Zawisza. Czarne krzyżeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zawisza. Czarne krzyże
Zawisza. Czarne Krzyże
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,58  62,86 
Zawisza. Czarne Krzyże
Audio
Zawisza. Czarne Krzyże
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
44,90  33,23 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Odpowiedziała mu cisza.

– Dość, panie Zawiszo. Dość – odezwał się wreszcie Jan ze Sprowy. – Prawdę mówicie, ale nie przy was komenda. Nie będziemy ryzykować naszego... honoru. Pieniny są nie do zdobycia.

Zawisza spojrzał na starszego rycerza. Dopiero po chwili z rozmysłem pokiwał głową. Podniósł ze stołu rękawicę, odwrócił się i ruszył do wyjścia.

– Zawiszo, dokąd?! – zakrzyknął Andrzej z Żelechowa. – Szturmu nie będzie!

Czarny rycerz zatrzymał się na chwilę, przymknął oczy.

– Nie będzie – zgodził się. Po chwili dodał z namysłem: – Ale nie zostawię mojego Czeleja. Jeśli tchórzem jesteście podszyci, sam wezmę ten kurnik!

Odrzucił połę namiotu i wyszedł. Za nim rozbrzmiały krzyki, nawoływania, aby się opamiętał, wrócił.

Nie wrócił. Znów otaczający namiot żołdacy rozstępowali się przed nim jak morze przed Mojżeszem. Jednak Zawisza szukał wzrokiem pachołka, który obiecał przypilnować mu konia. Odnalazł go, podszedł, a kiedy sługa przytrzymał dextrariusa, rycerz siadł w siodle z takim impetem, że wierzchowiec aż przysiadł.

Obrócił konia prawie w miejscu i ruszył przed siebie szeroką obozową ulicą – na zamek Czambora, najpierw wolno, potem szybciej, czarny i ponury.

Przeleciał przed szeregiem pawężników, strzelców i piechurów miejskich zbrojnych w rohatyny, berdysze, glewie i morgensterny. Przemknął przed ciurami, rycerskimi namiotami i wozami, wypadł za ostrokoły i spięte łańcuchami kolasy.

W obozie zaczęło się poruszenie. Wszyscy poznali Zawiszę Czarnego, oczy żołnierzy zwróciły się na jeźdźca.

– Zawiszaaaa! – ktoś krzyknął. – Pojechał!

– Dokąd? Gdzie? Po co?

– Na Pieniny! Sam jeden.

– Jak to? On?

– On ci!

I nagle iskra przeszła po obozie. Strzelcy, ciury, pachołkowie z halabardami, pawężnicy z wielkimi tarczami, sołtysi w płatach i zbrojnikach, kusznicy i włócznicy poczęli łapać za broń, a potem iść, coraz szybciej, w końcu pobiegli truchtem – śladem czarnego rycerza. Ciekawi, jak się skończy ta nowa awantura.

*

Zamiast pilnować bramy, oblegali półbeczek z miodem, pozostawiając czuwanie zamkowym kusznikom. Szturm został krwawo odparty, królewscy ludzie lizali rany w obozowych pieleszach, więc szlachetnie urodzeni rozbójnicy mieli chwilę na zażycie wywczasów.

Kuman w spiczastym szyszaku odbił beczkę, a jego kompan Łakomiec, rosły i pleczysty jak krakowski gmach, pił miód, podnosząc do ust cały dzban. Rycerz pieczętował się Kościeszą i, podobnie jak Czambor, miał na tarczy odjemek za sprawki nielicujące z honorem szlachcica i rycerza. Ot, takie tam zwykłe zniewolenie niewiast lub znacznie od niego gorsze znieważenie księdza lub prałata. Strzale na czerwonym polu Kościeszy brakowało lewej brzechwy.

Obok hałasował i pił Jaktor ze Śląska, nazywany na zamku Turem, i giermkowie z ich kopii.

– Siedzimy w godnej izbie z hrabią de Fresne – tokował Łakomiec w przerwach między kolejnymi łykami – i próbujemy pimentu oraz klaretu zaprawionego cytwarem i ziołami, a czasem wina z Montpellier. Ścibor zaś w tym czasie pociągnął murwę do komory. I nagle gwałt i rwetes, uważajcie, z mieczem do nas wypada i drze się! „Czego?”, pytam. „Ja jej kazałem czynić łaźnię, a ona na kuśkę moją najświętszą z zębami!”, odpowiada. „Zabiję strzygę!” Wołam mu: „Ucz się, mazurski ryju, języka, mów do niej po francusku, kiedy łaciny nie znasz”. A on, że przecież pokazywał, a niedojda nic! „Mów jej, kpie: Lui faire coitus a cheval!”, krzyczę. Ale, imaginujcie sobie, za trzy pacierze wychyla się w samych gaciach i woła: „Miły bracie, powiedz jej, żeby czyniła to na raka”. „Mów jej: Faire du cancer!”, ja na to, a on, on... Nalej, Tur, miodu!

– Za cyca Świętej Genowefy!

– Za Świętego Rocha, żeby kuśka nie marniała!

– I grosze w kalecie brzęczały!

Tur zaczerpnął dzbanem z beczki, oddał kompanowi, ale zanim Łakomiec zdążył podnieść go do ust, z nieba spadł pocisk. Rozwalił dzban na kawałki, rozchlapał miód po czerwonym wappenrocku z Kościeszą. Rycerz odskoczył, omal nie stratował Kumana.

Wszyscy zamarli. Jedynie pan Łakomiec przetarł oczy z miodu, a potem schylił się i wolno uniósł coś z błota. To była czarna rycerska rękawica.

I wtedy doszedł ich głos zza bramy:

– Czamboooor! Stawaj!

Łakomiec pierwszy skoczył na schody, Kuman i Tur popędzili za nim. Wtoczyli się na ganek straży jak trzy wielkie dębowe beczki.

Kiedy spojrzeli przed zamek, za podniesiony zwodzony most, prawie przetarli oczy ze zdumienia. Po drugiej stronie wąwozu, przy podjeździe, stał rycerz w czarnej zbroi. Sam jeden przeciw całemu zamkowi i potędze jego pana.

– Czamborze Borkowicu! – zawołał donośnie. – Grabieżco, wydzierco i zdrajco! Ja, Zawisza Czarny z Garbowa, oznajmiam... że przegrałeś!

– He, he, he, he – zarechotał Kuman.

– Tak, zbóju, przegrałeś! Ciesz się! – kontynuował Sulimczyk. – My stąd nie odejdziemy, a ty z zamku nie wyfruniesz. Nie uciekniesz!

Na ciemny widnokrąg nadciągały ołowiane chmury. Zanosiło się na deszcz.

– Po co czekać, gnić w obozach. Zakończmy to dzisiaj! Pokażmy naszym ludziom – Zawisza skinął znacząco na mury – tym na zamku i tym w obozie, jak się takie sprawy kiedyś kończyło. Pokonasz mnie, odjedziesz wolny. Z bronią i pocztem! Przegrasz... wypuścisz jeńców i oddasz się w moje ręce!

Sulimczyk uspokoił tańczącego nerwowo rumaka.

– Co powiesz, Czambor? Jak będzie?! Damy tu dziś dobre widowisko?!

– Na krzywe zęby Świętej Apolonii – jęknął Tur. – Rycerskie wyzwanie. Budźcie Borkowica!

– Czambor śpi! – warknął Kuman.

– Gdzie tam śpi! Gzi się z gamratką!

– A kto to niby jest – zapytał niedowidzący dziesiętnik, wskazując Zawiszę – żeby budzić pana?

– To chyba ten hycel królewski – zawyrokował Łakomiec. – Jaśnie uniżony sługa Jogaiły i Zygmunta cysorza tchórzowskiego, co ma nas wybrać jak raki z saka. Hej, ty tam, chcesz się bić? To ze mną!

– Kij ci w rzyć, dworska polewko! – ryczał butnie Kuman.

– Nie poznajecie – zamruczał Tur, jakby trochę przestraszony – to przecież Zawisza Czarny.

– Ten, co pogromił Dietricha z Eisensteinu i innych cesarskich rycerzy?

– Musi ten!

Łakomiec pobladł nieco, ale na wycofanie się było już za późno.

– Czarny czy biały, będzie martwy, kiedy z nim skończę. Co, ja gorszy? Łakomiec sum! Konia!

*

Zwodzony most opadł z hurgotem i brzękiem łańcuchów. Rąbnął w podjazd z takim impetem, że aż kary dextrarius cofnął się pół kroku. I wtedy...

Z ciemnej bramy wypadł galopem gniady koń w pełnym rzędzie, z łbem osłoniętym naczółkiem. W siodle siedział rycerz w pancerzu i łebce, z Kościeszą pozbawioną kawałka brzechwy na pawężce.

Warunki boju ustaliły się same. Bez słów, bez czekania napastnik wpadł na most galopem, pochylił kopię, godząc w pierś Zawiszy.

Sulimczyk w ostatniej chwili wyciągnął miecz z pochwy. Atak przyjął w miejscu, nie zdążył wypuścić konia w skok. Z całej siły zbił klingą drzewce w lewo, lecz z równym skutkiem mógłby zastawić się tarczą przed piorunem!

Grot rąbnął go w lewy naramiennik, skruszył żelazo, uderzone ramię zadrgało bólem.

Kopia pękła, rozsypała się w drzazgi, ale Zawisza nie przepuścił okazji. Wychodząc z bocznej zasłony, rąbnął w przelocie mieczem w łebkę Łakomca! Prosto w zasłonę, skośnie, śmiertelnie skutecznie!

Zbroja pękła, przeciwnik pochylił się w tył, spadł z konia na plecy, bokiem, na prawą stronę wierzchowca. Dextrarius powlókł go na strzemieniu, pociągnął między skały i zarośla.

I wtedy Zawisza, z twarzą wykrzywioną bólem, uderzył swojego wierzchowca ostrogami. Kary koń wskoczył na podjazd, kopyta zadudniły po balach.

– Podnosić most! – krzyknął pobladły Tur do pachołków. – Podnooooosić!

Kusznicy stracili głowy, a pachołkowie zbyt późno złapali za kołowrót. Most drgnął, uniósł się może o stopę, ale koń Zawiszy przeskoczył szczelinę, wpadł w ciemną czeluść bramy.

Sulimczyk ciął z siodła pachołka z prawej, rąbnął go mieczem w pierś w przelocie. Szerokim zamachem z lewej zdjął drugiego sługę. Most opadł znowu z hukiem.

– Na zamek! Hyr na nich!

I wtedy wszyscy ci, którzy chyłkiem podążyli za Zawiszą – pachołkowie, ciury, nieliczni strzelcy i pawężnicy ryknęli jednym głosem, a potem rzucili się w stronę mostu i otwartej bramy. W obozie rozbrzmiały trąby.

*

Rozdając ciosy na prawo i lewo, tnąc i tratując czeladź, Zawisza wpadł na dziedziniec Pienin. Nikt nie spodziewał się zbrojnego, który zjawił się jak zwiastun mitycznego chaosu. Zaskoczeni raubritterzy poczęli łapać za broń, wołać czeladź i giermków, murwy – piszczeć i wrzeszczeć, jeńcy zawieszeni w gibbetach – krzyczeć i machać do wybawcy.

Od wschodu, z obozu, biegli już królewscy żołnierze, pierwsi pachołkowie wpadali na zwodzony most, potykając się i tratując w przejściu.

– Opuścić bronę! – ryknął Tur.

Pachołek w barwach Napiwoni skoczył do górnego kołowrotu, wychylił się z ganku.

Błysk, szum, świst – dostał dzidą w pierś, przechylił się i zwalił w dół, wprost pod kopyta konia rycerza z Garbowa. Zawisza osadził wierzchowca, potoczył wzrokiem po wozach, stosach beczek, broni walającej się w błocie.

– Czamboooor! Sam tu! Na śmierć!

– Panie, pomocy! Zmiłowania!

Tam pod ścianą donżonu siedzieli obdarci, brudni ludzie w królewskich barwach. Ręce i głowy mieli w dybach i skrzypkach, a instrumenta owe przywiązane były do ściany grubymi powrozami. Zawisza dopadł ich w trzech krokach, ciął mieczem raz, drugi, pękły konopne sznury.

 

Nikt go nie atakował, nie było czasu. Z rykiem przez bramę wpadała piechota królewska zbrojna w morgensterny, kije, rohatyny i tasaki.

Wrzask i brzęk stali odbiły się od murów Pienin, rozeszły echem po górach. Zawisza wstrzymał szalejącego konia, odchylił się w kulbace, ściągnął munsztuk. Szukał wzrokiem tego jednego jedynego człowieka, którego wyzwał na sądny bój.

I człowiek ten szedł do niego – spokojnie, nierychliwie jak sama śmierć.

Stanął w otwartych drzwiach wielkiego domu, w pancerzu kolczym, z kirysem osłoniętym tuniką z Napiwonią, z obliczem przesłoniętym łebką z opuszczoną zasłoną. Kiedy zstępował po schodach, wielki i ponury, każdy jego krok zdawał się wstrząsać posadami zamku. Zatrzymał się, opuszczając prawą dłoń z długą rycerską maczugą z sześcioma trójkątnymi piórami.

– Który mnie wyzwał? Który?

Zawisza zeskoczył z konia, chwycił miecz, odczepił pawęż z Sulimą. Szedł – sam – bez hełmu, pośród bitewnego zamętu, szczęku stali i wrzasku.

– Na ubitą ziemię.

Borkowic tupnął stopą obutą w żelazny trzewik.

– Twarda jak mur.

– Na śmierć.

– Szkoda będzie cię zabić – mruknął Czambor. – Coraz nas mniej, rycerskich ludzi...

Zeskoczył ze stopni i ruszył.

Czambor uderzył pierwszy – w bok, Sulimczyk osłonił się tarczą, oddał na głowę. Krążyli wokół siebie jak dwa lwy, wypróbowywali się. Zawisza dostrzegł w wycięciach zasłony błyszczące oczy Borkowica. Śledziły go – czujne jak ślepia wilka, paraliżujące wolę niczym wzrok węża.

Szybko jak błyskawica uchylił się przed ciosem zadanym z góry, kopnął Czambora prawą nogą w kolano, ciął mieczem...

Olbrzym poleciał w tył, stracił równowagę, padał na lewą stronę, na rękę z tarczą, usiłując zasłonić się buzdyganem.

Ale Zawisza nie uderzył.

– Poddaj się. Idź na sąd królewski.

Nagle ktoś wpadł z boku na Sulimczyka. Pachołek w barwach Czambora, bez hełmu, ostrzyżony na donicę. Uderzył barkiem, popchnął. Rycerz wzniósł miecz; poniechał w ostatniej chwili – zamiast ostrzem uderzył płazem, lekko, ale wystarczająco, aby głowa chłopaka odskoczyła jak piłka. Zawisza popchnął go tarczą, odrzucił, aż otrok nakrył się nogami, zarył w błocku zalegającym na dziedzińcu.

– Nieeeee!

Czambor poderwał się, uderzył. Zawisza dostał buzdyganem w prawe ramię. Blachy wytrzymały, ale ręka zdrętwiała od ciosu. Czambor poprawił od dołu, Zawisza ledwie sparował tarczą. Borkowic dodał z prawej – na brzuch i wznosząc uzbrojoną rękę, zanurkował pod ostrzem, pochylając głowę.

Zawisza krzyknął, kiedy hełm Czambora uderzył go w napierśnik, a rycerz rozbójnik zmiótł go ze swojej drogi jak szarżujący tur, podrzucił, aż trzewiki Czarnego na chwilę oderwały się od ziemi.

Uderzenie plecami o schody oplatające donżon i wspinające się na mur zwieńczony hurdycjami Sulimczyk odczuł, jakby rąbnął go w plecy oblężniczy taran. Jęknął, wyrżnął raz i drugi głowicą miecza w hełm przeciwnika, zrzucił go z siebie, zgłuszonego. Podparł się, omal nie wypuścił tarczy, zajęczał, ale wstał.

Czambor zerwał się jak zły bies. Wpadł na schody, bił raz, drugi, trzeci... Znad głowy, po zauszku, po boku, pchnął Zawiszę kolcem, który wystawał z przodu buzdyganu. Zmusił przeciwnika, aby ten się cofał. Po schodach. Tyłem. Na pewną śmierć.

Zawiszę uratował niski okap hurdycji. Buzdygan Czambora zawadził o deski i gonty, uwiązł na chwilę, a wtedy Czarny uderzył tarczą, całą siłą naparł na przeciwnika, odepchnął Borkowica w dół schodów.

Czambor stracił równowagę, ale nie padł na wznak. Po prostu runął na kolana, przytrzymując się ściany, skulony, wsparty na stopniach.

Zawisza rąbnął go w hełm, odrąbał jeden róg jeleni z klejnotu na łebce Borkowica, ale wzmocnione blachy wytrzymały. Czambor na chwilę zamarł, osłonił się tarczą.

– Poddaj się! Jeszcze nie jest za późno!

– Żebym zdechł jak ojciec?! W głodowym lochu na Olsztynie?!

I nagle, jakby wstąpiły w niego nowe siły, poderwał się i ruszył na Zawiszę.

Sulimczyk poczuł chłód. Ramiona miał zdrętwiałe i obolałe od ciosów, w głowie zamęt, szum, nogi ślizgały się na mokrym drewnie.

Czambor zasypał go gradem ciosów, walił, aż wióry i szczapy zaczęły odrywać się z tarczy. Zawisza cofał się, usłyszał złowieszczy trzask, deski hurdycji ugięły się pod nim – bale i ściany były zmurszałe od wilgoci, z dawna nienaprawiane, bo i kto odważyłby się szturmować zamek od północy, od stromej przepaści.

Zebrał się w sobie, uderzył, ale w ciasnocie hurdycji nie mógł obrócić mieczem. Ciął z lewej i...

Buzdygan spadł na tarczę z okrutną siłą, rozwalił ją prawie na szczapki. Równocześnie Czambor uderzył kątem tarczy w głowę Zawiszy; rycerz w ostatniej chwili zasłonił się ręką, przyjął cios na nałokcicę.

Lewe ramię zemdlało od ciosów. Czambor uderzył raz jeszcze, wybił mu potrzaskaną tarczę z ręki. Impet odrzucił ją w bok, poleciała na dziedziniec, wpadła w kupę końskiego nawozu, nie rozleciała się tylko dlatego, że była powleczona płótnem...

Czambor uderzał bez litości, teraz Zawisza czuł szyderczą, okrutną przewagę. Zastawiał się mieczem, cofał...

Trzask! Zbutwiała deska załamała się pod jego stopą. Padł na kolano, zasłonił się nałokcicą lewej ręki.

Borkowic zbił własną tarczą jego uzbrojoną prawą dłoń, przycisnął do muru.

I rąbnął buzdyganem po zarękawiu, raz, drugi, aż pióro broni ześliznęło się i skrzesało iskrę na murze!

Miecz wypadł z dłoni Zawiszy. Poleciał w dół, upadł pod nogi walczących.

Sulimczyk ledwie utrzymał się na nogach.

Wszystko waliło się pod nim w proch i pył. Rozleciała się poręcz biegnąca wzdłuż bali wspierających dach hurdycji, pękł na pół bal, o który Zawisza oparł się plecami, z góry posypały się dachówki.

A jednak złapał równowagę, wyrwał nogę z paści, a kiedy Czambor ruszył na niego, po prostu zanurkował pod buzdyganem, uderzył czołem o kirys, złapał Borkowica za bary, siłując się w niedźwiedzim uścisku.

Przez chwilę mocowali się, sapiąc i stękając. I nagle Zawisza wyczuł dłonią okrągłą, smukłą rękojeść u boku przeciwnika.

Gdy Czambor ścisnął go jak w katowskich kleszczach i rąbnął buzdyganem po plecach, Sulimczyk wyszarpnął coś, co okazało się mizerykordią, i pchnął z boku, gdzie kończył się kirys Borkowica. Wraził ostrze z całych sił, przebijając kółeczka cienkiej w tym miejscu kolczugi.

Czambor zawył jak umierający tur. Jego głos wzbił się ponad odgłosy bitwy. Uderzył Zawiszę hełmem w czoło, odepchnął z impetem, osłabionego, ale sam opadł na kolano.

Pokrwawiony Sulimczyk poleciał w tył, zwalił się na deski bokiem.

Zbutwiała podłoga zapadła się z trzaskiem.

Spadł, krzycząc, w ostatniej chwili złapał się za wspornik pod deskami, uchwycił, jęczał; ogromny ciężar zbroi ciągnął go w dół.

Czambor odrzucił zasłonę łebki, zmacał rękojeść puginału koło pachy, pod sercem, wyszarpnął ostrze pokryte czarną krwią. Popatrzył nań i odrzucił, potoczył w koło błędnym spojrzeniem. Z murów widział wszystko, co działo się na dziedzińcu. Polskich rycerzy wpadających przez bramę, wycinających ostatki zamkowych sług. Przypartych do muru, rzucających broń kuszników i pachołków. Giermka nabitego na ostrza dwóch szydeł...

I wreszcie ostrzyżonego na donicę pachołka w barwach Borkowiców, schwytanego przez dwóch zaciężnych, z mizerykordią na gardle.

Zawisza wisiał na Bożej łasce, ledwie trzymał się belki, palce i ramiona przeszywał mu ból i rycerz nadaremnie usiłował znaleźć nogami jakiś punkt podparcia na chropawym murze.

Czambor patrzył, jak pachołkowie z kopii Andrzeja Ciołka z Żelechowa rąbią maszt, na którym powiewała dumna Napiwoń Borkowiców. A potem rzucają go w sam środek błotnistego podwórza.

Przymknął oczy.

Zawisza jęknął i spadł.

I w tejże samej chwili ręka w pancernej rękawicy chwyciła go za okryte blachą przedramię lewej dłoni.

Czambor charczał, ale utrzymał ciężar. Dołączył drugą rękę, wolno jak Syzyf pod ciężkim brzemieniem, jęczał, potem jego ryk wstrząsnął powietrzem.

Wstał, wyciągając Sulimczyka, szarpnął go do siebie i zwalił się na plecy. Zawisza padł obok niego na twarz. Przez chwilę leżeli obok siebie zdyszani.

Krew zatętniła, trysnęła przez rozerwane kółka pancerza Borkowica. Splamiła deski, spłynęła na Zawiszę.

– Może i jestem rozbójnikiem – wycharczał Czambor. – Dawałeś łaskę – podjął po chwili, z trudem łapiąc oddech. – Chcę jej... dla mojego syna. Dla niego nie jest za późno.

Zawisza milczał. Po chwili poważnie kiwnął głową.

– Jest tam. Gedeon będzie ci dobrym giermkiem. Weź go ze sobą, przysięgnij, że weźmiesz.

Uchwycił dłoń Zawiszy i ścisnął jak w imadle.

– Masz moje... słowo – wydyszał Sulimczyk.

– Ratuj go... – Widząc, że jego wróg leży cicho, Czambor dodał: – Nie zostawiaj na pastwę tych psów.

Zawisza podnosił się wolno, jakby każda cząstka jego ciała ważyła sto cetnarów. Szedł, a właściwie wlókł za sobą nogi jak robak przygnieciony odwłok.

Zszedł ze schodów, mało nie spadł.

Na dole dwóch żołdaków szarpało się z pachołkiem, tym samym, który rzucił się na Zawiszę w czasie walki. Rycerz zamachał do nich ręką.

– Puścić go, słyszeliście?!

Zamarli, widząc, kto do nich przemawia, żaden nie ośmielił się sprzeciwić Zawiszy z Garbowa. Uwolniony chłopak skoczył przed siebie, potrącił Sulimczyka, pobiegł na hurdycję. Zawisza widział, jak dopadł umierającego ojca, pochylił się nad nim, a oblicze miał pełne gniewu i rozpaczy.

Zawisza odwrócił się; rozdział księgi jego żywota zwany Czambor Borkowic był już zamknięty.

Podpisany krwią.

Bitwa o zamek była skończona – ludzie Czambora Złego wybici lub wzięci w niewolę. Na dziedzińcu, w szopach, składach i komnatach działy się teraz zwykłe wojackie sceny grabieży i zniszczenia. Ciury i czeladź myszkowali między trupami, rżnąc mieszki i przeszukując ciała, strzelcy i pawężnicy wydzierali sobie łup, który jeszcze chwilę wcześniej przywłaszczyli sobie ludzie Borkowica, rycerze wytaczali z piwnic beczki z miodem i winem, odbijali denka, wetując sobie długie i krwawe oblężenie, pijąc z hełmów, wznosząc pierwsze toasty.

Zawisza pogonił kilku kuszników do wieży, każąc im odwiązywać liny klatek. Pierwsza zjeżdżała ta z Czelejem. Dyszącym, pokrwawionym, wystawiającym poza żelazne pręty blade oblicze.

Zawisza podniósł ciężki buzdygan Czambora. Jednym uderzeniem odbił starą kłódę. Czelej z jękiem rzucił się mu do ręki, ale rycerz wyszarpnął ją.

– Spłaciłem ostatni dług. Możesz teraz odejść na Ruś.

– Ech, panie, ciągle tak mówicie. My już na zawsze. Bo zawsze tak, raz ja was, raz wy mnie.

– Cały jesteś?

– Jeszcze połażę po świecie. Dobrze, że wy żyjecie, panie! Który to już zamek wzięliśmy razem?

– Ostatni, Czelej. Koniec tego wszystkiego. Wracamy.

– A dokąd?

– Do domu. Do Garbowa.

– Wiele razy tak mówiliście. – Sługa poskrobał się po pokrytej bliznami łysej głowie. – Nigdy się wasze słowa nie sprawdziły.

– Zaufaj mi tym razem.

Czelej pokręcił głową, jakby coś wiedział albo przeczuwał. I rzeczywiście, od strony bramy jechał na przysadzistym, włochatym mierzynie jakiś zakonnik. Bezradnie rozglądał się po zamku.

– Posłaniec! Do pana Zawiszy! – krzyczał, wpatrując się w żołnierzy i giermków.

Wszystkie ręce pokazywały na dziedziniec pod wieżą.

Zawisza wyszedł mu naprzeciw. Rozpoznał habit Ordo Fratrum Minorum, franciszkanów, zobaczył popękane bose stopy w sandałach. Mnich skłonił się, zsiadał wolno, stękając; długa podróż dała mu się we znaki.

Braciszek trzymał w ręku pakunek zawinięty w szare płótno. Gdy stanął przed rycerzem, rozwiązywał go drżącymi rękoma, rozplątywał, aż wreszcie odsłonił pękniętą na dwoje tarczę. Był na niej herb Zawiszów – Sulima.

– Wasz brat Kruk, panie...

Zawisza przełknął ślinę i poczuł, że miękną mu nogi. Po całym tym krwawym dniu po raz pierwszy odczuł lęk.

– Czy on...

– Żyje, panie, żyje! Jest w niewoli.

– Co takiego? Do kroćset! Miał siedzieć w Garbowie.

– Wasz brat pojechał na Żmudź.

*

Zawisza Czarny odzyskał głos po długiej chwili. Pomogło zwykłe rycerskie remedium na frasunki. Czelej wcisnął mu do dłoni hełm pełen węgierskiego czerwonego wina. Wyczerpany Sulimczyk opróżnił go duszkiem, jakby to była źródlana woda.

 

– Pojechał na koniec świata? Szukać sławy w pogańskich borach?!

– Jest w krzyżackiej niewoli, panie. W grodzie Wodoksza, u komtura Leopolda von Diebera.

Zawisza wyglądał tak, jakby po prostu zabrakło mu słów. Przeciągnął zakrwawioną ręką po ogorzałym obliczu i poranionej głowie.

Czelej kiwał głową, jakby mówił: wiedziałem! Mnich kulił się, oczekując gniewu. Ale rycerz tylko otarł coś z oblicza – może łzę?

– Boże, czemu mnie karzesz? – rzekł. – Najpierw pachołek, teraz brat. Czymże ja zawiniłem?

– I rzekł Hiob: nago wyszedłem z łona matki – mnich pokiwał głową ze zrozumieniem – i nago tam powrócę.

– Znaliście mojego brata?

Zakonnik ponownie pokiwał głową.

– Zatem – westchnął Zawisza – chodźcie i opowiedzcie mi wszystko. Jak was zwać?

– Peregryn.

Sulimczyk wsparł się na jego ramieniu bez sił.

A nieco dalej na murach Gedeon szlochał i łkał, przyciskając do piersi zimną ojcowską rękę.

Żołnierze pili i wznosili toasty.

Za Zawiszę.