworu? Jak jakiś płatny siepacz? Być zaciężnym?

– Lepiej niż koniokradem.

Czelej, już w siodle, pokręcił z uśmiechem i niedowierzaniem głową.

– Wybieraj, chłopcze. Rób, jak chcesz – rzekł Zawisza i ruszył w stronę traktu. Peregryn i Czelej podążyli za nim.

Gedeon został sam, z wodzami w ręku. Rozglądał się w milczeniu. Spojrzał za oddalającymi się jeźdźcami, potem popatrzył na południe, na zielone zbocza Beskidu.

Usłyszał tupot stóp. Spoza wybujałych zielonych traw wyjrzały dwie spoglądające chytrze, postrzępione chłopskie głowy.

I wtedy Borkowic podjął decyzję. Tym razem dobrą.

*

Ruszyli we czterech, z Zawiszą na czele. Najpierw kamienistą drogą na Nowy Sącz, obok Dunajca pieniącego się na licznych przełomach. A potem dalej – na Rożnów, Czchów i Melsztyn, gdzie góry ustępowały miejsca długim, lesistym pagórom, a rzeki płynęły spokojnie pośród mozaiki pól.

Minęli zamki, zeszli w doliny, a potem wyjechali na wielką nadwiślańską równinę, gdzie drugiego dnia podróży przywitał ich dźwięk dzwonów z kościoła Świętego Stanisława w klasztorze franciszkanów w Nowym Korczynie.

Ruszyli potem w dół błękitnej Wisły – na wschód, na Sandomierz. Minęli Połaniec – pół wieku wcześniej przeniesiony w obecne miejsce przez króla Kazimierza – i czwartego dnia podróży, kiedy przejechali Koprzywnicę, należącą do cystersów, ujrzeli daleko przed sobą wieże i mury Sandomierza.

I wtedy Gedeon pierwszy raz odezwał się do Czeleja:

– Dokąd jedziemy?

– Do pańskiego brata. Na Żmudź.

Gedeon wydął pogardliwie wargi.

– To kraj pogan. Żeby mnie sprzedać w niewolę? Ha! Twój pan jest poganinem!

Czelej przeszył młodzieńca spojrzeniem. I uśmiechnął się złośliwie.

– Oj, nie będziesz miał ty ze mną lekkiego życia, szczuko.

A potem palnął Gedeona otwartą dłonią w czoło z takim impetem, że chłopak zwalił się na gościniec.

Rusin chwycił za arkan i zeskoczył z konia.

*

Czelej wlókł na arkanie ubłoconego, ale niepokornego Gedeona aż do samej Bramy Krakowskiej. Jechali przez sady i ogrody, mijali wioski i stada bydła gnane na zachód.

Czelej co chwila oglądał się do tyłu, na Borkowica.

– Jak tam niewola u pogan? – zapytywał.

Młokos milczał urażony. Ale Rusin bynajmniej się tym nie przejmował.

– To może pośpiewamy? – zapytał.

I zaczął sam, fałszując niemożebnie:

Biskupa Stanisława męki

Niezmierne, jakie on wycierpiał,

Jaśnieją cudownymi znaki.

Potykał się za sprawiedliwość,

przed gniewem króla nie ustąpił.

Usłyszał to jednak Zawisza i zawrócił. Spojrzał na wymęczonego Gedeona i podjechał do sługi.

– Nauka smarkowi pilnie jest potrzebna – wytłumaczył Czelej. – Inaczej pizdiec i suczyj chwost z niego wyrośnie.

– Nie grzesz nadgorliwością, Czelej. Ciesz się, że ty sam nie musiałeś pobierać u mnie takich nauk. Dość. Daj mu konia. Jeszcze pomyśli, że naprawdę jestem poganinem.

*

Powitała ich pustka i cisza. Nie szczekały psy, nikt nie wołał. Wysoka, ponura wieża rycerska była ciemna, jakby wszyscy dawno już wymarli. Dach kryty gontem znaczyły dziury, częstokół zbutwiał i rozlatywał się tak bardzo, że można było bez przeszkód przejść na dziedziniec. Zmurszałe wrota ledwo trzymały się na zawiasach. We wsi chałupy waliły się i zarosły burzanem.

Na okrzyki i wołania Czeleja w końcu wyszedł stary, kulawy sługa, który najpierw długo przyglądał im się z ganku strażnicy, potem niechętnie rozwarł wierzeje, skłonił się przed Zawiszą i zaraz wyjaśnił, że młody pan Kruk zabrał wszystkich zbrojnych i całą broń na Żmudź, a co tylko miało jakąś wartość – sprzedał. Nikt nie pilnował chłopów, którzy poszli precz, a w zrujnowanej siedzibie Sulimczyków został tylko on sam.

Wieża waliła się, podmyta przez deszcze i spróchniała, zatrzymali się zatem w dworze dla czeladzi. Czelej musiał długo straszyć i grozić, zanim kuternoga przyniósł im żeliwny garniec i worek z kaszą. Okrasili ją skwarkami z przywiezionego sadła.

Siedzieli długo przy ogniu, z którego strzelały snopy iskier. Czerwone blaski skakały po chruścianych ścianach, oblepionych wyschniętą, odpadającą gliną, i po ogorzałych obliczach ludzi.

Zawisza milczał, a Czelej zagonił Gedeona do czyszczenia koni. Kiedy chłopak, brudny i spocony, zasiadł przy ogniu, posiłek był gotowy. Zawisza dostał we własnej misce, drugą Czelej wyciągnął do Gedeona, ale ten nawet na niego nie spojrzał. Sługa postawił ją zatem na pieńku obok młodzieńca.

– Nie dąsaj się, paniczu.

– Gdzie my jesteśmy? – zapytał pochmurnie Gedeon. – Wieje jak na gościńcu, a straszno niby na pohyblu.

– Garbów, wieś rodowa... Braterski niedział, trochę zaniedbany.

– Co to za rycerz, co nie ma swojej wioski! – prychnął Gedeon.

– Zamiast gadać, zbieraj siły na jutro. Dzisiaj dymałeś po płaskim, ale jutro pojedziemy w taką stronę, gdzie ledwie koń przejdzie. A cóż dopiero na piechotę!

Obrócił się i nałożył kaszy w misę, z której mieli jeść wspólnie z Peregrynem. Wówczas Borkowic sięgnął po strawę. Nim jej spróbował, zakonnik zakaszlał znacząco.

– Adiutorium nostrum in nomine Domini.

Wszyscy zamarli w modlitwie. Zawisza sięgnął po szkaplerz.

– Qui fecie caelum et terram – powiedzieli razem rycerz i Czelej.

– Dominus vobiscum – zakończył Peregryn.

– Et cum spiritu tuo.

Gedeon znów sięgnął po parującą miskę i po raz kolejny zamarł w pół ruchu, gdy odezwał się braciszek minoryta:

– Benedic, Domine, hos novos fructos, et praesta: ut qui ex eis in tuo sancto nomine vescentur, corporis et animae salute potiantur. Per Christum, Dominum nostrum.

I wszyscy zgodnie odpowiedzieli:

– Amen.

Zaczęli jeść parującą kaszę. Gedeon szybko, głodny jak wilk. Czelej spokojnie, pozwalając, by franciszkanin nabierał za dwóch. Zawisza prawie wcale. Borkowic siedział w milczeniu, ale jego oczy bezustannie szperały po okolicy. Patrzył to na Zawiszę, to na ruinę, która ich otaczała. Wychodziło na to, że rycerski rynsztunek Sulimczyka był wart jakieś dwadzieścia pięć, może dwadzieścia osiem grzywien. Nie więcej, bo blachy napierśnika i naramienniki były pogięte, potrzaskane. Koń, rząd i zbroja dwakroć więcej niż... ta cała zrujnowana wieś.

– Zaniedbaliście włości – odezwał się Peregryn z pełną gębą kaszy. – Brat mówił mi, że cięgiem wojujecie, panie.

– Brat miał tu siedzieć i dbać o Garbów! – odrzekł Zawisza. – Po to mu przysyłałem pieniądze.

– Za służbę u margrabiego Prokopa, prawda? – Peregryn spojrzał na Czeleja.

Rusin nadstawił mu łysą głowę, wskazał szeroką bliznę nad prawym uchem.

– To moja pamiątka z tej służby. Węgierski topór z Siedmiogrodu. A ta tutaj – wskazał następną szramę – od Brandenbura. W zasadzce.

– Dziura jak od kuli – mruknął franciszkanin i nabrał kaszy.

– Łuk bisurmański! – wypalił Czelej. – Z krucjaty na pohańców, przy szturmie twierdzy Doboj. Wzięliśmy dobre łupy, ale najpierw Turek dał zadatek. Ciągle nam było nie po drodze do domu.

– A bohurt w Budzie u Luksemburczyka pamiętacie? Słyszałem, że sławny był...

– Mam po nim pamiątkę na rzyci, ale wybaczcie... tę bliznę tylko dziewkom pokazuję.

Jeśli ktoś się roześmiał, to tylko Czelej. Sięgnął do miski, ale... kaszy już nie było. W czasie gdy się chełpił, zakonnik zjadł wszystko i właśnie oblizywał łyżkę z uśmiechem.

– Co było, spłyło! Z was, widzę, prawdziwy minoryta – mruknął Rusin ze złością. – Jak powiadają łacinnicy: milszy wam łosoś, inna ryba słona niźli Księga Mądrości króla Salomona.

– Acu rem tetigisti – odparł Peregryn. – Nie jestem zakonnikiem z urodzenia, ale z powołania. Kiedyś... wszystko wam opowiem.

Zapadła cisza. I wreszcie odezwał się Zawisza:

– Więc mój brat wiózł zboże dla głodującej Żmudzi?

Peregryn popatrzył na niego uważnie.

– No, niezupełnie... Nie tylko chleba tam potrzebują.

– A wy, ojcze? Prowadziliście misję?

– W Wodokszy na Żmudzi. Dopóki nie spłonęła.

– Pohańcy byli oporni na słowo Boże? – zapytał Czelej.

Mnich przeżegnał się.

– Raczej Krzyżacy zbyt pobożni.

Zawisza i Czelej spojrzeli na siebie bez słowa. Peregryn wyjaśnił:

– Nawróconych musieliby traktować po chrześcijańsku. Z poganami mogą robić, co wola... Po co im kościoły?

Czelej dorzucił do ognia. Iskry strzeliły z trzaskiem, pomknęły ku dymnikowi, niknąc w powietrzu, tak jak marzenia Zawiszy o spokojnym życiu w Garbowie.

– Idźcie spać – mruknął rycerz.

– A wy?

– Jeszcze posiedzę. Podumam.

– To ja z wami.

Peregryn ziewnął, przesłaniając usta dłonią, przeżegnał się, ukląkł i modlił się, przesuwając paciorki różańca. Gedeon odwrócił się do nich plecami, legł w kącie, nakrywając się derką.

Zawisza siedział wpatrzony w ogień.

– Czy my wrócimy z tej Żmudzi w jednym kawałku? – zapytał Czelej.

– Zapłacę okup za brata, co do grosza. Wrócimy i... razem odbudujemy to wszystko.

– Kruk o to nie dbał. Po co tam jechał? Dlaczego akurat na Żmudź? Tak pilnował ojcowizny?

– Ogień go trawił. Wy, polscy panowie, zawsze tak, i przed szkodą, i po szkodzie durni. Po co było Krzyżaków puszczać do Prus? Już wasz książę mazowiecki, zamiast na rzyci siedzieć i miód pić, zakładał zakony rycerskie i konwenty, wreszcie oddał własną ziemię najnikczemniejszemu wrogowi. No ale... dawne czasy. – Czelej wstał powoli. – Wiecie, pójdę już, przyniosę co trzeba. Lepiej teraz, żeby nikt nie widział.

– Idź. Chyba nieruszona.

– Ile mam przynieść?

– Wszystko, co jest. To od Luksemburczyka. I cośmy zdobyli u Prokopa.

– Niedużo tego. Nie trzeba było za tego – wskazał oczyma Gedeona – kiesy ciskać.

– Nie twoja sprawa. Idź!

Czelej odszedł w ciemność. Gdzieś daleko szczekał pies. Zawisza położył się wolno na posłaniu. Oparł głowę o siodło, przyciągnął derkę. Zamknął oczy.

Zapadła cisza przerywana parskaniem koni, trzeszczeniem ognia. Wysoko, gdzieś na wieży, zatrzepotał nietoperz.

Gedeon podniósł się wolno. Skradał się jak lis do ognia. Przez cały czas wpatrywał się w pokrytą ciemnym zarostem twarz rycerza. Jednak tak naprawdę jego uwagę przykuwał miecz. Ciężki, długi, w pochwie okutej pozłocistą ryfką i brajcarami. Opatrzony na głowicy herbem Zawiszów.

Ostrożnie, na palcach podszedł bliżej, schylił się, ujął broń. Wyciągał ostrze pomału, ciągle wpatrzony w oblicze Sulimczyka. Zawisza nie ruszał się. Oddychał płytko, oczy miał zamknięte.

Miecz zachrzęścił, Gedeon się spłoszył. Ale nic się nie stało. Peregryn świszczał przez nos, a Zawisza spał.

Borkowic wyciągnął lśniące blado ostrze. Ujął oburącz – kładąc prawą dłoń na głowicy. Uczynił pierwszy krok. Drugi i trzeci. Stanął nad Zawiszą.

– Mój ojciec zginął daleko stąd – powiedział spokojnie rycerz, nie otwierając oczu. – Pod Nikopolis, w drodze do Konstantynopola, w bitwie z Turkami. – Zamilkł na chwilę. – Dołączyłem potem do krucjaty, żeby go pomścić. Byłem tak samo zagniewany.

Gedeon zamarł. Zawisza otworzył oczy. Spojrzał na chłopca.

– Ale ty będziesz musiał poczekać, zanim pomścisz swojego. Jeśli go szanowałeś, spełnisz wolę. Słuchaj się mnie i ucz, to uczynię z ciebie rycerza. A gdy już będziesz miał ostrogi. Kiedyś... – spojrzał na miecz w ręku Gedeona – wrócimy do sprawy między nami.

 

Rycerz okrył się płaszczem, przewrócił na drugi bok i zamknął oczy. Gedeon stał z bronią w ręku, dopóki nie usłyszał kroków powracającego Czeleja. Wtedy wsunął miecz do pochwy. Stary pachoł wrócił, niosąc trzy tęgo wypchane mieszki. Natychmiast zaczął je upychać w sakwach. Spoglądał dziwnie na Gedeona.

– Rano masz się umyć i przyodziewek ochędożyć. Żebyś nie przyniósł nam wstydu.

– Niby przed kim?

– Jak to przed kim... Przed królem.

*

Puszcza nadwiślańska rozciągająca się od Radomia aż po Kozienice i Warkę rozbrzmiewała głosem rogów i szczekaniem psów. Jego Królewska Mość Władysław Jagiełło ogłosił łowy. Bawił się i ucztował. Zabijał czas, cud, że znalazł chwilę dla wiernego sługi!

Zawisza czekał na polanie, na którą pachołkowie znosili co lepsze sztuki upolowanej dziczyzny. Dorodnego byka – jelenia, dwunastaka, na ile można było poznać to po ogromnym, rozłożystym porożu. Po nim sarny – kozy i koźlęta. Wreszcie cztery łosie z rosochami, które mogłyby być ozdobą niejednego rycerskiego zamku.

Zajęcy, kuropatw, bażantów, czapli i innego drobiazgu Zawisza nie liczył.

Królewscy łowczy patroszyli zwierzęta, pewnymi ruchami rozcinając jeleniom brzuchy, ciskając płuca i flaki psom. Zziajana, wygłodniała sfora pożerała je chciwie. Służba w skórzniach poplamionych krwią do kolan rozpalała ogniska, na których zaraz poczęła opalać dziki ze szczeciny, podwieszając je na drągach nad ogniem.

Wpatrzony w zwierzynę rycerz nawet nie zauważył, że podszedł do niego dworzanin królewski, młody, gibki, w obcisłej watowanej jopuli po kolana, obszytej futrem. Kiedy zdjął czapkę, jego misternie trefione włosy rozsypały się wokół głowy.

– Król już jedzie. Daje wam tylko chwilę na wyłożenie prośby.

Jagiełło nadjeżdżał na siwym koniu, z uzdą zdobioną pozłocistymi klamrami. Wysoki, szczupły, z wąskim, dumnym obliczem, w gipponie ściągniętym w talii segmentowym pasem rycerskim, skrzącym się od rubinów. Na ramiona narzucił płaszcz z koła, podbity popielicami.

Król był bez broni, u pasa wisiał mu tylko puginał. Na prawym ręku miał za to rękawicę, na której siedział raróg w kapturze na głowie.

Obok Jagiełły podążała nieznana młoda dziewoja na małym, srokatym koniku. Była w strojnym surkocie z białym futrzanym obszyciem, warkocze miała zawinięte wokół głowy i przyozdobione kwiatami. Mogłaby być córką władcy, kim jednak była dla niego naprawdę, Zawisza wolał się nie domyślać. I co najważniejsze – nie pytać.

Skłonił się przed Jagiełłą na jedno kolano, zdejmując czapkę. Król kiwnął głową na znak, że go rozpoznał, i przemówił:

– Wieści doszły tu przed tobą. Zbóje pobici, trakt na Węgry bezpieczny! Takie rzeczy radują moje serce! Żądaj, czego chcesz. – I dodał cicho: – Siadaj na konia, przejedziemy się krzynę.

Dworzanin podprowadził Zawiszy karego dextrariusa. Gdy rycerz usadowił się w siodle, Jagiełło skinął na dziewczynę, wyciągnął ku niej dłoń z rarogiem. Niewiasta bez słowa nadstawiła własną. Król delikatnie przesunął ptaka, aby usadowił się na jej ręku. Dopiero potem skinął na Sulimczyka.

Ruszyli kłusem leśną dróżką. Nieznajoma trzymała się z tyłu.

*

Poczet czekał tam, gdzie go pozostawiono, na skraju polany.

Gedeon oderwał wzrok od znikającego w oddali króla i rycerza. Spojrzał na Czeleja.

– Czego tu szukamy?

Stary pachołek odjął bukłak od ust. Długo ocierał wąsiska, zwlekając z odpowiedzią.

– Nagroda była... obiecana – mruknął niechętnie. – U samego króla.

Gedeonowi nie trzeba było więcej tłumaczyć.

– Za mojego ojca... – szepnął. – Za Czambora.

*

Monarcha zwolnił do stępa. Dał znać, by rycerz dorównał do niego.

– Mów! – mruknął Litwin.

– Chcę jechać po brata.

– A, to taka sprawa – mruknął król, ściszając głos. – Przykro mi, Zawiszo, nie możesz.

– Mój brat jest na Żmudzi, w niewoli – powtórzył wolno rycerz. – Wasza Królewska Mość nie zostawi go chyba w potrzebie?

Król odwrócił wzrok, jakby rycerz powiedział coś niestosownego. Na przykład beknął przy przyjmowaniu poselstwa.

– Na Żmudzi nie ma polskich rycerzy. Obowiązuje mnie pokój z zakonem, któryśmy zawarli w Raciążku cztery lata temu. Pokój, którego przestrzegam.

– Piotr nie mógł tam jechać bez waszego rozkazu czy... choćby zachęty.

– Wiesz, Zawiszo! – zagrzmiał król, ale Sulimczyk, choć doświadczony i obyty na dworze, ignorował oznaki zbliżającej się burzy. – Ostatnie, czego mi tam trzeba, to rycerz szukający pomsty za krzywdy!

– Nie szukam zemsty, ale brata – odparował spokojnie Zawisza.

– A on szukał sławy! Zazdroszcząc jej...

Jagiełło przeszył Zawiszę dumnym, złym wzrokiem. Jeśli jednak oczekiwał przeprosin, pokajania albo tego, że Sulimczyk będzie płaszczył się przed nim jak litewski bojar, to się zawiódł.

– Chciałeś jechać do domu. Zezwalam. I zwalniam z innych obowiązków. Zabraniam ci jednak ruszać na Żmudź!

– Sumienie króla na to pozwala?

Monarcha westchnął. Uniósł spojrzenie gdzieś hen ponad czubki drzew.

– Królowie nie mają sumień, mój Zawiszo. Mają królestwa... I wiernych rycerzy.

Zawisza przymknął oczy.

– Wasza Królewska Mość wie, że nie mogę zostać. Jeśli dziś zostawię w potrzebie brata... czy ktoś nie powie, że kiedyś zostawię króla?

– Zabraniam ci wtrącać się w te krzyżackie awantury! – podniósł głos Jagiełło. – Koniec posłuchania! A jeśli pojedziesz wbrew mojej woli, to nie pokazuj mi się na oczy! Precz!

– Tak jest, proszę Waszej Królewskiej Mości.

– Daniłko! – Król zamachał ręką na dworzanina. – Sam tu!

Zawisza skłonił się i zawrócił konia, a potem odjechał galopem, pozostawiając za sobą wściekłego starego Litwina.

*

Daniłko, mający w pieczy królewski łuk i strzały, skłonił się do ziemi, aż znowu potargały się jego trefione kędziory.

– Sługa Waszej...

– Dość! – rzekł wściekły Jagiełło. – Słuchaj mnie uważnie.

– Wysłać ludzi, żeby go zatrzymali? – rzucił gorliwie sługa.

– Zawiszę Czarnego? Puknij się w łeb, Daniłko, a puknij zdrowo. A ten... młody starościc wileński. Azali ciągle siedzi pod strażą?

– W niełasce i odosobnieniu, jak kazaliście, panie.

– Każ go wypuścić. Powiedz, że mu daruję. I przekaż... Przekaż, żeby natychmiast...

Skinął na sługę, aby przybliżył ucho, a potem długo szeptał mu coś po cichu.

*

Zawisza w milczeniu dopadł leśnego obozowiska, gdzie czekał jego poczet.

– Zbierać się! Ruszamy!

– Tak zaraz? – zdziwił się Peregryn, który przykleił się do garnca z miodem.

Czelej wyrwał mu go z rąk, miód wylał, garniec rzucił w trawę.

– Zbierać się, trutnie! – rozwrzeszczał się. – Darmo jeść będziecie, wy... chwosty!

– Oby co było do jedzenia – mruknął Gedeon, ale ruszył do konia.

Po chwili byli już w siodłach. Zawisza ruszył skokiem ku drodze, leciał przez las na przedzie, chmurny i zamyślony. Czelej dogonił go, dopiero kiedy rycerz zwolnił, za drugim zakrętem, w malinowym chruśniaku.

– Nie pytam już, czy król pomoże – zaczął – ale czy bardzo będzie przeszkadzać?

Rycerz uśmiechnął się gorzko.

– Może wcale.

Pomylił się jednak, gdyż niemal w tym samym momencie rozległ się krzyk Gedeona:

– Za nami!

Zawisza i Czelej zrobili zwrot, zatrzymali konie z dłońmi na rękojeściach mieczy.

– Konie! Coraz bliżej! – syknął Gedeon.

– Ilu? – spytał Zawisza.

Gedeon wytężył słuch i zdumienie odbiło się na jego obliczu.

– Jeden...?

Z tyłu nadciągał jeździec. Młody, piękny, na dobrym podjezdku. Ubrany w zacny kaptur uformowany fantazyjnie w grzebień na głowie. W krótkiej, czerwonej, pikowanej jopuli narzuconej na kolczugę. Z mieczem przy lewym i puginałem przy prawym boku. W głowicy puginału tkwił szmaragd warty na oko ze dwie grzywny. Błyszczały wypucowane trzewiki o długich noskach.

– Ktoś ty?

Młodzieniec zatrzymał konia z impetem, jakby chciał stratować Zawiszę, ściągnął z głowy kaptur, skłonił się.

– Jestem Zbyszko z Oleśnicy. Rozsierdziliście króla, panie.

Zawisza milczał.

– Na szczęście królewska złość szybko mija. Za zasługi zgadza się na waszą wyprawę. I przysyła mnie z pomocą.

Gedeon objechał na swoim mierzynie przybysza od prawej do lewej, taksując go niby Turek niewolnicę na targu.

– Od razu mi raźniej. Wyglądacie tak, że Krzyżacy uciekną na wasz widok, a Żmudzini ze strachu będą się modlić jak do swojego Trzyroga.

– Król wysłał mnie, żebym był przewodnikiem. – Zbyszko puścił zaczepkę mimo uszu. – Jestem synem starosty wileńskiego. Znam tamten kraj.

Zawisza pokiwał głową.

– To mój towarzysz zwany Czelejem. Brat Peregryn. Gedeon...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?