Samozwaniec, tom 3

Tekst
Z serii: Orły na Kremlu #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Samozwaniec, tom 3
Samozwaniec, tom 3
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,68  51,74 
Samozwaniec, tom 3
Samozwaniec, tom 3
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Die 10 februarii/31 januarii
Orzeł, plac przed Małym Ostrogiem
Dochodzi południe

– Co w Rzeczypospolitej? – dopytywał się Dydyński. – Są jakieś wieści? Co powie król? Sejm? Senat? Wypowiedzą wojnę Moskwie? Przyjdą nam z pomocą? Wykupią?!

Brzuchański zbladł i spuścił wzrok.

– Nie miejcie złudzeń. Gorze się nam stało! Przeklęci jesteśmy, mości panowie bracia.

Die 20/10 januarii
Warszawa, Zamek Królewski, izba poselska

Izba poselska szumiała jak rój rozzłoszczonych pszczół. I równie daleka była od uspokojenia.

– Co się dotyczy samej osoby tego Dymitra – perorował z wysokości swego majestatu Jan Zamoyski, hetman wielki i kanclerz – przebóg! czy to Plauta, czy Terencjuszowa komedia?!

– Ja Pana Boga proszę – rzucał gromy kasztelan poznański Jan Ostroróg – aby żołnierze zaciągnięci przez Dymitra zostali w Moskwie. I żeby nie wracali, bo ten, kto z nim pojechał, był cięższy ruskim i ukrainnym ziemiom niźli nieprzyjaciel!

Przymknął oczy i uśmiechnął się w duszy. Tak, dobrze powiedział! Sam Cezar nie ująłby tego mocniej.

– Zły i nikczemny jest postępek pana wojewody sandomierskiego i Dymitriaszki – mówił Krzysztof Drohostajski, marszałek wielki litewski – kiedy wyrzucą ich z Moskwy, dokąd pójdą z tym wojskiem? Wasza Królewska Mość przysięgałeś pokój za nas, za senatorów, za cały rycerski stan! Czy Dymitr nie pogwałcił tej przysięgi?

Die 20/10 januarii
Warszawa, Zamek Królewski
Pokoje królewskie

Postnik Ogariew, carski poseł, wił się jak piskorz, stojąc przed obliczem pięciu polskich panów. Panów przez duże P, karmazynowych niczym szlachecka krew podlana węgierskim winem, bowiem w komnacie przebywali Lew Sapieha, Janusz Ostrogski, Jan Karol Chodkiewicz, Benedykt Woyna i Jan Zamoyski. To była krótka, acz treściwa rozprawa między kanclerzem, kasztelanem, hetmanem, biskupem i... Moskalem.

Ogariew wypluwał złe, nienawistne słowa, za którymi stał wszakże urok soroków soboli i blask złotych łańcuchów przywiezionych dla króla i senatorów.

– Dymitriaszko wor i samozwaniec – dyszał wprost w oblicza karmazynów – wor, szelma, bękart, Otriepiejowy syn, mnich z klasztoru Czudzkiego. Szlachetni panowie, w gramocie od cara są ostateczne dowody jego zaprzaństwa i zdrady. Bo gdyby nawet ów łotr Dymitr był zmartwychwstałym kniaziem Dymitrijem Uglickim, to pamiętajcie, że jest zrodzony z szóstej żony batiuszki Iwana Groźnego. Nie z prawowitej małżonki, ale z bluźnierczej nałożnicy, Cerkiew święta jej nie uznała, bowiem prawosławnemu chrześcijaninowi wolno się żenić tylko cztery razy!

– Nie strasz nas wojną, mości pośle – rzekł wolno i dobitnie Jan Zamoyski – hamuj się, bo nie stoisz tutaj przed dworianami ani sługami carskimi, ale przed senatorami. Chcesz odpowiedzi, dam ci ją: król jegomość nie naruszył pokoju, bo Dymitr poszedł na Moskwę z prywatnymi zaciągami dokonanymi wbrew woli najjaśniejszego pana. A że Otriepiew jest poddanym cara, zatem niechaj wasz batiuszka Borys Godunow czyni wszystko, co w swej mocy, aby go poskromić.

– Rzeczpospolita – rzekł Woyna – nie będzie upominać się o carzyka.

– Ani o jego stronników – uzupełnił pan hetman Chodkiewicz.

Die 10 februarii/31 januarii
Orzeł, plac przed Małym Ostrogiem, południe

Nahaje świsnęły im koło uszu, krzyk strzelców poderwał na nogi Polaków i Litwina. W mig zostali rozdzieleni, zapędzeni – Brzuchański do kolumny jeńców, Dydyński i Narymunt – do armat. W powietrzu krzyżowały się komendy. Ruszyli.

Rzeczpospolita milczała.

Die 13/3 februarii
Droga do Tuły, południe

– Aści buty ciągną wodę jak Mazur podpiwek! – rzekł Narymunt, ostatni chyba wesoły człowiek w promieniu dziesięciu mil.

Wąsowicz zerknął na nogi. Istotnie – u lewego buta podeszwa kłapała jak gęba smoka wawelskiego. W prawym ziały dziury, przez które wyzierała brudna bosa stopa w resztkach słomianego wiechcia.

– Małpa mać narożnica! Ty, acan, idź swoją drogą. Copkę na łeb wciśnij i nie poglądaj, bo mogę rychtyk łeb naprostować!

– Ruszać! – popędzał ich pleczysty strzelec. – Skoriejeee!

– Litwin – rzekł przeciągle Wąsowicz – tak i dej mi buty.

– Daj, aść, spokój.

– Ty bacys, co mówię, bocwino chędozona! Zzuwaj buty, bo moje przechodzone, ze jechał je brdyk!

– A czepże się, rzepie, psiego ogona!

Wąsowicz chwycił wychudzonego, małego Narymunta za ramię, przyciągnął do siebie jak psiaka.

– Zzuwajze, pókim dobry!

– Puść! – Litwin szamotał się w uścisku. – Idź precz, zawalidrogo, mazurski ryju!

– Cas, pan bocwina, cas boso chodzić!

– Do kroćset! – Narymunt wymachiwał bezradnie rękoma. – Odejdź, aść, wreszcie!

W jednej krótkiej chwili Mazur zbił wielką jak bochen chleba grabę w pięść. Rąbnął Litwina w łeb, poprawił w żywot, dał z lewej w kark, po chamsku, jak pijany woźnica na targu, a nie szlachcic.

Narymunt zwalił się w śnieg. Wąsowicz przycisnął go kolanem, szarpnął za nogę, chwycił oburącz but i pociągnął, wykręcił w bok, aż biedny Narymunt zawył w śniegu. Wąsowicz wyłamałby mu nogę ze stawów, gdyby w tejże samej chwili nie trafił go czubek buta Dydyńskiego.

Jeśli jednak Jacek myślał, że strąci wielkoluda z Litwina, to grubo się mylił.

– Co za diabeł cię opętał, przeklęty Mazurze? Puść go, do jasnej murwy anielskiej!

Wąsowicz, którego niełatwo było przestawić, rzeczywiście puścił Narymunta, ale kiedy się podniósł, stanął twarzą w twarz z Dydyńskim.

– A wy co znowu, panicyku ruski?! Guza sukocie?! To u mnie musowo znajdziecie!

I skoczył na Jacka, a stolnikowic złapał za szablę. To znaczy chciał złapać, wszak starą, dobrą szerpentynę odebrali mu Moskale jeszcze pod Dobryniczami.

Wąsowicz śmignął go krótkim prawym hakiem, ale Dydyński uchylił się. Poczuł, że mimo mrozu jest mu ciepłej, coś ściska go za gardło, a serce wali jak oszalałe.

Wąsowicz zażył go z mańki; to jeszcze szlachcic wytrzymał, zasłonił się łokciem. Drugi cios przegiął go w tył, trzeci rzucił w śnieg, tak daleko, na ile pozwalały łańcuchy.

Śmierdzący, zdyszany Mazur stanął nad nim z poczerwieniałą gębą i zuchwałymi oczyma.

– Co się rzucocie, panicyku! Tu piekło, tera silniejsy psetrwo. Ja! – Huknął się w pierś, aż zadudniło. – Mnie zyć i tańcować, a wam gorze! Na co było skakać? Dyć na koniu z sabelką to z was pan, a bez zelaza ino gnój!

Dydyński milczał.

Wąsowicz odwrócił się do obitego, jęczącego Narymunta, po czym grzmotnąwszy go w kark i w łeb, obalił na śnieg i zaczął ściągać mu buty.

– A mużyka pod Briańskiem sam ześ wydał Moskalom, baranie – rzekł, jakby sobie o czymś przypomniawszy, i wbił wzrok w gramolącego się na nogi stolnikowica.

Nikt nie zaoponował. Jacek spoglądał nań rozdygotany, wściekły. Mazur miał rację, bez szabli przy boku znaczył tyle, co jedna wielka kupa dygocącego nawozu.

Die 15/5 februarii
Nad rzeką Zuszą, po południu

Odpoczywali na brzegu Zuszy. Dydyński stał po kolana w mokrym śniegu, otępiały, chudy, wymizerowany, z rękoma i gębą czarnymi od roboty niewiele różnił się od Patricka i reszty Moskali.

Dziesiętnik i strzelcy leniwie chodzili po lodzie, podskakiwali, uderzali styliskami berdyszy, próbując, czy utrzyma ludzi i armaty.

I wtedy miało miejsce zdarzenie, które wytrąciło pana stolnikowica ze stanu boleści.

Nagle bezumny Iwaszko, który przykuty był do sąsiedniej armaty, padł w śnieg, a potem począł łazić na czworakach, wyć, krzyczeć, łkać, budząc niepokój pozostałych Moskali. Nie uszło to uwagi strzelców. Najgrubszy z nich podsunął się bliżej, krzyczał, darł się, wreszcie wyłechtał Iwaszkę nahajem.

Idyota natychmiast skulił się, zwinął w kłębek, wystawiając na ciosy cierpliwe plecy, które u moskiewskiego narodu są nadzwyczaj odporne na razy. A potem począł szlochać, prosić, jęczeć.

– Nie bijcie, batiuszka ukochany. Nie bijcie! Sobie zaszkodzicie! Stariec przyśle po mnie... Jaickiego! Będziecie się żywcem smażyć w piekle! W piekleeee!

Iwaszko wył, strzelec bił, aż się zmęczył. Zwyczajny obraz na moskiewskim stepie.

Ale kiedy idyota umilkł, a strzelec potoczył się ku ognisku, gdzie wraz z innymi popijał gorzałkę, Dydyński podszedł do dygocącego na śniegu głupka na tyle, na ile pozwalały mu łańcuchy, a potem zawołał cicho:

– Iwaszko, a skąd ty znasz batiuszkę Jaickiego? Waarłama?

Bezumny milczał. Dydyński nawet nie wiedział, czy żyje.

– Iwaszko, ja jestem z Dworu. Znasz ty Słowo? Az jesm’ s wami i niktoże na wy. Mów, mów wszystko, co wiesz o Jaickim.

Moskalik poruszył się w śniegu, gramolił na kolana, zwracając durne oczy w stronę szlachcica.

– Batiuszka Jaicki, ojczulek najsłodszy... – bełkotał przez krew. – Gdzie on, co z nim?

– Waarłam przyjdzie po ciebie. Ale najpierw... Wysłał mnie, abym dowiedział się, jak ci tu jest.

– Płocho, batiuszka – wycharczał Iwaszko. – Ojczulek najsłodszy mówił: Iwaszko, będziesz kniaziem... Ty syn cara Iwana, co bił posochem Godunowa. Wolien Boh, to i na Kremlu zasiądziesz. A teraz... I tak mi... Tak mi kazał... Kazał wołać: Otcze nasz, Iże jesi na niebiesiech, da swiatitsia imia Twoje: ja Iwan Iwanowicz. Da priidiet carstwije Twoje: ja syn cara Iwana Groźnego! Da budiet wola Twoja, jako na niebiesi i na ziemli: ja rodyłsia z carycy Marii Kołtowskoj. Chleb nasz nasuszcznyj dażd’ nam dnieś: rodyłsa ja w monastyre Wozniesieńskim. I ostawi nam dołhi nasza, jakoże i my ostawlajem dołżnikom naszym. Jaickij mój pan. I nie wwiedi nas wo iskuszenije, no izbawi nas ot łukawaho! Stariec moj Boh!

 

Ostatnie słowa niemal wykrzyczał. Powtarzał tę modlitwę coraz szybciej, mamrocząc ją nieprzytomnie, gubiąc słowa i zwroty.

– Posłuchaj, Iwaszko, będziesz carem, jak tylko powiesz mi, gdzie jest Stariec!

– Stariec, Stariec... Stariec... Otcze nasz, Iże jesi na niebiesiech! Ja nie znaju... Da swiatitsia imia Twoje...

– Stariec, idyoto! Gdzie on jest? Gdzie?

– Chleb nasz nasuszcznyj dażd’ nam dnieś... Oni biorą... biorą potercza. Do klasztoru. Do siebie...

– Poterczuki?

– Poterczuki... Dzieci zwierza, bez słów, bez duszy... I Stariec każe im.. każe w imia swiate...

Nagle buchnął na kolana, zaczął wyć i chodzić na łokciach. Wyć długo i przeciągle!

– Ech, wy skatiny! – ryknął ktoś z tyłu.

Dydyński umknął, bo nadciągali strzelcy. Ospowaty znów obił nieszczęsnego Iwaszkę. A zaraz potem pognali ich na przeprawę.

Ruszyli, pchając ciężkie armaty na lód. Ktoś wywrócił się, pośliznął, inny klął. Wąsowicz jak zwykle przepchał się, aby stać z boku. Pewnie tylko udawał, a nie pracował.

Pchać armatę po lodzie było łatwiej niż po zaśnieżonym trakcie, w dodatku okute koła ślizgały się na zmarzlinie. Strzelcy rozsypali się wokół nich jak tatarski zagon, maszerowali wolno, klnąc ślizgawicę i mróz.

I wtedy nagle, zupełnie niespodziewanie, nadszedł trzask. Krótki, głośny, dochodzący spod nóg. W okamgnieniu pod kołami armaty zarysowała się szczelina.

– Jebu twoju mat’! – rozdarł się najbliższy strzelec. – Dawaj, dawaaaaaj!

I zdzielił kolbą najbliższego niewolnika.

Wszyscy rzucili się, aby pchać Jaszczurkę. Potoczyła się z cichym łoskotem. Parli na nią jak szaleńcy, lecz lód nie wytrzymywał... Pękał, uginał się pod ciężarem.

Kolejny trzask, druga rysa, odchodząca w bok!

Wrzask strzelców, jęk więźniów. Zawodzenie Patricka.

– Szybciej! Szybcieeeeeej!

Lód pękał, kruszył się pod kołami. Narymunt wrzasnął, kiedy pod jego nogą rozwarła się szczelina pełna czarnej, wzburzonej wody. Popędził, jakby dostał skrzydeł, naparł na łoże z całych sił.

Za późno!

Trzask był niczym głos trąby zwołującej na Sąd Ostateczny. Wydawał się tak ostateczny jak odgłos ziemi sypanej na trumnę.

Dydyński widział, że nagle, bez ostrzeżenia, lód ustępuje pod ciężkim kołem moskiewskiego działa. Otwiera się pod nim otchłań pełna ciemnozielonej śmierci.

Armata wpadła w przepaść, zanurzyła się w wodzie, przechyliła na bok, zsunęła w głębinę, zanurzyła cała i błyskawicznie poszła na dno.

Podniósł się wrzask, ochrypły ryk grozy dziesięciu straceńców. Niewolników, przykutych do działa łańcuchami, związanych z Jaszczurką na śmierć i życie.

Nie odpuściła.

Padali na lód, usiłując utrzymać łańcuchy, zapierali się, ślizgali na śniegu. Albo tylko krzyczeli.

Łańcuchy porywały ich w tany, ciągnęły po kolei do wyrwy; szorowali po lodzie, żłobiąc głębokie bruzdy w śniegu. Na próżno czepiali się pazurami krawędzi. Zanurzali się szybko; zimna woda dławiła krzyki i błagania. W jednej chwili ogromny przerębel pełny był miotających się postaci, wyciągniętych błagalnie rąk, bladych twarzy i otwartych do krzyku ust. Iwaszko wpadł w gardziel Lewiatana ostatni. Nie bronił się nawet, Jacek zapamiętał jego otwarte szeroko oczy szukające Jaickiego, który był jego ojcem, podobnie jak Stariec – Bogiem.

Do kroćset, jakież to miało teraz znaczenie?

W chwilę później wszyscy zniknęli pod lodem, poszli w odmęty, że tylko czapki i strzępy łachmanów na lśniących odłamach zmarzliny dawały świadectwo nieszczęściu.

Dydyński zadygotał z przerażenia. On, Patrick, Wąsowicz, Narymunt i pięciu Moskali zostali sami na oblodzonej, złej rzece...

– Daleeeej!

Pędzili ku zbawczemu brzegowi, pchając armatę co sił. Lód trzeszczał im pod nogami – Jacek widział kolejne rysy, szczeliny pojawiające się tuż obok, dosłownie o krok.

– Kruszy się! – ryczał Patrick. – Na mękę wiekuistą, ratujcie!

Z gruchotem i trzaskiem kawał lodu zapadł się pod ostatnim z Moskali. Więzień wrzasnął, potknął się i tyle... W następnej chwili siedział do połowy uwięziony w lodzie, między popękanymi odłamami zmarzliny.

Łańcuch naprężył się. Armata stanęła w miejscu. Parli ile sił, ale nie ustępowała – trzymana w miejscu przez zaklinowanego niewolnika. Im mocniej pchali, tym bardziej wył i skamlał, bo ręce wyrywano mu ze stawów, kruszono kości. Urodzony pod złą gwiazdą – sam nie mógł wyrwać się z pułapki, a jednocześnie zatrzymywał ich w miejscu.

Uratował ich ospowaty strzelec – ten sam, który bił Iwaszkę. Pomknął po pękającym lodzie tak zwinnie, jakby Mikołaj Cudotwórca ujął mu ze trzydzieści funtów wagi. A potem ciął w łańcuch berdyszem!

Nic to nie dało. Nie przeciął ani ogniwa. A wówczas w jednej krótkiej chwili dopadł do krawędzi lodowego pobojowiska, a potem rąbnął toporem w wyciągnięte ręce niewolnika.

Odrąbał je od jednego razu...

Żelazo puściło. Armata ruszyła po popękanej powierzchni, nabrała pędu, wlokąc za sobą łańcuch z zakrwawionymi odrąbanymi rękoma.

Strzelec dał nogę za nimi. Nie zdążył. Nagle złom lodu pod jego butami stanął dęba, wrzeszczący Moskal ześliznął się wprost do wody. Nadaremnie czepiał się brzegów przerębla. Woda pokryła go i porwała – nurt wciągnął pod lód – kata i ofiarę...

Byli tuż-tuż od brzegu. Strzelcy poganiali ich razami nahajów. Tak blisko. Wreszcie u celu.

A potem lód rozstąpił się pod nogami Jacka. Szlachcic opadł w głębinę jak stufuntowy głaz. Zniknął, zanurzył się w czarnej, bulgocącej głębi. A zaraz potem łańcuch od armaty powlókł go w górę, ku krawędzi przerębla.

Odrąbią mi ręce... Jak tamtemu pomyślał. Jego umysł pogrążył się w lodowatym zimnie i cierpieniu. I to był koniec.

Die 20/10 februarii
Rzeczpospolita, Dydnia koło Sanoka
O zmierzchu

Z lasów nadsańskich, z pagórów i uroczysk Przecław wracał najkrótszą drogą do Dydni, wprost w objęcia ojcowskiego dworu. Nie sam, lecz razem z Halszką, w kawalkadzie, ze zbrojną czeladzią przy boku. Rozparty jak basza w białych, łabędzich saniach, obijanych aksamitem, wykładanych skórami. Ciągnęła je kwarta, a więc czwórka koni – tak sprzęgłych i maścistych, jakby wszystkie porodziły się z jednej matki. Gdzie zaś nie były wystarczająco maściste, tam wady ich ukrywała palona glinka i farba sprowadzona do Sanoka przez Żyda Berka, która najczarniejszego ogiera zmieniała w kilka chwil w kasztanowego bieguna.

Konie szły rysią, brzęczały dzwonki aksamitnych szorów. Para buchała z pobielonych pysków, trzeszczały kafarki wiezione przez czeladników i starego gajowego. Wracali po całodziennym polowaniu, wioząc w drugich saniach dwie smycze ujadających chartów i trzy sfory ogarów. W ostatnich zaś sarny, kozły i jelenie upolowane w lasach Temeszowa z okazji nadchodzących mięsopustów. Z tych ostatnich trzech dni karnawału diabeł miał w Polsce więcej pożytku niż Pan Bóg z czterdziestu dni Wielkiego Postu. Jeszcze więcej zaś korzyści ze wszystkich grzeszników, moczygębów, opilców i hultajów przynosił mu Przecław, który w swym zadufaniu i fantazji powziął mniemanie, że złapał czarta za rogi.

Dwór w Dydni rozwierał na powitanie ramiona starych wrót, rozświetlony od świec, latarń i pochodni. Zajechali przed ganek, foryś zakręcił z fantazją, aż świeży śnieg zatrzeszczał pod płozami. Czeladnik schylił się z kafarkiem, przyświecił panu i metresie. Przecław odrzucił z kolan niedźwiedzią skórę, wyskoczył, podał ręce Halszce.

– A o gąsiorku nie zapomnijcie!

Miał w saniach gąsior złocistego lipca, w którym pracowity bartnik i pszczoły pospołu zaklęły złoty gorąc letniego słońca. Napitek w sam raz na mroźny dzień i polowanie.

Weszli po schodach do sieni, gdzie rzędem witała ich czeladź, pachołkowie, a zwłaszcza starszy sługa Tobołka. Zgięty pod ciężarem łaskawej przyjaźni jaśnie wielmożnego pana, po wypędzeniu stąd Damazego Stockiego prawdziwy wielkorządca Dydyńskich.

Jednak nie chwytał za delię pana, nie zapraszał na lewą stronę sieni. Pochylił się do ucha Przecława, szepnął coś i wskazał wejście do izby.

– Gość? Uciekinier? – zdumiał się Przecław. – Co za Dobrynicze? Prowadź!

Skinął głową Halszce i nie zdejmując delii, pośpieszył do komnaty. Tobołka otworzył przed nim drzwi i sam przemknął przez próg, niemal następując na pięty patrona.

W czerwonej izbie, pod portretem Mikołaja Dydyńskiego młodszego, czekał zarośnięty, wychudzony szlachcic w burce i kołpaku postrzępionym jak stara sieć.

– Mosci pan Ksystof Jakuboski – seplenił jak zwykle Tobołka. – O goscine prosił... Z Moskwy, wiesci psywiós.

– Wieści, jakie wieści? – Przecław wyciągnął rękę, choć kondycja tamtego warta była na oko tyle, co szlachcic miał na grzbiecie. – Od cara Dymitra? Od mojego brata?

– Wolałbym, waszmość panie, nie być krukiem. I doręczycielem złej wieści – rzekł ponuro nieznajomy. – Bodaj mi język skołowaciał, że wchodzę z taką nowiną pod spokojny dach. Wasz brat, Jacek Dydyński, stolnikowic...

Przecław już wiedział.

– Zginął w bitwie pod Dobryniczami. Trzydziestego pierwszego januariusa, dwie niedziele temu, od Moskali. W odwrocie, po klęsce.

Młodszy Dydyński przełknął ślinę.

– Byłem przy tym i widziałem. Siedział na wronym wałachu ze strzałką na czole.

Kaper, pomyślał Przecław. Cudny koń...

– Pod lód się zapadł. Nie było wyjścia. Utonął, rzecz pewna.

– Widziałeś to waszmość i słyszałeś?

– Jako waszmości widzę i słyszę. Ścigali nas, nie było czasu na prośby o łaskę. Ani też żadnej próby jej udzielenia.

Przecław nawet nie drgnął. Pozostał zimny, ponury, zacięty. Co teraz? – zapytał sam siebie. Boże, Królu Polski, Zbawco nasz wiekuisty, powinienem płakać. Czuć żal po bracie. Okazać łzy i skruchę. A ja nie mogę. Czy jestem... potępiony?

– Stało się – mruknął wreszcie, bo Jakubowski wyglądał na cokolwiek zaskoczonego. – Starosta trembowelski posłał Jacka na śmierć. I starosta będzie musiał za to zapłacić. A światłość wiekuista niechaj mu świeci.

Zapadła przykra cisza.

– Dziękuję dozgonnie za wieści. Proszę, racz, waszmość, do stołu, bądź gościem. Drogim i zawsze mile widzianym w tym domu. Tobołka, odprowadź mości pana na wieczerzę. A potem przyjdź tu. Sam jeden.

– Szuszba!

– Mości Jakubowski, ja... Mam do ciebie tylko jedną prośbę. Czy... powtórzysz to samo w grodzie, przed starostą? Będziesz świadczył, co widziały twoje oczy?

– Jak przed Bogiem Ojcem.

– Uważaj zatem ten dom za własny. Jedz, pij i odpoczywaj.

Przecław opadł na zydel i myślał. Gębę miał zaciętą, jakby naprawdę przejmowała go śmierć brata. To prawda, czuł smutek, ale i trochę strachu. Tak oto spełniło się proroctwo pańskie. Kain zabił Abla. Dydyński ubił Dydyńskiego.

Co teraz, ha?

Tobołka przywarował przy nim niby wierny pies.

– Wincenty, co się stało, to się nie odstanie.

– Ja fsystko fiem.

– Pojedziemy do Sanoka spotkać się ze starostą trembowelskim. Wpiszemy protestację, zanim wygubi cały ród Dydyńskich. Musimy działać szybko, zanim Piotrowi z Ossy wpadnie do głowy pomysł, aby teraz mnie wysłać na poszukiwanie upiorów z przeszłości. Sprocesujemy go. Ale, Tobołka, ja będę potrzebować zbrojnej pomocy. A dobra pomoc, bezinteresowna, może być tylko za dobre pieniądze.

– Wezwijcie stryja, podcasego haliskiego Jesego Dydyńskiego. Był tu onegdaj s workiem długófff, grosą mu intromisją, banicją z włosci. Ma parę ładnych niedziel pokuty w losy obywatelskiej we Lwowie.

– Jerzy? To niebezpieczny człowiek. Banita...

– Takiego bęsie się bał starosta...

– Racja, dobrze, wezwij go. I dbaj o tego... Jakubowskiego.

– Topse, panie.

Wzrok Przecława spoczął na ozdobnym pałaszu pod portretem Mikołaja Dydyńskiego. Poznał go, zakłuło w sercu. Ten pałasz... dar Jacka z inflanckiej wojny! Pamiątka.

Poderwał się, chwycił Tobołkę za kołnierz, wypchnął z izby, pomagając sobie kopniakiem. Zatrzasnął drzwi, zaryglował z hukiem.

A wszystko po to, aby nie dać nikomu znać, że łzy spływały mu po policzkach jak szklane kule.

 

1 łac. – Kroniki o początkach i dziejach Polaków i Litwinów

2 łac. – głęboko na północ