Zawisza. Czarne krzyżeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zawisza. Czarne krzyże
Zawisza. Czarne Krzyże
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 78,58  62,86 
Zawisza. Czarne Krzyże
Audio
Zawisza. Czarne Krzyże
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
44,90  33,23 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Mapy

Rozdział I. Upadek rycerza

Rozdział II. Giermek

Rozdział III. Ród w ruinie

Rozdział IV. Koło hańby

Rozdział V. Gniew lasu

Rozdział VI. Weselnicy z krzyżami

Rozdział VII. Gonitwa na ostre

Rozdział VIII. Zdrajca

Rozdział IX. Wojna

Rozdział X. Dzień żelaza

Przypisy

Książki Jacka Komudy

Karta redakcyjna

Okładka





Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział I
Upadek rycerza

W kościele Świętego Stanisława w Nowym Mieście Korczynie panował gwar i ruch jak w mrowisku. Biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki rozdzielał dziś szczodrze łaski. Wystawiał upierścienioną dłoń z lektyki, przyjmując pocałunki i hołdy zarówno stronników, jak i tych, którzy talenty polityczne zastąpić musieli giętkimi grzbietami.

Biskup był kapryśny i dumny. Okazywał przychylność lub jej odmawiał, to wysuwając rękę, to cofając – zupełnie jakby mówił: „ty tak, ty nie!”. Wystawił całą dłoń przed usta zgiętego wpół Teodoryka Buczackiego, najwierniejszego poplecznika, aby cofnąć ją przed pochylonym młodym Dersławem z Rytwian, który nie tak dawno zagarnął skarbiec biskupa Jastrzębca. Wysunął ją do Jana Kruszyny z Galowa i Stanisława Ćwikły, obecnie cennych politycznych sojuszników, ale wyszarpnął i pogroził uniesionym palcem Spytkowi z Melsztyna, o którym życzliwi donosili prosto do biskupiego ucha, że sprzyja husytom.

Abrahama ze Zbąszynia, jeszcze gorszego odszczepieńca, stronnicy i poplecznicy w ogóle nie dopuścili do biskupa. Nagle tłoczno zrobiło się bowiem wokół lektyki otoczonej morzem podgolonych na donicę, wąsatych, krzepkich panów okrytych aksamitem i suknem. Jakiegoś biednego kmiecia w siermiędze, który próbował pełznąć do biskupa, zadeptali wręcz kupcy i mieszczanie, cisnący się hurmem i niemal wspinający na plecy szlachetnie urodzonych.

Tylko jeden człowiek nie brał w tym udziału. Wysoki, szczupły, szedł od ołtarza, odziany w aksamitną przeszywanicę z herbem Napiwoń. Młody, śniady, spalony słońcem, roztrącał rycerzy, giermków i pachołków. Wreszcie się zatrzymał.

– Biskupie Zbigniewie! – zawołał. – Zbyszko, spójrz na mnie!

– Jak śmiesz tak mówić do Jego Dostojności! – zagrzmiał sekretarz Oleśnickiego. – Hej, łapcie go, zatrzymajcie!

– Poznajesz mnie, biskupie!? – zakrzyknął młody rycerz. – Mam coś, co przypomni ci naszą znajomość!

Podniósł wysoko tarczę, skrywaną dotąd pod kawałkiem płótna. Tarczę z herbem Sulima, przedstawiającym pół czarnego orła w złotym polu i trzy kamienie w czerwonym polu poniżej. Była porąbana, poszczerbiona – ledwie się trzymała.

Pachołkowie biskupa rzucili się do nieznajomego z wyciągniętymi rękami...

– Stać! – Zatrzymała ich podniesiona prawica Oleśnickiego. Duchowny zmarszczył brwi. – Witaj, Gedeonie – powiedział nieoczekiwanie. – Zmieniłeś się. Tyle lat... A cóż tam chcesz mi pokazać?

– Poznajesz, księże biskupie?! – zawołał rycerz. – To jego tarcza! Nasz pan, pod którym służyliśmy, oddał ducha Bogu. Pod Golubaczem, nad Dunajem, trzy niedziele temu. Pamiętasz go jeszcze, dziś, w czasach polityki i zdrady? Wspominasz, czego nas nauczył?

Biskup przymknął oczy. Milczał, a razem z nim strwożeni i zadziwieni dworzanie. Ucichł tłum.

Kiedy dostojnik spojrzał przed siebie, Gedeona już nie było. Wtedy niespodziewanie podniósł się, wyszedł z lektyki, stanął na posadzce kościoła i... uklęknął.

Tłum westchnął i zwalił się na kolana razem z Oleśnickim.

– Będziemy dziś modlić się za duszę największego rycerza, któremu kiedyś służyłem – zaintonował biskup. – Był dzielniejszy na kopie niż ty, Przecławie z Nagłowic, mocniejszy na miecze i topory niźli ty, Bogumile z Taczewa, synu Powały. Miłował mocniej niż Dersław z Rytwian, mówił gładszymi słowy niż wszyscy moi pochlebcy, przydupnicy i samochwalcy! Dziś takich ludzi już nie ma. Módlmy się za Sulimczyka z Garbowa, jedynego, ostatniego, niewzruszonego, jak niezniszczalna jest opoka wiary w jedynego Boga! Wszyscy, teraz, tutaj!

Opuścił powieki, składając dłonie do modlitwy, a oczy jego duszy wróciły do obrazów sprzed dwudziestu lat, do mrocznych puszczy w dalekiej Żmudzi, na krańcu świata. Tam, gdzie zaczęła się jego przygoda, wina i kara...

*

Brzeg Niemna tonął w oparach i mgłach ścielących się nad wodą jak dymy z dogasającego ogniska. Wysoko nad lasami czarne niebo ciął wąski sierp księżyca, blady niczym ofiarne ostrze żmudzkiego guślarza.

Noc wypełniona była skrzypem nienasmarowanych osi, dudnieniem kół, łomotem kopyt. Na brzeg zajeżdżały ciężkie wozy, kolasy i bigi. Wiozły klatki z drewnianych, zbitych na krzyż balików, nitowanych żelaznymi bretnalami. Niskie, włochate konie stawiały nogi szeroko, zapierały się, pochylając łby, jakby ciągnęły ciężar ponad siły. Obok maszerowali zbrojni – krępe chłopy w szarych tunikach na pancerzach, w obłych kapalinach i pruskich hełmach. Na pawężach, które dźwigali, widniały proste czarne krzyże na białym tle.

Wnętrza klatek spowijał mrok i mgła; tylko na prętach widniały blade znamiona: zaciśnięte, drobne, pokryte krwią dłonie.

Tych bladych rąk nie było widać z pagórka na skraju lasu. Samotny rycerz na potężnym kopijniczym koniu spoglądał posępnie na wozy i ich eskortę. Wysoki, smukły, w pełnej krakowskiej zbroi, w szłomie z podniesioną zasłoną wyglądał jak wyniosły, twardy jesion z boru. Na tarczy dzielonej w pas miał Sulimę.

Towarzyszył mu Żmudzin na kosmatym koniu. Rosły, potężny mężczyzna; osłonięty kolczugą, ze zwierciadlaną płytą pancerza na piersi, na głowie nosił pruską pekilhube z zasłoną jak w ruskich szłomach – przesłaniającą całą twarz, z okrutnym uśmiechem podniesionych w górę żelaznych ust.

Za nimi na podjezdkach czekali pachołkowie i giermek w kapalinie. Rycerz ociągał się, patrzył na czarną ścianę lasu, jakby czekał na wsparcie.

Jednak skraj pradawnego żmudzkiego boru był pusty...

Wreszcie się zdecydował. Podniósł rękę na znak i popędził wierzchowca ostrogami. Koń skoczył przed siebie, wybijając ciężki rytm; najpierw kłus, potem trójtakt galopu. Poczet ruszył w chwilę później – śladem rycerza idącego przodem niczym ostrze bojowego klina.

Na brzegu poniżej wzgórza potężny knecht z czarną brodą strzelił batem po dłoniach przeciskających się poprzez pręty kratki. Z wnętrza dobył się pisk i szloch. Na okutym, zakratowanym wozie były dzieci. Brudne, przerażone, ściśnięte jak prosięta wiezione na targ. W szarych i białych świtach, pokrytych brudem i krwią.

– Schnauze, bydlęta!

Kolejnego ciosu już nie zadał... Zatrzymał się na ugiętych nogach, wpatrując się w mgłę, bo nagle usłyszał coś, co było głośniejsze niż skrzyp i klekotanie wozów.

Złowieszczy, zbliżający się grzmot kopyt!

Nagle w oparach zaczerniał wyszczerzony koński pysk, spięty łańcuszkiem munsztuka. Grzywa rozwiana w galopie, a w siodle – rycerz w zbroi! Z trójkątną tarczą na lewym ramieniu, z sulicą przerzuconą przez przedni łęk!

Knecht nie zdążył nawet pisnąć. Rycerz wpadł nań, ugodził w pierś litewską włócznią, zmiótł z siodła i obalił w błoto!

Podniosły się krzyki, gdy poczet wpadł między wozy, rąbiąc i tratując pawężników, kuszników i zbrojnych. Rycerz, obok niego wojownik w szyderczo wykrzywionej pekilhube i pozostała szóstka konnych przeszli przez karawanę jak furie, które wyrwały się z piekła, pozostawiając po sobie krew i dygocące, wdeptane w piach ciała.

 

Rycerz już zawracał konia, okrzykiwał swoich, by szli za nim, nie dając pardonu.

Więc poszli galopem przez noc i mgłę. Miecze zabrzęczały, tłukąc o hełmy, tarcze i żelazo, pod niebiosa bił wściekły wrzask i jęki rannych.

Pachołkowie z krzyżami ulegli. Tratowani, rąbani, uciekali od wozów, wciskali się pod kolasy, rozbiegali. Rycerz ich nie gonił, przywołał poczet, dłonią w żelaznej rękawicy wskazywał drzwiczki do klatki, zamknięte na solidną kłódkę.

– Panie Wojciechu, żelazem!

Wezwany pachoł już podjeżdżał, osadził konia, zeskoczył z siodła. Dzieciaki na widok obcych poczęły przepychać się, szlochać; w uszy uderzył cienki krzyk rozpaczy. Stary Wojciech pochwycił topór, chciał zamachnąć się, ciąć w kłódkę, ale zawahał się, bo mali więźniowie w błagalnym geście wysuwali ręce przez kraty. Sapiąc, próbował podważyć skobel, ale bezskutecznie.

Wreszcie uderzył toporem w drewniany balik, z którego zrobiona była krata. Przerąbał go, wyłamał, poszerzył rozstęp między drewnianymi prętami. I wtedy... zobaczył po drugiej stronie krat brudnego chłopca o zwichrzonej, pokrytej błotem czuprynie.

Jednak dzieciak nie patrzył na starego sługę. Spoglądał ponad jego ramieniem, na rycerza z Sulimą na piersi. A potem sięgnął wzrokiem dalej, przez mgłę...

– Wojciechu! – krzyczał rycerz. – Na Boga, szybciej!

Opary rzedły, rozwiewały się, bo nadchodził świt – daleko za żmudzkimi borami i trzęsawiskami przedzierała się wolno smuga, czerwona jak krew.

I nagle w mgłach nad Niemnem pojawiła się śmierć.

Dziesiątki, może setka łodzi, szerokich, płaskodennych, wyładowanych zbrojnymi. Na dziobie każdej stał rycerz – zakonny brat w białym płaszczu, z czarnym krzyżem na lewej piersi.

Zgięci wpół knechci napierali na wiosła, aż jęczały dulki. A dalej w rzedniejącym mroku czaiło się coś jeszcze. Złowroga sylweta, wyniosła niczym katedra, wzniesiona na ogromnym płaskim galarze. Drewniany zamek na wodzie, zwieńczony zębatymi blankami!

– Krzyżacy! Cała rzeka! – krzyczał giermek, pokazując na Niemen.

Rycerz drgnął, spojrzał w lewo, zobaczył nadchodzącą nawałę.

– Uwolnijcie ich! – rozkazał. A potem wyrwał giermkowi sulicę z garści, zawrócił konia.

– Panie...

– Zatrzymam ich! Dam wam czas... A ty – Sulimczyk spojrzał na wojownika w pekilhube – chodź za mną!

Tamten ledwie dostrzegalnie skinął głową.

Łodzie już dobijały do piaszczystych łach, krzyżaccy knechci wyskakiwali z krzykiem i pluskiem do wody!

Pomiędzy kapalinami, chybocącymi sulicami i rohatynami przyciągał spojrzenie jeden jedyny siwy koń. Dextrarius stał na tratwie, którą poruszało sześciu wioślarzy, wyniosły, okryty białym zakonnym kropierzem. Dosiadał go jeździec we włoskiej płycie, w hełmie z płaską zasłoną i szerokim nakarczkiem. Kiedy tratwa weszła na płyciznę, spiął ostrogami wierzchowca, ten parsknął, spuścił głowę, nie chciał iść w wodę. Rycerz uderzył drugi, trzeci raz, mocno, brutalnie, aż dextrarius skoczył w przód na płyciznę i przerażony popędził aż na brzeg. Na piasku wyprzedził knechtów i kuszników.

Między wozami podniósł się zgiełk. Chłopiec przeciskał się przez nadkruszone toporem kraty, rwąc koszulinę; złamany pręt pozostawił na jego ramieniu krwawą pręgę. Zamarł, widząc rycerza z Sulimą gnającego na Krzyżaka w białym płaszczu.

Patrzył, jak wpadli na siebie z rozmachem niby rozwścieczone byki. Sulimczyk uderzył włócznią – spod pachy, w sam bok przeciwnika.

Krzyżak zachwiał się w siodle, kiedy konie minęły się w galopie, tak blisko, że zdawać się mogło, iż splączą się munsztukami, ostrogami i rapciami. Ale w ostatniej chwili Sulimczyk uderzył tarczą o pawęż przeciwnika. Wybił go z siodła, rzucił na koński zad, zwalił na ziemię, aż jęknęły blachy zbroi...

...a potem nawrócił konia ku wozom.

Knechci, dotąd pędzący za dowódcą, zanieśli się jednym wielkim wrzaskiem, stanęli w miejscu. Dziesiątki rąk wyciągnęły się do leżącego, ktoś łapał rozszalałego konia, inni tylko spoglądali dookoła.

Na wozie chłopiec obrócił się, wyciągnął ręce do dziewczynki, która przeciskała się przez otwór w kratach wyłamanych przez Wojciecha. Nie zdążył. Z tyłu pojawił się cień, wzniósł się nad nim, czarny i złowieszczy.

Mały więzień zbladł. Rzucił się pod wóz, przepełznął na drugą stronę po piasku i krwi. Ominął charczącego, wypluwającego posokę knechta, przemknął obok kopyt szalejących koni. Zapadł w mrok.

Zobaczył jeszcze, że do Sulimczyka podjeżdża wojownik w szyszaku z wyrzeźbionym okrutnym uśmiechem rozciągającym żelazne usta. Nieznajomy uchwycił przyjacielskim gestem za osłonięte blachami zbroi ramię towarzysza. Wsadził prawą rękę pod naramiennik i...

Coś brzęknęło! Ostrze ze świstem wyskoczyło z rękawa niczym wystrzelone z kuszy. Wbiło się w przeszywanicę Sulimczyka w miejscu nieosłoniętym przez zbroję, sięgnęło ciała!

Rycerz krzyknął, zatrząsł się z bólu.

I wtedy, po tej długiej chwili, uderzyła na nich krzyżacka nawałnica. Sulimczyk dostał w bok hełmu gizarmą, stal wytrzymała, ale trzy pary dłoni chwyciły go za lewą rękę i nogę powyżej trzewika.

W jednej chwili ściągnęli go z konia, obalili na ziemię. Rzucili się nań jak na ociężałego żuka, pokryli niczym szarańcza, poczęli bić, ciąć, kopać i szarpać, jakby wychodziła z nich złość. Złość na śmiałka, który przed chwilą tratował, kłuł i wbijał w błoto ich kamratów.

– Staaać! Staaaać!

Krzyżak już wstał, przyszedł do siebie; przepychał się ku miejscu potyczki, okładając pachołków po łbach i plecach bojowym żelazem. W ręku miał młot z trójgraniastym ostrzem, nieco zagięty do dołu, z obuchem uformowanym na kształt pięści. Przepchał się wreszcie, roztrącił czeladź. A wtedy Sulimczyk w zakrwawionej, powgniatanej zbroi poruszył się, podniósł na łokciu.

Błysk! Krzyżak wzniósł broń do ciosu!

Leżący zastawił się poszczerbioną pawężą...

Młot runął na nią jak głaz. Trzasnęło drewno i żelazo; rysa przemknęła przez herbowe pole.

Krzyżak uderzył jeszcze raz – tarcza nie wytrzymała, pękła, rozszczepiona w połowie.

I jeszcze raz, z zamachu – szłom Sulimczyka wgiął się pod ciosem, rycerz opadł na drogę, legł pod przemożną siłą.

– Brać żywcem! – zakrzyknął Krzyżak.

Biało-bure morze knechtów pokryło leżącego jak jadowite robactwo. Chwyciło, przytrzymało, zdławiło wszelki opór. Zamaskowany jeździec w pekilhube spoglądał na to w milczeniu, nieruchomy jak posąg. Uśmiech zdrady i tryumfu wykrzywiał żelazne oblicze jego maski.

*

Krzyżacka kolasa toczyła się z takim chrzęstem i turkotem, jakby miała zaraz rozlecieć się w drzazgi. Powoził smutny pachołek w obcisłej robie i nasuniętym na oczy kapturze połączonym z pelerynką powycinaną w ząbki. Z boku jechało czterech konnych kuszników w kapalinach i zakonny rycerz. Na kolasie spoczywał blady i pokrwawiony Piotr z Garbowa zwany Krukiem, odarty ze zbroi, obolały, ale z zaciętym obliczem.

Krzyżak zdjął z głowy gładki włoski hełm z szerokim nakarczkiem. Jasne włosy zalśniły w słońcu; w błękitnych oczach patrzących szczerze i prosto czaiły się pogarda i drwina z jeńca.

– Jestem Leopold Koekritz von Dieber, z woli Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego komtur Wodokzen. Powinniście o mnie słyszeć.

– Dzikie i dalekie jest twoje komturstwo – odciął się Kruk. – Równie dobrze ja mógłbym mianować się kasztelanem malborskim.

– Będą o mnie mówić – zawyrokował Krzyżak z miłym uśmiechem – jako o pogromcy Piotra Kruka. Wyście wszak brat sławnego Sulimczyka z Garbowa?

– Zawisza upomni się o moją krzywdę.

Komtur uśmiechnął się tajemniczo. Wjeżdżali na rozstaje dróg w żmudzkiej puszczy. Stała tu karawana wozów i dwukołowych big, przy której krzątali się krzyżaccy knechci i słudzy w kapturach.

– Dokąd mnie wieziecie?

Dieber dał znak podniesioną ręką, aby się zatrzymać. Stanęli przy wozach wyładowanych workami z ziarnem.

– Doprawdy bardzo was lubię, panowie Polacy. Tacy z was miłosierni głupcy, że ze świecą szukać drugich. Ot, proszę, przywozicie zboże dla głodujących pogan. Jezus Chrystus by płakał. A w zbożu... Pokażcie, proszę!

Knechci zrzucali worki z wozu, rozpruwali je dagami. Z wnętrza wysypało się ziarno, pod którym zabłysła stal mieczy, czerniały ręczne kusze bez cięciw.

– Wiem dobrze, że jest was więcej na Żmudzi. Tam, dokąd jedziemy, pogadamy o tych miłosiernych wojownikach. I o zbożu. Ile, dla kogo, jakie są tajne znaki i hasła. Pogawędzimy w cieple.

Kruk zacisnął zęby. Oblicze miał spokojne, ale pod maską obojętności czuł chłód.

Od czoła kolumny narastał tętent kopyt. Nadjeżdżał jeździec w zwierciadlanej zbroi i pekilhube z szerokim uśmiechem wyrzeźbionym na zasłonie zakrywającej oblicze. Kruk nie chciał nawet na niego patrzeć.

– Czas na mnie, komturze – powiedział Żmudzin niskim, chropawym głosem. – Dotrzymałem umowy... – Rozwarł prawą pięść. Nietrudno było domyślić się, co oznacza ten gest.

– Zdrajca! – wycharczał Kruk. – Przeklęty cały twój ród. Oby wymarł, oby zgnił!

– Do końca nie wierzyłem, że go sprzedasz – rzekł von Dieber, nie zwracając uwagi na słowa jeńca, wesoły i niewinny jak młodzieniaszek w katedralnym chórze. – Ale tak, tym razem pan z Garbowa ma rację. Dziś w nocy dopuściłeś się grzechu zdrady. A jak nasz zakon karze zdrajców? Zaraz się dowiesz, bierzcie go!

Pułapka musiała być przygotowana wcześniej, bo strzelcy od razu przystawili kusze do pleców wojownika, dwaj inni chwycili za ręce z prawej i lewej.

Jeździec nie szarpał się. Nie krzyczał. Spojrzał w lewo, spojrzał w prawo, prosto na lśniące groty.

– Wy przeklęci...

– ...zdrajcy? – Dieber uśmiechał się miło jak uniżony sługa, a nie krzyżacki komtur. – Od was się tego nauczyliśmy, poganie. Wczoraj zadałeś cios Krukowi, jutro poderżnąłbyś gardło mnie. Pojutrze wystawiłbyś na hańbę cały nasz zakon.

– Co z nim, panie? – zagadał jeden z knechtów.

– Rzućcie go na drugi wóz – zakomenderował Krzyżak. – Z tobą też pogawędzimy, mój ty dziki Żmudzinie. Razem z Sulimczykiem będzie wam raźniej... I cieplej.

I nagle szarpnął głową, krzyknął, zaświstał przez zaciśnięte zęby.

Miejsce Kruka na wozie było puste. Po prostu zniknął, ranny, pokrwawiony; przecież ledwie się ruszał!

– Staaać! – krzyknął rozpaczliwie Dieber. – Gdzie jeniec? Gdzie ten przeklęty Polak? Gdzie Kruk?!

– Tam, tam, panie! – wskazał jeden z knechtów. – Uchodzi!

– Za nim!

Krzyżacy zaczęli zawracać konie, na ciasnej drodze zawadzali o siebie, przepychali się; trzask, jeden z wałachów kopnął, ktoś mało nie zleciał z ciężkiego siodła, zakotłowało się.

– Dalej! Dalej! – wrzeszczał Dieber.

Kruk uciekał, pokrwawiony, to unosząc, to opuszczając związane z przodu ręce. Biegł truchtem, choć ciemne plamy latały mu przed oczyma. Potem już tylko szedł, półprzytomny, zbolały.

Nie dopadli go. Nie musieli. Nagle od strony wozu dojechał doń w galopie zakonny półbrat w dublecie i tunice z krzyżem jak wielkie T. Nie musiał nawet tratować uciekiniera. W przelocie, mijając go i opryskując roztopionym błotem z resztkami śniegu, po prostu zdzielił styliskiem rohatyny przez plecy. Kruk jęknął, runął. Przez chwilę, leżąc na pokrytej breją drodze, ruszał rękami i nogami, jakby jeszcze chciał pełznąć. Nie starczyło sił.

Z tyłu nadciągała nawałnica, krzyki, pluskanie kopyt na rozmokłym trakcie. Coraz bliższe i... coraz wolniejsze. Zdobycz nie mogła im ujść.

Ludzie w białych płaszczach opadli go ze wszystkich stron, ze złością, z furią zaczęli kopać, tłuc raz za razem, wyładowując gniew za podłą przedwiosenną pogodę, za błoto, za nędzne żmudzkie drogi. Za brak piwa i ciepłej strawy na tej parszywej rejzie.

Na szczęście Piotr z Garbowa zwany Krukiem już tego nie czuł. Odpływał w dawno minione czasy; kolejne wiosny, zimy, lata migały mu przed oczyma jak stronice przewracane w księdze.

Tymczasem zdyszany, wściekły Leopold von Dieber przypadł na koniu do półbrata, który pierwszy powalił Kruka. Oparł rękę na jego ramieniu, pogładził pieszczotliwie.

– Dobra robota, Hans – powiedział. – Ten polski pies gotów był uciec. Jeszcze dobierzemy się do niego w Wodokzen, co, kamracie?

 

Uśmiech Hansa starczył za odpowiedź.

*

Rok Pański tysiąc trzysta osiemdziesiąty dziewiąty to był dobry rok. Pod koniec lata spichrze pękały od zbiorów, wiatr porywał suchy pył z grzbietów skib wzruszonych pługiem i rozbitych radłem. Drzewa stały w płomieniach purpury, wśród liści dopalały się ostatnie blaski słońca.

Cisza; było bezwietrznie, gdy razem ze starszym bratem Zawiszą biegli na łąki, jak najdalej od wieży i gródka. Piotr zwany Krukiem pierwszy, bo nieobciążony żadnym ciężarem, jego towarzysz, dźwigający pod pachą długi zwój, coraz bardziej zostawał z tyłu.

Zatrzymali się zdyszani nad brzegiem rozlewiska. Kruk od razu obejrzał się do tyłu, czy czasem nie wypatrzył ich i nie ściga stary, zrzędliwy Kontrym, wyznaczony przez ojca na piastuna. Nie było nikogo. Tylko drzewa, bydło na pastwiskach, a dalekie niwy przy wsi znaczyły smugi pyłu towarzyszącego orce.

Zawisza wyprostował się dumnie, rozwinął płótno; błysnęło żelazo. Trzymał przed sobą dwa nagie miecze. Długie, błyszczące, zwieńczone kulistymi głowicami i wydłużone w szpic. Z wyraźną bruzdą zbrocza.

– Zabrałeś... panu ojcu? – wydyszał Kruk z mieszaniną strachu i podziwu. – Ale skąd? Z dworzyszcza? Pod okiem Kontryma?

– Dziś walczymy prawdziwą bronią. Zgarnąłem je ze ściany, zostawiłem mu puste pochwy – wypalił Zawisza. – Niedowidzi, ciemięga, pewnie mu się zdaje, że ciągle tam wiszą. Trzymaj, brat!

Miecz przygiął w dół rękę Kruka; o wiele cięższy niż kord, nie wspominając już o drewnianym kiju, którym kazał mu ćwiczyć ojciec. Chłopak zamierzył się wolno, podnosząc ostrze, i...

Zawisza nie czekał. Uderzył niespodziewanie z góry, z lekkiego zamachu, „z dachu”, jak mawiał ojciec, wykraczając w przód i ciągnąc za głownię do tyłu, by wzmocnić siłę mieczowej dźwigni.

Kruk zasłonił się w ostatniej chwili, a wtedy Zawisza przyskoczył bliżej, chciał zażyć go rękojeścią, niezbyt honorowym ciosem, ale nie trafił. Młodszy brat odskoczył, wywinął się spod ostrza, zatoczył się wprawdzie, ale nie stracił równowagi. Zawisza już czekał, z mieczem opuszczonym w dół, wyciągniętym skośnie, jakby chciał wbić go pod kątem w ziemię. Lewa noga wysunięta do przodu, postawa „na głupca” wbrew słowom wcale nie dawała powodów do żartów. Kruk widział walki, jakie starszy brat toczył pod okiem ojca czy Kontryma, i wiedział, że można było wyprowadzać z niej bardzo podstępne ciosy. Sam stanął pewnie, z rękojeścią miecza na wysokości pasa, z ostrzem wyciągniętym, jakby chciał ugodzić przeciwnika w twarz. No tak, wszystko dobrze, tyle że starszy o prawie pięć lat Zawisza od roku już był wprawiany do walki pod okiem piastuna, ojca, krewnych. Walczył na drewniane miecze, a stary nawet pozwalał mu czasem pomachać prawdziwym żelaznym orężem. A Kruka ciągle odsuwano, zbywano byle czym, każąc ciąć łozy, a czasem nawet kapustę w kuchni, biegać na posyłki do koni i czeladzi jak byle chłopca.

Ruszyli do walki; w ostatniej chwili Piotr sparował boczny cios brata, potem, korzystając z większego dystansu, zmienił postawę, podrzucając miecz do góry, mierząc ostrzem w niebo. Kierując się samym instynktem, przebłyskiem, który nagle pojawił mu się w głowie, opuścił ostrze z rozmachem, na wyciągniętych rękach. Przeciwnik sparował z brzękiem. A wtedy Kruk sięgnął go samym końcem ostrza i wyginając ręce, zmacał po ciemieniu!

Zawisza musiał chyba dostać po czarnej szopie włosów, choć Kruk w ostatniej chwili zwolnił nacisk; koniec końców walczył z bratem, nie z Krzyżakiem. Tamten przysiadł na nogach, cofnął się, biorąc zamach, i...

Nagle Kruk poczuł bolesne, niespodziewane uderzenie w kark. Jedno, drugie, trzecie przez plecy, czwarte po ręku. Skulił się, ale nie wypuścił miecza, inaczej niż brat, który uderzony znienacka po ramieniu pozwolił, by broń wypadła na stratowaną trawę.

– Szlachcic, który traci miecz – zahuczał Mikołaj z Garbowa, który wyrósł obok nich zupełnie niespodziewanie – może już uważać się za pozbawionego włości i fortuny. Każdy z was wart jest przynajmniej pięćdziesiąt grzywien okupu. A kiedy zostaniecie giermkami, będzie to co najmniej osiemdziesiąt! Masz tyle w skarbczyku, Czarny? Pytam się, masz? Odłożyłeś, że pozwalasz, żeby tak łatwo cię rozbrojono?

– Ja, proszę ojca, zachowałem miecz – pochwalił się Kruk, podnosząc oburącz broń, która coraz bardziej mu ciążyła. Jednak Mikołaj nie zwrócił na niego uwagi.

– Masz osiemdziesiąt grzywien, pytam, że pozwoliłeś się rozbroić?! – grzmiał coraz głośniej.

– Nie mam – spuścił głowę Czarny. – Nie mam i wielce żałuję.

– Kto wam pozwolił wziąć miecze? Kontrym?

– Na pewno nie ja, proszę wielmożności – odezwał się stary piastun, który wychynął z traw w ślad za Mikołajem. – Toż oni nawet nie mają prawa na górne piętro wchodzić.

– Dziesięć odlewanych. Na każdego z was, jeśli się żaden nie przyzna! Słyszycie, psie krwie?

– Kruk to zrobił! – zaświadczył fałszywie Zawisza zwany przez ojca Czarnym. – On przyniósł, mówił, że chce na prawdziwe żelazo popróbować siły. Ale nie zmógł mnie, ja...

– Tak, to prawda, panie ojcze. – Kruk podniósł wzrok na starego. – Dość miałem czekania, aż dopuścicie mnie do miecza, bo mój brat próbuje, próbuje i od dwóch lat żelazo chodzi mu w ręku jak cep, nie jak rycerski oręż.

– Zatem piętnaście. Przy służbie, a i nie zapomnij, Kontrym, podłożyć mu czerwone sukno, niech widzą, że szlachecki syn!

Kruk z niechęcią wyciągnął miecz rękojeścią do ojca. Mikołaj wyszarpnął mu go z dłoni, a potem, raczej pieszczotliwie niż mocno – uderzył ręką po głowie.

– Zanim nauczysz się używać tego – potrząsnął orężem – umiej najpierw skorzystać z rozumu. Wtedy i broń będzie posłuszna jak krzyż w ręku ojca świętego. A na razie nie waż się tykać. Do kuchni i kapusty! – rozkazał. – Na miesiąc.

Kruk skrzywił się, smród kapusty skrobanej i ciętej dla czeladzi przyprawiał go o większy lęk niż wszelkie plagi. Kiedy szedł w stronę dworzyszcza za ojcem i piastunem, starszy brat znów wyprzedzał go o krok.

*

Gdy kolasa zatrzymała się przed gródkiem, Leopold von Dieber wskazał Kruka, a dwaj knechci wskoczyli na wóz, poderwali jeńca w górę. Piotr dawał się prowadzić, bezwładnie jak dziecko, osłabiony ranami i bezsennymi nocami, które spędził pod czujnym okiem strażników zakonu.

Powlekli go do przodu, gdzie jeden ze zbrojnych zeskoczył pierwszy i wyciągnął ręce do jeńca.

Nagle Kruk zerwał się jak jeleń! Wyskakując przez burtę z wozu, zaprawił bykiem strażnika, aż ten runął na plecy. Kruk pomknął do konowiązu, przyskoczył do najbliższego osiodłanego podjezdka, wbił lewą stopę w strzemię.

Dieber, widząc strzelca unoszącego kuszę, uderzył po łuczysku.

– Żywcem!

Kruk wskoczyłby na siodło, już chciał przerzucić nogę, kiedy po drugiej stronie wyłonił się kusznik. Pomny rozkazu komtura, nie strzelił, uderzył kuszą w oblicze rycerza, w prawy policzek i czoło.

Piotr spadł, zwalił się na wznak, zakrwawiony, bezwładny. Skoczyli na niego ze wszystkich stron, poczęli kopać, bić płazami kordów i tasaków.

Dieber pozwolił im przez chwilę rozkoszować się zemstą. Potem wpadł między pachołków.

– Stać! Stać! – krzyczał, waląc ich po kapalinach i plecach, wcale nie lekko. – Podnieść go! Ocucić!

Sam uderzył na płask dłonią po zarośniętych policzkach nieprzytomnego, potrząsnął nim. A kiedy Kruk otworzył zmętniałe oczy, podsunął mu pod nos ciężki bojowy młot.

– Patrz, człecze, patrz i pamiętaj. To jest mój oręż, Magnus der Zorn. Wiesz, co to znaczy Zorn, Polaczku? Gniew! Wielki gniew zakonu i mój. Nie zmuszaj mnie, żebym musiał znów go używać. Raz już przełamał tarczę z Sulimą! Za drugim razem złamię twoją dumę.

– A idź do... czarta – wykrztusił Kruk.

– Do jamy z nim!

*

Wrócił spomiędzy sennych mar do świata żywych, ocknął się w jamie o ścianach wzmocnionych drewnianymi brusami i palami wbitymi głęboko w gliniasty grunt. Leżał na stercie starej słomy na kamiennym podniesieniu, przestrzeń przed nim przecinały krzyżujące się dębowe ramiona kraty. Za nimi szeleścił deszcz wpadający z góry do wykopu. Niewidoczne, popiskiwały szczury. Tkwił w klatce prawie jak w pułapce, w której głodzono kiedyś Henryka Brzuchatego.

Żył, ale każdy ruch był boleścią. Pozbawiony zbroi, miecza i pasa, był tylko w przeszywanicy. Cieszyć mogło jedynie to, iż go zabandażowano. Pod lewym ramieniem, w miejscu, gdzie zdrajca ugodził ostrzem, wyczuwał kłąb szarpi przepasany bandażami, podobnie jak połowa głowy, opuchnięta, obolała po ciosie gizarmą zadanym nad brzegiem Niemna.

Wołali do niego, głosy powtarzały się; wzrok miał zamglony, więc dopiero po chwili rozpoznał zbliżające się sylwetki. Krata była już podniesiona, poczuł mocne szarpnięcie, aż jęknął... Znowu lewy bok i ramię. Poderwali go w górę, powlekli, bo nie mógł iść, jego nogi w skórzanych trzewikach, bezwładne i podrygujące, żłobiły koleiny w rozmokniętym gruncie.

Wywindowali go na górę po dwóch drabinach, pomagając sobie zrzuconym z góry sznurem. Potem była palisada, brama, jakiś gródek albo warownia. Wreszcie izba pachnąca wonnym dymem, prostacka, o nierównej podłodze, ścianach polepionych zwykłą gliną, jednak dla dodania splendoru obitych makatami. Ból mijał, więc Kruk przytomniał, widział coraz więcej – przede wszystkim jasne, uśmiechnięte oblicze Krzyżaka po drugiej stronie stołu, przed którym posadzono go na ławie.

To był ten sam człowiek, którego obalił z konia nad Niemnem, ten, który zorganizował zasadzkę. Obok przycupnął krzyżacki półbrat z miną sprawiającą wrażenie cokolwiek zatroskanego. Ale to Leopold von Dieber odezwał się pierwszy.

– Jak spanie, mości Kruku? Przykro mi, ale wróg naszego wielkiego Zakonu Maryi i renegat chrześcijański nie może liczyć na względy, które nawet w niewoli przysługują pasowanemu.

– Nora, do której mnie wrzuciliście, aż nadto pokazuje zasobność waszego zgromadzenia, komturze. Jednak wolę do niej wrócić, niż słuchać twojego ględzenia. Po co to wszystko? Nie dość, że jestem ranny, to jeszcze chcecie ze mnie szydzić? Szkoda, że wasi bracia i knechci pobici nad Niemnem nie są świadkiem twojej pychy. A może nie mieli sił, żeby przyjść tu na własnych nogach?