Zawisza. Czarne krzyżeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zawisza. Czarne krzyże
Zawisza. Czarne Krzyże
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,58  62,86 
Zawisza. Czarne Krzyże
Audio
Zawisza. Czarne Krzyże
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
44,90  33,23 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie wezwaliśmy tu was dla szyderstwa, ale żeby po chrześcijańsku podzielić się strawą. Jedzcie, póki ciepłe.

Dieber klasnął w ręce i sługa w czepcu postawił przed Piotrem Krukiem glinianą miskę z polewką piwną. Dobrze pachnącą polewką, dodajmy.

– Jedzcie, nie bójcie się, niezatrute.

Kruk spróbował; drżącą ręką niósł do ust lipową łyżkę, starając się nie uronić ani kropli. Krzyżak przyglądał mu się uważnie. Śledził każdy ruch, nawet nie krzywiąc wzgardliwie warg.

– Mości panie Kruku – powiedział – wszystko to może się w każdej chwili odmienić.

– Nie mam grosiwa na wykup. Zabrałem ostatki na tę wyprawę. Nie liczcie więc, że sypnę za siebie złotem. A co do mojego życia, niewiele jest warte.

– Zakon nie potrzebuje grzywien ani groszy. Są rzeczy cenniejsze, jak dobro i honor. Najcenniejsza i najciekawsza zaś jest prawda. I gdybyście tę prawdę ujawnili, łaska i szczodrobliwość wielkiego mistrza oraz moja byłyby niezmierzone.

– Prawda? Jaka prawda? Wyłóżcie tę sprawę jaśniej.

– Prawda o waszych czynach i postępkach na Żmudzi. Gdybyście udali się do Malborka ze mną i poświadczyli przed skrybami naszej świętej matki zakonu oraz w obecności świadków duchownych, szlacheckich i rycerskich prawdę o tym, że jako polski rycerz za wiedzą i błogosławieństwem waszego króla pomagacie poganom... Wtedy rozmowy i dyskursy o wypłacie okupu byłyby całkiem zbyteczne.

– Po pierwsze nie będę waszymi kłamliwymi ustami. Po drugie nie przybyłem tu na niczyje polecenie, zwłaszcza króla Jagiełły. Powiem więcej: nasz pan surowo zakazał takich rejz. Jestem więc nawet we własnej ojczyźnie banitą.

– Chcecie więc sczeznąć w jamie? Mając za towarzyszy do konwersacji szczury, przygłupiego Francika i żmudzkich borowych ludzi, których wrzucamy tam, zanim zadyndają na stryczku?

– Chcę wam tylko jasno wyłożyć, że nie wezmę udziału w waszych jasełkach. Pojmaliście niewłaściwego człowieka. Mój brat zwany Zawiszą Czarnym zna się o niebo lepiej na polityce ode mnie. Ja jestem prostym rycerzem. Za siebie mogę dać trzydzieści grzywien. O ile puścicie na słowo albo pozwolicie wysłać sługę po okup.

– Kto pomaga poganom, sam staje się wyklętym spod opieki Kościoła. Wyklętym i ekskomunikowanym, więc jego słowo znaczy tyle samo, co dym.

– Czego bronicie tych... tych Żmudzinów? – zerwał się z ławy zakonny półbrat, coś zły i rozedrgany. – Myślicie zostać... bohaterem? Jak Roland? Artur? To złe i brutalne zwierzęta. Za dwadzieścia, za sto lat nikt nie będzie o was pamiętał, zwłaszcza oni! Przeciwnie, będą wściekli, że pomagał im jakiś polski pan!

– Sto lat? A co po owych latach zostanie z waszego zakonu? To pewne, że czas wyleczy zadane przez niego rany...

– Hej, pan Kruk wychodzi! – klasnął w dłonie Dieber.

Niemcy nie dali mu nawet skończyć polewki. Zdołał tylko łokciem zdzielić jednego z knechtów w bok. Niestety, zaraz potem drugi uderzył go w głowę, z lewej strony, w to samo fatalne miejsce, w które cios już raz pozbawił go zmysłów. Tak było i teraz. Wlekli go z izby na majdan, potem do jamy przy palisadzie, zrzucili twarzą w błoto; zimno, o dziwo, było ulgą dla jego rozgorączkowanej głowy. Drewniana krata opadła z chrzęstem, jeszcze kilka kroków... i znowu mógł spocząć na słomie i czekać, aż świat powróci do niego całą mocą barw i dźwięków.

Ale nie był sam. Przekonał się o tym, kiedy przypełznął do kraty i wyjrzał. Usłyszał z lewej gorący, mocny szept. Słowa wypowiedziane po polsku:

– Panie wielmożny, trzymajcie się i juchom Krzyżakom nie wierzcie. W Bogu i Trójcy Przenajświętszej jedyna nadzieja.

– Kto ty jesteś? Nie widzę cię dobrze.

– Ja swój.

– Polak?

– Ja Mazur, z Wizny, od księcia Siemowita.

– Rycerz? Wójt?

– Ja chłop. Poddany pana Dobka z Taczawy. Byłem z nim na rejzie, ale go Krzyżacy zatłukli. Ukrzyżowali, pastwili się. No to zostałem mścić się za pana. I się mściłem, wielu brodaczy zatłukłem toporem.

– Jak cię zwą?

– Jestem Strzałek, ale Krzyżacy mówią na mnie... Strach. Męczą, ale ciągle żyję.

– Myślisz, chłopie, że przeżyjemy?

– Pan Bóg nas nie opuści. Czekajcie, idzie głupi Francik.

Rzeczywiście – ktoś schodził po szczeblach drabiny, którą Krzyżacy nagle opuścili na dół; pachoł w kapturze opadającym na ramiona, z cebrem i drewnianymi miskami pod pachą.

I wtedy Strzałek, znaczy Strach, zaczął podśpiewywać:

Bito Niemce jako cielce

A Niemkinie jako świnie

A Niemczęta – jako psięta!

– Halt die Klappe! – warknął pachołek. – Stulić morda, Strachu. Mało ci jeszcze stemplowania? Teraz na rzyci będziesz krzyż zakonu nosił. Albo pościł przez tydzień!

Nakładał jakiejś potrawy w miski – jedną postawił przed kratą Kruka. Drugą gdzieś z prawej. A trzecią... Strzałkowi wcale nie nałożył, tylko po prostu rzucił jadło łyżką wprost w błoto przed kratami.

A potem odwrócił się przodem do celi, zasapał, rozpiął pas i podciągnął kaftan. Ulżył sobie, a Piotr zobaczył jego paskudne, jak wyciosane ze starego drewna oblicze.

Coś uderzyło w kraty, aż grudy gliny posypały się z powały więzienia Kruka. Spokojny głos powiedział:

– Francik, brodaczu! Spotkamy się na sądzie boskim. Ślubowałem.

Krzyżacki knecht zapiął pas, wzruszył ramionami, roześmiał się; Kruk spojrzał w drewniane naczynie pozostawione przed jego celą i poczuł woń rozgotowanych kapuścianych głąbów; nie cierpiał tego smrodu. Z przykrością stwierdził, że miska była zbyt duża, żeby przeciągnąć ją przez kraty. Brodacze prześcigali się w wymysłach, żeby jak najbardziej umilić mu pobyt w jamie.

A kiedy spojrzał przez kraty w lewo, zobaczył wyciągającą się przez drewniane pręty rękę Stracha. Potężną i... ozdobioną świeżym piętnem krzyża wypalonym na wierzchu dłoni. Nie chciał nawet myśleć, jak wyglądała reszta ciała więźnia.

*

Ruszyli na siebie z impetem, z miejsca wchodząc w galop, bodąc bojowe konie ostrogami, aby pędziły po obu stronach niskiej przegrody. Jeden w pięknej, błyszczącej białej zbroi, drugi w „czarnej”, starszego typu, skrywającej pod ciemnym aksamitem nieregularne płaty na piersi. Pierwszy na wierzchowcu w karmazynowym kropierzu, drugi na rumaku okrytym wyszywaną w czerwono-czarno-żółte tarcze kapą. Gonitwę zaczynali odchyleni w siodłach do tyłu, turniejowe kopie mieli uniesione skośnie w górę; w połowie drogi, unoszeni, podrzucani końskim biegiem, wyprostowali się, opuszczając drzewce i kierując je na lewo przez wycięte w tarczy półkole, prosto w sylwetkę nadciągającego przeciwnika.

Chwila, jak mgnienie oka! Zderzyli się wreszcie. Rycerz z Grzymałą na tarczy, ten w białej zbroi, uderzył prosto w pawęż przeciwnika, zmieniając lite drzewce w deszcz drzazg. Jednak nawet nie zachwiał czarnym wojownikiem. W tej samej chwili dostał mordercze pchnięcie w lewy obojczyk, nad zbawczym puklerzem. To wytrąciło go z rytmu, wyleciał w tył, wyrzucając opancerzone nogi w górę, jakby kopia zatrzymała go w miejscu. Padł ciężko na ziemię, koń popędził aż do końca bariery, a potem jakby wstąpił w niego diabeł – pomknął w bok, unikając wyciągających się po wodze rąk pachołków, rzucił gniewnie głową i pomknął z łoskotem wzdłuż szranków, jakby nie chciał zrezygnować z odzyskanej wolności.

Tymczasem czarny rycerz dojechał do końca placu, zatrzymał się, nie patrząc wcale na przeciwnika, którego podnosili z ziemi giermkowie. Odrzucił złomek kopii – leniwym, aczkolwiek charakterystycznym ruchem. Podjechał kłusem pod podwyższenie, gdzie obok gospodarza turnieju – kasztelana Spytka z Melsztyna zwanego wtórym – zasiadały damy i panny zaproszone na turniej i wydające werdykty.

Kiedy zdjął łebkę zdobioną czarnymi skrzydłami, ukazując blade oblicze i czarne włosy, najpierw zawyło zgromadzone pospólstwo, potem zaczęli podrywać się goście, zaczynając od prostych – zaproszonych może przez przypadek – szaraczków, a skończywszy na wielmożnych i jaśnie wielmożnych.

Kruk, stojący w rogu, spuścił głowę i milczał, jakby nie udzielała mu się powszechna wesołość...

Dużo później, kiedy siedzieli w Garbowie na piętrze wieży przy stole zastawionym czarkami z węgierskim winem, oblicze Piotra było równie ponure.

– Wiesz, dlaczego wygrywam, powalam wrogów, jestem na ustach wszystkich? – perorował Zawisza Czarny, rozkładając ramiona, jakby pokazywał, że jest mu za ciasno na szczupłej ojcowiźnie: Garbowie i cząstkach Szymunowa, Winiar oraz działach, rolach i spłachciach w Dołach i Nowej Wsi. – Wcale nie dlatego, że ojciec nauczył mnie dobrze dosiadać konia, celnie bić kopią i godzić mieczem. Wygrywam, bo kochają mnie tłumy. Od prostych kmieci i niewiast po możne panie, rycerskie córki, po tych wszystkich wojskich, pisarzy, kasztelanów i wojewodów. Gest, mój bracie! Gest jest wszystkim.

– Zatem dlaczego szukasz szczęścia u boku margrabiego Prokopa z Moraw? Już nie starcza ci Sandomierz, Małopolska i Kraków?

– Co ty wiesz o wielkim świecie – zaperzył się Zawisza Czarny. – W Krakowie, w Poznaniu wszystkie godności są już rozdane, a wolne role i pustki nadane. Morawy, Czechy, Siedmiogród, o, to są dobre ziemie. A jeśli nawet nie zdobędę nadania, to przywiozę z tej wyprawy sakwy dukatów.

– Podczas gdy mnie pozostawiasz... gołą rolę. Wypędzanie kmieci za sochą, utarczki z włodarzami i karbowym, pobieranie dziesięciny i pogawędki z plebanem, w którego głowie rozsądek ma równie wygodne pomieszczenie, co świeca pod gasidłem.

– Przywiozę ci twój własny poczet rycerski, bracie. W sakwach, w złocie, w praskich groszach. W grzywnach. Kiedy wrócę, będziesz wyglądał godniej niż syn kasztelana.

– A jak przegracie, przyjedziesz na jednym koniu, płacząc i liżąc rany? I wtedy powiesz: „Bracie, bądź tak miły, zajrzyj do szkatuły”. A ja znów będę musiał wspomagać cię brzęczącą monetą?

 

– Wtedy w ogóle nie wrócę. U mnie albo z tarczą, albo na tarczy. Wreszcie będziesz mógł pisać się jedynym panem na Garbowie i innych naszych wioskach, które pan ojciec pozastawiał i uszczuplił. Nie życzysz mi dobrej drogi?

– Życzę. – Kruk wstał i uniósł czarkę z winem. – Jedź z Bogiem i wróć szczęśliwy.

Wypili, objęli się, poklepali. Piotr odprowadził starszego brata aż na sam dół, po schodach na dziedziniec, gdzie czekał już wóz zaprzężony w dwie chude szkapy, dwóch ponurych pachołków, młody woźnica i rycerski koń – dextrarius, kupiony za dziesięć grzywien od Josta Pałuki, znanego w całym województwie właściciela stadniny. Kiedy Kruk szedł skryty w cieniu potężnych pleców brata, poczuł nagłą chęć, by zdzielić Czarnego okutą lagą – znakiem starszeństwa we wsi – którą się podpierał. Ciekaw był, czy tamten dałby mu radę nawet nie na miecze, ale na zwykłe kije.

Powstrzymał się, bo pachołkowie na nich patrzyli. Przymknął oczy...

– Wino, panie, przednie komtur przysłał!

Kruk podniósł powieki i zobaczył Francika, który przez kraty podawał mu gliniany kubek. Wyciągnął rękę, przyjął naczynie i...

Płyn śmierdział wstrętnie moczem. Rycerzem aż zatrzęsło.

– Wino! Pijcie mazowieckie wino! – skrzeczał Niemiec. – A tutaj – postawił przed kratą miskę z gotowanym łbem owcy – wasze polskie komunikanty. Prosto z katedry w Krakowie!

Zawisza chlusnął szczynami przez kraty, ale nie trafił pachołka, który umknął zręcznie w bok; widać niejeden raz dziękowano mu w ten sposób za usługi.

– Franciiiik! – rozległ się ryk Stracha z celi obok. – Słuchaj mnie, kpie. Nie uciekaj! W gnojowicy tonął będziesz! W łajnie! Kiedy już się spotkamy w polu... Obiecuję sobie i ślubuję!

Piotr słyszał tylko oddalający się wstrętny śmiech zakonnego sługi. W błocie przed celą Mazura leżał dzisiaj z kolei stary, stęchły solony śledź.

*

Francik uprzyjemniał życie więźniom na swój złośliwy, poniżający sposób i Kruk przestał dziwić się Strachowi, który za każdym razem zapowiadał, jak będzie dozorcę topił, kruszył mu kości albo ćwiartował żywcem. Na dłuższą metę pachołek wzbudzał gniew, który z trudem powstrzymywały dębowe, okute żelazem kraty jamy. Dwa dni prawie nie dawał im pić, szczał do glinianych kubków i dzbanów, a czystą wodę wylewał przed kratami celi rycerza. Pić! Straszne pragnienie szarpało gardło i trzewia. Kruk był zresztą pewien, że na zadawanie jeńcom takich męczarni strażnik musiał mieć pozwolenie od komtura. A jednak chybił celu. Drugiego dnia lunął bowiem deszcz; zimny, siekący w oczy, przedwiosenny. Powitali go jak zbawienie – wyciągali przez kraty złączone dłonie, łapali krople spękanymi wargami. Wystawiali drewniane miski. Woda...

Jeszcze tego samego dnia zabrali go do komtura – wyciągając z jamy po trzeszczących drabinach, prowadząc pod eskortą do ciepłej izby. Tym razem jednak jeść mu nie dali. Leopold von Dieber spoglądał nań zza stołu tęsknym i złośliwym wzrokiem, z boku zaś przy pulpicie przycupnął zakonny skryba w okrągłej futrzanej czapce, przycinający nożykiem końcówkę gęsiego pióra.

Kruk zwalił się na ławę i nic nie mówił, nie chciało mu się. Rozmowę zagaił komtur, tym razem nie kpił już ani nie stroił żartów z więźnia. Może mu się znudziło?

– Panie Piotrze, wy przecież macie brata...

– Nawet dwóch, Jana i Zawiszę.

– Idzie mi o tego ostatniego, o Zawiszę zwanego Czarnym. To możny rycerz, prawda?

– Tak samo bogaty jak ja. Braterski niedział. Chudopacholska fortuna. Powtarzam, nie dam za siebie więcej niż trzydzieści grzywien.

– Wasz brat Zawisza Czarny służy u króla Węgier Zygmunta Luksemburczyka?

– Podobnie jak nasz ojciec Mikołaj, który poległ pod Nikopolis dwanaście lat temu.

– Jednak Zawisza wkradł się w łaski króla. To znaczny szlachcic. Napiszecie do niego list.

Kruk zaczął się śmiać cicho, ale gorzko.

– Nic nie napiszę.

– Nie musicie sami, ot, widzicie, wezwałem skrybę. Starczy wasz podpis, przyłożenie palca albo pieczęci.

Kruk śmiał się ciągle i kręcił głową.

– Brat nie da za moją głowę złamanego denara. Nie żyliśmy i nie rozstaliśmy się w zgodzie.

– Jednak zapewne poruszy go, że Piotr Kruk, jego krew z krwi, pokutuje za przejście na stronę pogan.

– Zawisza tu nie przyjedzie, nie ma po co. On szuka sławy na dworze, wśród gładkich książąt i miłych mów, a nie w litewskich borach.

– Przekonamy się, gdy podyktujecie list. Hassel ubierze go w piękne słowa, jeśli brak wam polotu. Czyżbym proponował coś niegodziwego? Będzie wam chyba lepiej, jeśli brat przyjedzie i zaopiekuje się wami.

– Zawiszy Czarnego w to nie wciągajcie. Nie jego rzecz. Dlatego nie będzie żadnego listu!

Kruk, choć osłabiony, zerwał się z ławy, kopnął z pasją pulpit do pisania, obalając go razem z zakonnym pisarzyną, glinianą czarką inkaustu i gotowymi pękami piór. Niewiele więcej zdołał zrobić, bo zaraz dopadli go knechci. Wystarczył cios pałką, by wynędzniały Kruk padł na podłogę; zwalił się, aż zadudniło, i leżał bez sił i życia.

– Do jamy z nim! – zakrzyknął komtur.

Powlekli jęczącego, bladego rycerza do drzwi. Leopold zasiadł znowu na ławie, patrząc, jak z boku zbiera się na nogi i wstaje pojękujący Hassel.

– Nos mi... Nos mi złamał, psi syn! – wyjęczał skryba; krew skapywała spomiędzy przyciśniętych do twarzy rąk.

Komtur nie patrzył już na niego, zatarł ręce, bo coś sobie przypomniał. Sięgnął za siebie i podniósł złamany na pół puklerz Kruka.

– Ma rację. Nie będzie żadnego listu. Bo i nie trzeba – mruknął sam do siebie. – Wystarczy zła nowina. I szybki posłaniec.

*

Czekali w małym, zrujnowanym kamiennym kościele pod Gracanicą, w górach. Obaj wysłannicy węgierskiego króla – Ścibor ze Ściborzyc i hrabia Waclav z Rozemberka, główny herold królewski – Jencz von Watzenrode i dwóch dworzan o trefionych długich włosach wymykających się spod kołpaków.

– Przyjechali – powiedział głucho Czelej, krępy, brodaty człowiek w skórzni, który wyglądał za ledwie przymknięte poszczerbione wierzeje świątyni.

– Ilu? – zapytał Jencz Watzenrode.

– Trzech. Jeden pachołek.

– Ale kto przyjechał, głupcze?!

– O i połuczył ja żopu za służbę. To jest sam Matej, bez hełmu, na siwym koniu. Przyjechał też Dragan i jeden ich sługa.

– Jak było ustalone. Rozwierajcie wrota!

Na zewnątrz rozległ się łoskot kopyt, słyszeli chrapanie wierzchowca, stuk i chrzęst kamieni. Kroki zbliżały się, lecz Czelej, nie czekając, aż goście załomotają w bramę, otworzył je, wpuszczając więcej światła do świątyni.

Do progu podchodziło dwóch mężczyzn. Jeden wysoki, szczupły, w białej zbroi, bez hełmu, zamiast niego na głowie zawiązaną miał chustę chroniącą przed słońcem. Towarzyszył mu śniady wielmoża w kołpaku i brygantynie. Trzymał w ręku krótką włócznię z zatkniętą białą chorągwią.

Pierwszy pokłonił się, powiódł oczami po zniszczonym wnętrzu świątyni, którą zdążyli już ograbić krzyżowcy, po porąbanych ławach, ołtarzu i popękanych carskich wrotach, przed którymi oczekiwali wysłannicy Luksemburczyka.

– Jestem Matej, poseł króla Stefana Twertka, z woli Boga pana całej Bośni, Syrbii i Dalmacji. A to kanclerz Dragan. Przychodzimy w pokoju na rozmowy, których chciał wasz pan, król Węgier Zygmunt Luksemburski.

– Jest was więcej, szlachetni panowie – odezwał się Dragan. – Miało być dwóch posłów i w takiej samej liczbie przyjechaliśmy.

– Czyżbyście wątpili w szlachetne intencje naszego najjaśniejszego pana Zygmunta, władcy Węgier, Chorwacji, Ramy, Galicji, Lodomerii, Kumanii i Bułgarii, margrabiego Brandenburgii?

– Wątpimy i nie wierzymy mu, panie hrabio. Zbyt często działania waszego króla okazują się zdradliwe i podstępne. Kim są ci ludzie?

– Nie poznajecie posła królewskiego pana Ścibora ze Ściborzyc?

– Jest on mi znajomy – powiedział Matej. – Ale pozostali nie. Zwłaszcza ci dziwnie ubrani.

– My, zacny panie – odezwał się milczący dotąd herold Jencz von Watzenrode – jesteśmy tutaj w sprawie prywatnej, która w tym względzie ma pierwszeństwo przed polityką, dotyczy bowiem honoru i wiary.

– Nie rozumiem. Wytłumacz mi to jak zwykłemu człekowi.

– Pewien rycerz, którego oblicze jest skryte, wyzywa cię do walki. Rozstrzygniemy to przed rozmowami.

– Do walki? Jestem posłem! – Rozbiegany wzrok Mateja błądził gdzieś między Ściborem, Waclavem z Rozemberka i Jenczem. – Nie będę się bił! Co to ma znaczyć?

– To, że jesteś wyzwany! Patrz! – zagrzmiał herold.

Na jego znak jeden z dworzan otworzył szeroko carskie wrota na poszczerbionym, pełnym dziur i zbezczeszczonym ikonostasie. Wyszedł spoza nich potężny rycerz w czarnej zbroi i hełmie z zasłoną opuszczoną na oblicze.

– Ite nunc est pugna[1] – wykrzyknął i ciągnął po łacinie: – Obraziłeś mnie, Mateju, mężu księżniczki Dragi, córki króla Twertka zwanego wtórym. Obrażałeś mnie wielokrotnie, nazywając luksemburskim psem, sługą i hyclem, że aż powtórzę: Tu es vocavit me canis, servus et... hyczel!

– Nic nie rozumiem! – krzyczał po bośniacku Matej. – Czego on chce, pierwszy raz go widzę!

– Dlatego – kończył rycerz trochę zepsutą łaciną – wyzywam cię na rycerski sąd ostateczny, w bój na śmierć i życie, na miecze, topory albo kopie, tu, zaraz, poza poświęconą ziemią.

– To podstęp! – wybełkotał Matej. – Pułapka! Kim on w ogóle jest?! Niech zdejmie hełm, pokaże oblicze! Przekażcie mu, że jestem posłem.

– Słyszeliście, panie – zagrzmiał po łacinie Jencz, który doskonale znał język Mateja i Turtka. – Haec miles vocat te hyczel[2]. W swojej pogańskiej mowie!

– Kłamiesz, Jencz! Tłumacz dobrze, co mówię! On mnie nie rozumie.

Chciał się cofnąć, ale z tyłu czuwali już Czelej i dwóch innych pachołków.

– To jest rycerskie wyzwanie, Bośniaku. Gdybyś znał opowieści o królu Arturze, przypomniałbyś sobie romans o panu Gawenie i Czarnym Rycerzu, który przybył z wyzwaniem na dwór w Camelocie... – odezwał się jeden z dworzan.

– Z wyzwaniem, któremu nie można było odmówić! – uzupełnił drugi. – Jesteście niewykształconym prostakiem z obory, jeśli tego nie rozumiecie!

Matej zerknął w tył, a kiedy się odwrócił, dostał w twarz ciężką płytową rękawicą. Zadygotał, ręka chwyciła za miecz, zacisnęła się na okrągłej głowicy.

– Stawaj! – wycharczał czarny rycerz spoza zasłony. – Niech to wszystko się skończy.

– Puszczajcie, wy psy niewierne! – krzyknął Dragan. – Przecież trzymam białą flagę. Nie poznajecie?

Nieznajomy rycerz rzucił się na Mateja jak wściekły, uderzył go tarczą w pierś, popchnął, aż zwalił posła z nóg. Kopał go raz za razem z wściekłością, popychając w stronę drzwi. Nikt go nie powstrzymywał. Jencz von Watzenrode stał, jakby nie widział tego wszystkiego. Lecz kiedy Dragan cisnął precz włócznię z białą szmatą i chwycił za miecz, nagle usadziły go w miejscu cztery ramiona.

– Chcesz się bić – wykrztusił Matej – to na zewnątrz, nie w świętej cerkwi!

Przeciwnik odstąpił, a wtedy Bośniak zerwał się z trudem, wstał z okrwawionym obliczem. Jedna chwila – miał już miecz w ręku, czekał na rozstawionych szeroko nogach.

– Chrystus mi świadkiem i Bogurodzica przeczysta! Umieram niewinnie!

Był piękny, słoneczny, choć zimny górski dzień. Dokoła kamiennej cerkwi wznosiły się jak blanki pofalowane, oszronione i ośnieżone szczyty gór. Czarny rycerz spadł na niego jak burza. Prawda, nie był podstępny – widząc, że Matej nie ma tarczy, odrzucił swoją i ujął oburącz bękarci miecz. Bośniak ciął pierwszy, z lewej, w pierś, przeciwnik odbił, zripostował pchnięciem, osaczył przeciwnika błyszczącymi kręgami ciosów.

Czarny bił jak bies, jak diabeł; od razu, od pierwszych chwil dała się zauważyć przewaga jego siły i zręczności. Raz, dwa, trzy ciosy i tnie Mateja w ramię, zbroja paruje uderzenie, ale ręka zwisa bezwładnie! Kolejne cięcie i wypada miecz. Następny – rzuca obitego i zakrwawionego Bośniaka na kamienistą ziemię pod cerkwią.

I wreszcie napastnik pochyla się nad nim, dysząc, przykłada ostrze do szyi.

– Odsłoń oblicze, obcy! – jęknął Matej. – Niech wiem, kogo przeklinać w piekle albo oskarżyć w niebie!

 

Wróg nie pojął, więc pokonany powtórzył prośbę, z trudnością łącząc zlepki łacińskich słów:

– Ostende mihi... faciem tuam[3].

Przeciwnik zrozumiał, podniósł zasłonę na krótką chwilę.

– Zawisza von Garbow – wycharczał Bośniak. – Ty? Za co... Przecież... – składał rozpaczliwie łacińskie słowa, bo wiedział, że wszystko, co powie w swoim języku, będzie zafałszowane. – Ja poseł! Ja tobie uwierzyłem... Mówili wszyscy... Zawisza gwarantuje nam bezpieczeństwo. Polegaj na jego słowie. A ty... zdradziłeś. Zmiłuj się, Chrysta Boga Rodzicielko...

Czarny podniósł miecz i pchnął – przez obojczyk, w szyję, w głąb piersi przeciwnika. Tak szybko, jakby ciskał błyskawicę. Matej zadygotał, zadławił się krwią. Uchwycił lewą ręką nagie ostrze, a prawą, zakrwawioną, podniósł wyżej, ku pochylonej nad nim łebce przeciwnika. Zaznaczył niezdarny krzyż...

Z chrzęstem czarny rycerz wyrwał miecz. Stał nad pokonanym królewskim zięciem jak sama śmierć. Milczący, oddychający ciężko wróg umierał w drgawkach.

Wojownik obrócił się, podszedł wolno do Jencza von Watzenrodego, spoglądał mu w oblicze przez czarne szczeliny zasłony.

Nagle uchwycił za połę jopuli herolda. Poderwał ją, jakby tamten był tylko dziewką – wojennym łupem – która zaraz ulegnie zwycięzcy. Szerokim zamachem wytarł miecz z posoki o materiał.

– Krew jego spadnie na twoją głowę, Jencz – powiedział zdyszany. – To miał być uczciwy pojedynek, a on... przyszedł jako poseł. Nie tak się umawialiśmy.

– Taka była wola króla!

– Luksemburczyk wystawił mnie do wiatru. Kłamałeś, mówiąc, że Matej obraża mnie przy posłach.

– Jest także twoim panem, gdybyś zapomniał – powiedział blady i wściekły herold. – Jednak dla wspólnej sprawy... zapomnijmy o waśniach.

– Nie miał honorowej walki ani dobrej śmierci. – Zawisza obejrzał się na ciało Mateja. – Sprawcie mu zatem chociaż zacny pogrzeb.

Czarny rycerz wsunął miecz do pochwy i ruszył do wyjścia.

– Dokąd idziesz? Jeszcze nie skończyliśmy!

– Idę... do króla. Wyjaśnić to wszystko. Znajdziecie mnie w obozie. Czelej! Za mną!

Odchodził, pozostawiając pokrwawione ciało posła w kałuży krwi. I zgiętego nad nim wpół Dragana. Kiedy dosiadł konia, obrócił się jeszcze do dworzan Luksemburczyka.

– Hej, wy, do was mówię, drągale. Co tak patrzycie? Chcę wam powiedzieć, że... czytaliście Chretiena nie od tej strony, co trzeba. Na dwór Artura przybył Zielony Rycerz, nie Czarny. Czarny to... śmierć.

Obrócił konia, aż ciężki dextrarius uderzył kopytami w kamyki i żwir, a potem odjechał, jakby się paliło.

*

Namiot w obozowisku pod zamkiem Doboj był jak azyl, niczym klasztorne schronienie dla uciekającego złoczyńcy. Pierwsze, co Zawisza uczynił, gdy znalazł się w środku – to zdjął i odrzucił hełm, odsłaniając szczupłą, śniadą twarz bez brody i wąsów, z włosami podgolonymi na skroniach i z tyłu, nad karkiem, na burgundzką i francuską modłę. Miał przenikliwe, nieco szydercze oczy.

Czelej krzątał się, rozpinając i zdejmując nakarczek, obojczyk, opachy, a potem odpinając naramienniki od kirysa. I jak zwykle narzekał.

– Oj, trzyma jako gamratka pijanego gacha!

– Zawiszo...

W wejściu do namiotu tłoczyli się dobrze znajomi polscy rycerze. Skarbek z Góry z brodą jak łopata, w błyszczącej bajdanie. Wąsaty i ogorzały na obliczu Dobiesław Puchała, zza którego wychylał się wyniosły Farurej.

– Przyszliście mnie sądzić? – zapytał głucho Zawisza. – To była... – machnął ręką – moja wina. Zwiedli mnie Jencz i Luksemburski.

– Pan Bóg najlepiej osądzi cię w dzień ostateczny – mruknął Farurej – ale twój postępek zapisany będzie już na zawsze w annałach.

– Kroniki spisują skrybowie. Zawsze zależni od książąt i możnych. Sto lat minie i nie dojdziesz, czy bohaterowie byli tchórzami, a mędrcy głupcami – mruknął Zawisza.

– My jednak, wolni ludzie, nie musimy być niewolnikami książąt i suwerenów.

– Czegóż chcecie? Matej stawał mi twarzą w twarz. Wygrał lepszy.

– To nie takie proste – pokręcił głową Skarbek. – Ubiłeś posła. Z białą flagą. Zabiłeś na rozkaz Luksemburczyka, z polecenia gracza, który w turniejach wygrywa tylko wtedy, kiedy przeciwnikowi podpiłują kopie.

– Żeby tylko kopie – prychnął Farurej. – Koniowi rywala musieliby przywiązać łańcuch do nogi, żeby nie sięgnął go kopią.

– Nie wiedziałem, że Matej był posłem. Okłamali mnie ludzie Luksemburczyka. Jego grzech! Inaczej tłumaczyli jego słowa. Siadajcie. Czelej, nalej wina.

– Postoimy. Nie jesteśmy spragnieni.

– Przyszliśmy powiedzieć ci, że wyjeżdżamy.

Zawisza Czarny omal nie usiadł, zachwiał się na nogach z wrażenia. Uwolnioną od żelaza ręką przetarł oczy i policzek.

– Wyjeżdżacie? Jak, skąd? Dlaczego? I gdzie?

– Wracamy do Polski – powiedział Skarbek. – Nasz pan, król Władysław, przysłał nam posłanie przez kniazia Jamonta. Chce, żebyśmy zebrali nasze kopie i wspomogli go w górach.

– Co tam się stało?

– Jakiś rycerz rozbójnik zajął zamek Pieniny razem z innymi stronnikami Luksemburczyka. Król boi się, żeby nie wynikło z tego dalsze wzburzenie. Albo jawny bunt, konfederacja jak Macieja Borkowica.

– Tym bardziej – uzupełnił Farurej – że wszystkie miecze i kopie potrzebne będą wkrótce na Krzyżaków.

– Więc już zadecydowaliście? Jedziecie?

– A ty z nami. Mamy dość knowań Luksemburczyka, jego podstępów, krwi, którą niewinnie przelewa. Jego złości i podstępnej nienawiści przeciw Królestwu Polskiemu. Drugi już raz jesteśmy na krucjacie. Przeciwko komu? Turkom? Nie, bo on przed nimi uciekł pod Nikopolis. Tatarom? Innym barbarzyńcom? Zabijamy dzieci i niewiasty z Bośni, bo on popiera jednego małego króla przeciwko drugiemu. A to są przecież chrześcijanie, co z tego, że nie uznają papieża? Zresztą którego niby mieliby uznawać? Więc jedziesz czy nie, Zawiszo?

– Czego wy wiecznie chcecie od Krzyżaków? Każdy w koło jedno i to samo: święta wojna, taka sama zapiekła nienawiść po obu stronach. Tylko że ich nie pokonamy. Nie dali rady jeszcze ojcowie za króla Łokietka.

– Jedź z nami. Rzuć politykę i dwór – mruczał Farurej. – Wracaj do Polski. Tam jest twój dom.

– Ale wy nie wracacie do nędzy. Zapomniałeś dodać, że tam są wasze dzierżawy, wioski, tenuty. Wy, panie Skarbek, macie wuja biskupa, posłuch na dworze, miasteczka, zamki i grody. A ja? Lichy zagon w Garbowie, brata, który tam został, żeby pilnować majątku, bo nie stać go na poczet. A drugi brat, też niebogaty, ledwie spłacony, nie chce nas znać, bo twierdzi, że odsunęliśmy go od udziału.

– Więc nie jedziesz?

– Wam łatwo, mnie trudno. Pewnie będę żałował, ale wcześniej muszę rozliczyć się z Luksemburczykiem jak z pachciarzem!

– To ostatnie słowo?

– Ostańcie z Bogiem. I nie wspominajcie źle. Zostaję.

– Niechaj tak będzie – mruknął Skarbek. – Jednak pamiętaj, że prędzej czy później każdy z nas będzie miał jakieś porachunki i żale do Krzyżaków. Z nimi inaczej się nie da. Mojemu ojcu wykapali oko, a synowca zamorzyli głodem w lochu. Kamienie mu dawali zamiast chleba. Tak było. Modlę się, żeby przyszedł na nich czas, sam już liczę dni od wojny. Sprawił to Henryk von Schwelborn, komtur tucholski. Do końca życia będę pamiętał jego pychę. Ślubowałem upomnieć się o tę krzywdę.

– Zwracając się przeciwko zakonowi, sprowadzicie nieszczęście na królestwo. Krucjatę, jak Stefan Twertko na Bośnię i Dalmację. Ziemia będzie jęczeć, niewiasty płakać. A Krzyżacy zostaną, jak są, żeby dławić nam ujście Wisły.

– Twoje słowa, nie moje. Zostań zatem, żałuj za przeszłe i wypatruj przyszłych... grzechów, które popełnisz w służbie Zygmunta.

*

Tylko dlatego, że zasiadał na obitym aksamitem krześle, Zygmunt Luksemburski, z Bożej łaski król Węgier, Chorwacji, Ramy, Serbii, Galicji i Lodomerii, nie wyglądał na przygniecionego ciężarem korony i obowiązków. Wyciągnąwszy nogi w przód, wysuwał także szyję, pozwalając, by balwierz dworski kunsztownie strzygł mu długą brodę.